Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Rzeczy, których nie wyrzuciłem to nie jest opowieść o rzeczach, to jest opowieść o matce. Wprawdzie opowiadana z perspektywy jej rzeczy, przedmiotów, których używała, ale jednak jest to opowieść o człowieku. Jednakże i perspektywa samych rzeczy jest myląca, bo kto opowiada tę historię, kto ogląda te rzeczy? Syn; syn jako mały chłopiec i dorosły mężczyzna. Nie ma tu wspomnień młodzieńca, które mogłyby zawierać naturalny dla tego wieku konflikt pomiędzy matką a synem. Takiego konfliktu tu jednak nie ma, co nie znaczy, że relacja pomiędzy nimi jest przesłodzoną bajką o synowsko-matczynej miłości. Powieść Marcina Wichy (klasyfikowana przez niektórych jako esej) w ogóle nie jest lukrowana. Relację pomiędzy matką a synem można by określić jako relację dwóch jednostek autonomicznych. O tę podwójną autonomię dbała szczególnie matka.

Rzeczy, które zostają synowi po śmierci matki, to przede wszystkim książki, i to właśnie one, oprócz ludzi, stają się bohaterami opowieści. Książki, które matka kochała i książki, które kocha jej syn. Opis księgozbioru rodziców należy do jednego z najwspanialszych opisów książek, którego nie powstydziłby się nawet autor Alchemii słowa. Marcin Wicha też jest alchemikiem, miłośnikiem, mistrzem słowa. Jego polszczyzna powinna być wzorem do naśladowania dla uczniów i przedmiotem nauczania w szkołach. Może i tak się kiedyś stanie, ale na pewno nie dziś, bo dzisiejszym władzom oświatowym z pewnością będzie przeszkadzał jeden element narracji, a jest nim żydowskość matki.

Żydowskość, choć już mocno rozmyta w od pokoleń spolonizowanej rodzinie, silnie jednak uwiera polskość, zarówno w osobistym, jak i społecznym wymiarze, ale nie posuwa się do oskarżeń. „Było, minęło” — można by powiedzieć, co nie znaczy jednak, że można i należy zapomnieć. Nie potrafią tego zrobić obie strony. Polacy o korzeniach żydowskich – bo to, co się wydarzyło jest zbyt bolesne i niemożliwe do zapomnienia, i „prawdziwi” Polacy, prawicowcy, którzy znów (w pełnym poczuciu bezkarności i za przyzwoleniem władzy) podnoszą kwestię „kto Żyd, a kto nie-Żyd”.

Przegląd książek z gromadzonego od powojnia księgozbioru rodziców staje się świetnym pretekstem do opowiedzenia za ich pomocą historii Polski: stalinizmu, odwilży, małej stabilizacji, epoki Gierkowskiej, stanu wojennego i transformacji. I znów ta sama metoda. Autor, mówiąc o książkach, opowiada o ludziach i ich losach.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem, to krótka książeczka, niewiele ponad sto stron, więc trzy-cztery godziny czytania lub słuchania. Najlepiej do pochłonięcia bez przerwy, jednym tchem. Tak to właśnie zrobiłem i odstawiłem książkę na półkę z najlepszymi dziełami literatury polskiej.

Recenzja roku

Blanka Lipińska – jeśli mierzyć sukces w kategoriach komercyjnych – to największa polska pisarka ostatnich czasów. Wyniosła naszą narodową literaturę na poziomy, na których nigdy jeszcze nie gościła. Nie tylko pod strzechy, ale i na półki meblościanek w blokowiskach z wielkiej płyty; zarówno na księgarskie salony, gdzie usadowionym wygodnie w fotelach gościom podaje się smakowicie pachnącą kawę, jak i do koszy supermarketów, w których kupujący mogą grzebać i przebierać w książkach jak w ulęgałkach. Na swoim koncie ma już chyba milion sprzedanych egzemplarzy! W kilkanaście miesięcy! Na listach dziesięciu najlepiej sprzedających się książek znajdują się aż trzy pozycje jej autorstwa, z których największym przebojem jest 365 dni.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że bohaterka tego powieścidła jest alter ego autorki. Tak samo pusta, wulgarna i nudna. Na głowie ma czarne włosy, które w połowie powieści, pewnie z braku pomysłu na jakikolwiek zwrot akcji, zostają „genialnie obcięte na boba” i przefarbowane na blond. Jednak mimo tak radykalnej zmiany anturażu, w środku główki – niestety – od początku do końca fiu-bździu. I to zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym.

Wprawdzie bohaterka tego gniota nie pozostaje niewzruszona, gdy jej oprawca, a później ukochany, na jej oczach z zimną krwią zabija człowieka, który mu podpadł, a potem w szale zazdrości topi w stawie jej dawnego chłopaka, z którym przeżyła sześć lat, ale nie są to doznania zbyt głębokie; bohaterka szybko o nich zapomina, gdy dostaje w prezencie sukienkę od Roberta Cavalliego, szpilki od Louboutina , torebkę od Louisa Vuittona, zegarek z napisem Patek Philippe albo bieliznę Victoria’s Secret. Bo Laura uwielbia chwile, gdy „czuje się atrakcyjna i bardzo markowa”. W takich momentach jej emocje są naprawdę silne i szczere. „Aż podskoczyłam z zachwytu na ich widok” – pisze jako narratorka, a jako bohaterka mocno przytula dwie pary kozaków, które dostała w prezencie od Czarnego, każda po trzy i pół tysiąca złotych. „Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy” – wyznaje z rozbrajającą pensjonarską bezpretensjonalnością. Voucher do luksusowego spa też przytula do serca. To też od Czarnego. Wszystko ma od Czarnego: SUV, BMW, porsche, ferrari, zegarek o wartości mieszkania, platynową kolię z diamentami od… kogo? Zgadnijcie! Oczywiście od Tiffaniego! Ale – o ile dobrze pamiętam – śniadania od niego nie dostaje, za to koronkowe majtki i staniki, spodnie, sukienki, tuniki – owszem. Kozaki, sandałki i szpilki też. Wszystko na poziomie producentów wymienionych powyżej. Od rana do wieczora popija różowego moëta; aż dziw, że się w nim nie kąpie.

Czarny nie jest Murzynem. To Włoch, więc ponad wszelką wątpliwość w jego określeniu chodzi o to, że to brunet o ciemnej karnacji skóry. I o czarnym charakterze. Jest szefem sycylijskiej mafii – co prawda „nie cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym”– dla którego zastrzelenie czy uduszenie własnymi rękami człowieka, to tyle co zabicie muchy packą. Twardy lecz czuły (był kiedyś serial o takim tytule z Rogerem Moore’m w roli głównej, ale nie wiem, czy leciał w Polsce) i też nie za mądry. Biegle włada pięcioma językami, w tym rosyjskim, ale ani słowa nie rozumie z tego, co jego kobieta mówi po polsku. A ta używa ojczystego języka, gdy się spotyka ze swoimi ziomalami: „Kurwa, ja pierdolę, zajebiście. Wkurwiasz mnie, jesteś jebnięta, gówno mnie to obchodzi”. – To jest język, jakim bohaterka rozmawia z rodakami, nawet ze swą matką. Polski czytelnik (bo chyba jeszcze nie ma zagranicznych?) może czuć się w jej powieści swojsko jak na ulicy we własnym mieście.

O Czarnym dowiadujemy się niewiele, bo ciągle pracuje. Głównie na Sycylii, ale też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie ma pracę, a prócz tego „prowadzi interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych”. Nie wszędzie może zabierać swą kobietę mafii, bo wiadomo: mafia ma swoje tajemnice. Jednak czasami może, by ją w drodze „co sto kilometrów wydymać”. I jej i jego bez przerwy strzegą ochroniarze, ale w momencie dymania dyskretnie usuwają się na stronę. A ma czym to robić, bo „ma kutasa po kolana”, jak mówi najbliższa i chyba jedyna przyjaciółka Laury, jeszcze większy pustak niż ona, utrzymanka „fagasa, który podbija kolejne rynki kosmetyczne”, nie przepuszczająca żadnemu przystojniakowi, co „dyma się jak rakieta”.

Czarny nazywa się Massimo Dutti, czy jakoś tak. Jest chorobliwie zazdrosny o swoją Laurę i nie potrafi panować nad emocjami, a emocje ma na poziomie przedszkolaka. Gdy do jego kobiety zbliży się jakiś inny mężczyzna, Massimo natychmiast sięga po broń, dusi lub topi. Jednak gdy do Laury zbliży się on, „jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwie spodni”. Laura też jest jakaś rozchwiana emocjonalnie. Na przemian to mdleje, to rzyga. To, że rzyga, gdy jej macho „przy obciąganiu spuści się jej do gardła”, to nic dziwnego, ale ona rzyga też kompulsywnie, gdy doznaje silnych emocji.

Laura jest kobietą marzeń (sennych) Massima. Wyśnił ją sobie, a właściwie – umierając – miał wizję na kształt widzenia Matki Boskiej, tyle tylko, że Massimo nie zobaczył Maryi, lecz Laurę i – jak potężny renesansowy mecenas (jakiś książę czy papież) – po zmartwychwstaniu zlecił wybitnym malarzom uwiecznienie jej wizerunku na dziesiątkach obrazów, które zdobią pokoje jego willi, biur i hoteli.

„Szukał jej na całym świecie”, więc czy można się mu dziwić, że – będąc człowiekiem, który może mieć wszystko – gdy jego senna zjawa zjawia się na urlopie na Sycylii w osobie Laury Biel, menedżerki hotelowej z Polski, ten ją porywa i więzi w „domu , który wygląda trochę jak willa z Dynastii”? Nie zamyka jej w celi, lecz „w pokoju, który ma pewnie z osiemdziesiąt metrów i jest w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście”. Na razie pusta, jak makówka Laury, ale wkrótce szybko się zapełni. Czaicie te klimaty? Te chaty?

Massimo „daje Laurze szansę, by go pokochała i została z nim nie z przymusu, ale dlatego, że zechce”. Gwałci ją wielokrotnie, ale w sposób nie zanadto brutalny, bo gdy to robi, ona „czuje każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny”. Informuje ją, „nie proponuje, tylko informuje”, że najbliższe 365 dni spędzi w jego złotej klatce, a on „postara się zrobić wszystko, by go pokochała, a jeśli za rok, w jej urodziny, nic się nie zmieni”, obiecuje ją wypuścić. Jako polisę, że mu nie ucieknie, przedstawia jej ultimatum. Jeśli by to uczyniła, on zabije jej rodzinę: matkę, ojca i brata.

Nie potrzeba było roku! Laura, więziona, gwałcona, zastraszana i szantażowana, lecz rozpieszczana bezustannym leniuchowaniem, przeskakiwaniem po kanałach włoskiej telewizji, której nie rozumie, bo nie zna języka, popijaniem szampana i drobiazgami od Diora, YSL, Guerlaina, Chanel, „a przede wszystkim od Lancôme’a„, zakochuje się w nim na zabój w niespełna półtora miesiąca. Psychologia dla określenia takiego przypadku stosuje pojęcie „syndrom sztokholmski”, ale pisarka Blanka Lipińska go nie używa. No i dobrze, bo jako menedżerka hotelowa mogłaby je pomylić z „bufetem szwedzkim”.

Blanka Lipińska to pisarka, która dba o najdrobniejsze detale: „Przepakowałam się w kremową torbę od Prady” – pisze rzeczowo. Albo: „Z kolejnego pudła wyciągnęłam czarną, przezroczystą krótką sukienkę, a z następnego pasujące do kompletu szpilki Lauboutina” – wyjaśnia fachowo. Czy też: „Wyjątkowo było mi wszystko jedno, w co się ubiorę. Chwyciłam biały dres Victoria’s Secret” – informuje nonszalancko. I jeszcze: „Spotkałam Domenica rozkładającego wielkie walizki LV”. Nie trzeba być matematykiem, łamiącym kod Enigmy, by rozszyfrować branżowy skrót. I jeszcze mój ulubiony: „Leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek CK”.

Albo z innej beczki: „Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce delikatnie głaskały jego jądra”. A w innym miejscu: „Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi”. Czy można się dziwić popularności bestsellera „Wisłockiej Instagrama” – jak ją nazywają fanki czytające instrukcje używania erotycznych gadżetów? Która nie marzy o orgazmie na żądanie, już po kilku sekundach, a potem o całych falach orgazmów? I wszystko dzięki małemu różowemu gadżetowi. „Różowy” to „gumowy kolega” Laury, trójelementowy wibrator, „którego najgrubsza część służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę”, gdy ona wyobraża sobie stojącego pod prysznicem Czarnego, „trzymającego w rękach swojego pięknego kutasa”. W rolach głównych: Czarny i różowy.

Książkopodobny wyrób Blanki Lipińskiej reklamowany jest za pomocą sloganu „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym”. Pomińmy niestosowność porównania do twórczości Mario Puzo, ale 50 twarzy przy 365 dniach, to Himalaje literatury. Może nie Himalaje, ale co najmniej Alpy, no, może Sudety. Ale to i tak wysoko w porównaniu z poziomem bagien na Żuławach, w jakich tapla się twórczość pisarki Blanka Lipińska.

JERZY KRUK

P.S.
W cudzysłów zostały ujęte oryginalne cytaty z opisywanego, najgłośniejszego w ostatnich latach polskiego dzieła literackiego.

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za złotówkę, a przez innych przewoźników – za pół ceny)

A może e-book? Dostawa gratis.

Drzwiczki do krainy czarów

Pierwszy był Norwid. Gdy miałem 16 lat, Norwid był modny. Piosenki do jego wierszy śpiewał Niemen, mówiło się o nim, dyskutowało, ale chyba nie wszyscy go czytali. Ja nie mogłem się od jego liryki oderwać. Wypożyczyłem tę książkę ze zdjęcia w bibliotece publicznej i przetrzymywałem przez kilka miesięcy. Czytałem ją tak często, że wiele wierszy wryło się w mą pamięć bez nauki. Potrafię je recytować do dziś. Kilkanaście, kilkadziesiąt? I do dziś kocham niepowtarzalny język Norwida. „Zblednieje w papier; serca zmdlałe ocucą i pleść z oczu im zgarną; nędza-nędz; smutny, lecz smutny, że aż Bogu smutno; plecionka długa z włosów blond; od uwielbienia do wzgardy; jak z lekka kibić wyginać dostojnie i stąpać jako bogi…” Cytować mógłbym bez końca.

Gdy w końcu oddałem ten egzemplarz Norwida do biblioteki, zapragnąłem, by mieć własny i się z nim już nigdy nie rozstawać. Moi rodzice byli robotnikami pochodzącymi z biednych chłopskich rodzin i u nas w domu książek nie było, za to wypożyczało się je z biblioteki publicznej. Zawsze brałem dla siebie dwie, trzy książki i „coś dla mamy”. Oczywiście podczytywałem te kryminały i romanse „nie dla dzieci”. Poza odbieraniem w księgarni podręczników na talony nie miałem doświadczenia w kupowaniu książek. Któregoś razu wybrałem się do dużej księgarni w Centrum i spytałem, czy dostanę „coś Norwida”. Pamiętam, z jakim niesmakiem i pogardą spojrzała na mnie sprzedawczyni. To było tak, jakbym ot tak sobie wszedł z ulicy do rzeźnika i spytał, czy jest szynka. Byłem jeszcze młody i nie rozumiałem do końca, że żyjemy w kraju, gdzie w sklepach mięsnych nie ma mięsa, w sklepach spożywczych nie ma cukru, a w księgarniach – dobrych książek, bo jak coś z tego „rzucą”, to znika natychmiast.

Ta księgarka to nie było dobre doświadczenie dla młodego miłośnika literatury. Z bibliotekarką zresztą miałem podobne doświadczenia. W bibliotece publicznej nie tylko wypożyczałem książki, ale i korzystałem z księgozbioru na miejscu, głównie z encyklopedii. Gdy miałem coś wypisać, z życiorysu Kopernika czy Mickiewicza, z wypiekami na policzkach wertowałem inne strony tej wspaniałej książki, w której znajdowała się „cała wiedza”. Najwspanialsze były tablice z kolorowymi zdjęciami. Ach! – myślałem sobie. Gdyby tak zajrzeć do Wielkiej Encyklopedii! 11 tomów. Tam musi być naprawdę wszystko. I jeszcze więcej kolorowych obrazków. Zdobyłem się kiedyś na odwagę i pytam panią bibliotekarkę, czy mógłbym zobaczyć pierwszy tom, a pani na to: A w jakim celu? No, chciałem poczytać, odpowiedziałem. Encyklopedia nie jest do czytania, oświadczyła mi szorstko bibliotekarka. Jak będziesz miał jakieś zadanie ze szkoły, żeby coś wypisać, to ci dam. Ale dopiero jak będziesz w szkole średniej, bo w podstawówce powinna ci wystarczyć ta mała.

Pani bibliotekarka zachowała się zgodnie z regułami obowiązującymi w naszym kraju, gdzie reglamentowano nie tylko mięso, cukier i książki, ale też i władzę. W zasadzie wszystko w naszym kraju było we władaniu władzy, ale rozdzielana była ona w małych dawkach. Nawet ci na szczycie władzy nie mogli wszystkiego. Władza była swoistym skarbem wynagradzającym niedobory i ograniczenia, które bardziej niż ona wpływały na życie każdej jednostki i rodziny. Nic więc dziwnego, że była zazdrośnie strzeżona i że każdy, komu przypadła w udziale, skwapliwie z niej korzystał. Nauczyciel w szkole mógł tyrać ucznia, jak chciał. Gdy kogoś lubił, stawiał mu piątki, gdy kogoś nie lubił – wlepiał mu pały. I nikt mu nie podskoczył, ani uczeń, ani rodzic. A sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość? Nie było sprawiedliwości. Liczyła się tylko władza. Sądy? Sądy też były formą władzy.

Władzę miał też urzędnik. Jak chciał, to załatwił sprawę od ręki, a jak nie chciał, to odwlekał ją miesiącami. Trzeba było więc jakoś się do niego przymilić. Im wyższy urząd, tym więcej władzy: kierownik sklepu, lekarz, dyrektor szkoły, dziekan na uczelni. Dobrze było mieć jakieś stanowisko, bo dzięki niemu można było się wymieniać władzą, czyli przysługami, z tymi, co byli na innych stanowiskach.

Całą władzę miała partia. Przez partię można więc było załatwić wszystko: mieszkanie, wyjazd na wczasy, talon na samochód, miejsce na uczelni. I ten system władzy spływał w dół. Wojewoda mógł mniej niż minister, przewodniczący miejskiej rady – mniej niż wojewoda, a dyrektor szkoły mniej niż przewodniczący miejskiej rady, ale każdy coś mógł, bo każdy miał władzę. Nawet hydraulik miał władzę. Mógł naprawić awarię od ręki albo po tygodniu, wykonać robotę dobrze lub ją spartolić. Albo kierowca ciężarówki. On też miał władzę nad swoim pojazdem, którym mógł pojechać na państwową lub prywatna budowę. Oczywiście z piaskiem, cementem czy pustakami, które miał na pace. Nawet babcia klozetowa miała władzę. Jak byłeś miły, oddzierała ci kawał papieru toaletowego na szerokość ramion, a jak nie – to tylko listek, z którym nie wiadomo było, co zrobić.

Pani bibliotekarka użyła więc wobec mnie swojej władzy. Nie pozwoliła mi „poczytać” Wielkiej Encyklopedii. Nie była zła, bo wobec mojej mamy używała swej władzy w sensie pozytywnym i wyciągała dla niej książki spod lady, ale gdy mogła czegoś zakazać, odmówić, nie zrobić, to czemu miała ze swej władzy nie skorzystać? Korzystanie z władzy było dowodem na to, że „jest się kimś”.

W siódmej klasie mama wykupiła bon na encyklopedię, a w ósmej dostałem ją na własność. Była to wprawdzie tylko Mała Encyklopedia Powszechna, ale moja własna. To było moje okienko na świat. Dzięki niej zobaczyłem, jaki jest piękny i kolorowy, bo że ciekawy, wynikało już z mojego nastawienia. Tyle kolorowych roślin i ptaków, motyli, grzybów, kamieni szlachetnych. Dzięki encyklopedii poznałem ekscytujące malarstwo Picassa, Salvadora Dali, Siqueirosa, Braque’a i Muncha. Swoje drzwi otworzyły przede mną Prado, Luwr, Pinakoteka, Rijksmuseum i Ermitaż. Za pomocą encyklopedii uporządkowałem swoją wiedzę geograficzną: największe kraje, miasta, wyspy, najdłuższe rzeki, najwyższe szczyty. I olimpijską. Ale z rozczarowaniem stwierdziłem, że jednak nie ma w niej wszystkiego. Były w niej seksta, sekstans i sekstet, ale seksu nie było, a spodziewałem się co najmniej czarno-białych ilustracji. Musiałem więc zgłębiać tajniki tego zjawiska na własną rękę, bez encyklopedii.

Zaczytałem się w encyklopedii na ponad rok. No, a potem zaczytałem się w Norwidzie. I to były te drzwiczki, przez które jak Alicja wszedłem do krainy czarów.

JERZY KRUK

Zachęcam Cię do kupienia mojej pierwszej powieści i wsparcia mojego debiutu.

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę
(przesyłka przez RUCH za 1 grosz,
a przez innych przewoźników za pół ceny)

Śniły mi się ptaki bez nieba

Po przeczytaniu Przemiany poczułem się tak samo przerażony jak Gregor Samsa, który obudził się jako karaluch. Leżał na plecach i nie mógł się przewrócić, bezradnie wymachując cienkimi nóżkami owada. Po lekturze tego opowiadania nie mogłem się pozbierać przez kilka dni.

Z surrealizmem spotkałem się już wcześniej. Podobnego szoku doznałem, oglądając Płonącą żyrafę, Oklapnięte zegary czy Przeczucie wojny domowej Salvadora Dali. Zrozumiałem, że poza światem realnym, światem codziennego doświadczenia, światem zwykłych ludzi może istnieć coś więcej: świat koszmarów sennych, świat wyobraźni, świat idei, w których ten pierwszy wywraca się do góry nogami. To doświadczenie wzmocnił we mnie film Buñuela Widmo wolności (1974), a głównie jedna z jego nowel, w której nobliwa burżuazyjna rodzina spotyka się na niedzielnym obiedzie. Wielka, jasno oświetlona jadalnia z olbrzymim stołem, tyle że wokół niego zamiast krzeseł stoją muszle klozetowe. Eleganckie towarzystwo podchodzi do stołu, panowie spuszczają spodnie, panie podkasują suknie, wygodnie zasiadają na sedesach i oddają się wyszukanej konwersacji. Co chwila ktoś prosi o papier toaletowy, którego rolka stoi na środku stołu na wielkiej srebrnej tacy. Nagle mały chłopczyk mówi głośno, że jest głodny. Wszyscy się krzywią z niesmakiem. Dziecko, nie przy stole” – karci go matka. Chłopiec wychodzi do małej kabiny na końcu korytarza, gdzie zasiada na krześle i z małego okienka wysuwa sobie tacę z jedzeniem. Wspaniała scena. Uderzająca! Dająca do myślenia. Niektórzy nazywali to odwróceniem tabu.

To było dla mnie takie nowe i dlatego tak szokujące. Zwłaszcza w kontekście mojego dotychczasowego kilkunastoletniego życia. Moi rodzice ani sąsiedzi nie oglądali takich rzeczy, nie czytali takich książek. Mieszkańcy naszego osiedla mówili o sobie, że mają na nazwisko Kowalski lub Malinowski, że potrzebują naprawić telewizor, a gdy zimą wychodzili z domu, to ubierali grube płaszcze, a dzieciom – czapki i szaliki. Janek pobierał się z Marysią, a Marysia pobierała się z Jankiem, gdy się spowiadali, że zdarzyło im się wobec kogoś użyć zbyt silnego słowa, nie mieli zbyt silnego postanowienia poprawy. Gdy dzielili ostatni kawałek ciasta, ktoś otrzymywał większą, a kto inny mniejszą połowę. Rosół zawsze gotowali z selerem i porą, używając do niego bynajmniej półtorej litry wody, na gwiazdkę dawali dzieciom po jednym pomarańczu, wyjeżdżali na półtorej tygodnia, a na wskutek jakiegoś zapalenia chorowali nawet przez półtory roku. Nawet w domu nie pozwalali dzieciom chodzić na boso. Ich dzieci uczyły się muzyyki, fizyyki i matematyyki. W imprezach rodzinnych często brało udział kilkunastu uczestników, w tym zwykle kilka dzieci. Gdy czuli się wyrzuceni poza margines, spuszczali uszy po sobie albo układali buzie w dziób. Ale potrafili też zajść komuś pod skórę, pobić kogoś o głowę albo, gdy było trzeba, dać komuś do łapy. Pani Jankowska w towarzystwie zawsze grała drugie skrzypce, a po jej występie zawsze szedł na drugi ogień jej mąż. Ala na całe szczęście nigdy nikomu nic poważnego się nie stało, bo na ogół wyrządzali sobie przysługi, a w przypadku jakiegoś konfliktu szybko następowało zawieszenie ognia. Do pracy mieli niedaleko, więc zwykle chodzili na pieszo. Czasami gdzieś indziej, kiedyś indziej, następowały wydarzenia, które wywierały na nich silne piętno. My, dzieci w każdym bądź razie graliśmy mecze, wygrywaliśmy walki i pojedynki, osiągaliśmy rekordy, stawialiśmy sobie coś jako cel i te cele realizowaliśmy, nie przywiązując do tych spraw najwyższej wagi, ale coraz to zwiększaliśmy poziom naszych umiejętności i poddawaliśmy w wątpliwość różne kwestie. By sprostać oczekiwaniom rodziny, niektórzy decydowali się na pełnienie ważnych ról społecznych: członka trójki klasowej albo ławnika sądowego. Czasami wychodzili naprzeciw wymaganiom władzy, decydując się na zajęcie ważniejszych funkcji społecznych, jak na przykład wciągnięcie na członka dzielnicowej rady narodowej. Nie wszystko szło po ich myśli, bo czasem odnosili klęski i doznawali strat. Praca większości nie przynosiła wysokich zysków.

Pojawienie się w tym towarzystwie kwestii surrealizmu było naprawdę surrealistycznym wyobrażeniem. Czułem, że z Kafką, Dalim i Buñuelem muszę się zmierzyć samotnie. Nie mogłem o tym porozmawiać z nikim. Ani z rodzicami, ani z sąsiadami, ani nawet ze starszymi kolegami. Taka możliwość pojawiła się dopiero w szkole średniej, gdzie poznałem moją późniejszą żonę. Ona zaszła jeszcze dalej niż ja. Dyskutowała nie tylko o surrealizmie, ale też i o czystej formie, sztuce dla sztuki i o literaturze faktu. Chyba nikt się nie dziwi, że zakochałem się w niej na zabój. Poszedłem do technikum i nie żałuję tej decyzji tylko z jednego powodu: Poznałem w nim dziewczynę swoich marzeń, która potem została kobietą mego życia.

Łączyła nas nie tylko literatura, ale i teatr, muzyka i sztuka w ogóle. Pamiętam, jak pożyczyła mi do przegrania płytę Grechuty, którego oboje uwielbialiśmy. Za same piątki na świadectwie z ósmej klasy dostałem w nagrodę od rodziców magnetofon czterościeżkowy, ale trzeba było na czymś odtworzyć płytę. Nie miałem gramofonu, bo to powoli robiło się przestarzałe urządzenie, ale wiedziałem, że adapter miał syn państwa Dziamdziaków z sąsiedniej klatki. On był z zawodu kolejarzem i często wyjeżdżał. Poszedłem więc do nich pod jego nieobecność z prośbą, by mi pożyczyli adapter do przegrania płyty. Nie zgodzili się, bym wyniósł z domu sprzęt syna, ale pozwolili mi przegrać płytę na miejscu. Podłączyłem więc kablami oba urządzenia i włączyłem płytę. Państwo Dziamdziakowie usiedli na wersalce i patrzyli mi na ręce, bym czegoś nie popsuł. Gdy zaczęły się rozlegać atonalne dźwięki Kantaty: piski skrzypiec, dudnienie kontrabasu i dzwonienie czyneli, państwo Dziamdziakowie spojrzeli po sobie z przerażeniem. I nagle Marek Grechuta zaczął recytować: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. Dziamdziakowie zrobili wielkie oczy, a on powtórzył: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. I nagle Dziamdziakowie, jak na komendę, wybuchnęli głośnym śmiechem. „Ptaki bez nieba, konie bez ziemi” – powtarzali, rechocąc w niebogłosy. Szeroko otwierali w śmiechu swe szczerbate szczęki i palcami ocierali łzy rozbawienia.

Poczułem się bezradny jak Gregor Samsa leżący na wznak w chitynowym pancerzu i przebierający w powietrzu cienkimi nóżkami. Gdybym tak przeczytał im Kafkę — pomyślałem— chyba pękliby ze śmiechu.

JERZY KRUK

Zachęcam Cię do kupienia mojej pierwszej powieści i wsparcia mojego debiutu.

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników za pół ceny):


Share on FacebookShare on TwitterShare on Linkedin

Nagroda NIKI 2020

Blanka Lipińska – jeśli mierzyć sukces w kategoriach komercyjnych – to największa polska pisarka ostatnich czasów. Wyniosła naszą narodową literaturę na poziomy, na których nigdy jeszcze nie gościła. Nie tylko pod strzechy, ale i na półki meblościanek w blokowiskach z wielkiej płyty; zarówno na księgarskie salony, gdzie usadowionym wygodnie w fotelach gościom podaje się smakowicie pachnącą kawę, jak i do koszy supermarketów, w których kupujący mogą grzebać i przebierać w książkach jak w ulęgałkach. Na swoim koncie ma już chyba milion sprzedanych egzemplarzy! W kilkanaście miesięcy! Na listach dziesięciu najlepiej sprzedających się książek znajdują się aż trzy pozycje jej autorstwa, z których największym przebojem jest 365 dni.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że bohaterka tego powieścidła jest alter ego autorki. Tak samo pusta, wulgarna i nudna. Na głowie ma czarne włosy, które w połowie powieści, pewnie z braku pomysłu na jakikolwiek zwrot akcji, zostają „genialnie obcięte na boba” i przefarbowane na blond. Jednak mimo tak radykalnej zmiany anturażu, w środku główki – niestety – od początku do końca fiu-bździu. I to zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym.

Wprawdzie bohaterka tego gniota nie pozostaje niewzruszona, gdy jej oprawca, a później ukochany, na jej oczach z zimną krwią zabija człowieka, który mu podpadł, a potem w szale zazdrości topi w stawie jej dawnego chłopaka, z którym przeżyła sześć lat, ale nie są to doznania zbyt głębokie; bohaterka szybko o nich zapomina, gdy dostaje w prezencie sukienkę od Roberta Cavalliego, szpilki od Louboutina , torebkę od Louisa Vuittona, zegarek z napisem Patek Philippe albo bieliznę Victoria’s Secret. Bo Laura uwielbia chwile, gdy „czuje się atrakcyjna i bardzo markowa”. W takich momentach jej emocje są naprawdę silne i szczere. „Aż podskoczyłam z zachwytu na ich widok” – pisze jako narratorka, a jako bohaterka mocno przytula dwie pary kozaków, które dostała w prezencie od Czarnego, każda po trzy i pół tysiąca złotych. „Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy” – wyznaje z rozbrajającą pensjonarską bezpretensjonalnością. Voucher do luksusowego spa też przytula do serca. To też od Czarnego. Wszystko ma od Czarnego: SUV, BMW, porsche, ferrari, zegarek o wartości mieszkania, platynową kolię z diamentami od… kogo? Zgadnijcie! Oczywiście od Tiffaniego! Ale – o ile dobrze pamiętam – śniadania od niego nie dostaje, za to koronkowe majtki i staniki, spodnie, sukienki, tuniki – owszem. Kozaki, sandałki i szpilki też. Wszystko na poziomie producentów wymienionych powyżej. Od rana do wieczora popija różowego moëta; aż dziw, że się w nim nie kąpie.

Czarny nie jest Murzynem. To Włoch, więc ponad wszelką wątpliwość w jego określeniu chodzi o to, że to brunet o ciemnej karnacji skóry. I o czarnym charakterze. Jest szefem sycylijskiej mafii – co prawda „nie cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym”– dla którego zastrzelenie czy uduszenie własnymi rękami człowieka, to tyle co zabicie muchy packą. Twardy lecz czuły (był kiedyś serial o takim tytule z Rogerem Moore’m w roli głównej, ale nie wiem, czy leciał w Polsce) i też nie za mądry. Biegle włada pięcioma językami, w tym rosyjskim, ale ani słowa nie rozumie z tego, co jego kobieta mówi po polsku. A ta używa ojczystego języka, gdy się spotyka ze swoimi ziomalami: „Kurwa, ja pierdolę, zajebiście. Wkurwiasz mnie, jesteś jebnięta, gówno mnie to obchodzi”. – To jest język, jakim bohaterka rozmawia z rodakami, nawet ze swą matką. Polski czytelnik (bo chyba jeszcze nie ma zagranicznych?) może czuć się w jej powieści swojsko jak na ulicy we własnym mieście.

O Czarnym dowiadujemy się niewiele, bo ciągle pracuje. Głównie na Sycylii, ale też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie ma pracę, a prócz tego „prowadzi interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych”. Nie wszędzie może zabierać swą kobietę mafii, bo wiadomo: mafia ma swoje tajemnice. Jednak czasami może, by ją w drodze „co sto kilometrów wydymać”. I jej i jego bez przerwy strzegą ochroniarze, ale w momencie dymania dyskretnie usuwają się na stronę. A ma czym to robić, bo „ma kutasa po kolana”, jak mówi najbliższa i chyba jedyna przyjaciółka Laury, jeszcze większy pustak niż ona, utrzymanka „fagasa, który podbija kolejne rynki kosmetyczne”, nie przepuszczająca żadnemu przystojniakowi, co „dyma się jak rakieta”.

Czarny nazywa się Massimo Dutti, czy jakoś tak. Jest chorobliwie zazdrosny o swoją Laurę i nie potrafi panować nad emocjami, a emocje ma na poziomie przedszkolaka. Gdy do jego kobiety zbliży się jakiś inny mężczyzna, Massimo natychmiast sięga po broń, dusi lub topi. Jednak gdy do Laury zbliży się on, „jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwie spodni”. Laura też jest jakaś rozchwiana emocjonalnie. Na przemian to mdleje, to rzyga. To, że rzyga, gdy jej macho „przy obciąganiu spuści się jej do gardła”, to nic dziwnego, ale ona rzyga też kompulsywnie, gdy doznaje silnych emocji.

Laura jest kobietą marzeń (sennych) Massima. Wyśnił ją sobie, a właściwie – umierając – miał wizję na kształt widzenia Matki Boskiej, tyle tylko, że Massimo nie zobaczył Maryi, lecz Laurę i – jak potężny renesansowy mecenas (jakiś książę czy papież) – po zmartwychwstaniu zlecił wybitnym malarzom uwiecznienie jej wizerunku na dziesiątkach obrazów, które zdobią pokoje jego willi, biur i hoteli.

„Szukał jej na całym świecie”, więc czy można się mu dziwić, że – będąc człowiekiem, który może mieć wszystko – gdy jego senna zjawa zjawia się na urlopie na Sycylii w osobie Laury Biel, menedżerki hotelowej z Polski, ten ją porywa i więzi w „domu , który wygląda trochę jak willa z Dynastii”? Nie zamyka jej w celi, lecz „w pokoju, który ma pewnie z osiemdziesiąt metrów i jest w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście”. Na razie pusta, jak makówka Laury, ale wkrótce szybko się zapełni. Czaicie te klimaty? Te chaty?

Massimo „daje Laurze szansę, by go pokochała i została z nim nie z przymusu, ale dlatego, że zechce”. Gwałci ją wielokrotnie, ale w sposób nie zanadto brutalny, bo gdy to robi, ona „czuje każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny”. Informuje ją, „nie proponuje, tylko informuje”, że najbliższe 365 dni spędzi w jego złotej klatce, a on „postara się zrobić wszystko, by go pokochała, a jeśli za rok, w jej urodziny, nic się nie zmieni”, obiecuje ją wypuścić. Jako polisę, że mu nie ucieknie, przedstawia jej ultimatum. Jeśli by to uczyniła, on zabije jej rodzinę: matkę, ojca i brata.

Nie potrzeba było roku! Laura, więziona, gwałcona, zastraszana i szantażowana, lecz rozpieszczana bezustannym leniuchowaniem, przeskakiwaniem po kanałach włoskiej telewizji, której nie rozumie, bo nie zna języka, popijaniem szampana i drobiazgami od Diora, YSL, Guerlaina, Chanel, „a przede wszystkim od Lancôme’a„, zakochuje się w nim na zabój w niespełna półtora miesiąca. Psychologia dla określenia takiego przypadku stosuje pojęcie „syndrom sztokholmski”, ale pisarka Blanka Lipińska go nie używa. No i dobrze, bo jako menedżerka hotelowa mogłaby je pomylić z „bufetem szwedzkim”.

Blanka Lipińska to pisarka, która dba o najdrobniejsze detale: „Przepakowałam się w kremową torbę od Prady” – pisze rzeczowo. Albo: „Z kolejnego pudła wyciągnęłam czarną, przezroczystą krótką sukienkę, a z następnego pasujące do kompletu szpilki Lauboutina” – wyjaśnia fachowo. Czy też: „Wyjątkowo było mi wszystko jedno, w co się ubiorę. Chwyciłam biały dres Victoria’s Secret” – informuje nonszalancko. I jeszcze: „Spotkałam Domenica rozkładającego wielkie walizki LV”. Nie trzeba być matematykiem, łamiącym kod Enigmy, by rozszyfrować branżowy skrót. I jeszcze mój ulubiony: „Leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek CK”.

Albo z innej beczki: „Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce delikatnie głaskały jego jądra”. A w innym miejscu: „Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi”. Czy można się dziwić popularności bestsellera „Wisłockiej Instagrama” – jak ją nazywają fanki czytające instrukcje używania erotycznych gadżetów? Która nie marzy o orgazmie na żądanie, już po kilku sekundach, a potem o całych falach orgazmów? I wszystko dzięki małemu różowemu gadżetowi. „Różowy” to „gumowy kolega” Laury, trójelementowy wibrator, „którego najgrubsza część służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę”, gdy ona wyobraża sobie stojącego pod prysznicem Czarnego, „trzymającego w rękach swojego pięknego kutasa”. W rolach głównych: Czarny i różowy.

Książkopodobny wyrób Blanki Lipińskiej reklamowany jest za pomocą sloganu „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym”. Pomińmy niestosowność porównania do twórczości Mario Puzo, ale 50 twarzy przy 365 dniach, to Himalaje literatury. Może nie Himalaje, ale co najmniej Alpy, no, może Sudety. Ale to i tak wysoko w porównaniu z poziomem bagien na Żuławach, w jakich tapla się twórczość pisarki Blanka Lipińska.

JERZY KRUK

P.S.
W cudzysłów zostały ujęte oryginalne cytaty z opisywanego, najgłośniejszego w ostatnich latach polskiego dzieła literackiego.

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników – za pół ceny):

Yuval Noah Harari

Yuval Noah Harari to pisarz, którego czyta cały świat. Jeśli masz się za człowieka wykształconego, kulturalnego i inteligentnego, nie możesz go nie poznać. Harari jest antropologiem i historykiem. Sapiens i jego dwie kolejne książki nie są książkami popularnonaukowymi, lecz stricte naukowymi. A mimo to nie ma w nich naukowego sztywniactwa, bo Harari to znakomity gawędziarz. Swe klarowne wywody ciągnie ze swadą i humorem. Yuval Noah Harari pracuje na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Jest Żydem, obywatelem państwa Izrael,  ale nie żydem, bo judaizm, tak samo jak każda inna religia, to dla niego narracja przeszłości. Harari jednak nie walczy z religią, nie podważa żadnych dogmatów, nie udowadnia nieistnienia Boga, a po prostu traktuje religię jako element kultury, taki sam jak rolnictwo, struktury społeczno-polityczne, ekonomia, przemysł czy nauka.

Jego pierwsza głośna na cały świat, wydana w milionach egzemplarzy książka  – Sapiens nosi podtytuł „Krótka historia ludzkości. Od zwierząt do bogów”. Jeśli chcesz zrozumieć, kim jest człowiek, możesz przyjrzeć się sobie i swojemu sąsiadowi, ale jeśli chcesz wiedzieć więcej, możesz spojrzeć z najwyższej wieży na swoje miasto i przypatrzyć się zachowaniom jego mieszkańców. Ale jeśli chcesz widzieć jeszcze więcej, powinieneś wspiąć się na najwyższy szczyt swego kraju, by ogarnąć jego historię i relacje z sąsiadami. Mimo to i tak pozostanie to tylko perspektywą zaścianka. Chcąc zrozumieć historię ludzkości, musisz wspiąć się jeszcze wyżej. Widok z balonu czy z samolotu, to wciąż za mało. Perspektywa, jaką przyjmuje Harari, to perspektywa widziana co najmniej ze statku kosmicznego.

Opowieść o historii naszego gatunku zaczyna się 2,5 miliona lat temu, gdy na Ziemi pojawiły się pierwsze istoty podobne do współczesnych ludzi, które niczym istotnym nie wyróżniały się z nieprzebranej liczby innych organizmów, z którymi dzieliły swoje środowiska. Dla znakomitego antropologa oczywiste jest, że homo sapiens to tylko jeden z gatunków zwierząt, który w wyniku rewolucji poznawczej uruchomił koło historii i błyskawicznie podbił świat. Ale tak samo szybko jak go podbił, może go zniszczyć. Ten problem jednak jest tematem dwu następnych książek Yuvaala Noaha Harari Homo deus i 21 lekcji na XXI wiek. Jeśli masz poczucie, że nie rozumiesz tego świata, że gubisz się w ocenach co do sensu współczesnej nauki, medycyny, polityki, jeśli czujesz, że twoje intuicje coraz bardziej wyślizgują ci się z rąk, książki Harariego na pewno będą pomocne w uporządkowaniu stanu twojej wiedzy.

Żeglarze mają takie powiedzenie: Jak się ściemni, to ci się rozjaśni. Chcą przez to powiedzieć, że po zapadnięciu zmroku na niebezpiecznych, przybrzeżnych wodach morskich zapalają się ułatwiające żeglugę znaki świetlne, widoczne wyraźniej i z dużo większej odległości niż wszelkie oznakowania widoczne w biały dzień. Podobnie z rozumieniem człowieka i kultury. Jeśli chcesz widzieć i rozumieć więcej, wznieś się z Hararim na poziom satelity kosmicznego.

JERZY KRUK

Co będzie dalej?

Wiem, że nie powinienem w recenzji zdradzać zakończenia, ale właściwie czemu nie? W całej książce nie dzieje się nic, więc chyba nie macie oczekiwań, że coś się wydarzy pod koniec? Słusznie, bo książka kończy się niczym. Na przedostatniej niemal stronie mafijni przeciwnicy Massima puknęli obie panienki na autostradzie, doprowadzając dona do szewskiej pasji. Pomińmy fakt, że wzięli się na tej autostradzie jak deus ex machina, ale w książczydle pisarki Blanka Lipińska wszystko pojawia się jak deus ex machina: pieniądze, pożądanie, miłość, ciąża, wypadki – wszystko pojawia się bez żadnego związku przyczynowo-skutkowego. Ale co tam dbałość o realizm,  pisarka Blanka Lipińska jest przecież czarodziejką słowa. Wystarczy, że coś sobie pomyśli, a to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, natychmiast pojawia się na kartach książki, zupełnie jak kozaki, sukienki, samochody, jachty, mieszkania, lekarze, bramkarze, ochroniarze.

Historia kończy się happy endem. Żadnej z panien, mimo, iż obie puknięte, nic się nie staje. Za to szef mafii, mimo że nie  „cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia”, zostaje dotknięty do żywego. Łatwo sobie wyobrazić, co będzie w kolejnych tomach, po które na pewno nie sięgnę. Na pewno puknie winowajców, a pewnie i kolejnych wrogów i do znudzenia będzie pukał Laurę, no bo co miałby robić z tym „kutasem po kolana, który jest piękny, równy i niebywale gruby; doskonały, idealny, nie za długi, ale gruby prawie jak jej nadgarstek, po prostu perfekcyjny”.

365 dni. Skąd ta popularność?

Powodzenie 365 dni Blanki Lipnickiej i dwóch jej  kolejnych książek jest chyba najgłośniejszym od lat wydarzeniem w branży księgarsko-czytelniczej.

  1. Aspekt artystyczny.
    Jak to możliwe? – pytają wydawcy. Jak to możliwe? – pytają inni pisarze. Jak to możliwe? – pytają czytelnicy. Jak to możliwe, że taki knot, taki gniot, taka chała osiągnęła pół miliona nakładu? Przecież ona nie umie pisać. Książka odrzuca każdego w miarę wyrobionego czytelnika. Płaska, nudna, wulgarna. W miarę wyrobiony czytelnik zniechęca się do jej czytania po pierwszych kilku stronach. Tyle pomyj już wylano na głowę autorki, tyle szyderstw w jej stronę posłano, tyle lamentów do Boga wzniesiono, że widzi i nie grzmi, że szkoda mi własnego i waszego czasu na analizowanie walorów artystycznych tego dzieła, których ono po prostu nie ma. A mimo to wciąż się sprzedaje, i to jak! Zatem o jej komercyjnym sukcesie musiało przesądzać coś innego niż walory estetyczne.

  2. Aspekt etyczny.
    Wyobraź sobie, że jesteś kobietą. Wymarzył sobie ciebie, wyśnił pewien mężczyzna. Jesteś ucieleśnieniem jego ideału. Wspaniale, prawda? Ale okazuje się, że ten mężczyzna jest nieznośnym egoistą i chce cię odciąć od całego świata, od twoich bliskich, od twojej pracy, od twojego kraju, by mieć cię tylko dla siebie. Zaakceptowałabyś to? I jeszcze chce, byś go pokochała. Nie ty chcesz pokochać bestię, tylko bestia chce, byś pokochała ją. A to, że jest bestią, udowadnia ci od pierwszych chwil znajomości, z zimną krwią zabijając na twoich oczach człowieka, który wykazał się wobec niego nielojalnością. I jeszcze ci grozi, że jeśli go nie spróbujesz pokochać, on zabije twoją matkę, ojca i brata. W dodatku jest o ciebie chorobliwie zazdrosny. Na widok każdego mężczyzny, próbującego się do ciebie zbliżyć, chwyta za broń. I w końcu w szale zazdrości zabija twojego byłego chłopaka, z którym przeżyłaś sześć lat. Przeszłabyś nad każdym z tych przypadków do porządku dziennego? Każda kobieta mającą odrobine oleju w głowie powie, że nie. 365 dni odrzuca w aspekcie etycznym. Ale nie miłośniczki talentu Blanki Lipińskiej. Im to nie przeszkadza i w setkach tysięcy kupują kolejne tomy jej twórczości.

  3. Aspekt erotyczny.
    Co je zatem pociąga? Może aspekt erotyczny? Ale ta książka nie jest nawet romansidłem. Tam nie ma ani krzty uczucia, ani krzty czułości, ani krzty namiętności. Owszem, występujące w niej postaci pieprzą się jak aktorzy w filmie porno, ale to nie jest seks dwojga namiętnych kochanków, lecz seks porno robotów. Gdy główny bohater mówi głównej bohaterce, że chciałby, by nauczyła go czułości, ona mu odpowiada, że ona też tego nie zna, bo ona tylko ostro się pieprzy. Szczerze, ale i też mało oryginalnie. Już gdzieś słyszałem te słowa. Wy – chyba też. Zatem jeśli aspekt artystyczny, etyczny i erotyczny nie mogą przyciągać czytelników, to co? Uświadomiła mi to jedna z moich rozmówczyń.

  4. Aspekt masturbacyjny.
    Przestańcie się wytrząsać nad miernością artystyczną, mizerią moralną i pustką uczuciową tej książki – napisała do mnie jedna z czytelniczek mojej recenzji 365 dni i mnie oświeciła: No tak się właśnie pisze książki masturbacyjne. To proza użytkowa, a nie literatura piękna. Ma dosłownie sprawić, że czytelniczka w trakcie czytania zacznie się masturbować.  Wreszcie zrozumiałem. I tyle o książce. Dalej będzie już nie o książce, tylko o jej czytelniczkach.

  5. Kim one są?
    Moje znajome, mające głębszy i szerszy wgląd w życie kobiet niż ja jako mężczyzna, potwierdziły tę opinię. Nawet nie wiesz, ile kobiet skazanych jest na życie bez seksu – tłumaczyły mi. Nie tylko te, uważane przez potencjalnych partnerów za nieatrakcyjne, za zbyt grube, za za stare, ale i te w kwiecie wieku i urody, żyjące w małżeństwie z całkiem młodymi jeszcze mężczyznami, takimi koło czterdziestki, trochę starszymi, ale i nawet dużo młodszymi. Czemu tak się dzieje? Bo mąż nie wykazuje zainteresowania, a jeśli już, to gdy naprawdę go przypili, gdzieś nad ranem, bez gry wstępnej, myśląc tylko o sobie. Nuda i upokorzenie. Czemu tak jest? Powody są różne. Bo stres, bo zmęczenie, bo rozczarowanie życiem, bo mają wygodniejsze formy rozładowania, na przykład masturbacja przed komputerem.  A one zostają same i nie mają tych samych szans. Na przykład porno. Wiadomo, że facetów to kręci i nawet jak któregoś przyłapać na gorącym uczynku, to dla niego żaden wstyd. A kobieta? Kto to widział? Jeśli w domu używa się jednego komputera, to zagrożenie jest zbyt duże, bo jeszcze mąż to odkryje, albo – to byłby wstyd! – dziecko. Albo masturbacja. Wiadomo, że facet jest łatwy w obsłudze, a kobieta – trochę trudniejsza. Potrzebuje większej intymności, spokoju, pewności. Nie każda potrafi to zrobić w toalecie w pracy.  A w domu? Obiad trzeba ugotować, mieszkanie sprzątnąć, dzieci dopilnować – nie ma nawet kiedy. Facet potrafi to zrobić bez żadnych gadżetów, a kobiecie one pomagają. Ale kupić sobie wibrator? I gdzie go trzymać? Jeszcze nie daj Boże mąż, dziecko albo teściowa odkryje. Ale byłaby afera! A książka Blanki Lipińskiej kusi. Jej bohaterka zabiera swojego gumowego kolegę nawet na urlop ze swoim chłopakiem. Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi – wyznaje.  Która by nie chciała przeżyć fali orgazmów? W dodatku podniesionej do trzeciej potęgi, bo najgrubsza część wibratora – instruuje Lipińska – służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę. Blanka, jesteś Wisłocką naszych czasów – piszą do niej miłośniczki. Więc może i jednak o to właśnie chodzi? O aspekt masturbacyjny. Ja kupiłem tę książkę z ciekawości, gdy było o niej już głośno, by sprawdzić, co trzeba napisać, żeby sprzedać pół miliona egzemplarzy. Z tego, co wiem, ogromna ilość kobiet dokładnie z tego samego powodu. Ale coś przecież już wcześniej musiało uczynić ją słynną. Aspekt masturbacyjny? OK, czemu nie? Jeśli to ludziom, a ściślej: przedstawicielkom płci pięknej potrzebne? Nie protestuję, nie oburzam się, nie wytrząsam. Ale wiecie, co dla mnie jest w tym wszystkim najbardziej przerażające? Że jest ich tak dużo.

JERZY KRUK

365 dni

Blanka Lipińska, jeśli mierzyć sukces w kategoriach komercyjnych, to największa polska pisarka ostatnich czasów. Na swoim koncie ma już chyba milion sprzedanych egzemplarzy! W kilkanaście miesięcy! Na listach dziesięciu najlepiej sprzedających się książek znajdują się aż trzy pozycje jej autorstwa, z których największym przebojem jest „365 dni„.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że bohaterka tego powieścidła jest alter ego autorki. Tak samo pusta, wulgarna i nudna. Na głowie ma czarne włosy, które w połowie powieści, pewnie z braku pomysłu na zwrot akcji, zostają „genialnie obcięte na boba” i przefarbowane na blond. Jednak w środku główki – niestety fiu-bździu. I to zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym.

Wprawdzie bohaterka tego gniota nie pozostaje niewzruszona, gdy jej oprawca, a później ukochany na jej oczach z zimną krwią zabija człowieka, który mu podpadł, a potem w szale zazdrości topi w stawie jej dawnego chłopaka, z którym przeżyła sześć lat, ale nie są to doznania zbyt głębokie; bohaterka szybko o nich zapomina, gdy dostaje w prezencie sukienkę od Roberta Cavalliego, szpilki od Louboutina , torebkę od Louisa Vuittona, zegarek z napisem Patek Philippe albo bieliznę Victoria’s Secret, bo Laura uwielbia chwile, gdy „czuje się atrakcyjna i bardzo markowa”. W takich momentach jej emocje są naprawdę silne i szczere. „Aż podskoczyłam z zachwytu na ich widok” – pisze jako narratorka, a jako bohaterka mocno przytula dwie pary kozaków, które dostała w prezencie od Czarnego, każda po trzy i pół tysiąca złotych. „Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy” – wyznaje z rozbrajającą pensjonarską bezpretensjonalnością. Voucher do luksusowego spa też przytula do serca. To też od Czarnego. Wszystko ma od Czarnego: SUV, BMW, porsche, ferrari, zegarek o wartości mieszkania, platynową kolię z diamentami od… kogo? Zgadnijcie! Oczywiście od Tiffaniego! Koronkowe majtki i staniki, spodnie, sukienki, tuniki. Kozaki, sandałki i szpilki. Wszystko na poziomie producentów wymienionych powyżej. Od rana do wieczora popija różowego moëta, aż dziw, że się w nim nie kąpie.

Czarny nie jest Murzynem. To Włoch, więc ponad wszelką wątpliwość w jego określeniu chodzi o to, że to brunet o ciemnej karnacji skóry. I o czarnym charakterze. Jest szefem sycylijskiej mafii – co prawda „nie cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym”– dla którego zastrzelenie czy uduszenie własnymi rękami człowieka, to tyle co zabicie muchy packą. Twardy lecz czuły (był kiedyś serial o takim tytule z Rogerem Moore’m w roli głównej, ale nie wiem, czy leciał w Polsce) i też nie za mądry. Biegle włada pięcioma językami, w tym rosyjskim, ale ani słowa nie rozumie z tego, co jego kobieta mówi po polsku. A ta używa ojczystego języka, gdy się spotyka ze swoimi ziomalami: „Kurwa, ja pierdolę, zajebiście. Wkurwiasz mnie, jesteś jebnięta, gówno mnie to obchodzi” – to jest język, jakim bohaterka rozmawia z rodakami, nawet ze swą matką. Polski czytelnik (bo chyba jeszcze nie ma zagranicznych?) może czuć się w jej powieści swojsko jak na ulicy w swoim mieście.

O Czarnym dowiadujemy się niewiele, bo ciągle pracuje. Głównie na Sycylii, ale też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie ma pracę, a prócz tego „prowadzi interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych”. Nie wszędzie może zabierać swą kobietę mafii, bo wiadomo: mafia ma swoje tajemnice. Jednak czasami może, by ją w drodze „co sto kilometrów wydymać”. I jej i jego bez przerwy strzegą ochroniarze, ale w momencie dymania dyskretnie usuwają się na stronę. A ma czym to robić, bo „ma kutasa po kolana”, jak mówi najbliższa i chyba jedyna przyjaciółka Laury, jeszcze większy pustak niż ona, utrzymanka „fagasa, który podbija kolejne rynki kosmetyczne”, nie przepuszczająca żadnemu przystojniakowi, co „dyma się jak rakieta”.

Czarny nazywa się Massimo Dutti, czy jakoś tak. Jest chorobliwie zazdrosny o swoją Laurę i nie potrafi panować nad emocjami, a emocje ma na poziomie przedszkolaka. Gdy do jego kobiety zbliży się jakiś inny mężczyzna, Massimo natychmiast sięga po broń, dusi lub topi. Jednak gdy do Laury zbliży się on, „jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwie spodni”. Laura też jest jakaś rozchwiana emocjonalnie. Na przemian to mdleje, to rzyga. To, że rzyga, gdy jej macho „przy obciąganiu spuści się jej do gardła”, to nic dziwnego, ale ona rzyga też kompulsywnie, gdy doznaje silnych emocji.

Laura jest kobietą marzeń (sennych) Massima. Wyśnił ją sobie, a właściwie – umierając – miał wizję na kształt widzenia Matki Boskiej, tyle tylko, że Massimo nie zobaczył Maryi, lecz Laurę i – jak potężny renesansowy mecenas (jakiś książę czy papież) – po zmartwychwstaniu zlecił wybitnym malarzom uwiecznienie jej wizerunku na dziesiątkach obrazów, które zdobią pokoje jego willi, biur i hoteli.

„Szukał jej na całym świecie”, więc czy można się mu dziwić, że – będąc człowiekiem, który może mieć wszystko – gdy jego senna zjawa zjawia się na urlopie na Sycylii w osobie Laury Biel, menedżerki hotelowej z Polski, ten ją porywa i więzi w „domu , który wygląda trochę jak willa z Dynastii”? Nie zamyka jej w celi, lecz „w pokoju, który ma pewnie z osiemdziesiąt metrów i jest w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście”. Na razie pusta, jak makówka Laury, ale wkrótce szybko się zapełni. Czaicie te klimaty? Te chaty?

Massimo „daje Laurze szansę, by go pokochała i została z nim nie z przymusu, ale dlatego, że zechce”. Gwałci ją wielokrotnie, ale w sposób nie zanadto brutalny, bo gdy to robi, ona „czuje każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny”. Informuje ją, „nie proponuje, tylko informuje”, że najbliższe 365 dni spędzi w jego złotej klatce, a on „postara się zrobić wszystko, by go pokochała, a jeśli za rok, w jej urodziny, nic się nie zmieni”, obiecuje ją wypuścić. Jako polisę, że mu nie ucieknie przedstawia jej ultimatum: Jeśli by to uczyniła, on zabije jej rodzinę: matkę, ojca i brata.

Nie potrzeba było roku. Laura, więziona, gwałcona, zastraszana i szantażowana, lecz rozpieszczana bezustannym leniuchowaniem, przeskakiwaniem po kanałach włoskiej telewizji, której nie rozumie, bo nie zna języka, popijaniem szampana i drobiazgami od Diora, YSL, Guerlaina, Chanel, „a przede wszystkim od Lancôme’a„, zakochuje się w nim na zabój w niespełna półtora miesiąca. Psychologia dla określenia takiego przypadku używa pojęcia „syndrom sztokholmski”, jednak głębia, a raczej płycizna, psychologiczna pisarki Blanka Lipińska nie odwołuje się do takich pojęć.

Blanka Lipińska to pisarka, która dba o najdrobniejsze detale: „Przepakowałam się w kremową torbę od Prady” – pisze rzeczowo. Albo: „Z kolejnego pudła wyciągnęłam czarną, przezroczystą krótką sukienkę, a z następnego pasujące do kompletu szpilki Lauboutina” – wyjaśnia fachowo. Czy też: „Wyjątkowo było mi wszystko jedno, w co się ubiorę. Chwyciłam biały dres Victoria’s Secret” – informuje nonszalancko. I jeszcze: „Spotkałam Domenica rozkładającego wielkie walizki LV”. Nie trzeba być matematykiem, łamiącym kod Enigmy, by rozszyfrować branżowy skrót. I jeszcze mój ulubiony: „Leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek CK”.

Albo z innej beczki: „Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce delikatnie głaskały jego jądra”. A w innym miejscu: „Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi”. Czy można się dziwić popularności bestsellera „Wisłockiej Instagrama” – jak ją nazywają fanki czytające instrukcje używania erotycznych gadżetów? Która nie marzy o orgazmie na żądanie, już po kilku sekundach, a potem o całych falach orgazmów? I wszystko dzięki małemu różowemu gadżetowi? „Różowy” to „gumowy kolega” Laury, trójelementowy wibrator, „którego najgrubsza część służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę”, gdy ona, Laura wyobraża sobie stojącego pod prysznicem Czarnego, „trzymającego w rękach swojego pięknego kutasa”. W rolach głównych: Czarny i różowy.

Książkopodobny wyrób Blanki Lipińskiej reklamowany jest za pomocą sloganu „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym”. Pomińmy niestosowność porównania do twórczości Mario Puzo, ale 50 twarzy przy 365 dniach, to Himalaje literatury. Może nie Himalaje, ale co najmniej Alpy, no, może Sudety. Ale to i tak wysoko w porównaniu z poziomem bagien na Żuławach, w jakich tapla się twórczość pisarki Blanka Lipińska.

JERZY KRUK

P.S.
W cudzysłów zostały ujęte oryginalne cytaty z opisywanego, najgłośniejszego w ostatnich latach polskiego dzieła literackiego.