fbpx

Jak działa faszyzm

Jeśli się spodziewacie, że książka Jasona Stanleya opowiada o historycznych działaniach Hitlera czy Mussoliniego, to prawdopodobnie się zdziwicie, jak niewiele uwagi poświęca im autor. Owszem, co i raz do nich nawiązuje, ale na tapet bierze słowa i działania współczesnych polityków: Trumpa, Bolsonaro, Modiego, Kaczyńskiego, Orbana, Erdogana i Putina. Autora nie interesuje faszyzm jako dawno minione zjawisko historyczne (choć sam pragnąłby , by tak było) lecz polityka faszystowska będąca żywym i bolesnym problemem dzisiejszych czasów. W książce Jak działa faszyzm Polska wymieniana jest jednym tchem obok innych państw, których polityka silnie nasycona jest faszystowskimi treściami: USA, Rosji, Węgier, Turcji, Indii i Brazylii. Działaniami Jarosława Kaczyńskiego i rządu Mateusza Morawieckiego można zilustrować niemal każdą z metod opisywanych przez Stanleya, za pomocą których faszyści zdobywali władzę i ją poszerzali — pisze Sławomir Sierakowski we wstępie zatytułowanym „Nasz faszyzm”.

Primo Levi pisał, że „każda epoka ma swój faszyzm”. Nasza też. Tu i teraz —konkluduje Sierakowski. Czym się różni faszyzm Hitlera i Mussoliniego od dzisiejszego faszyzmu Kaczyńskiego i spółki? Ci pierwsi byli prawdziwymi fanatykami, którzy doprowadzili do II wojny światowej i popełnili zbrodnię Holocaustu. Ci drudzy fanatykami nie są. Są raczej cynikami, demagogami, cwaniaczkami i politycznymi chuliganami, choć przykład Putina pokazuje, że możemy się mylić co do ich oceny. Zresztą Hitlera i Mussoliniego z początku też traktowano jak krzykliwych mitomanów, których nie sposób traktować poważnie.

A co łączy tych drugich z pierwszymi? Styl i metody uprawiania polityki. Jason Stanley wykorzystuje słowo „faszyzm” do opisu pewnych odmian ultranacjonalizmu (etnicznego, religijnego, kulturowego), w których naród reprezentowany jest przez autorytarnego przywódcę przemawiającego w jego imieniu. Najwymowniejszym znakiem rozpoznawczym polityki faszystowskiej jest podział, dążenie do podzielenia społeczeństwa na „nas” i „ich”. Dlatego tak ważną rolę pełni w faszyzmie zadanie wykreowania wroga, którym dziś stają się intelektualne elity, uchodźcy, feministki, mniejszości seksualne. Kolejną istotną cechą faszyzmu jest konstruowanie przeszłości mitycznej, której zadaniem jest podpieranie odrealnionej wizji teraźniejszości, w której teorie spiskowe i fake newsy zastępują racjonalną debatę. Do jej wytworzenia polityka faszystowska wypacza pojęcia przez propagandę i antyintelektualizm, z zasady pozostaje w sprzeczności z wiedzą ekspercką, nauką i prawdą i zwraca się przeciwko intelektualnym i artystycznym elitom. W ten sposób tworzy podatny grunt dla niebezpiecznych fałszywych przekonań i wrogich postaw. W silnie podzielonym społeczeństwie strach zastępuje wzajemne zrozumienie pomiędzy grupami, a władza kreuje się na obrońcę jego  „uciśnionej” „prawdziwej, lepszej, zdrowej, szlachetnej” części.

Współczesny faszyzm może nie przypominać do końca tego z lat 30., niemniej jest faszyzmem. Oskarżenie o faszyzm zawsze będzie wydawało się na wyrost. Pojawia się dziś wiele głosów podnoszących, że dopóki nie istnieją obozy koncentracyjne, a rządy państw nie posuwają się do wojny, to nie możemy mówić o faszyzmie. Takie opinie próbują rozmyć, rozwodnić problem współczesnego faszyzmu, którego ogniska możemy znaleźć dziś niemal na każdym kontynencie. Neofaszyzm, neonazizm, post faszyzm są również faszyzmem. Te nowe odmiany faszyzmu na ogół nie wyrosły z bezpośredniego nawiązania do ideologii Hitlera czy Mussoliniego, lecz wyrosły z populizmu, który miał być popłuczyną po wielkich ideologiach XX w. Tyle, że ta popłuczyna zaczęła gęstnieć i gęstnieć, zatruwając kolejne lokalne demokracje. Jason Stanley pokazuje na czym polega ten proces i szczegółowo analizuje jego mechanizmy, przede wszystkim w USA, na Węgrzech i w Polsce.

Autor polskiego wstępu konkluduje, że Polak musi czytać tę książkę ze wstydem, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość i Jarosław Kaczyński są jednymi z jej głównych negatywnych bohaterów, a Polska weszła do żelaznego repertuaru badaczy patologii władzy. Ale by z nią walczyć, trzeba przeżyć ten wstyd i odsłonić ten ropiejący wrzód na ciele polskiego społeczeństwa i poddać się bezwzględnej diagnozie obnażającej toczącą nasze społeczeństwo chorobę.

JERZY KRUK

A może odwiedzisz mój sklep?

O co chodzi szaleńcowi z Żoliborza?

Jedno jest dziś jasne: Na pewno nie o Polskę i o szczęście jej obywateli, bo do tego byłby potrzebny jakiś program. Polityczny. A Jarosław Kaczyński ani jego partia żadnego programu nie mają. Mają za to plan: Jak utrzymać się przy władzy i jak z niej jak najwięcej skorzystać. To drugie to jest plan dla popleczników: polityków, urzędników, wyborców Jarosława Kaczyńskiego, a to pierwsze — dla niego samego. Zatem: władza. Po co ta władza Kaczyńskiemu?

Trzeba przyznać, że nie chodzi mu — jak większości tyranów i autokratów — by zdobywając pełnię władzy i napawając się nią do utraty tchu i samokontroli, przy okazji zadbać o własne korzyści. Abnegat z Mickiewicza 49 chodzi w niemodnych płaszczach i garniturach, w starych, rozwalających się butach. Mieszka w brzydkim, od dawna nieremontowanym domu, otoczonym tandetnym płotem ze stalowej siatki. Jego działkę trudno nazwać „ogrodem”. Nie ma nawet prywatnego samochodu, a do niedawna nie posiadał nawet konta w banku ani skrzynki pocztowej. Kamuflaż sknery-milionera? Chyba nie. Jego przebiegły plan, by upaństwowić największy prywatny bank w kraju, aby za uzyskane zeń kredyty wybudować w centrum stolicy dwa olbrzymie wieżowce, które miały stanowić lukratywny interes polegający na wynajmie luksusowych powierzchni biurowych, też nie był dla niego. Miał zabezpieczyć teraźniejszość i przyszłość jego politycznym spadkobiercom.

Jarosław Kaczyński, choć od dziesiątów lat zarządzał społecznym majątkiem, nie dorobił się fortuny, w przeciwieństwie do swych odpowiedników w Rosji, we Włoszech czy w Wenezueli. Nawet na leczenie matki musiał pożyczać od znajomej. Nie posiada willi, pałaców ani luksusowych jachtów. Jeśli już, to pozwala swoim podwładnym zaprosić się na wędkarską łódeczkę czy na małą sportową żaglówkę. Ale i to dla niego za duży luksus, bo wysiadając z nich naraża się na pośmiewisko z powodu nietrzymania moczu, co widać na obsikanych spodniach. A ta jego obwieszona praniem „willa” (jak na betonowe klocki mówi się w Warszawie i okolicach) to pożałowania godny architektoniczny koszmarek.

Zatem nie o majątek Kaczyńskiemu chodzi. Tylko o co? O władzę. Ale nie o władzę, która daje bogactwo. Nawet nie o władzę, która pozwala błyszczeć na salonach, udzielać wywiadów, pokazywać się w eleganckim towarzystwie, w otoczeniu pięknych kobiet, z kieliszkiem najdroższego szampana w ręku. To też nie dla niego. Szczytem jego hedonistycznych upodobań są obiady u raczej mało atrakcyjnej (i to zarówno pod względem urody jak i intelektu) sędzi, będącej jego „odkryciem towarzyskim”, gotującej mu jego ulubiony przysmak, który zapewne poznała jako polska ambasadorowa w Berlinie: Wienerschnitzel mit Sauerkraut (schabowy z kiszoną kapustą).

Kaczyńskiego nie pociąga więc władza, która pozwala opływać w luksusy. Gdyby zajął stanowisko, które załatwił swojemu — jak lubi mówić— „świętej pamięci bratu”, i musiał wprowadzić się do pałacu, zanudziłby się tam na śmierć. Kaczyński nie czuje się dobrze ani w pałacach, ani na salonach. Czy ktoś go widział w operze, na koncercie czy w teatrze? Nawet na ulicy czuje się nieswojo. Ten nasz narodowy safanduła woli przytulność domowego zacisza z najwierniejszym przyjacielem swojego życia, futrzakiem o imieniu Alik, gdzie nocami w piżamie i bamboszach może w fanatycznym amoku sam ze sobą rozgrywać polityczne szachy.

Po co więc temu dziwnemu człowiekowi władza? Kiedyś się wygadał, że jego największym marzeniem jest zostać emerytowanym zbawcą narodu. Ale nie można mu wierzyć, bo od czegóż miałby „zbawić” ten naród? Od wolności, dobrobytu, nowoczesności? Ich postęp może i się da na jakiś czas tu i ówdzie przyhamować, ale jego fala jest tak silna, że w dziejach ludzkości nie znalazł się jeszcze żaden inżynier społeczny, któremu by się to powiodło. A próbowały tego nie takie mózgi jak nasz geniusz z Żoliborza.

Ta władza jest mu potrzebna do czegoś innego: do walki z elitami. Nie, nie z niezależnymi intelektualistami, naukowcami, prawnikami, artystami, pisarzami, filmowcami, lekarzami czy nauczycielami w ogóle, przeciwko którym co i raz buntuje tłumy. Takie „elity” to używany przez niego straszak dla motłochu. Jemu chodzi o znajomych, którzy okazali się od niego lepsi i nie przyjęli go do swego grona. Wałęsa, Michnik, Kuroń, Mazowiecki, Tusk, Tischner, Miłosz, Kołakowski, Wajda, Kutz, Janda, Stuhr, Lis. To jego najwięksi wrogowie. Proszę zwrócić uwagę. Wśród największych wrogów tego rzekomo zajadłego antykomunisty nie ma żadnych komunistów ani byłych komunistów: Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Czarzastego. To dla naszego starego zrzędy postaci nieważne. Ważni są tylko dawni znajomi z opozycji antykomunistycznej, którzy zdobyli uznanie świata i rodaków, stając tym samym na jego drodze do urojonej wielkości. Czyż to nie iście bolszewicka, leninowsko-stalinowska postawa? Zrobić porządek wśród swoich, którymi kiedyś byli wszyscy antykomuniści? Załatwić konkurencję w niby własnych szeregach, tak jak kiedyś udało mu się załatwić populistycznych sprzymierzeńców, których wciągnął do władzy? Leppera na wieki wieków, a Giertycha na długie lata? I co mu się nie udało z Tuskiem i POPiS-em?

Zatem ta władza, którą Kaczyński coraz szerzej dla siebie zagarnia, nie ma służyć szczęściu narodu, zdobyciu osobistego bogactwa czy blichtru. Cel jest jeden. Potrzebna jest mu do zemsty. Do zemsty na znajomych, którzy okazali się więksi od niego.

Jakież to trywialne! Ten Sinobrody polskiej polityki nie jest pierwszym ani ostatnim z tego typu psychopatów. Ze współczesnych chyba jest mu najbliższy Borys Johnson – brytyjski dziennikarz i polityk, kiedyś korespondent prasowy w Brukseli, później minister spraw zagranicznych, a dziś premier Wielkiej Brytanii, który stanął na czele Brexitu. Johnson zasłynął w swoim życiu wymyślaniem i wygadywaniem nieprawdopodobnych bzdur. Najpierw były to doniesienia o absurdalnych regulacjach unijnych: kącie zakrzywienia importowanych bananów, unifikacji trumien i innych zmyślonych absurdach. Potem były to ostrzeżenia o zagrożeniach Europy dla niepowtarzalności angielskiej kultury i wreszcie obietnice korzyści, jakie Brytyjczycy odniosą po wyjściu z Unii. Z większości wygłaszanych przez siebie bzdur się wycofywał lub obracał je w żart. Po co to robił? By osiągnąć władzę? Zostać premierem? Przedstawicielem establishmentu, do którego już należał od młodości? Nie! Dla żartu. Taki to typ.

Podobnie można powiedzieć o Kaczyńskim. Dlaczego zasiał rozbrat między rodakami, zdemontował polską demokrację, naruszał trójpodział władzy, zniósł niezawisłość sądów, przekształcił telewizję w tubę propagandową swojej partii, a teraz próbuje dokonać zamachu na wolne media? Dlatego, że wierzy, że jego koncepcja „demokracji nieliberalnej” jest drogą do tego, by Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej? No nie! On jest zbyt inteligentny, by wierzyć w bzdury, które wygaduje. Wszystko to dla zemsty. Dla zemsty na dawnych znajomych, którzy okazali się lepsi od niego.

O Kaczyńskim mówi się, że jego dewizą jest „Po mnie choćby potop”. To prawda, ale tylko częściowa. Prawdą jest, że Kaczyński to typ psychopaty, który nie liczy się z konsekwencjami swoich działań dla innych, ale dla niego dużo ważniejsze od tego „po mnie” jest sam potop, sama „piękna katastrofa”. On by chciał ją zobaczyć. Przypomina w tym Nerona, który podobno podpalił Rzym, by napawać się potęgą niszczycielskiego żywiołu. Podobnie jest z Kaczyńskim, który nasyci się dopiero, gdy zobaczy, jak nasz kraj staje w ogniu i pochłania dorobek poprzednich elit, tych – jego przewrotnym zdaniem – Polaków najgorszego sportu. I dopiero wtedy spełni się jego marzenie: Polska w ogniu, a potem — w ruinie.

JERZY KRUK

A może zajrzysz do mojego sklepu?

Krajobraz po walce

Analogia stanu, w jakim znajduje się obecnie polskie społeczeństwo do stanu, w jakim znajdowało się społeczeństwo niemieckie w latach trzydziestych i czterdziestych, narzuca się sama.

Niemcy, po przegranej pierwszej wojnie światowej, chcieli zbudować nowoczesne państwo i społeczeństwo, określane dziś jako Republika Weimarska, które miało sprostać wyzwaniom, jakie niósł ze sobą XX wiek. Fundamentem tego nowego państwa miała być liberalna demokracja i gospodarka rynkowa. Ale niestety, rzeczywistość kapitalistycznego świata na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku, okazała się nad wyraz skomplikowana. Zamiast powszechnego dobrobytu i spełnienia marzeń zwykłych ludzi o godziwym i wygodnym życiu przyniosła głęboki kryzys, którego konsekwencją stało się bezrobocie, bieda i beznadzieja szerokich mas w Ameryce i Europie. System oparty na demokracji liberalnej i gospodarce wolnorynkowej zdawał się być wobec tych problemów bezradny. Nic dziwnego, że zarówno w umysłach poszczególnych jednostek, jak i w polityce coraz bardziej dochodziły do głosu koncepcje antyliberalne i antyrynkowe: komunizm i faszyzm. Brakowało tylko przywódców, którzy by te społeczne nastroje podchwycili i pociągnęli za sobą tłumy.

Taką postacią w Niemczech okazał się pewien bezdzietny, nieżonaty mężczyzna, sfrustrowany niepowodzeniami swej młodzieńczej artystycznej kariery. Człowiek o złym charakterze. Agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Jednym słowem: nienawidzący elit. Ale jednocześnie myślący z troską o prostym człowieku – niemieckim robotniku, któremu, zdaniem przyszłego Führera, należał się lepszy los: praca za godziwe wynagrodzenie w przyjaznych warunkach, mieszkanie, odpoczynek podczas płatnego urlopu. To wszystko obiecał prostym ludziom w Niemczech, ale postawił warunek ideologiczny. Możecie to wszystko mieć, jeśli obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową, którą – przynajmniej po części – chciał zastąpić rozwiązaniami etatystycznymi, w których pracodawcą i uczestnikiem gry ekonomicznej staje się państwo. Jego antyelitarna spiskowa teoria potrzebowała jeszcze wroga, za którego uznał Żydów, wśród których było wielu wyznających internacjonalistyczne wartości przedstawicieli proletariatu i inteligencji oraz właścicieli międzynarodowego kapitału, a także – w jego rozumieniu – wżerających się w zdrowe niemieckie społeczeństwo wybitnych artystów i naukowców.

To wszystko, oczywiście, w wielkim uproszczeniu. U podstaw ideologii Hitlera leżała jeszcze koncepcja wyższości rasy aryjskiej w stosunku do innych i jego wyobrażenie o doskonałości narodu niemieckiego opartej na fizjologicznym zdrowiu i czystości etnicznej, politycznej, seksualnej, umysłowej. Stąd jego plany oczyszczenia „zdrowego” społeczeństwa ze zdegenerowanych elementów: Żydów, Cyganów, komunistów, homoseksualistów i osób chorych umysłowo.

Hitler, wykorzystując (nie będące samo w sobie niczym złym) pragnienie dobrobytu i pomyślności szarych ludzi, wciągnął naród niemiecki w swoje aberracje. Najpierw poszli za nim faszystowscy fanatycy, tworząc bojówki zamykające usta wszelkim krytykom, potem stopniowo całe tłumy: robotników, urzędników, przedsiębiorców, naukowców, aż w końcu niemieckie społeczeństwo stało się polityczno-ideowym monolitem, w którym nie było już miejsca na krytykę lub protest. Nawet jeśli ktoś całym sercem się buntował, to swój protest musiał zachować w swojej głowie, bo wyrażając go publicznie, mógł trafić do obozu koncentracyjnego, na front albo od razu na cmentarz. Poszczególne jednostki chcąc nie chcąc stawały się elementami wspierającymi system: czy to pracujący dla zwiększenia gospodarczej siły państwa robotnicy, podporządkowani jego polityce gospodarczej przedsiębiorcy, czy legitymizujący władzę nazistów nauczyciele i naukowcy.

Za kulminacyjny moment tego uzależnienia i zaślepienia można uznać wiec w berlińskim Pałacu Sportu z 18 lutego 1943 r. Na Hamburg, Berlin i inne miasta Niemiec spadają bomby aliantów, a oszalały z wściekłości Goebbels pyta uczestników wiecu: „Wollt ihr den totalen Krieg?” (Czy chcecie totalnej wojny?) a wielotysięczny tłum odpowiada w swym zaślepieniu „Ja! Ja! Ja!”(Tak! Tak! Tak!). I zatracili się, aż do zatknięcia na Bramie Brandenburskiej zwycięskich flag aliantów.

Czy społeczeństwo polskie, zachowując wszelkie proporcje (czy może lepiej powiedzieć: podkreślając nieproporcjonalność doświadczeń) nie znajduje się w podobnej psychologicznej sytuacji? My też po 89. roku z mozołem budowaliśmy nowoczesne społeczeństwo oparte na liberalnej demokracji i gospodarce rynkowej, czego symbolami stały się „gruba kreska” Mazowieckiego i reformy Balcerowicza. Tadeusz Mazowiecki wraz z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Bronisławem Geremkiem i innymi przedstawicielami antykomunistycznej opozycji uświadamiali nam, że elementem nowoczesnej demokracji jest tolerancja. Po pierwsze, każdy może żyć jak chce i myśleć, co mu się podoba, byleby nie ograniczał przez to wolności innym. Ale i też tolerancja w polityce. W systemie demokratycznym władzę przejmuje to ugrupowanie, które zdobędzie większość głosów aktywnych wyborców. Ale ono nie mści się na swoich politycznych przeciwnikach, nie bierze odwetu, nie utrudnia działalności opozycji, która przygotowuje się do konfrontacji w następnych wyborach. Nawiasem mówiąc, doświadczenia lat dziewięćdziesiątych pokazały, jak szybko w kolejnych wyborach zwycięzcy mogą okazać się pokonanymi. Leszek Balcerowicz i jego zwolennicy powtarzali do znudzenia: Państwo i przedsiębiorstwo nie może dawać pracownikom więcej niż samo zarabia; jeśli przedsiębiorstwo przynosi straty, powinno zostać zamknięte, a na jego upadłym majątku należy zbudować nowe, którego priorytetem i zasadą działania będzie rentowność. W dodatku i jedni i drudzy powtarzali: Bierzcie sprawy w swoje ręce. Kraj nasz powoli dźwigał się z cywilizacyjnego zacofania i gospodarczej zapaści. A gdzież tam powoli! Patrząc na ten proces z długodystansowej perspektywy historycznej, należy powiedzieć: Szybko, dynamicznie!

W dodatku sytuacja geopolityczna okazała się tak korzystna, że o podobnej kilka lat wcześniej nie mogliśmy marzyć nawet w najśmielszych snach. Z Polski zostały wycofane wojska Armii Czerwonej, zostaliśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej. Rozwijały się małe i większe rodzime firmy. Do Polski napływał kapitał zagraniczny, dzięki któremu nastąpił skok w zakresie technologii i kultury pracy, powstawały nowe miejsca zatrudnienia, a do budżetu płynęły podatki i środki uzyskane ze sprzedaży nierentownych przedsiębiorstw. Powstał nowoczesny system bankowy, pozwalający podejmować i rozwijać inwestycje, budować mieszkania i kupować na kredyt dobra luksusowe. Szybko rozwinął się rynek mieszkaniowy. Nikt już nie czekał na przydziałowe mieszkanie przez trzydzieści lat. Można je sobie było kupić na kredyt lub wynająć. Wystarczyło mieć w miarę dobrze płatną pracę. Dzięki członkostwu w Unii Europejskiej zaczęliśmy swobodnie podróżować po świecie i legalnie pracować za granicą. Ze zdezelowanych „kaszlaków” przesiedliśmy się na nowe lub prawie nowe samochody wszelkich marek. Dzięki dotacjom z Unii zbudowaliśmy tysiące kilometrów dróg, autostrad, obwodnic, oczyszczalni i innych obiektów publicznych. Wczasy za granicą przestały być niedostępnym dla mas dobrem luksusowym. Oczywiście nie wszystkim powodziło się tak samo. Jedni mieli więcej, inni mniej. Wśród tych, co mieli mniej frustracja rosła. Czuli, że im też się należy. Za darmo, skoro kraj tak kwitnie.

Nic dziwnego, że ich niezadowolenie próbowali wykorzystać demagodzy różnej maści, opierający swe programy na prymitywnym populizmie, katolickiej nienawiści do wszystkiego co inne, czy rzekomej solidarności polskich rodzin. Wśród nich najwytrwalszy i najskuteczniejszy okazał się – podobnie jak w Niemczech w latach trzydziestych – nieżonaty, bezdzietny mężczyzna niewielkiego wzrostu, sfrustrowany niepowodzeniami swej politycznej kariery, a przy tym złośliwy człowiek o złym charakterze, agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Określający sam siebie jako wroga elit. Ktoś, kto – mając u swojej mamusi zapewniony wikt i opierunek, a potem opiekę niemal noszących go na rękach członków własnej partii – przez całe życie nic nie robił, tylko oddawał się swojej żądzy władzy i swoim politycznym wymysłom. I – tak jak Hitler zanegował osiągnięcia Republiki Weimarskiej i ogłosił powstanie III Rzeszy – tak on zanegował osiągnięcia III Rzeczypospolitej i ogłosił powstanie IV. To, co widzicie, głosił, to złudzenie. Kraj nasz nie rozkwita, lecz pogrążony jest w biedzie. Pociągane przez niego za sznurki marionetki filmowały się na tle opuszczonych fabryk, lansując hasło „Polska w ruinie”. Nasz system polityczny to żadna demokracja, przekonywał przywódca. To oszustwo, to zmowa elit, które was wykorzystują. To spisek polityków, finansistów, przedsiębiorców, sędziów, dziennikarzy, lekarzy. Przedstawiciele elit mnożyli się jak króliki wyciągane z kapelusza przez prestidigitatora. Rozumiem waszą frustrację, przymilał się do tłumów przywódca. Należy wam się więcej. I ja dam wam to bez pracy, pod jednym wszakże warunkiem, że obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową. Wszystkim dam pracę, a nawet pieniądze bez pracy, mieszkania, książki dla dzieci. Znów uruchomimy stocznie, huty, kopalnie i inne rozkradzione przez postkomunistyczne elity przedsiębiorstwa, obiecywał. Te elity oczywiście będą bronić swoich interesów, dlatego musimy zbudować nowy ład antyelitarny: system demokracji nieliberalnej. Bez trójpodziału władzy, bez wolnych mediów, ale z publiczną propagandą wzmacniającą naszą walkę, wyjaśniał. I kolejnymi prezentami socjalnymi zabiegał o poparcie tłumów, zwłaszcza w walce z przeciwnikami politycznymi, których trzeba zlustrować, zdekomunizować, zdeubekizować. Oni się nie poddają, grzmiał nasz wielki mały przywódca, utworzyli opozycję totalną. Sytuacja stała się już na tyle rozhisteryzowana, że gdy pytał (nie dosłownie, ale jego wypowiedzi miały taki właśnie sens): Czy chcecie totalnej walki z totalną opozycją, masy mu odpowiadały: Tak! Tak! Tak! Na wiecach, na mszach, na meczach. W internecie, na forach dyskusyjnych. I ostatecznie: przy urnach wyborczych. Ten niby szeregowy poseł, ale de facto samozwańczy naczelnik państwa i przywódca „prawdziwych” Polaków, stojący ponad prezydentem, premierem, marszałkiem sejmu i generalnym prokuratorem wysyłał – za pośrednictwem telewizji, SMS-owych instrukcji, pokrzykiwań marionetek – coraz to nowe sygnały do tłumu, instruując go, jak ma mówić i myśleć. I ten, na co dzień odporny na wiedzę i naukę, tłum ochoczo przyswajał sobie i powtarzał nowe hasła i pojęcia: antypolska gra, brukselskie elity, czwarta RP, demokracja nieliberalna, dobra zmiana, kondominium rosyjsko-niemieckie, lewactwo, odnowa moralna, totalna opozycja, zamach smoleński, zdrajcy i zdradzeni o świcie. W ten sposób połowa społeczeństwa zaczęła posługiwać się językiem dyktatora.

Foto: Ekspozycja książek w jednej z księgarń. Przypadkowa czy zamierzona?

Spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Niemców zaraz po kapitulacji. Patrząc na obrócone w perzynę miasta: Berlin, Hamburg, Drezno, Düsseldorf czy Kolonię; patrząc na uwolnione z obozów koncentracyjnych w Dachau, Gross-Rosen, Buchenwaldzie żywe ludzkie trupy; uświadamiając sobie zbrodnie popełnione na innych narodach, a zwłaszcza niepojęty horror holokaustu, w ramach którego z całej Europy zwożono pociągami do Auschwitz i innych obozów zagłady Żydów: mężczyzn, starców, kobiety i dzieci po to tylko, by ich na miejscu zabić i unicestwić; i wreszcie opłakując pięć milionów własnych rodaków, głównie mężczyzn – mężów, ojców, synów, braci, którym ten horror odebrał życie, ci, którym bielmo fanatyzmu i strachu spadło z oczu, pytali zapewne: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Niemcy, którzy uważaliśmy się za najnowocześniejszy, najzdolniejszy, najbardziej kulturalny, najbardziej wykształcony, najbardziej pracowity naród na świecie, okazaliśmy się największymi barbarzyńcami.

A teraz spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Polaków po upadku PiS, który na pewno nastąpi, i to z wielkim hukiem. Głupotą jest zaślepienie stetryczałego już starego szaleńca i jego zidiociałych od służalstwa i uzyskiwanych korzyści popleczników, że wydumany projekt demokracji nieliberalnej, mającej być tamą postawioną w poprzek i wbrew zachodzącym w świecie przemianom społecznym i procesom historycznym, powiedzie się i da się utrzymać. Nie takie kolosy upadały w historii.

Oczywiście, nie będzie gruzów po zniszczonych miastach, obozy koncentracyjne też nam nie grożą ani obfitująca śmiertelnymi ofiarami wojna. Ruina, do której zmierza nasz kraj, to pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych; to zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych: krajowych, wojewódzkich, gminnych; to chaos komunikacji społecznej, która powinna opierać się na mówieniu prawdy, a została zdominowana przez kłamstwo i manipulację; to nieumiejętność budowania konsensusu w społeczeństwie głęboko podzielonym i skłóconym, które nie potrafi rozmawiać, negocjować i załatwiać polubownie najprostszych spraw; to zachwiany system wartości, według którego każdy wie, że jest kowalem swego losu i że jego powodzenie życiowe zależy od jego pracowitości, pilności w szkole, wykształcenia, a nie od szczodrobliwości możnowładców.

Nie mam wątpliwości co do tego, że wkrótce i Polakom spadnie z oczu bielmo złudzeń i propagandy i spytamy zdziwieni: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Polacy, którzy uważaliśmy się i których uważano za najdzielniejszy, najodważniejszy, najbardziej miłujący wolność i demokrację naród w Europie Wschodniej, a może i jeszcze dalej? Jak mogliśmy dopuścić do tego, że cała Europa wytyka nas sobie palcami jako najgłupszy, najbardziej zaślepiony, najciemniejszy i najbardziej zacofany naród.

JERZY KRUK

Może wesprzesz mój debiut literacki i kupisz moją książkę?

Odwracanie kota ogonem

Kiedy Jarosław Kaczyński powiedział: Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne, przekazał tym samym członkom swojej partii instrukcję, że narzędziem ich propagandy ma być przede wszystkim KŁAMSTWO.

Prezes PiS pewnie uwierzył w maksymę Goebbelsa – który notabene powtarzał ją za Leninem – że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Sprawa nie jest jednak tak łatwa, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, bo – ujmując rzecz z drugiej strony – kłamstwo ma przecież krótkie nogi. I choćby PiS-owskie marionetki powtarzały tysiąc razy hasło Polska w ruinie, to każdy człowiek będący przy zdrowych zmysłach widzi czekającą na niego obfitość towarów w sklepach prześcigających się w chęci sprzedania ich po jak najniższej cenie, setki uśmiechających się do niego manekinów na wystawach sklepów odzieżowych, ubranych w eleganckie kreacje najlepszych światowych producentów, mieniące się od luksusowych dóbr galerie handlowe, zapraszające do środka restauracje, bary, kawiarnie, kafejki, schludne wnętrza urzędów i instytucji publicznych, nowoczesne tramwaje i sznury samochodów wszelkich marek jeżdżących po naszych wreszcie równych ulicach i autostradach. Czyste miasta i miasteczka, Manhattany biurowców i apartamentowców w metropoliach.

I na odwrót. Choćby PiS-owskie marionetki powtarzały tysiąc razy: Oddajemy stocznie w wasze ręce, będziemy budować statki, promy, produkować samochody oparte na najnowocześniejszych technologiach, to nikt będący przy zdrowych zmysłach nie uwierzy w te mrzonki, nie widząc po upływie lat najmniejszych efektów.

Kłamstwo powtarzane tysiąc razy może funkcjonować jedynie pod przymusem przystawionego do głowy obywatela karabinu. W warunkach wolności słowa zasada ta jednak nie działa. Przy notorycznym formułowaniu przez propagandę PiS kłamstw, oszustw, półprawd, przekłamań, mrzonek, miraży prawda sama wychodzi na jaw, jak oliwa, która na wierzch wypływa.

Trudno jednak powściągnąć negatywne emocje, gdy ktoś prosto w oczy mówi nam oczywistą nieprawdę, wciska kit, obiecuje gruszki na wierzbie, mydli oczy, odwraca kota ogonem i próbuje nam robić wodę z mózgu. To musi drażnić. Gdy robi to ktoś z naszych bliskich czy znajomych, w końcu spuszczamy kurtynę miłosierdzia, traktując go pobłażliwie jako nieszkodliwego, aczkolwiek nieuleczalnego konfabulanta.

Jednak polityczne kłamstwa PiS szkodzą. Szkodzą, ponieważ wciąż próbują fałszować rzeczywistość, poprzez stawianie fałszywych diagnoz, szkalowanie przeciwników, wychwalanie własnych zasług i sukcesów, wynoszenie na piedestał swoich pseudo bohaterów, usuwanie z historii i pomniejszanie zasług przeciwników i krytyków – nie tylko polityków, ale wszelkich oponentów: publicystów, naukowców, ludzi sztuki. Nagroda Nobla, Nagroda Pulitzera, Złota Palma, Srebrny Niedźwiedź przestają w ich oczach mieć jakąkolwiek wartość, jeśli jej laureat kiedykolwiek krytycznie choćby się zająknął wobec ich partii, przywódcy czy głoszonych przez nich haseł. Podobnie z urzędami. Jeśli to, co głoszą piastujące je osoby nie idzie w smak ludowi smoleńskiemu, prezydent czy premier własnego lub obcego kraju, przewodniczący Komisji Europejskiej, ksiądz, biskup, ba! nawet papież wyszydzani są jako zdrajcy i głupcy.

Polityczne kłamstwa PiS szkodzą, bo na ich lep wciąż gotowe są nabrać się miliony wyborców, którzy mogą przedłużyć władzę tych oszustów.

Polityczne kłamstwa PiS szkodzą także – a może przede wszystkim – dlatego, że mają toksyczny charakter: zatruwają nasze życie społeczne, sieją zamęt i rozbrat, uprawomocniają agresję jako dopuszczalny model uprawiania polityki i nienawiść jako wzór odnoszenia się do myślącego inaczej niż ja.

Jak się przed nimi bronić, jak nie poddawać się ich manipulacji? Sposób jest prosty. Należy uwierzyć w słowa Jarosława Kaczyńskiego, że oni nigdy nie powiedzą, że białe jest białe, a czarne jest czarne. I czytać ich słowa na odwrót.

Gdy Beata Szydło mówi: Polska w ruinie, znaczy to: Polska w rozkwicie. Ona jednak nie może tego powiedzieć wprost, bo w ten sposób musiałaby uznać sukces swoich przeciwników politycznych i całego społeczeństwa, państwa, gospodarki, które rozwijają się bez – a nawet wbrew – interwencji cudotwórców z PiS.

Gdy Andrzej Duda mówi o Tusku, że nie ma szacunku dla Polski, wie, że dla większości Polaków i Europejczyków Donald Tusk jest wzorem nowoczesnego patrioty: Polaka, Europejczyka i obywatela świata.

Gdy Joachim Brudziński krzyczy do swych politycznych przeciwników: Cały kraj z was się śmieje, komuniści i złodzieje, znaczy to, że chce zdyskredytować swoich przeciwników, z których ludzie są dumni, za ich otwartość, nowoczesność, tolerancyjność i uczciwość.

Gdy niejaki Jacek Międlar, faszysta pali zdjęcie Tadeusza Mazowieckiego i nazywa go komunistycznym parchem, wie, że poziom patriotyzmu, intelektu, kultury, uczciwości pierwszego premiera wolnej RP jest poza zasięgiem wyobraźni faszystowskich prymitywów.

Gdy Mateusz Morawiecki mówi: Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów,
mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych niż środki unijne, to instruuje swoich partyjnych kolegów co do metod bogacenia się.

Gdy Zbigniew Ziobro mówi, że szef KNF, który próbował przeciwstawić się mafii finansowej, rozzuchwalił przestępców, chce ukryć PiS-owski układ, którego uczestnicy zamierzają walczyć wszelkimi metodami z każdym, kto się im przeciwstawi.

Gdy posłanka PiS, Joanna Kopcińska mówi: Wysoko postawiliśmy poprzeczkę uczciwości, znaczy to: Jesteśmy gotowi dla władzy i przywilejów popełniać najgorsze niegodziwości.

Kiedy Jarosław Kaczyński mówi, że jego partia musi się stać przedmiotem marzeń Polaków, to wie, że dla większości naszych współobywateli jest ona przedmiotem pogardy.

JERZY KRUK

Pin It on Pinterest