fbpx

Nie tylko Wąsik i Kamiński

Od początku wiadomo, że Andrzej Duda jest człowiekiem Jarosława Kaczyńskiego i że zanurzony jest głęboko w sprawy i sprawki PiS. Nie dziwi więc, że na szali rozprawy o Kamińskiego i Wąsika położył całą swoją reputację. Bo PiS i jej prezes chcieliby, żeby sprawa skazanych nabrała jak największego ciężaru. Wszak chodzi nie tylko o nich samych, ale o wszystkich ludzi PiS, którzy łamali prawo i konstytucję, naruszali zasadę trójpodziału władzy i tym samym, próbując siłą zmienić ustrój państwa polskiego, uczestniczyli w zamachu stanu i próbie obalenia demokracji w Polsce. Jarosław Kaczyński obwieścił to wprost, mówiąc o projekcie zastąpienia demokracji liberalnej „demokracją nieliberalną”. Walka idzie tu o wszystko. O „być albo nie być” dla narodowego populizmu. I to nie tylko w naszym kraju, bo jego fala rozlała się po całym świecie, a ponieważ żyjemy w globalnej wiosce, światowa polityka stanowi system naczyń połączonych. Zatem to, co stanie się z Kaczyńskim, nie może być obojętne dla Orbana, Trumpa, Bolsonaro czy Putina. I na odwrót.

To wszystko nie wróży niczego dobrego dla Polski. W najbliższych dniach możemy się spodziewać ogromnej eskalacji warcholstwa. Kaczyński pod pomnikiem, Kaczyński na drabince, Kaczyński pod sejmem, Kaczyński pod aresztem, Kaczyński pod więzieniem. Kaczyński w sejmie. A jeszcze czeka nas jego popis przed komisją parlamentarną. Ale nie o Kaczyńskim chciałem, tylko o Dudzie.

Nie dziwi więc, że Andrzej Duda kolejny raz naraża się na utratę autorytetu i postawienie przed trybunałem stanu. Ale Andrzej Duda w swej zapalczywości w obronie ludzi PiS idzie dalej i ułaskawia nie tylko Wąsika i Kamińskiego, ale też innych skazanych ze swojego klanu. Chodzi mi o Magdalenę Ogórek i Rafała Ziemkiewicza, którzy dzięki jego decyzji nie muszą przepraszać psycholożki i psychoterapeutki Elżbiety Podleśnej ani płacić grzywny w wysokości 10 tys. zł. Taka kwota to drobiazg dla obojga „dziennikarzy”; w sam raz na torebkę lub buciki dla Ogórek albo na garniturek dla Ziemkiewicza. Dlaczego więc najważniejsza osoba w państwie polskim w coś takiego się angażuje? Zapewne, by zamanifestować i wzmocnić przekonanie PiS, że „nikomu z naszych włos z głowy nie spadnie”. Buta, arogancja? Powiem więcej: chamstwo. Bo czymże innym są reakcje skazanych, z których jeden pokazuje do kamer wała, a drugi pisze: „osobiście mam szykany <<kasty>> w d.”?

Jerzy Kruk

Komfort i niesprawiedliwość

Ja, jako obywatel, czuję się komfortowo z Kamińskim i Wąsikiem w więzieniu. A jeszcze bardziej komfortowo będę się czuł, gdy trafią tam inni przestępcy polityczni odpowiedzialni za pełzający zamach stanu oraz różne przypadki łamania prawa, ludzkich życiorysów i kręgosłupów; gdy stracą niezgodnie z prawem osiągnięte stanowiska i korzyści i zostaną rozliczeni za polityczne, medialne i finansowe nadużycia.

Z dużym niepokojem usłyszałem od premiera Tuska, że czuje się z Wąsikiem i Kamińskim w więzieniu niekomfortowo. „Chyba nikt nie przypuszcza, że z mojego punktu widzenia jako premiera rządu to jest komfortowa sytuacja, że pan Wąsik i pan Kamiński znaleźli się w więzieniu. To naprawdę nie jest nic fajnego dla rządu, który zaczyna swoją pracę” — powiedział premier w wywiadzie dla trzech stacji telewizyjnych.

A od Adama Bodnara, dowiedzieliśmy się, że nie zwrócił się po opinię sądów pierwszej i drugiej instancji, które skazały Wąsika i Kamińskiego, by nie przedłużać sprawy. „Pan prezydent postanowił, że nie będzie zwracał się o opinię sądu, i ja, prowadząc postępowanie, też się o nią nie będę zwracał, żeby nie przedłużać” — powiedział Prokurator Generalny. „Nie przedłużać sprawy”, czyli co? Przyspieszyć ich wyjście na wolność? Czyżby pan prokurator generalny, w przeciwieństwie do większości obywateli (w tym zwolenników PiS), którzy uważają, że obaj funkcjonariusze służb specjalnych zasłużyli na więzienie, też czuł się niekomfortowo?

No, Panowie! Jeśli dążycie do sytuacji komfortowej, to zamiast pakować się w tym trudnym okresie w politykę, trzeba było spakować walizki wyjechać na emeryturę do ciepłych krajów. Czy my, zwykli obywatele, wykrzykując na manifestacjach „Będziesz siedział” i kreśląc osiem gwiazdek, mamy wyjść na zwykłych chuliganów? My naprawdę wierzyliśmy i wierzymy, że Jarosław Kaczyński jako odpowiedzialny za sprawstwo kierownicze w pełzającym zamachu stanu i jego marionetki: Andrzej Duda jako prezydent, Julia Przyłębska jako przewodnicząca Trybunału Konstytucyjnego, Beata Szydło i Mateusz Morawiecki jako premierzy, Adam Glapiński jako prezes banku centralnego, Antoni Macierewicz, Zbigniew Ziobro, Piotr Gliński, Mariusz Błaszczak, Łukasz Szumowski, Jacek Sasin, Przemysław Czarnek jako ministrowie, Elżbieta Witek i Ryszard Terlecki jako marszałkowie Sejmu, Jacek Kurski, Samuel Pereira, Michał Adamczyk, Danuta Holecka, Daniel Obajtek, Tadeusz Rydzyk jako naczelni funkcjonariusze pionu propagandy i dezinformacji, będą postawieni przed odpowiednie sądy i trybunały. I ta wiara i nadzieja jest źródłem naszego obywatelskiego komfortu. I jeśli stanie się inaczej, jeśli uczestników zamachu na demokrację nie dosięgnie sprawiedliwość, to będziemy odczuwać coś więcej niż obywatelski dyskomfort, zawód czy rozczarowanie. Byłoby to głębokie poczucie niesprawiedliwości.

My, obywatele wierzący w demokrację i praworządność nie domagamy się zemsty. Wiemy, że w demokracji ugrupowanie przejmujące stery rządów nie mści się na poprzedniej władzy, lecz przechodzi do konstruktywnego zarządzania państwem, tak jak dawna władza przechodzi do konstruktywnej opozycji. W demokracji. Nie domagamy się zemsty tylko sprawiedliwości, czyli osądzenia przestępstw i nadużyć. Niedawno prezydent Duda powiedział, że to „terror praworządności”. Cóż! To tylko kolejna bzdura w ustach tego pana.

Jerzy Kruk

Fujary i miękiszony?

Wydawać by się mogło, że Mariusz Kamiński składa na tym zdjęciu ręce do założenia kajdanek (jak powinno być), ale on pokazuje demokratycznej władzy wała.

Co zrobić z prawno-politycznym patem w sprawie afery gruntowej? Nie jestem konstytucjonalistą i mogę się podzielić tylko swoją obywatelską intuicją. Wystarczy zajrzeć do Konstytucji, która w artykule 10. jednoznacznie stwierdza, że Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. W przypadku skazanych posłów Kamińskiego i Wąsika poszczególne organy władzy demokratycznej nie muszą, a nawet nie powinny (ze względu na rozdzielność władzy), się ze sobą konsultować. Wystarczy, że wykonają swoje obowiązki. Władza sądownicza wydała prawomocny wyrok. Władza ustawodawcza odniosła się do niego w części, która dotyczy jej instytucji, i stwierdziła wygaśnięcie mandatów poselskich. Czas teraz na władzę wykonawczą, by ten prawomocny wyrok wykonała.

Jasność sytuacji znów potwierdza Konstytucja w tym samym art. 10.: Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały. Prezydent jest tego świadom i nie zawaha się jej użyć, oczywiście w interesie swojej partii i jej ludzi, a nie w interesie demokracji czy społeczeństwa. A Rada Ministrów i jej organy, w szczególności minister spraw wewnętrznych i podległy mu Komendant Główny Policji? Wciąż się wahają.

Na co zatem czekamy? Aż przestępcy do kwadratu wtargną do Sejmu i popełnią przestępstwo do sześcianu? To byłaby tylko eskalacja chaosu, niebezpieczniejsza niż igranie z ogniem, bo mogłaby wywołać reakcję łańcuchową. A PiS i Kaczyński tylko na to czekają. Ziobro też.

Policja w czasach władzy PiS wykazywała się większym zdecydowaniem. Nie zawahała się wyprowadzić z domu w kajdankach Władysława Frasyniuka i doprowadzić go na przesłuchanie pod niezbyt groźnym zarzutem naruszenia nietykalności cielesnej dwóch policjantów, a skazani Kamiński i Wąsik wciąż chodzą na wolności, panosza się w sejmie i pokazują obecnej władzy wała, a poseł Ziobro wyzywa ją od fujar i miękiszonów.

Jerzy Kruk

Paganini gitary

Marcin Patrzałek właśnie zakończył swoją pierwszą trasę koncertową

Świat poznał Marcina podczas występów w America’s Got Talent w 2019 roku, gdy zachwycił i zaszokował publiczność i jurorów brawurowym wykonaniem na gitarze klasycznej tematu V Symfonii Beethovena. Doszedł wtedy do półfinału, ale pozostawił na milionach widzów niezatarte wrażenie. Miał wtedy 19 lat i właśnie się wybierał na studia muzyczne do Bostonu.

My, w Polsce mogliśmy go poznać szerzej już w roku 2015, gdy w wieku 14 lat zwyciężył w dziewiątej edycji programu Must Be the Music. Tylko muzyka.

Marcin długo się nie mógł zdobyć na rozpoczęcie poważnej zawodowej kariery. Na Youtube krążyły jego wirtuozerskie popisy z aranżacjami na gitarę słynnych dzieł muzyki klasycznej i rocka. Na swoim kanale zgromadził 1,3 miliona sympatyków. Wielokrotnie pisałem do niego w komentarzach: Marcin, daj sobie spokój z tymi popisami i zrób z tego w końcu prawdziwą muzykę. No i — oczywiście nie za moją radą — Marcin wybrał się wreszcie w pierwszą trasę koncertową po Polsce, którą zakończył 6 grudnia. Swój cykl koncertów zatytułował „Instrumentalizm”. Wraz z zespołem zjechał Polskę po przekątnej od Rzeszowa do Szczecina. Wszędzie przyjmowany był przez publiczność entuzjastycznie.

Występował z kwartetem smyczkowym i sekcją rytmiczną składającą się z perkusji i gitary basowej, no i oczywiście swojej prawej ręki, którą wybija rytm na pudle rezonansowym, grając jednocześnie w niezwykły sposób dwoma rękami na strunach i gryfie. Młody artysta podczas koncertów chętnie demonstrował swoją technikę, pokazując, jak lewą ręką wybija na gryfie rytm naśladujący gitarę basową, a prawą jednocześnie gra melodię i tworzy perkusję. Trzy instrumenty i tylko dwie ręce! Wirtuozeria nie do podrobienia! Tak się gra, gdy używasz całej gitary. Crazy! Incredible! Epic! No Way! Wow! Just wow! This is pure insanity! Beyond legendary! Unbeleivable Polish guitar player! Musical genius! Matrix man! — komentują jego grę specjaliści. I pytają: Na jednej gitarze? Kto jest lepszy? Czy to największy gitarzysta, ever? I proszą słowami z tytułu granej przez niego piosenki: Marcin, fly me to the moon!

Marcin zaprezentował na koncertowej trasie swoje już znane, ale teraz udoskonalone aranżacje utworów Joaquima Rodrigo, Isaaca Albeniza, Beethovena, Bacha, Paganiniego, Chopina. Z muzyki rockowej najbardziej upodobał sobie Metallicę, System of a Down, Led Zeppelin i Erica Claptona (Master Of Puppets, Toxicity, Kashmir i Layla). Nie zabrakło także jego własnych kompozycji (Baba Yaga, Snow Monkey) i próbki jazzowej improwizacji (Bill Evans), w której także czuje się znakomicie. Jego potencjał jest wielki, a umiejętności zdumiewające. Posłuchajcie z zamkniętymi oczami jego niesamowitej interpretacji habanery z Carmen. Cóż za aranżacja! Kto nie spyta: Ile tam gra instrumentów? Jego gra to naprawdę czyste szaleństwo. Dość poczytać komentarze w internecie: Better than Clapton. Is Zeppelin jealous? I have no words.

Jego muzycy, wykonując solówki w ramach prezentacji, pokazali, że cały zespół posiada wielki potencjał artystyczny.

Publiczność nagradzała po koncertach Marcina Patrzałka i jego zespół owacjami na stojąco, zapewne antycypując jego wielką karierę artystyczną.

Jerzy Kruk

Demokracja czy burdel

Jak wielu innych, wpadłem w osłupienie po usłyszeniu propozycji Jacka Żakowskiego podzielenia mediów publicznych, w imię symetrystycznej sprawiedliwości, pomiędzy PiS i opozycję demokratyczną. Skoro Polska jest tak radykalnie podzielona, a Polacy tak skłóceni, to podzielmy pomiędzy nich media publiczne. Niech na przykład koalicja demokratyczna dostanie telewizyjną Jedynkę, a PiS — Dwójkę — zaproponował dziennikarz „Polityki” , Radia TOK FM i felietonista „Wyborczej”. Słysząc i czytając o tym, przecierałem oczy i uszy ze zdumienia. Pewnie się przesłyszałem — mówiłem sobie — pewnie publicysta został źle zrozumiany albo jego słowa zostały przekręcone. Ale nie. Jacek Żakowski ze swojej propozycji się nie wycofał. Mówił to na poważnie. Cóż za absurd! Cóż za horrendalny przykład niezrozumienia zasad i istoty demokracji i polityki w ogóle.

Mówiąc precyzyjniej, Żakowskiemu chodziło o to, by między partie podzielić media publiczne. Proponując coś takiego, pan Żakowski chyba pomylił sens przymiotnika „publiczny”, który w polityce, zwłaszcza w demokracji, najlepiej się wyraża w słowie „republika”, z łacińskiego: „res publica”, czyli rzecz wspólna, należąca do ludu, stanowiąca dobro państwa. W parze z pojęciem res publica idzie też pojęcie publico bono, a publicysta istotę pojęcia „publiczny” chciałby chyba wyprowadzić z określeń takich jak „dom publiczny” czy „toaleta publiczna”, z których każdy może skorzystać, zwłaszcza, gdy go mocno przyprze.

Nie, panie Jacku! Grubo się pan myli. Demokracja to nie burdel ani kloaka, choć po ośmiu ostatnich latach wielu Polakom może się z nimi kojarzyć.

Jacek Żakowski apeluje, abyśmy „pomyśleli o tym, jak podzielić się pieniędzmi, infrastrukturą, mediami, tymi, które mają charakter publiczny, są finansowane ze środków publicznych, z tymi, którzy przegrali wybory w październiku”.

Traktowanie sfery publicznej jako dobra do podziału to dobry argument dla symetrystów, którzy mówią, że PO i PiS są siebie warte, i że z tego powodu „nie ma na kogo głosować”, a często wyrażają to dosadniej, nawiązując wprost do pojmowania demokracji na wzór domu publicznego i mówiąc, że jedni i drudzy to takie same kurwy. Ten wykluczający symetryzm charakterystyczny jest dla postawy Konfederacji, a jeszcze niedawno, w kampanii wyborczej, wyznawała go Trzecia Droga, zwłaszcza Szymon Hołownia.

Jeśli chodzi o zarzut kurestwa, niektórzy politycy go odwracają i kierują ku wyborcom. „Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy” – mawiał o Polakach marszałek Józef Piłsudski. Z brukowej frazeologii lubiła tez korzystać posłanka Joanna Senyszyn, mówiąc, że „rząd zrobił w Polsce burdel, Polskie państwo nie istnieje”, lub krytykując rząd PiS i cytując z sejmowej mównicy przedwojenne przysłowie, że „kiedy burdel nie przynosi zysków, zmienia się kurwy, a nie firanki”. Przykłady, w których demokrację w Polsce przyrównuje się do burdelu, można by mnożyć, nic więc dziwnego, że wielu, także zdawałoby się wybitnym publicystom, jedno się miesza z drugim.

Proponując oddanie Dwójki PiSowi, Jacek Żakowski przywołuje przykład Włoch, gdzie partie podzieliły się kanałami.

Panie Jacku, czy nie zna pan lepszych wzorców demokracji niż skorumpowany politycznie system włoski? Czy nie warto by na przykład, nawet nawiązując do metafory domu publicznego, wskazać na system brytyjski, w którym zasada wolności słowa respektowana jest od wieków? Co prawda w Wielkiej Brytanii można wskazać na wiele przykładów jej nadużywania, na przykład przez prywatne media, których poziomu „bulwarowości” nie da się porównać do żadnego innego na świecie, czy kłamstwa i bzdury wygadywane i popełniane przez Nigela Farage’a, Borysa Johnsona i Davida Camerona, które doprowadziły do Brexitu, ale ton przekazowi publicznemu nadaje w Zjednoczonym Królestwie BBC (będąca wzorem dziennikarskiej rzetelności dla całego świata), na straży obiektywności której przez 70 lat stała królowa Elżbieta, a teraz jej dzieło kontynuuje król Karol. I nie jest to wyłącznie kwestia honoru czy zaufania. BBC jest ustawowo zobowiązana do niezależności i obiektywności.

Innym przykładem poważnego traktowania wartości słowa w przestrzeni publicznej w Wielkiej Brytanii może być choćby słynny Speach Corner w Hyde Parku czy właśnie… dom publiczny (public house) nazywany w skrócie pubem. Pan Jacek Żakowski jako człowiek światowy z pewnością dobrze zna takie miejsca. I nie chodzi mi tu o te funkcje, jakie pełnią w piątki po pracy, gdzie na ogół młodzi ludzie przychodzą urżnąć się w trupa, lecz o te, jakie pełnią w niedziele, gdy odwiedzają je rodziny z dziećmi spotykające się na Sunday roast. Polakowi widzącemu takie obrazki z rodzinami przy wielkich stołach, z towarzystwem porozsiadanym w fotelach przy kominku z kuflem piwa, kieliszkiem whisky, przy filiżance herbaty czy szklance babychino , musi nasuwać się myśl, że takiej przestrzeni publicznej nie mamy i nigdy nie mieliśmy.

Przyglądając się doświadczeniom wypracowanym przez inne społeczeństwa, może warto by też wskazać na pojęcie konsensusu, od którego rozpoczyna się edukację obywatelską w Niemczech, a które w polskiej szkole czy polityce w ogóle nie funkcjonuje. Przychodzą mi jeszcze na myśl rozwiązania norweskie, gdzie na straży wolności, rzetelności, różnorodności i obiektywności mediów publicznych stoi komitet składający się z przedstawicieli nie partii, lecz ponad sześćdziesięciu organizacji reprezentujących środowiska polityczne, społeczne, religijne, świeckie, ekologiczne, sportowe, kobiece i jakie tam tylko istnieją.

Nie jestem medioznawcą, ale pan profesor Jacek Żakowski jako kierownik Katedry Dziennikarstwa w Collegium Civitas z pewnością mógłby przytoczyć więcej przykładów mądrych rozwiązań dla mediów publicznych praktykowanych na całym świecie, bo jego (miejmy nadzieję sformułowany ad hoc i przypadkowo) postulat podziału kanałów między poszczególne partie polityczne ani mądry, ani praktyczny nie jest. I jeśli cokolwiek wspiera, to chyba tylko stosowaną przez PiS i Jarosława Kaczyńskiego zasadę divide et impera, czyli „dziel i rządź”.

Jerzy Kruk

Kolejne 2 tygodnie

Uwaga! Polityczne porno! Tylko dla dorosłych o mocnych nerwach.

Mateo miał wszystko. Pieniądze, wykształcenie, pracę, stanowisko, władzę, samochody, rodzinę, prezencję, a przede wszystkim miał kutasa po kolana, w dodatku obdarzonego wyjątkową właściwością. Im bardziej jego pan kłamał, tym bardziej jego przyjaciel się wydłużał. Stąd do tego chuja przylgnęło przezwisko „Pinocchio”. Nie, żeby Mateo specjalnie cierpiał z tego powodu, przeciwnie: nawet to lubił, i to bardzo. Czy można się dziwić? Iluż mężczyzn marzy by im choć drygnął raz jeszcze, a Mateo potrafił wywoływać u swojego przyjaciela wzwód na zawołanie, i to kilka razy dziennie. Wystarczyło, by na głos wypowiedział nieprawdę. Mateo lubił występować publicznie. Uwielbiał tłumy, a kamera go po prostu kochała. Na wiecach i innych uroczystościach, briefingach i konferencjach, gdy znalazł się w krzyżowym ogniu pytań, kłamał jak najęty, a jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwał spodni. Raz nawet, podczas rautu u arcybiskupa, wśród pląsów i śpiewów tak popuścił wodze fantazji w wychwalaniu Pana Boga (choć sam był cynicznym ateistą), że musiał się ukryć w toalecie, bo jego niesforny przyjaciel niemal mu wyszedł przez nogawkę i mało brakowało, by zafajdał buty. Koniec końców Mateo uzależnił się od kłamstwa i gdyby nie jego najlepszy przyjaciel, sam by nie wiedział, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę.

Mateo był wysokim funkcjonariuszem naszej krajowej mafii – co prawda nie cappo di tutti capi, a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym, ale już to samo mówi za siebie. Cappo di tutti capi był Piccolo, bezwzględny, złośliwy i obleśny typek o złym charakterze. Nie dość, że był stary, to jeszcze — jak to się u nas mówi — Bozia poskąpiła mu wzrostu. Złośliwcy potajemnie nazywali go „Kurduplem”, ale nikt nie śmiał wypowiedzieć tego epitetu w obecności jego zaufanych, a tym bardziej — rzucić mu go prosto w oczy. Otwarcie mówili na niego „Piccolo”.

Piccolo był bezdzietnym, nieżonatym mężczyzną, sfrustrowanym niepowodzeniami swej młodzieńczej kariery politycznej. Był człowiekiem o złym charakterze, ograniczonym i upartym, umysłowo i duchowo prostackim. Właśnie tacy ludzie najczęściej zostają fanatykami. Był agresywnym typkiem, pełnym nienawiści do tych, którym udało się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Jednym słowem: nienawidzącym elit.

Piccolo w swej nienawiści chciał zdruzgotać wszystko, co mu się opiera, zniszczyć, co mu staje na drodze, bo czuł, że jest wodzem, który swoje zadanie otrzymał od losu i urzeczywistnia to, co nieświadomie drzemie w masach naszego narodu: niechęć do elit, niechęć do wiedzy, niechęć do nauki, niechęć do pracy, niechęć do zmian.

I jak większość tyranów, dokładnie wiedział, jakie wrażliwe membrany w ciele ludu należy poruszyć, żeby być pewnym rezultatu. Mając zmysł dla psychologii i dla potrzeb mas, nie proponował im żadnej wizji przyszłości. Jego oferta dla mas, to była oferta pogrążenia się w błogiej gnuśności. „Jakich nas, Panie Boże, stworzyłeś, takimi nas masz”. Jako populistyczny tyran wiedział, że najważniejsze jest, by od czasu do czasu tłumowi sypnąć groszem. Jak ziarnem domowemu ptactwu albo paszą świniom. Gawiedź musi poczuć grosz w garści, abstrakcyjne idee nic dla niej nie znaczą.

Piccolo był zdolnym intrygantem. Zbierał kwity nie tylko na swych przeciwników, ale i współpracowników, by w odpowiednim momencie rozgrywać ich przeciwko sobie. Nic dziwnego, że masy go uwielbiały, a inni członkowie mafii trzęśli przed nim portkami: Adriano — księgowy mafii, Bławatek — handlarz bronią i Zibi — prawnik i terminator. Znał ich cały kraj, ale nikt nie wiedział, jak się do nich dobrać, dlatego rozjuszyli się w działaniach przestępczych w całkowitym poczuciu bezkarności.

Mateo działał głównie na Sycylii, ale bywał też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie miał „pracę”, a prócz tego prowadził interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych. Poznałam go na planie filmowym. Jak ślepej kurze ziarno trafiła mi się kiedyś drugoplanowa rola w filmie katastroficznym. Mateo był jego sponsorem. Kiedyś odwiedził zespół podczas nagrywania jednego z odcinków. Akurat kręciliśmy scenę, w której jako agentka służb specjalnych próbowałam skorumpować chłopskiego herszta, przywódcę konfederacji rolniczej. Siedziałam przy barze w krótkiej sukience z głębokim dekoltem, co nie mogło umknąć uwadze Mateo. Jeszcze tego samego dnia reżyser przekazał mi jego wizytówkę. Chciał się ze mną spotkać, by „porozmawiać o dalszej karierze”. Nie miałam wątpliwości, że karierę w tej branży robi się dupą. Przeszliśmy do rzeczy już na pierwszym spotkaniu. Mateo wprost oszalał na punkcie mojego ciała. Jego żoną była sucha kostucha, a on zawsze marzył o kobiecie z wielką dupą i ogromnymi cycami, która w dodatku dyma się jak rakieta i której bez żenady przy obciąganiu może spuścić się do gardła.

Jako trzeciorzędna aktorka byłam Kopciuszkiem, a zostałam prawdziwą gwiazdą jego gabinetu. Romans z Mateo to była dla mnie prawdziwa dolce vita. Wynajął dla mnie mieszkanie w domu , który wyglądał trochę jak willa z Dynastii. Rżnęliśmy się w pokoju, który miał pewnie z osiemdziesiąt metrów i było w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście.

Z oczywistych względów nie mogliśmy pokazywać się razem w restauracji, dlatego w pobliskiej trattorii zamawialiśmy jedzenie z dowozem. Ja zwykle wybierałam tagliatelle, a on pappardelle. Lubiłam też ravioli, ale muszę przyznać, że nie przepadałam za penne i fusilli. On często pozwalal sobie na osso buco, oczywiście a la milanese. Na deser raczyliśmy się na przemian panna cottą albo tiramisu. W Latteria i Mamma Mia kupowaliśmy najwyższej jakości mortadelę, mozzarellę, pecorino, gorgonzolę, gran padano, parmigiano, buratę, prosciutto, ciabattę, foccacię, chianti, frascati i spumante. Oczywiście do sklepu udawaliśmy się zawsze dyskretnie, osobno.

Mateo rozpieszczał mnie zakupami w naszych najlepszych butikach. Buty kupował mi w Venezii, u Gino Rossiego i Badury, sukienki w Mi Chiamo i Unisono, galanterię i torebki w Monnari, pończochy w Gatcie, bieliznę w Gaii, koszule u Lamberta, spodnie i płaszcze w Lanzerto i u Pako Lorente, a garsonki w Vistuli. Uwielbiałam chwile, gdy dzięki niemu mogłam się poczuć atrakcyjna i bardzo markowa. Sam słynął z wielkiej kolekcji garniturów, krawatów i obrazów. Był także posiadaczem wielu luksusowych kamienic, mieszkań, lokali użytkowych i innych nieruchomości. Kiedyś obiecał, że mnie zabierze na jedną ze swych działek budowlanych, by w szczerym polu wyruchać bez trzymanki na stojaka.

— Tam nie ma nic — powiedział — a teraz jest jesień. Może być błoto. Masz jakieś kalosze? — spytał.

— Uu – pokręciłam głową.

— A buty górskie?

Zrobiłam Mussoliniego jak Adriano i pokręciłam głową po raz drugi.

— Nie ma sprawy. Kupię ci jakieś w prezencie.

— Naprawdę? — podpaliłam się od razu jak ściółka leśna w środku lata. — Widziałam takie piękne u Badury. Jedne zielone, a drugie kremowe, takie wysokie, dopinane na paski pod samymi kolanami. Z gumy imitującej krokodylą skórę. Mówię ci, cudne.

— Nie ma sprawy — powiedział. — Trzydzieści dziewięć?

— Czterdzieści — skorygowałam. — Wiesz, gumowce powinny być luźniejsze, bo potem trudno ściągnąć.

Przyniósł mi je w prezencie na następne spotkanie. Gdy zobaczyłam, że taszczy w ręku wielką papierową torbę z dwoma kartonami, aż podskoczyłam z zachwytu, a na ich widok omal nie zemdlałam. Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy.

— Od razu przymierzę — powiedziałam i wyszłam do garderoby. Wyjęłam z kartonu obie pary, każdą przytuliłam do serca i pocałowałam w cholewkę. Do przymiarki wybrałam zielone. Założyłam do nich czarne pończochy przypinane na sztrapsy od czarnego koronkowego gorsetu. Dla lepszego efektu naciągnęłam na wierzch czerwone koronkowe stringi, żeby je można było ściągnąć bez odpinania pończoch i zdejmowania butów. Wyglądałam kiczowato, jak tania dziwka.

Gdy weszłam do pokoju, leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek z napisem CK.

— Świetnie wyglądasz — powiedział, gdy podeszłam do niego.

Myślałam, że się na mnie rzuci albo ściągnie na siebie, a on nic. Czyli? Powiedział prawdę. No, a jeśli powiedział prawdę, to jego przyjaciel nie miał bodźca, by zareagować. Mateo był już tak uzależniony od kłamstwa, że nie potrafił bez niego nic zrobić. Jego żona chyba musiała być zadowolona, bo najpierw wciskał jej kit, a potem pewnie sztywnego penisa. Tylko pozazdrościć takiej symbiozy. Podobnie było ze mną, zanim przeszedł do dzieła, musiał najpierw porozmawiać.

— Już się nie mogę doczekać, aż mnie zerżniesz w tych kaloszach na swojej działce — zaczęłam pierwsza.

— Tam na razie jest ściernisko — pominął moją prowokację — ale będzie San Francisco — dokończył. —Wiesz, że mają tamtędy puścić autostradę? Ale jeszcze nie teraz, dopiero gdy moja żona upłynni tę działkę.

— A czemu żona? — spytałam.

— No wiesz… — odpowiedział z lekkim zawstydzeniem. — Przepisałem na nią cały majątek, żeby nie można było ze mnie czego ściągnąć.

— Więc jesteś gołodupcem!? — wykrzyknęłam rozczarowana. — Ja też bym chciała, żebyś na mnie przepisywał, żebym miała co upłynniać.

— Spokojnie — odpowiedział – świat się nie kończy. Dostaliśmy dodatkowe dwa tygodnie na dojenie i dymanie. Piccolo dał nam carte blanche. Możemy doić państwo i dymać społeczeństwo ile wlezie, a świętoszki w sutannach mogą gwałcić, kogo tylko zechcą. A wiesz, co to oznacza? Działki! — wykrzyknął z triumfem.

— Nie rozumiem — nie zrozumiałam jego asocjacji.

— Gwałty są u nas zakazane.

– To jasne.

— No właśnie, więc żeby gwałcić bezkarnie, potrzebna jest ochrona, prawda? Policja, sądy, prokurator.

– No i…? — wciąż nie mogłam rozwikłać jego toku rozumowania.

— A kto ma w ręku policję? Szachermacher. A sądy i prokuraturę? Zibi. A wojsko? Bławatek. A kto jest ich szefem? Wziął w ręce poduszkę, uformował ją w trójkąt i włożył sobie na głowę, a potem położył dłoń na piersi i powiedział z tryumfem: — Ja!

— No i co to ma wspólnego z działkami? — miałam już kompletny mętlik w głowie.

— Jak ty czasami ciężko kapujesz — powiedział do mnie jak do małego dziecka, ale z pewną dozą niecierpliwości. — Kto jest w naszym kraju największym posiadaczem gruntów?

— Ty? — spytałam naiwnie.

— No, nie — odpowiedział z uśmiechem pobłażania. — Jeszcze nie. — Teraz na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek. — Państwo — powiedział krótko i poważnie.

— I tak możecie sobie od państwa brać, ile wam się podoba? — zapytałam z mieszaniną niedowierzania i dezaprobaty.

— No, nie — odpowiedział. — Nie bezpośrednio. Potrzebny jest do tego łańcuszek szczęścia.

— Jaki łańcuszek szczęścia? — wciąż nie chwytałam jego skrótów myślowych.

— Państwo ma działki, tak?

— No tak.

— A Kościół ma kler. A kler to klechy. A klechy to pojeby, rozumiesz? To nie są normalni ludzie. Rok, dwa, dziesięć bez dymania? Przecież każdemu by się rzuciło na mózg. I im też. Więc im odbija. Piją, jeżdżą po pijaku, kradną, oszukują i gwałcą dzieci. Czemu akurat dzieci, to ja nie pojmuję. Przecież każdy normalny facet by się zbrandzlował albo poszedł do agencji i byłoby po sprawie. Ale oni nie. Dobierają się do dzieci, macają dziewczynki i dymają chłopców. Czemu? Nie wiem. Ale to pojeby, mówiłem ci. I co z nimi zrobić, gdy sprawa wychodzi na jaw? Trzeba to zatuszować. Czyli żeby sprawa nie trafiła do sądu, trzeba użyć policji i prokuratury. A u kogo policja i prokuratura siedzą w kieszeni, to już ci mówiłem. Ale wiesz, w życiu nie ma nic za darmo. Za przysługi, zwłaszcza tak grube, trzeba płacić. I też grubo. A oni mają tylko drobne. Z tacy, rozumiesz? Ale mają grunty, czyli działki.

— Przecież mówiłeś, że to państwo ma działki.

— Właśnie państwo ma i im daje. Po co? Żeby oni potem je przekazali nam. I tu koło się zamyka. Łańcuszek szczęścia.

— I tę działkę, na którą jedziemy też tak dostałeś?

— Pewnie.

– Hmm…

— Proboszcz, który nią dysponował, przyszedł do mnie sam i mówi, że jest śliska sprawa, którą trzeba przykryć, bo będzie smród. To ja go pytam „za ile?”. A on: „za dziesięć hektarów”, na co ja, że to za mało, a on, że to pod miastem. „Supermarket, autostrada, centrum handlowe”… — zaczął mi podpowiadać. No i się dogadaliśmy. I pyta mnie, czy jestem zadowolony. Ja, że tak i to bardzo, a on mówi, że chciałby jeszcze jakiś gratisik.

— Jaki?

— Generałem chciał zostać.

— W zakonie?

— Nie. W wojsku. Kapelanem.

— I został?

— Tak. Co prawda już od ośmiu lat był na emeryturze, ale co mi tam jeden generał mniej czy więcej. Kupił sobie pałacyk z parkiem, hoduje daniele.

— Z tej emerytury?

— Nie. Dostał wielką dotację na renowację zabytków. Dwa razy na ten sam kościół.

— Jak to „dwa razy”?

— Raz wystąpił jako proboszcz parafii, a raz jako kapelan.

— I żaden urząd się nie dopatrzył?

— Co trzeba, to urząd dopatrzy, a na co trzeba, przymknie oko. Jak temida. Wiesz, że jest ślepa? Już Zibi pilnuje, żeby jej opaska nie zsunęła się z oczu, ale czasem musi ją poprawić.

— Jesteście okropni.

— Ha, ha! Poczekaj te dwa tygodnie, Kopciuszku, a i ty się zrobisz okropna. Okropnie bogata.

Włożyłam mu rękę w spodenki, ale jego przyjaciel ani nie drgnął. Mówił prawdę? Przytrzymał moją dłoń i powiedział:

— Pożądam cię. — Ale znów nawet nie drgnął. — Kocham cię, jak ten kraj — wyszeptał do mnie z emfazą. — Wszystko bym dla niego zrobił. Oddałbym za niego duszę, przelał krew, jeśli byłoby trzeba.

Poczyłam, że coś zaczyna się prężyć w mojej dłoni.

— Kocham cię — powtórzył. — Jesteś taka piękna, taka szczera, taka mądra.

Materiał jego bokserek był tak napięty, że musiałam użyć siły, by go odciągnąć. Gdy to zrobiłam, jego wielka pała wyskoczyła prawie na pępek. Przewrócił mnie na brzuch, ściągnąlo mi stringi przez gumowce i wszedł we mnie od tyłu.

— Załatwię ci tę działkę — powiedział, rozsuwając swoim wielkim kutasem bruzdę między moimi pośladkami. — Jak Boga kocham. Przysięgam — wycharczał. — Nie będziesz tego żałować. Rzucę dla ciebie żonę, zostawię rodzinę. Tak mi dopomóż Bóg — przysiągł.

Ostro orał moją działkę i żeby dodać sobie animuszu, powtarzał przy każdym pchnięciu:

— Bóg! Honor! Ojczyzna!

Myślałam, że wyjdzie mi gardłem. Na koniec jeszcze zawył:

— Wiktoriaa! — I padł.

Zsunął się ze mnie i… zasnął. O razu. Jak trup. Sięgnęłam po papierosa i zapaliłam, choć wiedziałam, że tego nie lubił. Świętoszek. Gdy dopalałam, łypnął na mnie zaspanym okiem.

— Wiesz… — zaczął leniwie. — Z tymi działkami to trochę przesadziłem, ale gdybyś chciała, mógłbym cię wcisnąć na jakieś intratne stanowisko. Piccolo oddał mi w pacht cały kraj na dwa tygodnie. Mogę cię zrobić, kim zechcesz. Prezydentem, posłem, ministrem. Mój kumpel jest prezesem banku i ma aż dwie takie zdziry, legalnie zarabiają krocie. Nie mają kwalifikacji, ale mają za to inne walory. Jak ty — uśmiechnął się do mnie obleśnie. — I nikt mu nie może podskoczyć. Tak że jeśli byś chciała, to…

— Z prezydentem to chyba przesadziłeś, z posłem też. Przecież ich się wybiera w wyborach. Muszą wygrać.

— Masz rację, żartowałem, ale ministra? Czemu nie?

— Nie wygłupiaj się — spróbowałam zamknąć temat. — Co by ludzie powiedzieli?

— A co mają mówić? Gówno ich to obchodzi. Ja rządzę. To co? Jaki resort wybierasz? Sport, służba zdrowia, rodzina, kultura?

— Ministra kultury brzmi fajnie.

— Mówisz, masz. — Przyklasnął w dłonie.

Sięgnęłam po nowego papierosa.

— Nie wygłupiaj się, zagryzą cię za to — powiedziałam wydmuchując dym w powietrze.

— Nie ma się czego bać. Ja tu rządzę — powtórzył. —Kaligula zrobił konsulem swojego konia, a ja nie mogę zrobić ministrem swojej… klaczy? — Przewrócił mnie na bok i dał mi w pośladek soczystego klapsa. Lubiłam, jak mnie klepał po dupie. Bardziej niż gdy mnie łapał za cycki.

— A co by na to powiedział Adriano? — spytałam wydmuchując kolejny obłok dymu.

— Adriano, Adriano. Daj spokój z Adriano. To tylko pionek w ręku Kurdupla. Adriano mi nie podskoczy, bo nic nie może. To tylko księgowy mafii. Podpisuje wszystko, co mu podsuną. To ja jestem teraz wodzem. — Znów założył sobie poduszkę na głowę.

— A Piccolo? — nie dowierzałam jego pewności siebie.

— Oj, Piccolo, Piccolo… Piccolo się skończył. Nie widziałaś? Sika w spodnie, potyka się o własne sznurówki, nie zapina rozporka, nawet ostatnio założył dwa różne buty. To starość, demencja. Koniec. Potrzebny jest młody następca. A kogo on namaścił?

— No kogo? — spytałam.

— To ty jeszcze nie wiesz? — odparł naprawdę zdziwiony. Jeszcze raz poprawił poduszkę na głowie, wyprostował palec wskazujący, wycelował nim  w mostek, teatralnie wybałuszył oczy i powiedział z równie teatralną tajemniczością:

— Mnie. Dostałem w pacht cały kraj. Co prawda tylko na dwa tygodnie, ale co tam… Po mnie choćby potop. Możemy kraść, grabić, oszukiwać i gwałcić. Będziemy dymać ten naród do upadłego. Gardzę nimi, bo zaczęli kąsać rękę, która ich karmiła. Nie zasługują nawet na miskę ryżu. Prawo i sprawiedliwość mafii zatriumfowały.

Zgasiłam papierosa w popielniczce. Wzięłam do ręki jego przyjaciela, ale nie było żadnej reakcji. Podniosłam się więc i zaczęłam go ssać. Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce głaskały jego jądra, ale nawet nie drgnął. Czyżby prawda zatriumfowała nad kłamstwem? Mówił szczerze.

JERZY KRUK

Wyróżnione sformułowania zaczerpnąłem od mistrzyni gatunku.

Czy właśnie się rozpoczął kolejny rozdział historii warholstwa w Polsce?

Czy Jarosław Kaczyński jest premierem? Debata w kwestii wyboru nowych członków KRS na posiedzeniu Sejmu 14 listopada została przerwana przez posła Zbigniewa Ziobro, który domagał się natychmiastowego dopuszczenia do głosu ze względu na swoje stanowisko ministra sprawiedliwości. Marszałek Hołownia przystał na to, uzasadniając swoją decyzję regulaminem Sejmu zgodnie z art. 186 ust. 2, który gwarantuje. m.in. ministrom prawo do wypowiedzi z sejmowej mównicy „poza kolejnością mówców zapisanych do głosu, ilekroć tego zażądają”. Ta spolegliwość marszałka wywołała prawdziwą lawinę warcholstwa, bowiem do głosu w tym samym trybie, uzgadniając uprzednio swoje wypowiedzi z szefem partii, zaczęli się zgłaszać kolejni ministrowie. Do stołu prezydialnego podszedł nawet sam Jarosław Kaczyński, domagając się dopuszczenia do głosu w tym samym trybie. „ Panie marszałku, jestem premierem — miał powiedzieć prezes PiS — chciałbym zabrać głos”. Ale marszałek Hołownia nie był już tak spolegliwy i Kaczyńskiego do głosu nie dopuścił.

Czy roszczenia „premiera” Kaczyńskiego i jego ministrów były uzasadnione? Czy wciąż jeszcze są urzędującymi członkami rządu? Wszak premier Mateusz Morawiecki 13 listopada złożył dymisję swojego urzędu i całego rządu, która została przyjęta przez prezydenta Dudę. To, że został w tym samym momencie desygnowany do tworzenia nowego rządu, na nowo premierem go nie czyni, ponieważ cała rada ministrów, łącznie z jej przewodniczącym, musi zostać zatwierdzona najpierw przez Sejm, a potem przez prezydenta RP.

I tutaj powstaje dylemat, czy aktualną władzą wykonawczą pozostają zdymisjonowani premierzy i ministrowie, czy jej na razie w Polsce nie mamy. To ważna kwestia, bo jeśli się zgodzimy, że obecnie władzę wykonawczą stanowią i sprawują dawni, a od kilku dni zdymisjonowani członkowie rządu, to może budzić w nich pokusę, by ten, korzystny dla PiS, stan rzeczy przedłużać miesiącami. 24 wydaje się całkiem realną możliwością.

Co zatem powinien zrobić Sejm? Marszałek powinien się przyznać do błędu i ogłosić, że zbyt pochopnie dopuścił do głosu zdymisjonowanych ministrów, a Sejm powinien jego wykładnię potwierdzić odpowiednią uchwałą. I wara od mównicy samozwańczym „premierom”, „zbawcom narodu”, „naczelnikom państwa” i „ministrom”. Bo jeśli tego nie uczynimy, otworzymy szeroko bramy dla kolejnego rozdziału historii warcholstwa w Polsce.

Jerzy Kruk

Może skorzystasz z okazji i kupisz moja ksiązkę za zlotówkę?

Pisowski Titanic tonie, Arka demokracji czeka

Katastrofa już się wydarzyła, chociaż uszkodzony kadłub pisowskiego „Titanica” wciąż jeszcze utrzymuje się na powierzchni. Bez odwoływania się do metafory musimy powiedzieć, że cel, jaki przed sobą postawiła koalicja demokratyczna, został osiągnięty: narodowo-populistyczna partia PiS Jarosława Kaczyńskiego została odsunięta od władzy. Co prawda wciąż jeszcze będzie się miotać w konwulsjach i torsjach, szarpać i kąsać, ale nie ma się co oszukiwać: to koniec PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego.

Zwycięska koalicja już dzieli się władzą, ale nie powinna spocząć na laurach i na to, co się wydarzyło, powinna spojrzeć z szerszej perspektywy. To coś więcej, niż upadek PiS, to coś więcej niż przejęcie władzy. To coś więcej, niż wychylenie się wyborczego wahadła w drugą stronę. No bo gdzie? Z prawa na lewo czy z lewa na prawo? Upadek narodowo-populistycznego autorytaryzmu w pełni ukazał jego polityczny absurd. Dlaczego wyborcze wahadło nie może wychylić się ani w prawo, ani w lewo? Ponieważ istotą rządów PiS było uszkodzenie demokratycznego mechanizmu. Dlatego warunkiem jego naprawy było połączenie przeciwstawnych sił akceptujących reguły demokratycznej gry: liberalnej PO, konserwatywnej Polski 2050, ludowej PSL i socjaldemokratycznej Nowej Lewicy. I zawieszenie ognia w celu naprawienia mechanizmu demokracji: wolnych wyborów, swobód obywatelskich, swobodnego przepływu informacji, niezależnego sądownictwa i trójpodziału władzy.

Zwycięska koalicja nie powinna jednak zapominać, po co powstała. Owszem, by pokonać PiS, ale w jakim celu? Właśnie w celu przywrócenia i naprawy demokracji. Jeśli rządy PiS i Jarosława Kaczyńskiego były swoistą formą zamachu na ustrój Rzeczypospolitej, to konsekwencją ich obalenia powinna być transformacja czy restytucja ustrojowa.

Analogia z transformacją ustrojową, która dokonała się 4 czerwca 1989 roku, narzuca się sama. Musimy jednak pamiętać, że nie dokonała się w jeden dzień. Poprzedziły ją działania przygotowawcze trwające od spotkań w Magdalence, a więc prawie rok wcześniej, i wcieliły w życie trwające latami działania rządu Mazowieckiego i kolejnych władz wyłonionych w pełni demokratycznych wyborach. Podobnie jest dziś. 15 października pozostanie datą symboliczną, ale proces przywracania demokracji będzie trwał miesiącami, jeśli nie latami.

I to trzeba wyraźnie uświadamiać wszystkim: zwycięskiej koalicji z jej wyborcami, pokonanej partii Jarosława Kaczyńskiego wraz z jej poplecznikami i całemu społeczeństwu.

Choć do dziś dnia znajduje się wielu krytyków podważający sens transformacji 89 roku, pamiętać musimy, że była ona możliwa dzięki konsensusowi, na jaki polskie społeczeństwo chyba nigdy się nie zdobyło ani wcześniej, ani później. I właśnie taki konsensus jest najpilniejszą potrzebą tego momentu historycznego, w jakim znalazł się nasz kraj. Nie „dorżnięcie watahy”, nie „strząśnięcie szarańczy z drzewa”, nie „szukanie sprawiedliwości”, nie podział władzy, lecz budowa konsensusu, który spoiłby całe społeczeństwo i przekonał, że „dla wszystkich starczy miejsca pod wielką płachtą nieba”, polskiego nieba.

Sukces transformacji z roku 1989 polegał właśnie na tym, że do jego budowy udało się włączyć zarówno Tadeusza Mazowieckiego, Adama Michnika, Jacka Kuronia i Bronisława Geremka, jak i Czesława Kiszczaka, Wojciecha Jaruzelskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka Millera, czy nawet Jerzego Urbana. Podobnej płaszczyzny porozumienia powinniśmy szukać i dziś. Przestępstwa, nadużycia i akty łamania prawa oczywiście muszą być osądzone i ukarane, ale w skali ogólnospołecznej efektem zwycięstwa koalicji demokratycznej nie powinno być „pokonanie” czy upokorzenie wyborców PiS, lecz pokazanie im szansy na ich sukces i spełnienie ich wartości i oczekiwań w nowej, demokratycznej Polsce. Mówiąc wprost: trzeba ich przekonać do demokratycznych reform.

Podobnie jest z szeroko rozumianą formacją PiS. Jej też (z wyjątkiem tych, którzy na poważnie przyłożyli rękę do zamachu stanu) należy uświadomić szanse, jakie im niesie demokratyczna transformacja. Przede wszystkim bezpieczeństwo. Muszą uwierzyć, że w liberalnej Polsce obok racjonalistów jest miejsce dla ludzi wierzących, że nowa Polska, jeśli sformułuje prawa dla osób LGBT, singli i par bezdzietnych, to ani nie przekreśli, ani nie podważy wartości rodzinnych, tradycyjnych czy nawet konserwatywnych. Społeczeństwo trzeba przekonać, że Polska liberalna, zwiększając szanse dla przedsiębiorczości, będzie pamiętać i o tych, którzy potrzebują opieki państwa. Czy to oznacza jakiekolwiek wykluczenie dla zwolenników, czy nawet działaczy PiS? Nie. Nowa władza powinna skierować do nich ofertę uczestnictwa w budowaniu nowego ładu. Z korzyścią dla wszystkich.

„Titanic” PiS tonie. PiS jako partia jest już bez szans. Jej wrak z pewnością szybciej czy później pójdzie na dno. Ale co z ludźmi? Ci najsprytniejsi już od dawna mają przygotowane szalupy ratunkowe. W przypadku milionerów pokroju Morawieckiego czy Obajtka są to nawet luksusowe jachty. Ale i mniej bogatych, którzy dorobili się na rządach PiS, ich łódeczki dowiozą do cichych przystani, gdzie będą mogli wieść dostatnie życie z dala od politycznego zgiełku. Nawet Jarosław Kaczyński może się czuć względnie bezpieczny w swojej żoliborskiej łajbie. A co z innymi szeregowymi posłami? Czy nie ma dla nich ratunku? Czy muszą pójść na dno razem z partią? Ależ nie. Im też można pomóc, na przykład budując Arkę przymierza, na którą będą mieli wstęp pod warunkiem zgłoszenia akcesu do obrony i odbudowy demokracji. Czy to uczciwa oferta? Zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony? Myślę, że jak najbardziej, choć co niektórym może się wydać gorsząca. Ale czy nie zaakceptowaliśmy transferów z PiS i prawicy do Platformy Obywatelskiej Radosława Sikorskiego, Michała Kamińskiego czy Romana Giertycha?

A co byśmy powiedzieli na przejście do którejś z partii koalicji demokratycznej innych posłów PiS? Może jeszcze nie teraz, może nie od razu, ale spokojnie, powolutku. Wszak do zdolności do odrzucenia weta prezydenta koalicji demokratycznej brakuje 28 głosów. To dużo czy mało? 28 to dokładnie tyle, ilu posłów zdecydowało się zmienić barwy klubowe w poprzedniej kadencji. W tym kontekście ta liczba nie wydaje się duża. Zwłaszcza że tamte transfery odbyły się dla mniej chlubnych celów niż odbudowa demokracji. Warto o te głosy walczyć, formułując zaproszenie na Arkę dla wszystkich zwolenników demokracji, praworządności, tolerancji, wolności. Trzeba tylko umiejętnie sformułować ofertę, by przejście do nowej partii nie wydawało się aktem zdrady czy tchórzostwa, tylko przeciwnie: odpowiedzialności i odwagi. No i trzeba uświadomić zagrożonym, że „Titanic” naprawdę tonie.

Jerzy Kruk

„Chłopi”

„Chłopi”. Film malowany ręcznie i animowany komputerowo przez ponad stu grafików, często grubym pędzlem Van Gogha, ale też i subtelniejszymi pociągnięciami polskich realistów. Piękne obrazki, piękne sceny, piękne krajobrazy. I żywe obrazy Chełmońskiego, Wierusza-Kowalskiego, Fałata, Ruszczyca, Wyczółkowskiego. Wiejską chatę z Jesieni, Drogę w lesie, Babie lato, Kaczeńce,  Bociany, Świt-Królestwo ptaków, Odlot żurawi, Burzę, Kopanie buraków, Podczas deszczu, Karczmę przy drodze, Krzyż w zadymce, Wilka czy  Kuropatwy na śniegu jeśli nie rozpozna, to chyba zauważy każdy. Że to znany obraz. I jeszcze Kobiety zbierające kłosy Milleta.

Piękna muzyka stworzona przez Łukasza L.U.C.-a Rostkowskiego z głosem zarówno uznanych artystów, jak Kayah, Dagadana, Laboratorium Pieśni, Tęgie Chłopy, jak i anonimowych artystów ludowych. Brzmienie, owszem, ciekawe, choć niezbyt oryginalne, bo często do złudzenia przypominające Kapelę ze Wsi Warszawa (Warsaw Village Band). Ale piękne. Piękne , ekstatyczne animowane tańce. Do muzyki inspirowanej ludowymi oberkami, polkami  czy kujawiakami, ale bynajmniej nie ludowe.

Dialogi Reymonta, język gwarowy, znane sentencje: Miłość przemija, a ziemia zostaje; W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam. No i wycinanki łowickie. Dobre, bo polskie? Najlepsze.

A najpiękniejsza z tego jest Jagna (Kamila Urzędowska). Piękna jak malowanie. Piękna pięknem młodzieńczym, nieskazitelnym, budzącym zachwyt i pożądanie.

I właśnie na pożądaniu zbudowane są dramat i tragedia opowieści Reymonta. Na pożądaniu, które potrafi zaprzeczyć wszystkiemu: miłości, rozsądkowi, odpowiedzialności, i przez to prowadzi do samozagłady jak w greckiej tragedii. Na pożądaniu, które, niespełnione, budzi zazdrość i zawiść i przekształca się w nienawiść. I spełnić się może tylko w akcie zemsty. Taka właśnie jest historia Jagny pokazana w filmie tak, że widz ogląda go od początku do końca z zapartym tchem. Zapierająca dech w piersiach historia, zapierające dech w piersiach obrazy, zapierająca dech w piersiach muzyka, zapierający dech w piersiach film. „Chłopi” – powieść, za którą Władysław Reymont dostał Nagrodę Nobla. „Chłopi” – film Doroty i Hugh Welchmanów zgłoszony do nagrody Oscara.

Jerzy Kruk

Moja mama żyje w dobrobycie

W styczniu napisałem reortaż „Jak Tusk dojdzie do władzy, to nam wszystko zabierze, czyli katolicki głos w głowie mojej mamy”. Od tego czasu historia się rozwija. Gdy jesienią, tuż przed wyborami, usłyszałem od niej, że żyje w dobrobycie, postanowiłem dopisać ciag dalszy.

Jak Tusk dojdzie do władzy, to nam wszystko zabierze,
czyli katolicki głos w głowie mojej mamy

W mojej rodzinie i wśród moich znajomych nastąpiło nagromadzenie ludzi „najgorszego sortu”: ateistów, agnostyków i apostatów; liberałów i libertynów, zdeklarowanych socjalistów i feministek; osób hetero oraz gejów i lesbijek; singli i singielek, i rozwodników, ale i też rodziców szczęśliwych rodzin, małżonków z sześćdziesięcioletnim stażem i praktykujących katolików, którzy jednak odrzucają upolitycznioną formę wiary i zatrzymują ją w sferze prywatności, starając się pielęgnować życie rodzinne, pomoc potrzebującym, pracowitość, rzetelność. Wszystkich łączy przekonanie do wolności, praw człowieka, demokracji i praworządności. I, co jest synonimem pierwszego, niechęć do PiS.

Ale jest jeden wyjątek. Jest nim moja mama. Gdyby nie ona, nie miałbym wglądu do serc i umysłów ludzi jej orientacji, czyli Polaków „najlepszego sortu”.

Moja mama dźwiga już dziewiąty krzyżyk na karku, a za dwa lata może zmagać się z dziesiątym. Nasze polityczne „dyskusje” to zazwyczaj krótkie, aczkolwiek mocne spięcia. Są jak fajerwerki z krótkim lontem. Od razu iskrzy i za chwilę następuje wielkie bum! I kilka dni ciszy.

Mama jest bardzo rozmowna, w towarzystwie potrafi zawłaszczyć przestrzeń dyskursu na całe godziny, ale też podczas spotkań rodzinnych respektuje niepisaną zasadę: żadnej polityki! Bo już kilka razy doświadczyła na własnej skórze, czym to się może skończyć.

Mama cieszy się, że w Polsce tak wiele się zmieniło na lepsze. W jej przekonaniu krajem rządzi mądry, sympatyczny starszy pan. Nasz prezydent, o którym wyraża się z najwyższą atencją, szanowany jest w całym świecie. W radiu i telewizji panuje taka miła, familiarna atmosfera. Mama słucha tylko katolickiego głosu w swoim domu i ogląda dwa kanały telewizyjne. Kiedy mówię, że oba pisowskie, mama prostuje, że tylko jeden. Owszem, przyznaje, Trwam to telewizja pisowska, ale przecież Jedynka jest normalna. Zresztą — obrusza się — po co tyle tych kanałów? Dwa by wystarczyły, a resztę należałoby zlikwidować, bo w tej plątaninie nie można się doszukać właściwego. Kiedy jej mówię, że jak chce, to mogę jej pousuwać w pilocie wszystkie kanały i zostawić tylko te dwa właściwe, mamę ogarnia niepokój i niepewność, czy rzeczywiście tego by chciała. Naprawdę tak można? — pyta. Nie tylko można, ale i tak jest, odpowiadam. Na Ścianie Wschodniej już powyłączali liberalne kanały i zostawili tylko solidarne. Jeszcze im wyłączą prąd i będą żyć jak w średniowieczu. Jak zwykle szydzisz sobie z prostych ludzi, kwituje mama i zamyka temat.

Ale najważniejsze jest radio, bo z radia można się dowiedzieć, kto Żyd, a kto nie-Żyd, kogo ojciec był w partii komunistycznej, a kogo służył w wermachcie. Który to liberał, a która feministka.

Mama mówi, że dzięki rządom PiS polska gospodarka jest tak silna, że stać nas na 500+, trzynastki, czternastki, a przed wyborami mają być jeszcze piętnastki. Ona połowę trzynastki oddaje ojcu Tadeuszowi, a czternastki — proboszczowi. Co zrobić z połową piętnastki, jeszcze nie wie. Ksiądz redaktor jest na pierwszym miejscu, bo gdyby nie katolicki głos z jego radia, ona byłaby kompletnie samotna, bo owdowiała dwanaście lat temu, a syn (nie ja), z którym mieszka, całymi dniami pracuje i zachodzi do niej tylko na obiad.

Już pięć razy dodzwoniła się do radia i występowała na antenie. Jej znajomi rozpoznali ją po głosie i dzwonili do innych znajomych, żeby włączyli radio. Jest słynna. Gdy wybierze się do kościoła, a zdarza się to rzadko, bo już nie chodzi o własnych siłach, ksiądz wita ją po nazwisku, a ludzie po mszy wypytują o zdrowie, jak sobie radzi, czy czegoś nie potrzebuje. Taki ma u nich szacunek.

I jest dumna ze swojego proboszcza. Założył przy kościele orkiestrę dętą. Jak zagrają „Tryumfy Króla Niebieskiego”, to aż się kościół trzęsie w posadach. I świetlicę. Dzieci mają za darmo korepetycje. Z matematyki, angielskiego i czego tam im potrzeba.

Cieszy się, że w szkole dzieci uczy się wiary i patriotyzmu. Odwiedzają ją harcerze z parafii, a ona im opowiada o okupacji i powstaniu. O Niemcach, Żydach i Ukraińcach. I dziwi się, że Polacy przyjęli tylu Ukraińców, a oni nas wyrzynali. Na Wołyniu i w Warszawie.

Boleję na tym, że moja mama, której przez całe życie nie wymsknęło się z ust nawet najniewinniejsze przekleństwo, teraz uczy się nowego języka. „A wiesz, że Suchocka była Żydówką?”. „Okradła nas mafia VAT-owska”. „Zniszczyli fabryki”. „Nachapali się na sześć pokoleń naprzód”. „Uciekł z kraju”. „Jakby plunął Polakom w twarz…”. Kiedyś tak nie mówiła.

Sześć lat temu, gdy jeszcze mogła chodzić, była w muzeum powstania i przywiozła sporo materiałów. Pewna pani powiedziała jej na ucho, że teraz mają tego pod dostatkiem, bo wcześniej „Wie pani — powiedziała jej ta pani — zabraniali nam drukować”. Ale dziś można drukować wszystko. Kiedy wtrącam złośliwie, że przede wszystkim pieniądze bez pokrycia, mama oponuje niezbita z pantałyku. Jak to bez pokrycia? Przecież rząd wreszcie ściągnął z Londynu nasze złoto.

Dzięki temu uczniowie dostają za darmo książki i wszystko inne, co potrzebne do szkoły. A dzięki 500+ mogą wyjeżdżać z rodzicami na wakacje. Jej znajomi z parafii byli w tym roku w Zakopanem. Na Sylwestrze Marzeń. Nie jeździli na nartach, bo nie było śniegu, zresztą pojechali tylko na jeden dzień, a i tak pół dnia stali w korku. Na autostradzie zbudowanej za unijne pieniądze, wtrącam kąśliwie. No właśnie, potwierdza mama. I co z tego, że unijna, skoro i tak stoi się w korku? Pojechali na fajerwerki, bo u nich na osiedlu rzadko kto wystrzeli jakąś rakietę. No tak, mówię, ostatnio uświadamia się ludzi, że fajerwerki są szkodliwe dla zwierząt. Zostawmy zwierzęta, mama kieruje temat na właściwe tory. Dla ludzi też, a ludzie są chyba ważniejsi od zwierząt, prawda? Zwłaszcza ci normalni. Ja tam nie mam nic przeciwko gejom, ale żeby paradować w stringach po ulicy? I po co im te parady? Sami się proszą o kłopoty.

Mama nie ma empatii dla zwierząt, a i dla ludzi coraz mniejszą. Przez całe życie kierowała się zasadami miłosierdzia. I dopóki starała się głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać, ustawiała się do niej długa kolejka potrzebujących. Ale gdy próbowała grzeszących upominać, nieumiejętnych pouczać, wątpiącym dobrze radzić, ludzie się od niej odwracali. Wspaniale potrafiła modlić się za żywych i umarłych, ale krzywdy cierpliwie znosić i urazy chętnie darować zawsze przychodziło jej z trudem. Gdy ubolewam, że hańbą dla chrześcijańskiego społeczeństwa jest wypychanie przez granice umordowanych matek z dziećmi, moja mama reaguje ze spokojnym nacjonalistycznym wyrachowaniem: Ale przecież wśród nich są osoby niebezpieczne.

Gdy wracam do tematu fajerwerków i mówię, że ludzie zbiednieli przez tę drożyznę i już tak chętnie nie puszczają pieniędzy z dymem, mama podaje moją tezę w wątpliwość: No, nie wiem. Tym, co mają dzieci, na pewno jest lepiej. A drożyzna? Bez przesady! Jest inflacja, bo jest wojna w Ukrainie, ale że drożyzna, to bym jednak nie powiedziała. Mnie się nieźle powodzi.

Mama ma dwa tysiące emerytury. Cieszy się, że dzięki inflacji dostanie 16,4 procenta podwyżki. To będzie o ponad trzysta złotych więcej. Trzy czwarte emerytury oddaje synowi (nie mnie, tylko temu, z którym mieszka) na prąd i media. Młodszy syn prowadzi warsztat ślusarski, ale kiepsko mu idzie. Gdy żył ojciec, zatrudniali piętnastu pracowników, ale on nie potrafi dogadać się z ludźmi, pozwalniał wszystkich. Sami partacze, usprawiedliwia go mama. Nikt się nie nadaje do pracy. Z żoną też się rozwiódł. (Co na jej temat myśli teściowa, to temat na inne opowiadanie). I skłócił z synami. Starszy zerwał kontakt całkowicie, ale młodszy od czasu do czasu się odzywa. Ostatnio mi pomógł zawiesić firanki, cieszy się babcia.

I przywiózł ojcu całą wywrotkę takich wielkich szpul po kablach. Jest z tym mnóstwo roboty, bo żeby to wrzucić do pieca, trzeba je porozbijać, a one tak mocno poskręcane. Dają taki czarny, gęsty dym, bo drewno jest czymś nasączone, ale sam Jarosław Kaczyński mówił, że teraz trzeba palić byle czym, z wyjątkiem opon. Żeby nie drażnić sąsiadów, syn rozpala w piecu wieczorem. Ja bym wolała rano, bo tak przez cały dzień muszę chodzić w dwóch swetrach i rękawiczkach, a jak napali wieczorem, to w nocy nie mogę spać, bo gorąco, i muszę się odkrywać spod pierzyny. A czy w dzień nie można podgrzać mieszkania prądem? Przecież kupiłem mamie grzejnik olejowy. Niby można, mówi mama, ale prąd taki drogi.

Na szczęście dostaliśmy od rządu trzy tysiące na węgiel. Przez miesiąc wierciłam synowi dziurę w brzuchu, żeby to załatwił, bo trzy tysiące, to nie w kij dmuchał! — słyszę, jak się chwali przed sąsiadką swoją zaradnością. Ociągał się, bo nie wiedział, jak złożyć wniosek, ale poszedł do urzędu i tam mu jedna pani wszystko wyjaśniła, krok po kroku. Dziś to potrafią się zająć prostym człowiekiem, nie to co kiedyś. I dostał trzy tysiące na rękę. Mówi, że właściwie nie musi kupować węgla, tyle ma tych szpul, ale ja mu mówię: Idź, kup chociaż trochę, bo mogą sprawdzać, czy nie wydałeś pieniędzy na coś innego, albo ci komornik zabierze. (Bo on ma komornika i wygląda na to, że będzie to związek dozgonny). No i kupił ekogroszku za tysiąc pięćset, a za drugie tysiąc pięćset naprawił samochód, bo jeździ starym.

Ale jak mama zostawia sobie na życie jedną czwartą emerytury, to jak mama wiąże koniec z końcem? Oj, daję radę. Robię pierogi z soczewicą, parowańce z serem, knedle ze śliwkami, kurczaki, bigos, zupę na kilka dni, wiesz przecież. Mięso jest tanie. Naprawdę? No, wieprzowina, nawet szynka tańsza od boczku. W dodatku co chwila są promocje, to jest jeszcze taniej. U nas w supermarkecie są pieczone kurczaki po czternaście złotych. Nawet nie opłaca się rozgrzewać piekarnika. Dzielę tylną ćwiartkę na pół, dogotowuję parę kartofli, sałatka z pora też jest gotowa, po cztery złote za pojemnik, i mamy dwie porcje obiadu. A jak do tego jest zupa, to jeszcze zostaje dla psa.

Zostaje jej jeszcze na leki i ofiarę dla szafarza, który jej przynosi do domu komunię. Od czasu do czasu ksiądz odwiedza ją osobiście, wtedy ma dla niego przygotowaną grubszą kopertę. Oj, niech to pani sobie zostawi na leki, mówią z troską usta duszpasterza, ale jego sprawna ręka wykonuje sztuczkę, polegającą na położeniu na kopercie saszetki, w efekcie której koperta niezauważalnie znika ze stołu. Niech się ksiądz o mnie nie martwi, uspokaja go mama. Ostatnio obliczyłam, że te leki, które dostaję przez rok za darmo, są warte dwa tysiące, a kiedyś musiałam za to wszystko płacić. Mama sama opowiada te historie, podziwiając ze śmiechem spryt i takt duchownego.

Do ubrania nic nie potrzebuję, opisuje swój dobrostan podczas noworocznego rodzinnego obiadu dla seniorów. Tylu ludzi poumierało, przynoszą mi po nich tyle rzeczy. Mam tyle płaszczy, sukienek, kapeluszy — śmieje się, dotykając moherowego beretu. Jak ja umrę, będzie dla kilku osób, może chcecie coś dla siebie zarezerwować? — Czarny humor dopisuje jej rzadko. Ale co tam, człowiek stary, to mu niewiele potrzeba. Cieszę się, że młodym jest lepiej.

Wnuczek ostatnio się ożenił i od razu kupili sobie mieszkanie, chwali się przed rodziną synowej. Tej lepszej, która jeszcze nie zostawiła męża, choć od lat się odgraża, że tak zrobi. Dostał pół miliona kredytu, bo ma dobrą pracę. Rodzice jego żony dorzucili im tylko dwieście tysięcy na wkład własny. Tak, Polska rośnie w siłę, mama kiwa brodą z zadowoleniem. A ludziom się żyje dostatniej, uzupełniam, ale mama nie zauważa mojej ironii. Właśnie! — potwierdza. Buduje się tanie domy, produkuje samochody elektryczne, rozwija technologie krzemowe… A ilu u nas wynalazców! — rozkręca się w swoim entuzjazmie. No i mamy przekop mierzei! — triumfuje. Albo w Szczecinie… PiS odkupił stocznie i znów buduje się statki. Ludzie mają pracę, a miasto kwitnie. Jakie statki? — pytam. Jak to jakie? — odpowiada mama ze zdziwieniem, że nic nie wiem. I mówi, że gdy jeszcze chodziła, leciała z kuzynką wodolotem ze Szczecina do Świnoujścia i widziała na własne oczy, że się buduje.

Ale ta argumentacja nie wytrzymuje próby sił w mojej głowie. Przecież to wierutna bzdura, mówię. Parę lat temu zrobili cyrk wokół stępki. Oddaję stocznię w wasze ręce — powiedział Brudziński. Do kamery, bo przecież nie do stoczniowców, bo skąd by tam mieli być stoczniowcy, skoro stoczni nie było? Miasto kwitnie? Czy ty w ogóle wiesz, że się śpiewa o nim piosenki, że to grób czterech stoczni? A stępka do dziś dnia stoi nietknięta na nabrzeżu i rdzewieje. Lont już się tli. To ty mówisz bzdury! — podsyca konflikt mama. I krzyk. I bum: Posłuchałbyś radia, tobyś się dowiedział prawdy! Myślisz, że w tej twojej „Wyborczej” albo w „Newsweeku” to prawdę piszą? Same kłamstwa. Michnik i Lis, wielkie mi autorytety! A czytałaś? Nie muszę czytać; z góry wiem, co mogą napisać.

Mama, choć porusza się na chodziku, jest bardzo samodzielna. Sama się myje, sprząta po sobie i gotuje. Nie tylko dla siebie. Spotykamy się w każde święto, imieniny, urodziny, rocznice. No i mamy kontakt na co dzień. Zakupy, obsługa konta przez internet, co słychać, jak się czujesz. Staramy się nie poruszać drażliwych tematów, ale oboje jesteśmy rasowymi zwierzętami politycznymi, więc od czasu do czasu iskrzy. A iskrzy, bo każde z nas „wie swoje”. 

Moja mama żyje w dobrobycie

Tak naprawdę, to mama nie ma z kim porozmawiać, to znaczy skonfrontować tego, co się rodzi w jej głowie w wyniku fermentu wywołanego przez katolicki głos w jej domu, bo wszyscy albo tej konfrontacji unikają, albo jej przytakują, co przecież nie rodzi żadnego dyskursu. Niepomna lub nieświadoma groźby wybuchu, mama  co i raz objawia, co jej chodzi po głowie. A musi jej chodzić, bo często obchodzi temat na okrętkę, przymierzając się, jak by tu zahaczyć o meritum. I wraca do sprawy wielokrotnie.

Ostatnio regularnie podnosi kwestię dobrobytu, której przecież sama nie wymyśliła; wiadomo kto i w jaki sposób podsunął jej ją do głowy. Czy już mamy dobrobyt? – zagaja mama, jakby pytała, czy już dogoniliśmy i przegoniliśmy Zachód. I odpowiada sama sobie: Tak, chyba tak. Ci, do dostają 5oo plus chyba tak. A my, którzy mamy trzynastki i czternastki, to na pewno.

Może jednak to nie katolicki głos z radia podsunął jej ten problem, a jest to tylko jej własna refleksja wywołana przez ostatni wyciąg bankowy? Cztery siedemset, nie może się  nadziwić mama. Jeszcze nigdy nie miałam takiej kwoty na koncie. I już wie, co zrobi z nadwyżką. Tym razem odda wszystko swojemu młodszemu synowi, o którym właśnie się dowiedziała, że znowu w życiu mu nie wyszło. Na opłaty, uzasadnia swoją decyzję, bo przecież prąd taki drogi. Prąd, węgiel, samochód, bezpłatne leki… Mój brat nie chodzi do lekarza, pewnie dlatego, że nie odprowadza składek do ZUS. Podatku od nieruchomości też nie płaci, bo nominalnym właścicielem warsztatu jest mama, po ojcu, i gdy z urzędu gminy przychodzi wezwanie do zapłaty, przekazuje kopertę adresatowi. A ponieważ ma te same choroby co mama (według jej diagnozy), korzysta z jej puli lekarstw. Mama mu je dyskretnie wykłada na talerzyk przy śniadaniu lub obiedzie.  I będzie mu dyskretnie przypominać od kogo to wszystko. Z nadzieją, że właściwie za to podziękuje. Przy urnie. Na razie wyborczej.

Od lat, jak tylko mogę, staram się unikać prowokacji i teraz też próbuję pomijać kwestę „dobrobytu” milczeniem. Lecz kiedy po raz czwarty słyszę jej pogłębioną refleksję, gdy mówi, że nigdy w życiu nie była bogata ani biedna, ale to, co ma teraz (chodzi o te cztery siedemset na koncie), to jest prawdziwy dobrobyt, nie wytrzymuję i w końcu wybucham: Jaki dobrobyt!? Rozejrzyj się wokół i powiedz mi, gdzie ty tu widzisz dobrobyt. Zataczam ręką po pokoju z meblami z czasów PRL-u, szafką nocną pełną leków, przenośnym radiem przy dzień i noc rozścielonym łóżku, małą plazmą na stoliku  i portretem JP2 w aureoli.  Co sobie kupiłaś przez ostatnie osiem lat? Może buty, żeby nie chodzić boso do lekarza. Ja nic nie kupuję, bo wszystko rozdaję — próbuje mnie przekrzyczeć mama. Spójrz przez okno – mówię, wskazując na posesję sąsiada, który na zardzewiałym płocie z siatki wywiesił wielki baner z orłem w koronie i napisem Bóg, honor, ojczyzna; ale narodowa duma sąsiada po dwóch latach wyblakła od słońca i — ponieważ ulicę mają nieutwardzoną, piaszczystą, z dziurami i kałużami po deszczu — została obryzgana błotem i pobrudzona kurzem. Gdzie ten dobrobyt? Może i nie mam nic nowego, ale mam pieniądze — broni swojej wiary w dobrobyt mama. — Jakie? Gdzie te pieniądze? — pytam, bo wiem, że każdego piątego, ledwo wpłynie emerytura, konto zostaje wyczyszczone do zera, razem z overdraftem. Te twoje pieniądze to są papierki bez pokrycia, mówię. Wszystkie podwyżki, z których tak się cieszysz, zżarła inflacja. Ja tam nie widzę żadnej inflacji, przecież nie chodzę do sklepu, mówi mama.  Ale ponoć benzyna staniała? — pyta podchwytliwie, by podważyć moje informace. A skąd wiesz, że staniała, przecież nie jeździsz samochodem? Gdzie tak powiedzieli? W radiu czy w telewizji?

No tak. Dla mamy prawdą nie jest to, co widzi, tylko to, co powiedzą w radiu i telewizji. W „jej” radiu i telewizji, bo innych nie słucha i nie ogląda.

A czy ty w ogóle wiesz, co się dzieje w kraju? Czy w tym twoim radiu mówią o tym? Czy słyszałaś, że Niemcy przywracają kontrole na granicy, bo polski rząd wpuścił do Unii setki tysięcy imigrantów, którzy kupowali polskie wizy za łapówki, choć sam zbudował mur na wschodniej granicy, żeby nie wpuścić biednych uchodźców? A słyszałaś o filmie, który pokazuje ich cierpienia i upokorzenie? I śmierć? I to, co o nim powiedział twój prezydent? Że „tylko świnie siedzą w kinie”? A o Dąbrowie Górniczej słyszałaś? Że trzech księży zamówiło sobie na balangę męską prostytutkę i go prawie zajechali na śmierć? Już przestań opowiadać te brednie! — oburza się mama (bo jak można powiedzieć coś złego na księży i Kościół). Nie tak cię wychowałam.

A wiesz, co ma się odbyć w Warszawie pierwszego? Marsz miliona serc, mówię. Wyobrażasz to sobie? Milion ludzi się zjeżdża, żeby protestować przeciwko rządom PiS. Mama wzrusza ramionami ze zdziwieniem. Ja nie wiem, mówi, co wy macie przeciw Kaczyńskiemu. Dba o ludzi, daje pieniądze…

A wolne sądy, wolne media, uczciwe wybory? — pytam. Demokracja? E tam! Mama macha ręką z lekceważeniem. Demokracją się nie najesz.

Poddaję się. Na koniec rzucam z rezygnacją, że za dwa tygodnie będą wybory i że mam nadzieję, że cały ten koszmar z PiS wreszcie się skończy. A ja mam nadzieję, odparowuje mama, że ludzie nie będą tak głupi, żeby głosować na Tuska, bo jak Tusk dojdzie do władzy, to nam wszystko zabierze.

JERZY KRUK

Pin It on Pinterest