Gdy upadnie PiS

PiS upadnie. Prędzej czy później upadnie. Nie tylko przegra wybory, ale i pewnie się rozleci jako partia. Ale skutki ich rządów będziemy odczuwać jeszcze latami. Oczywiście – zadłużenie państwa, niewydolność systemu ubezpieczeń społecznych, osłabienie gospodarki, ale na pewno długo jeszcze utrzyma się roszczeniowa postawa dużej części społeczeństwa, która będzie zmuszać kolejne rządy, liberalne czy socjaldemokratyczne, by dawać. Państwo długo jeszcze nie będzie zdolne do inwestycji, innowacji czy oszczędności, bo jego obowiązkiem, w mniemaniu obywateli, będzie: dawać.

Nie: zaawansowana technologicznie gospodarka, nie: nowoczesna edukacja, nie: sprawna służba zdrowia, nie: wydolny system ubezpieczeń społecznych ma być celem polityki, lecz to, by każdy dostał do ręki trochę gotówki, jakiś plus, bo minusy, np. w postaci niższych podatków, do wyobraźni pospólstwa nie przemawiają. Ani takie abstrakcje jak wzrost gospodarczy czy rozwój technologiczny. Im się podoba tak jak jest, oni lubią się takimi jacy są.

Tak naprawdę, to oni nie chcą, żeby nasz kraj był bogatszy, bo to wymaga rozwoju, kształcenia społeczeństwa, często wyrzeczeń dla inwestycji. A oni chcą konsumpcji tu i teraz, i wcale nie rozpasanej, lecz po prostu: żeby było trochę lżej, co często okazuje się iluzją, gdyż świat, gospodarka idą do przodu i rosną potrzeby i apetyty jednostek. Każdy, kto coś osiągnął w życiu, czegoś się dorobił, zdobył jakieś wykształcenie, wie, że żeby było naprawdę lepiej, przez jakiś czas musi być trudniej, ciężej.

Na pewno też się utrwali populistyczno-knajacka moralność, wedle której nie ma nic złego w oszustwie, manipulacji, naruszaniu fundamentów demokracji, okradaniu państwa i nepotyzmie władzy, jeśli „nam” daje. Logika też dozna uszczerbku. Pojęcie prawdy odejdzie do lamusa, a liczyć się będzie manipulacja, perswazja, propaganda, oszustwo.

Pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych, a teraz legitymizują różne postawy fundamentalistyczne, których wyznawcom wydaje się, że mają prawo do narzucania swoich wartości innym, też będą trudne do naprawy.

Podobnie jak trudny będzie do przywrócenia zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych. No i z pewnością umocni się przekonanie różnego rodzaju konserwatystów, nacjonalistów, dewotów, miernot, ciemniaków i zwyczajnych chamów, że to oni są solą ziemi, tej ziemi. I że im się należy. Co? Wsparcie, ochrona, pieniądze, szacunek. A tym samym umocnią się postawy antyelitarne, że ci, którym się powiodło, którzy się dorobili, którzy się wykształcili, to złodzieje, oszuści i zdrajcy. Porządny człowiek jest inny: nie ciągnie go do majątku, do wiedzy, do wykształcenia, do kultury. I to jest nasza, polska odpowiedź na wyzwanie przyszłości: przygotowanie do budowy społeczeństwa ludzi zbędnych.

JERZY KRUK

Gęba polska

Nie ma ucieczki przed gębą – pisał Gombrowicz o Polakach. Zarówno o tych w kraju, jak i o tych na emigracji. Nie ma ucieczki przed gębą – musimy powtórzyć, żyjąc w dzisiejszej Polsce. Gdzie się nie zwrócisz, łypie na ciebie polska gęba. W rozmowach z rodziną, ze znajomymi, na ulicy, w telewizji, w internecie. Gęba gębę gębą pogania.

Włącz telewizor, a od razu zaatakują cię cyniczne maski dziennikarzy plujących  jadem z ekranu. Opluwających przede wszystkim opozycję polityczną, ale i też wszelkich oponentów: niezależnych dziennikarzy, naukowców, prawników, artystów. I tych, co chcą żyć po swojemu: liberałów, ateistów, euroentuzjastów, rodziców dzieci z zapłodnienia in vitro, feministki, gejów, lesbijki… A do tego, poniżej gęby telewizyjnej, z pasków wiadomości sączy się trucizna pisana: kłamstwa, półprawdy, przekłamania, słowne manipulacje.

I propaganda sukcesu niedogolonej, nieuczesanej, niechlujnej gęby geniusza z Żoliborza i jego marionetek z parlamentu, rządu i pałacu. Gęby walczących o palmę pierwszeństwa szaleńców, idiotów, nieuków i pospolitych głupków. Wymieniać nazwiska? Cytować? Za długo by trwało. Do tego tępe facjaty europosłów i europosłanek, którym Bozia ani rozumu, ani urody nie dała. I chytre pyski polityków-biznesmenów, cichaczem kradnących już nie pierwsze, lecz kolejne miliony. I nabotoksowane, wytapetowane  gęby ich bezwstydnych żon, córek i kochanek zasiadających bez merytorycznych kwalifikacji na intratnych posadach w państwowych spółkach i instytucjach.

Z ekranów telewizorów i komputerów, ale i z łamów czasopism, wyzierają wstrętne  mordy prawicowych publicystów atakujących wszelkie autorytety stojące z drugiej strony ustawionej przez nich samych barykady, oddzielającej nasz kraj od cywilizowanego świata: wybitnych pisarzy, naukowców, przywódców sąsiednich (a więc wrogich) państw po samego „papieża idiotę”, jak go bezceremonialnie profanuje nasz sztandarowy prawicowy publicysta, co jak fekalia co jakiś czas wypływa na powierzchnię, gdy do władzy dochodzi prawicowa gęba.  Modlę się o szybką śmierć dla (TAKIEGO) papieża – wtóruje mu ziejąca jadem gęba krakowskiego księdza profesora, a wraz z nim opasłe purpurowe z nienawiści gęby innych purpuratów.  Katolicyzm nienadążający za postępem współczesnego świata, bardziej papieski niż samo papiestwo. I bardziej pyszny, wyniosły, nadęty i pazerny niż ono.

A obok nich tępe gęby wniebowziętych, całujących ich po rękach wiernych, rzucających na tacę lub  przelewających na konta kościelnych instytucji swój wdowi grosz albo szastających w całości trzynastkami, które ostatnio im spadają z nieba przed każdymi wyborami; wygrażających niewiernym krzyżami, różańcami, a ostatnio nawet mieczami. To gęby  fanatyków w pseudo rycerskich płaszczach i futrzanych sarmackich czapach lub w t-shirtach z emblematami jak anioły piekieł, tyle że z podobizną Maryi i znakiem Zbawiciela. A zaraz za nimi koszmarne mordy ciemniaków różnej maści: antyszczepionkowców, kreacjonistów, płaskoziemców, płaskomózgich.

Obok nich rozdarte na całe gardło mordy kiboli o podgolonych karczychach i nazioli o łysych pałach z zieloną opaską na wyprostowanym w rzymskim salucie ramieniu, na której w figurze naszego nowego narodowego hakenkreuzu krzyż i miecz zlewają się w jedno. Mordy  wykrzywione w pogardzie dla wszystkiego, co inne od nich, w aspekcie narodowym, kulturowym, intelektualnym, seksualnym. Mordy ubranych w glany i mundury kato-faszy, zapraszanych do kościołów i katedr, by pochyleniem proporców i sztandarów złożyć hołd religijno-narodowemu złotemu cielcowi.

I roześmiane facjaty prostaczków w orszaku Trzech Króli, których nigdy nie było; i uśmiechnięte, nieskażone pracą i myślą maski żołnierzy na paradzie w rocznicę Cudu nad Wisłą, przypominającej o potędze Matki Boskiej, która uchroniła nasz kraj przed zalewem bolszewizmu, by zaraz potem skryć się ze swą potęgą na Jasnej Górze na kolejne 50 lat, najpierw przed czarną, a potem przed tą samą czerwoną zarazą.

I podobne, nieskażone myślą, tępe gęby ich mundurowych kolegów, zwykle z mocno zaciśniętymi zębami szarpiące obywateli z białą różą w ręku, antyfaszystów, przedstawicieli społeczności LGBT  i ubrane na czarno kobiety z rysunkiem wieszaka na ubrania, lecz wyluzowane podczas ochraniania marszy narodowców przed pełnym pogardy wzrokiem zwykłych, spokojnych i pogodnych obywateli.

I — co najbardziej bolesne — gęby twoich krewnych, przyjaciół, znajomych i sąsiadów, którzy przeszli na złą stronę mocy i do których nie docierają żadne racjonalne argumenty za wolnością, tolerancją, demokracją, bo oni „dobrze wiedzą”, że to tamci z drugiej strony cywilizacyjno-politycznej barykady kradli, zdradzali naród, sprzedawali kraj, szydzili ze słabszych i stygmatyzowali prawdziwych patriotów. Zupełnie inaczej niż obecna „nasza” władza.

Gęba łypie na ciebie na każdym kroku, gęba wyziera na ciebie z każdego zakątka. Dlatego pamiętaj o honorze i godności, o uczciwości, tolerancji i wolności i przeciwstawiaj się wszystkiemu, co je narusza. A może już się sprzedałeś, już się dałeś zmanipulować, już stchórzyłeś albo uległeś własnemu lenistwu? Spójrz więc w lustro i sprawdź, czy już czasem nie wyziera z niego polska gęba.

JERZY KRUK

Głos wołającego na puszczy

To brzmiało tak rewolucyjnie jak głosy w Radzie Konsultacyjnej pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy wybitni naukowcy powołani przez Wojciech Jaruzelskiego krytykowali jego politykę i stan państwa, którym kierował. Tamte głosy przygotowywały grunt dla przemian, a głos Adama Bodnara był jak głos wołającego na puszczy. Wygłosił sprawozdanie wobec kilkunastu senatorów, potem również kilkunastu posłów, nagrodzono go oklaskami, pytań nie było. Wkrótce odejdzie i zostanie zastąpiony kolejną marionetką posłuszną szaleńcowi z Żoliborza. I dowiemy się, że w Polsce jest prawdziwa demokracja, konstytucja jest przestrzegana i nikt nie narusza praw człowieka, niepełnosprawni są objęci opieką państwa, przemoc domowa nie ma miejsca, a ludziom żyje się lepiej i dostatniej.

Na zdjęciu rzecznik praw obywatelskich zdaje raport o stanie państwa w pustej sali sejmowej. Posłowie po uchwaleniu podwyżek dla siebie opuścili salę. Jaki pan taki kram. Jaka władza, taki kraj. I na odwrót. Wreszcie była okazja, by głośno podyskutować o prawach człowieka, demokracji, trójpodziale władzy, wolności słowa. A kogo to dziś w Polsce obchodzi? Liczy się tylko kasa i wyborcza kiełbasa. Dla mas i elit. Dla tych z prawej i tych z lewej. Dla władzy i opozycji. Taka dziś jesteś, Polsko. Obmierzły kraj.

Lont już się tli

Co stanie się iskrą, która doprowadzi do wybuchu? Wzrost cen żywności? Może czynszów? Podniesienie ceny cukru, wywozu śmieci? Zamknięcie szkół? Ograniczenie zasiłków? Odmowa dotacji? Embargo gospodarcze? Jakieś horrendalne kłamstwo telewizji albo monstrualny wybuch Słońca Żoliborza? A może zdjęcie jakiejś sztuki z afisza? Piosenki z anteny? Zakaz rozpowszechniania jakiejś książki czy filmu? Aresztowanie niewinnej dziewczyny? Nie daj Boże masakra podczas demonstracji? Trudno przewidzieć, ale jedno jest pewne: lont już się tli, wyraźnie czuć jego swąd. Tylko czekać, kiedy nastąpi wielkie
***** ***!

Do czego im to potrzebne?

Człowiek, który nie może innym powiedzieć prawdy o samym sobie, musi być bardzo samotny i nieszczęśliwy. Weźmy grzesznika, zbrodniarza, który całe lata zmaga się ze swoim poczuciem winy i robi wszystko, by uniknąć sprawiedliwości. Jakże wielu zbrodniarzy i przestępców wyznało, że w momencie, gdy dopadła ich sprawiedliwość, gdy zostali wykryci i schwytani, poczuli wielką ulgę. Albo weźmy człowieka zakochanego do szaleństwa. Taki Petrarka na przykład. Co robi? Wyśpiewuje swoją miłość do Laury na cały świat, aż go przez wieki słychać. A Romeo? Nie może się przyznać przed najbliższymi do tego, że kocha dziewczynę ze znienawidzonej, wrogiej rodziny. To nie może się skończyć dobrze.

Przez długie lata drażniły mnie akty coming outu dokonywane przez homoseksualistów. Do czego to im potrzebne? – zapytywałem się wielokrotnie. Czy wszyscy mamy wszem i wobec rozgłaszać, jak to robimy? Mężczyzna z mężczyzną, kobieta z kobietą, mężczyzna ze swą dłonią, kobieta ze swym palcem? A może po bożemu? Albo popełniając cudzołóstwo? Ze swą sąsiadką albo z kolegą z pracy? Komu potrzebna taka szczerość? Taki ekshibicjonizm. W końcu jednak zrozumiałem, że oni na swych pride parades chcą – jak Petrarka – wykrzyczeć światu: Ja też mam prawo do miłości! Choć kocham inaczej. Niż większość z was. A może nie inaczej, tylko tak samo? Może łączy nas ta sama miłość, która tylko niejedno ma imię?

JERZY KRUK

Sprawa Margot

Polskie państwo kato-faszystowskie wchodzi w nową fazę. Pojawiają się więźniowie polityczni w pełnym tego słowa znaczeniu. Dwa miesiące aresztu za drobne uszkodzenia furgonetki z homofobicznymi treściami?!! Za szarpanie się z faszystowskim bojówkarzem? Za to należny się nagroda! Cześć i chwała! Margot! Jesteś moją bohaterką!

Sprawa Margot to poligon doświadczalny Kaczyńskiego. Próbuje sprawdzić, jak daleko może się posunąć w walce o wolne media. Na ile mu pozwoli opozycja i społeczeństwo. Na próbę więc wsadzają za poglądy, przeprowadzają na ulicach łapanki, biją w radiowozach. Na komisariatach ma miejsce rozbieranie do naga, nocne przesłuchania, aresztowani nie mają kontaktu z adwokatem. Wysyłają na ulice faszystowskie bojówki przebrane w mundury policji.

Jakich dowodów jeszcze potrzebujesz wyborco PiS-u, zwolenniku Kaczyńskiego, miłośniku Dudy, fanatyku Radia Maryja, by zrozumieć , że w Polsce podnosi łeb faszystowska hydra?

Kocham Cię, Polsko!

Kocham cię, Polsko, za ten język, którym mówię; którym potrafię opisywać świat i dogadywać się z ludźmi. Poprzez który mogłem poznać Homera, Szekspira, Tołstoja, Manna i Marqueza.

Kocham cię, Polsko, za Mickiewicza, Norwida, Brzechwę i Tuwima. Za Pana Tadeusza, za Pana Wołodyjowskiego, za Pana Kleksa, za Pana Cogito.

Kocham cię, Polsko, za Szopena, Młynarskiego, Grechutę i Niemena.

Kocham cię, Polsko, za to, że byłaś moim oknem na świat. Na lasy, jeziora, góry i morze. Na Północ i Południe, na Wschód i Zachód.

Kocham cię, Polsko, za smak chleba z masłem, białego sera z miodem, śmietany z cukrem, truskawek, jagód, wiśni i jabłek.

Kocham cię, Polsko, za smak wody ze studni, oranżady z butelki, maślanki i wody z ogórków.

Kocham cię, Polsko, za smak kartofli z zsiadłym mlekiem, pierogów ze skwarkami, ogórków ze śmietaną i kiszonej kapusty.

Kocham cię, Polsko, za bigos, pierogi, żurek, barszcz czerwony, kiełbasę i szynkę z komina.

Kocham cię, Polsko, za rybę w piątek, schabowego w niedzielę i kluski z makiem w Wigilię.

Kocham cię, Polsko, za Styczeń, Listopad, Marzec i Sierpień. Za Pierwszego Sierpnia, Trzeciego Maja, Czwartego Czerwca i Jedenastego Listopada.

Kocham Cię, Polsko, za Kirszenstein-Szewińską, za Baszanowskiego, za Szurkowskiego, za Kozakiewicza, za Kowalczyk i Małysza.

Kocham Cię, Polsko, za piłkarzy, za siatkarzy, za kolarzy, za narciarzy, za kajakarzy i żużlowców. A przede wszystkim za lekkoatletów.

Kocham Cię, Polsko, za te bramki, które strzeliłem. Jak Lubański, jak Boniek i jak Lewandowski. I za te, które obroniłem. Jak Tomaszewski i Szczęsny.

Nie cierpię Cię Polsko, za zgodę na kłamstwo, manipulacje i oszustwa.

Nie znoszę Cię, Polsko, za pychę, ksenofobię, homofobię, antysemityzm i faszyzm.

O moja Polsko! Byłaś taką piękną dziewczyną! Wszyscy podziwiali twą urodę i mądrość i mówili o Tobie jak świat długi i szeroki. I oglądali się za Tobą z podziwem, ale cóż, zestarzałaś się szybko. Dziś wytykają Cię palcem.

Nie lubię Cię, Polsko, za twą dewocję, za zacofanie, za nieuctwo, niegospodarność i lenistwo, lecz mimo to nie przestaję Cię kochać, bo wiem, że jesteś jedna, jak matka. Postarzałaś się, pokręciło Ci się w głowie na stare lata, ale: Cóż – mówię sobie – trzeba to przeczekać.

Lecz ileż można! Ta niewinna dziewczyna, którą zamknęłaś w areszcie na dwa miesiące okazała się dla mnie kroplą, która przelała kielich goryczy. Nienawidzę Cię za to.

Gardzę Tobą, Polsko, za to że tak się skurwiłaś. Że dałaś się omotać cynicznemu alfonsowi, który oddaje Cię w pacht kolejnym szubrawcom, a Ty mimo to całujesz go porękach, bo przecież Ci płaci.

JERZY KRUK

1 sierpnia. Duma i uprzedzenie

Krew mnie zalewa, gdy pierwszego sierpnia czytam głosy różnych mądrali mówiących, że to głupota i hańba współczesnych Polaków, by świętować tę wielką klęskę i horrendalną pomyłkę polityczną, za jaką uważają Powstanie Warszawskie.

Tym osobom mylą się dwie rzeczy. Pierwsza – to ocena historyczno-polityczna Powstania, które oczywiście było błędem, bo przyniosło klęskę i niespotykaną w dziejach miast hekatombę, choć nie w wyniku działań dowódców, żołnierzy i ludności cywilnej, lecz w wyniku szaleństwa jednego dyktatora i cynizmu innego. A druga – to pamięć o tych ludziach, którzy walczyli, polegli, cierpieli i stracili wszystko.

Mamy o nich zapomnieć? Odwrócić się od ich bohaterstwa i cierpienia, bo ponieśli klęskę? Narody i cywilizacje mają swoje święta, w których manifestują dumę z tryumfu, okazują radość, ale i takie, podczas których opłakują swoje klęski i umarłych.

Chciałbym zapytać tych mądrali, czy uważali w szkole na lekcjach polskiego i historii. Czy słyszeli coś o Termopilach? O Tisza be Aw? Albo o Poppy Day? Czy Veterans Day? Może i je należy wygumkować z martyrologii i pamięci innych narodów, tak jak oni by chcieli usunąć z naszej Powstanie Warszawskie?
I czy wiedzą, dlaczego – choć nazwy wydarzeń historycznych piszę się w języku polskim małą literą – nazwę „Powstanie Warszawskie” pisze się wielką?

Każdego Pierwszego Sierpnia o godz. 17.00, gdy słyszę syreny, wstaję i nie mogę powstrzymać łez. A wy? Co robicie, mądrale? Spluwacie z pogardą?

Krajobraz po walce

Analogia stanu, w jakim znajduje się obecnie polskie społeczeństwo do stanu, w jakim znajdowało się społeczeństwo niemieckie w latach trzydziestych i czterdziestych, narzuca się sama.

Niemcy, po przegranej pierwszej wojnie światowej, chcieli zbudować nowoczesne państwo i społeczeństwo, określane dziś jako Republika Weimarska, które miało sprostać wyzwaniom, jakie niósł ze sobą XX wiek. Fundamentem tego nowego państwa miała być liberalna demokracja i gospodarka rynkowa. Ale niestety, rzeczywistość kapitalistycznego świata na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku, okazała się nad wyraz skomplikowana. Zamiast powszechnego dobrobytu i spełnienia marzeń zwykłych ludzi o godziwym i wygodnym życiu przyniosła głęboki kryzys, którego konsekwencją stało się bezrobocie, bieda i beznadzieja szerokich mas w Ameryce i Europie. System oparty na demokracji liberalnej i gospodarce wolnorynkowej zdawał się być wobec tych problemów bezradny. Nic dziwnego, że zarówno w umysłach poszczególnych jednostek, jak i w polityce coraz bardziej dochodziły do głosu koncepcje antyliberalne i antyrynkowe: komunizm i faszyzm. Brakowało tylko przywódców, którzy by te społeczne nastroje podchwycili i pociągnęli za sobą tłumy.

Taką postacią w Niemczech okazał się pewien bezdzietny, nieżonaty mężczyzna, sfrustrowany niepowodzeniami swej młodzieńczej artystycznej kariery. Człowiek o złym charakterze. Agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Jednym słowem: nienawidzący elit. Ale jednocześnie myślący z troską o prostym człowieku – niemieckim robotniku, któremu, zdaniem przyszłego Führera, należał się lepszy los: praca za godziwe wynagrodzenie w przyjaznych warunkach, mieszkanie, odpoczynek podczas płatnego urlopu. To wszystko obiecał prostym ludziom w Niemczech, ale postawił warunek ideologiczny. Możecie to wszystko mieć, jeśli obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową, którą – przynajmniej po części – chciał zastąpić rozwiązaniami etatystycznymi, w których pracodawcą i uczestnikiem gry ekonomicznej staje się państwo. Jego antyelitarna spiskowa teoria potrzebowała jeszcze wroga, za którego uznał Żydów, wśród których było wielu wyznających internacjonalistyczne wartości przedstawicieli proletariatu i inteligencji oraz właścicieli międzynarodowego kapitału, a także – w jego rozumieniu – wżerających się w zdrowe niemieckie społeczeństwo wybitnych artystów i naukowców.

To wszystko, oczywiście, w wielkim uproszczeniu. U podstaw ideologii Hitlera leżała jeszcze koncepcja wyższości rasy aryjskiej w stosunku do innych i jego wyobrażenie o doskonałości narodu niemieckiego opartej na fizjologicznym zdrowiu i czystości etnicznej, politycznej, seksualnej, umysłowej. Stąd jego plany oczyszczenia „zdrowego” społeczeństwa ze zdegenerowanych elementów: Żydów, Cyganów, komunistów, homoseksualistów i osób chorych umysłowo.

Hitler, wykorzystując (nie będące samo w sobie niczym złym) pragnienie dobrobytu i pomyślności szarych ludzi, wciągnął naród niemiecki w swoje aberracje. Najpierw poszli za nim faszystowscy fanatycy, tworząc bojówki zamykające usta wszelkim krytykom, potem stopniowo całe tłumy: robotników, urzędników, przedsiębiorców, naukowców, aż w końcu niemieckie społeczeństwo stało się polityczno-ideowym monolitem, w którym nie było już miejsca na krytykę lub protest. Nawet jeśli ktoś całym sercem się buntował, to swój protest musiał zachować w swojej głowie, bo wyrażając go publicznie, mógł trafić do obozu koncentracyjnego, na front albo od razu na cmentarz. Poszczególne jednostki chcąc nie chcąc stawały się elementami wspierającymi system: czy to pracujący dla zwiększenia gospodarczej siły państwa robotnicy, podporządkowani jego polityce gospodarczej przedsiębiorcy, czy legitymizujący władzę nazistów nauczyciele i naukowcy.

Za kulminacyjny moment tego uzależnienia i zaślepienia można uznać wiec w berlińskim Pałacu Sportu z 18 lutego 1943 r. Na Hamburg, Berlin i inne miasta Niemiec spadają bomby aliantów, a oszalały z wściekłości Goebbels pyta uczestników wiecu: „Wollt ihr den totalen Krieg?” (Czy chcecie totalnej wojny?) a wielotysięczny tłum odpowiada w swym zaślepieniu „Ja! Ja! Ja!”(Tak! Tak! Tak!). I zatracili się, aż do zatknięcia na Bramie Brandenburskiej zwycięskich flag aliantów.

Czy społeczeństwo polskie, zachowując wszelkie proporcje (czy może lepiej powiedzieć: podkreślając nieproporcjonalność doświadczeń) nie znajduje się w podobnej psychologicznej sytuacji? My też po 89. roku z mozołem budowaliśmy nowoczesne społeczeństwo oparte na liberalnej demokracji i gospodarce rynkowej, czego symbolami stały się „gruba kreska” Mazowieckiego i reformy Balcerowicza. Tadeusz Mazowiecki wraz z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Bronisławem Geremkiem i innymi przedstawicielami antykomunistycznej opozycji uświadamiali nam, że elementem nowoczesnej demokracji jest tolerancja. Po pierwsze, każdy może żyć jak chce i myśleć, co mu się podoba, byleby nie ograniczał przez to wolności innym. Ale i też tolerancja w polityce. W systemie demokratycznym władzę przejmuje to ugrupowanie, które zdobędzie większość głosów aktywnych wyborców. Ale ono nie mści się na swoich politycznych przeciwnikach, nie bierze odwetu, nie utrudnia działalności opozycji, która przygotowuje się do konfrontacji w następnych wyborach. Nawiasem mówiąc, doświadczenia lat dziewięćdziesiątych pokazały, jak szybko w kolejnych wyborach zwycięzcy mogą okazać się pokonanymi. Leszek Balcerowicz i jego zwolennicy powtarzali do znudzenia: Państwo i przedsiębiorstwo nie może dawać pracownikom więcej niż samo zarabia; jeśli przedsiębiorstwo przynosi straty, powinno zostać zamknięte, a na jego upadłym majątku należy zbudować nowe, którego priorytetem i zasadą działania będzie rentowność. W dodatku i jedni i drudzy powtarzali: Bierzcie sprawy w swoje ręce. Kraj nasz powoli dźwigał się z cywilizacyjnego zacofania i gospodarczej zapaści. A gdzież tam powoli! Patrząc na ten proces z długodystansowej perspektywy historycznej, należy powiedzieć: Szybko, dynamicznie!

W dodatku sytuacja geopolityczna okazała się tak korzystna, że o podobnej kilka lat wcześniej nie mogliśmy marzyć nawet w najśmielszych snach. Z Polski zostały wycofane wojska Armii Czerwonej, zostaliśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej. Rozwijały się małe i większe rodzime firmy. Do Polski napływał kapitał zagraniczny, dzięki któremu nastąpił skok w zakresie technologii i kultury pracy, powstawały nowe miejsca zatrudnienia, a do budżetu płynęły podatki i środki uzyskane ze sprzedaży nierentownych przedsiębiorstw. Powstał nowoczesny system bankowy, pozwalający podejmować i rozwijać inwestycje, budować mieszkania i kupować na kredyt dobra luksusowe. Szybko rozwinął się rynek mieszkaniowy. Nikt już nie czekał na przydziałowe mieszkanie przez trzydzieści lat. Można je sobie było kupić na kredyt lub wynająć. Wystarczyło mieć w miarę dobrze płatną pracę. Dzięki członkostwu w Unii Europejskiej zaczęliśmy swobodnie podróżować po świecie i legalnie pracować za granicą. Ze zdezelowanych „kaszlaków” przesiedliśmy się na nowe lub prawie nowe samochody wszelkich marek. Dzięki dotacjom z Unii zbudowaliśmy tysiące kilometrów dróg, autostrad, obwodnic, oczyszczalni i innych obiektów publicznych. Wczasy za granicą przestały być niedostępnym dla mas dobrem luksusowym. Oczywiście nie wszystkim powodziło się tak samo. Jedni mieli więcej, inni mniej. Wśród tych, co mieli mniej frustracja rosła. Czuli, że im też się należy. Za darmo, skoro kraj tak kwitnie.

Nic dziwnego, że ich niezadowolenie próbowali wykorzystać demagodzy różnej maści, opierający swe programy na prymitywnym populizmie, katolickiej nienawiści do wszystkiego co inne, czy rzekomej solidarności polskich rodzin. Wśród nich najwytrwalszy i najskuteczniejszy okazał się – podobnie jak w Niemczech w latach trzydziestych – nieżonaty, bezdzietny mężczyzna niewielkiego wzrostu, sfrustrowany niepowodzeniami swej politycznej kariery, a przy tym złośliwy człowiek o złym charakterze, agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Określający sam siebie jako wroga elit. Ktoś, kto – mając u swojej mamusi zapewniony wikt i opierunek, a potem opiekę niemal noszących go na rękach członków własnej partii – przez całe życie nic nie robił, tylko oddawał się swojej żądzy władzy i swoim politycznym wymysłom. I – tak jak Hitler zanegował osiągnięcia Republiki Weimarskiej i ogłosił powstanie III Rzeszy – tak on zanegował osiągnięcia III Rzeczypospolitej i ogłosił powstanie IV. To, co widzicie, głosił, to złudzenie. Kraj nasz nie rozkwita, lecz pogrążony jest w biedzie. Pociągane przez niego za sznurki marionetki filmowały się na tle opuszczonych fabryk, lansując hasło „Polska w ruinie”. Nasz system polityczny to żadna demokracja, przekonywał przywódca. To oszustwo, to zmowa elit, które was wykorzystują. To spisek polityków, finansistów, przedsiębiorców, sędziów, dziennikarzy, lekarzy. Przedstawiciele elit mnożyli się jak króliki wyciągane z kapelusza przez prestidigitatora. Rozumiem waszą frustrację, przymilał się do tłumów przywódca. Należy wam się więcej. I ja dam wam to bez pracy, pod jednym wszakże warunkiem, że obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową. Wszystkim dam pracę, a nawet pieniądze bez pracy, mieszkania, książki dla dzieci. Znów uruchomimy stocznie, huty, kopalnie i inne rozkradzione przez postkomunistyczne elity przedsiębiorstwa, obiecywał. Te elity oczywiście będą bronić swoich interesów, dlatego musimy zbudować nowy ład antyelitarny: system demokracji nieliberalnej. Bez trójpodziału władzy, bez wolnych mediów, ale z publiczną propagandą wzmacniającą naszą walkę, wyjaśniał. I kolejnymi prezentami socjalnymi zabiegał o poparcie tłumów, zwłaszcza w walce z przeciwnikami politycznymi, których trzeba zlustrować, zdekomunizować, zdeubekizować. Oni się nie poddają, grzmiał nasz wielki mały przywódca, utworzyli opozycję totalną. Sytuacja stała się już na tyle rozhisteryzowana, że gdy pytał (nie dosłownie, ale jego wypowiedzi miały taki właśnie sens): Czy chcecie totalnej walki z totalną opozycją, masy mu odpowiadały: Tak! Tak! Tak! Na wiecach, na mszach, na meczach. W internecie, na forach dyskusyjnych. I ostatecznie: przy urnach wyborczych. Ten niby szeregowy poseł, ale de facto samozwańczy naczelnik państwa i przywódca „prawdziwych” Polaków, stojący ponad prezydentem, premierem, marszałkiem sejmu i generalnym prokuratorem wysyłał – za pośrednictwem telewizji, SMS-owych instrukcji, pokrzykiwań marionetek – coraz to nowe sygnały do tłumu, instruując go, jak ma mówić i myśleć. I ten, na co dzień odporny na wiedzę i naukę, tłum ochoczo przyswajał sobie i powtarzał nowe hasła i pojęcia: antypolska gra, brukselskie elity, czwarta RP, demokracja nieliberalna, dobra zmiana, kondominium rosyjsko-niemieckie, lewactwo, odnowa moralna, totalna opozycja, zamach smoleński, zdrajcy i zdradzeni o świcie. W ten sposób połowa społeczeństwa zaczęła posługiwać się językiem dyktatora.

Foto: Ekspozycja książek w jednej z księgarń. Przypadkowa czy zamierzona?

Spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Niemców zaraz po kapitulacji. Patrząc na obrócone w perzynę miasta: Berlin, Hamburg, Drezno, Düsseldorf czy Kolonię; patrząc na uwolnione z obozów koncentracyjnych w Dachau, Gross-Rosen, Buchenwaldzie żywe ludzkie trupy; uświadamiając sobie zbrodnie popełnione na innych narodach, a zwłaszcza niepojęty horror holokaustu, w ramach którego z całej Europy zwożono pociągami do Auschwitz i innych obozów zagłady Żydów: mężczyzn, starców, kobiety i dzieci po to tylko, by ich na miejscu zabić i unicestwić; i wreszcie opłakując pięć milionów własnych rodaków, głównie mężczyzn – mężów, ojców, synów, braci, którym ten horror odebrał życie, ci, którym bielmo fanatyzmu i strachu spadło z oczu, pytali zapewne: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Niemcy, którzy uważaliśmy się za najnowocześniejszy, najzdolniejszy, najbardziej kulturalny, najbardziej wykształcony, najbardziej pracowity naród na świecie, okazaliśmy się największymi barbarzyńcami.

A teraz spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Polaków po upadku PiS, który na pewno nastąpi, i to z wielkim hukiem. Głupotą jest zaślepienie stetryczałego już starego szaleńca i jego zidiociałych od służalstwa i uzyskiwanych korzyści popleczników, że wydumany projekt demokracji nieliberalnej, mającej być tamą postawioną w poprzek i wbrew zachodzącym w świecie przemianom społecznym i procesom historycznym, powiedzie się i da się utrzymać. Nie takie kolosy upadały w historii.

Oczywiście, nie będzie gruzów po zniszczonych miastach, obozy koncentracyjne też nam nie grożą ani obfitująca śmiertelnymi ofiarami wojna. Ruina, do której zmierza nasz kraj, to pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych; to zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych: krajowych, wojewódzkich, gminnych; to chaos komunikacji społecznej, która powinna opierać się na mówieniu prawdy, a została zdominowana przez kłamstwo i manipulację; to zachwiany system wartości, według którego każdy wie, że jest kowalem swego losu i że jego powodzenie życiowe zależy od jego pracowitości, pilności w szkole, wykształcenia, a nie od szczodrobliwości możnowładców.

Nie mam wątpliwości co do tego, że wkrótce i Polakom spadnie z oczu bielmo złudzeń i propagandy i spytamy zdziwieni: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Polacy, którzy uważaliśmy się i których uważano za najdzielniejszy, najodważniejszy, najbardziej miłujący wolność i demokrację naród w Europie Wschodniej, a może i jeszcze dalej? Jak mogliśmy dopuścić do tego, że cała Europa wytyka nas sobie palcami jako najgłupszy, najbardziej zaślepiony, najciemniejszy i najbardziej zacofany naród.

JERZY KRUK

Ciemna dziś noc

Oto słowa piosenki zakazanej przez pisowskiego urzędnika, dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, bo to ponoć sowiecka propaganda. Hmm… miłość, tęsknota, czyhająca śmierć, łzy, nadzieja to sowiecka propaganda? Jednak ta napisana w 42. roku piosenka została wykorzystana w radzieckim filmie „Dwóch żołnierzy”, a w dodatku przetłumaczył ją wierszokleta ponoć zażydzający piękną mowę naszą. Słowem: żydokomuna w jednym.

Wokalista „Kapeli podwórkowej” Piotr Kosewski poskarżył się, że dyrektor muzeum Karol Nawrocki przerwał jego występ podczas koncertu w Noc Muzeów, wykrzykując, że śpiewa bolszewicką piosenkę. „W naszym Muzeum nie na już miejsca na sowiecką propagandę” – argumentował dyrektor.

Coraz bardziej chce mi się rzygać na lansowany przez PiS model polskości i polszczyzny. Na te ich wyroki, kto Polak, kto nie-Polak, kto patriota, a kto zdrajca, kto tchórz, a kto bohater. Michnik, Frasyniuk, Wałęsa, Tusk, Wajda, Kutz, Janda, Stuhr, Lis, Środa, Tokarczuk – nasi najwięksi politycy, publicyści i artyści to oczywiści tchórze i zdrajcy, bo ośmielają się głosić gorzką prawdę, czyli podnoszą rękę na partię i Kościół. A kto bohaterem, patriotą i prawdziwym Polakiem? Oczywiście wszystkie miernoty popierające PiS, które nie wykazały się odwagą w czasach, gdy było to dowodem zdrowego rozsądku, przyzwoitości i nieugiętości. Miernoty, które nie mogą się pochwalić żadnym międzynarodowym sukcesem, ale za to zdobywają uznanie jeszcze większych miernot, które – podobnie jak oni – przez całe życie siedziały cicho jak mysz pod miotłą i trzęsły portkami, a teraz – gdy odwaga staniała – wychodzą na ulicę krzyczeć wraz z motłochem: komuniści i złodzieje, zdrajcy, Żydzi, oszuści! Bóg, honor, ojczyzna! Kościół, naród, partia! W dupie mam taką polskość.

A polszczyzna? Polszczyzna jest duchową krainą, w której toczy się moje życie od narodzin. Ważniejszą od tej geograficznej, która dziś sięga od Odry do Bugu, a kiedyś sięgała Niemna i Dniepru. Z granicami bywa różnie, czasami można je przesunąć jednym dekretem, jednym traktatem. Nie zawsze w granicach naszej ojczyzny były Mazury, Wrocław i Szczecin, ale Mickiewicz, Norwid, Sienkiewicz, Prus i Żeromski, Wyspiański i Gombrowicz, Brzechwa, Tuwim, Herbert i Miłosz zakorzenili się w niej mocniej niż nasze dęby, lipy i sosny. Mogą nam zakneblować usta, zamknąć szkoły i uniwersytety, zesłać na Sybir, my sami możemy wyjechać na koniec świata, ale by nam wyrwać polszczyznę z głowy i serca, sami musimy doznać głębokiej urazy, by ją naprawdę znienawidzić i zapomnieć. Wielu moich przyjaciół mieszka za granicą, ale ojczyznę-polszczyznę mają ze sobą, bo wciąż myślą, mówią i czytają po polsku, choć posługują się także językiem tubylców.

W takiej właśnie ojczyźnie-polszczyźnie mieszkam od pierwszych słów, nie tylko tych, które sam wypowiedziałem, ale już od tych, które wypowiadali do mnie matka, ojciec i dziadkowie, zanim jeszcze sam zacząłem mówić. Polszczyzna to wiersze, których uczyłem się na pamięć jako dziecko. Paweł i Gaweł w jednym domu stali… Stoi na stacji lokomotywa… Samochwała w kącie stała… Hmm… nawet nie wiedziałem ile cytatów mi w głowie… stoi. Ale słowa stają mi w gardle, gdy „prawdziwi Polacy” pytają, kto z autorów tych wierszy to „prawdziwy Polak”, a kto tylko przefarbowany ze Szkopa lub Ruska, kto Żyd, a kto nie-Żyd. Polszczyzna to wiersze, których uczyłem się w szkole. Polały się łzy me… Do kraju tego, gdzie kruszynkę chleba… Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość… Polszczyzna to dla mnie okno na świat, przez które poznałem Szekspira, Goethego, Tołstoja, Dostojewskiego i słowa o miłości i cierpieniu, o samotności, bohaterstwie i podłości, których doświadczyli ludzie mówiący inną mową niż polska. Na pewno dla nich nie mniej piękną. Polszczyzna to także język prawdy, z którego mnie i nas wszystkich chciała wykastrować komunistyczna cenzura, ale nie pozwoliliśmy na to.

Nie pozwólmy więc i dziś, by z tego języka prawdy kastrował nas byle pisowski urzędas, który chce nam wmówić, że prawdziwa polszczyzna to nie skrzydlate słowa naszych poetów i tłumaczenia na nasz język poetów rosyjskich, niemieckich, angielskich czy jakichkolwiek innych, lecz jad bezustannie sączony przez Kaczyńskiego, Rydzyka, Pawłowicz, Rybaka, Korwina i kłamstwa po tysiąckroć powtarzane przez ich propagandowe tuby.

JERZY KRUK