Parada upiorów

11 listopada znów było straszno i upiornie. Warszawskimi ulicami znów przeciągnęła parada upiorów: zmora nacjonalizmu, monstrum faszyzmu, maszkara ksenofobii, mara nienawiści, widmo agresji, gnom resentymentu. Upiór krążył po stolicy. Czy mamy się bać? Bo ja wiem? Chyba już się do nich przyzwyczailiśmy. Są tak upiorni, tak straszni, że aż śmieszni. Amerykanie i Brytyjczycy mają swoje Halloween 31 października, a my — 11 listopada. Śmiejmy się więc z własnych upiorów i odetchnijmy. Choć na moment, bo na stałe swobodną piersią niestety oddychać się nie da. Tak wielkiej parady „prawdziwej” polskości, czyli tej najgorszego sortu, do przyszłego „Święta” Niepodległości już chyba nie będzie, ale na pewno w ciągu roku odbędą się inne — miejmy nadzieję — mniej liczne i mniej hałaśliwe.

Ten straszny, że aż śmieszny, model polskości dzień w dzień lansowany będzie przez TVP. Więc jeśli nie chcecie narazić się na szarpanie nerwów, polecam przełączyć się na inny kanał. Poważniejszy lub śmieszniejszy, to znaczy: rzetelniejszy lub weselszy. Jednak nawet i to nie gwarantuje braku kontaktów z teatrem absurdu PiS: przebierańcami, marionetkami, dublerami i fałszywym prorokiem, który ogłosił się zbawcą narodu. I z ich szeroką publicznością. Tu też jest straszno i śmiesznie na co dzień.

Bo czyż może być coś śmieszniejszego i zarazem straszniejszego niż lansowanie się przez Beatę Szydło na tle opuszczonej fabryki i obwieszczanie ze śmiertelną hipokryzją, że Polska nie kwitnie, lecz pogrążona jest w ruinie? Czy może być coś śmieszniejszego i zarazem straszniejszego niż wygłaszane ze śmiertelnym cynizmem oświadczenie Andrzeja Dudy, że LGBT to nie ludzie? Albo śmiertelna zapalczywość Antoniego Macierewicza wciskającego z uporem maniaka kit, że w Smoleńsku nie miała miejsca katastrofa, lecz zamach? Czy też śmiertelna pogarda Krystyny Pawłowicz wyznającej, że dla niej flaga Unii Europejskiej jest szmatą? Czy może być coś śmieszniejszego i zarazem bardziej przerażającego niż nieskażona myślą twarz Julii Przyłębskiej odczytującej z kartki bez zrozumienia wyrok, że prawo europejskie narusza polską konstytucję? Czyż też zadawane w jej trybunale ze śmiertelną nadętością przez „konstytucjonalistę” Bartłomieja Sochańskiego rzecznikowi praw obywatelskich pytanie: Czego brakuje naszej konstytucji? Albo formułowanie ze śmiertelną zatwardziałością przez Zbigniewa Ziobrę alternatywy: weto albo śmierć? Czy może być coś śmieszniejszego i zarazem bardziej przerażającego niż wchodzenie na trójstopniową drabinkę Jarosława Kaczyńskiego i obwieszczanie po raz osiemdziesiąty, że zbliżamy się do prawdy? I wyzywanie posłów opozycji od kanalii oraz oskarżanie ich o zabójstwo brata? A także dzielenie ze śmiertelną nienawiścią Polaków na dwie kategorie: lepszego i gorszego sortu?

Nie dajmy się zarazić jadem Kaczyńskiego, serwilizmem Dudy, obłudą Morawieckiego, cynizmem Szydło, zapalczywością Macierewicza, nienawiścią Pawłowicz, faryzeizmem Rydzyka.

Jak pisał mój przyjaciel w pewnym głośnym liście, oni chcą z nas zrobić durniów, wystrychnąć na dudków i głupków, poniżyć do roli zastraszonych winniczków, zarazić jadem trumiennej nienawiści, zainfekować resentymentem odwetu i pomsty. Nie dajmy się wciągnąć w tę dialektykę wrogości, bo wróg uzależnia, wróg infekuje, wróg sprawia, że staję się jego wrogiem.

Wystawmy na chwilę głowy ponad barykady. Czy widzicie, w jak ciężkim znoju ci Polacy niby lepszego sortu kontynuują podejmowany prze kolejne pokolenia rodaków wysiłek pozostawania głupim? Moi dziadkowie często powtarzali takie porzekadło: Czemuś biedny? Boś głupi. A czemuś głupi? Boś biedny. I puentowali: ucz się i pracuj. Dziś by pewnie powiedzieli: I nie żeruj na innych. Oni byli prostymi ludźmi, ale to samo powtarzają wybitni ekonomiści: Bogactwo bierze się z pracy, a nie z zasiłków.

Dziś w Europie wszystkie drogi prowadzą do Brukseli, ale Polacy uparli się, że wszystkie drogi znad Wisły, jak dawniej, prowadzić będą do Rzymu, a ściślej: do Watykanu.

Co możemy przeciwstawić tej beznadziejnie nudnej tradycji modłów, zdrowasiek, tajemnic różańcowych, mszy za ojczyznę, poświęceń, koronowań, ukrzyżowań, ofiarowań i zawierzeń? Co możemy przeciwstawić tej beznadziejnie ponurej i przerażającej manii katastrof, klęsk, porażek, żałoby, cmentarzy, wyklętych, zdrajców, złodziei i oszustów; wiecznie cierpiących i pokrzywdzonych? Co możemy przeciwstawić tej dialektyce wrogości? Radość życia! Śmiech, zabawę, wesołą piosenkę, pogodę ducha! „Z głupim człowiekiem nie ma co gadać” — pisał jeden z naszych pisarzy. Nie wdawajmy się więc z nimi w spory, dysputy, debaty, deliberacje, bo to dogmatycy niezdolni do słuchania racjonalnych argumentów. Co nam zatem zostaje? Śmiech! Zdrowy śmiech, radosny taniec, wesoła piosenka. I nadzieja, że może nam się uda ich tą pogodą ducha zarazić. Tańczmy więc żwawo, śpiewajmy wesoło, bawmy się głośno, a na pewno się uda! Bo w Polsce jest miejsce dla wszystkich. Dla białych i czarnych, dla czerwonych, różowych i zielonych, dla kolorowych i tęczowych. (Ale brunatnych bym stąd jednak przepędził.)

Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba. Polskiego nieba. Nie pozwólmy go zamienić w polskie piekło. Niech zstąpi duch śmiechu i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi, której ja i ty nie zamienimy w bagno krwi. Tyle mamy pięknych i pogodnych piosenek. Śpiewajmy je więc głośno. I często. Zamiast miotać do siebie obelgi, zarzuty, żale, pretensje.

Zaraźmy ich śmiechem, poraźmy ich śmiechem. I wyzwólmy od terroru niszczycielskiej i ogłupiającej prokuratorskiej powagi, która nakazuje szukania kwitów na przeciwników, na konkurentów, na partnerów, na koalicjantów, na wszystkich; która zagląda do naszych sypialń i chce sprawdzać. nie tylko kto z kim, ale i jak, śpi; która chce tropić, kto jest prawdziwym, a kto nieprawdziwym Polakiem; kto Żyd, a kto nie-Żyd; która węszy, czyj ojciec służył w Wehrmachcie, ale już przymyka oko na tego, czyj — w UB. Przestańmy szpiclować.

Żyjemy w kraju, w którym poczucie humoru zanikło niemal całkowicie. Oni warczą na nas, a my się odszczekujemy i warczymy na nich. Poziom warkotu jest tak wysoki, że zagłusza zdrowy, radosny śmiech. Co najwyżej przebija się przezeń piskliwy chichot. Szyderczy. Trzeba to zmienić. Zamieńmy patetyczne i złowieszcze hasło patria o muerte, czyli ojczyzna albo śmierć, w pogodne i lekko-myślne: ojczyzna i śmiech. Bóg, honor, ojczyzna? Po trzykroć nie! Życie, ojczyzna, śmiech!

Uśmiechnij się, Polsko! Roześmiej się, Polsko! Tak jak dawniej, pełną piersią. Z dumy ze swego narodu, z jego pracy, odwagi i mądrości. Radosnym śmiechem dziecka. Pełnym zachwytu spojrzeniem dziewczyny i chłopaka. Pogodnym wzrokiem staruszka. Niech ci się w oku znów łezka zakręci ze wzruszenia. Niech ci po policzkach popłyną łzy radości.

Wiosna wasza, wiosna nasza! Szykujmy się na rewolucję kwiatów. Kwiatów polskich. Jest już koalicja białych róż. Ale czemu by do niej nie dołączyć czerwonych maków? Niebieskich chabrów? Czarnego bzu? I żółtych — za przeproszeniem — kaczeńców? Umówmy się na wiosnę. Na rewolucję kwiatów polskich.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

Totalitaryzm religijny zaczyna zbierać w Polsce śmiertelne żniwo

Myśl liberalna (demokracja) i racjonalna (nauka), podobnie jak spadająca z nieba woda (deszcz) nie rozlewa się po świecie równo i bez przeszkód. Wszędzie musi sobie utorować drogę do struktury społecznej, wciskając się w szczeliny spajającej ją — często od setek, a nawet tysięcy lat —narracji. I choć szeroko (aczkolwiek i tu nie bez przeszkód) rozlała się po górach, nizinach, wyspach i półwyspach Zachodniej Europy i po preriach i lasach Ameryki Północnej, w innych miejscach globu nie tworzy życiodajnych zalewów. W krajach arabskich wsiąka w piasek bezlitośnie wypalony narracją islamską. W Afryce znika pod bujnie się pleniącą fauną rodzimych bandytyzmów. Podobnie w Ameryce Łacińskiej – od Ziemi Ognistej po płaskowyże Północnego Meksyku. Trudno jej się przebić przez Wielki Mur chińskiego despotyzmu czy jego tamy na wielkich rzekach Rosji i innych państw postsowieckich. Po upadku komunizmu szeroko rozlewała się na polskiej części Niżu Środkowoeuropejskiego, ale i tu natrafiła na opór. Już się przesączała przez zwietrzały mur polskiego nacjonalizmu, ale pojawił się rodzimy inżynier marzeń, który postanowił go uszczelnić spoiwem dewocji i populizmu. Zmobilizowany przez niego ciemny lud, od tysiąca lat ćwiczony w zawracaniu Wisły kijem, rzucił się do uszczelniania przecieków, by do jego świadomości nie dotarły modernistyczne prądy. Bazą tego lepiszcza jest oczywiście religia chrześcijańska, a ściślej: jej polska katolicko-narodowa odmiana.

Religia w Polsce przetrwała trudny okres komunizmu, w którym oficjalnie była zwalczana, ponieważ tradycyjna świadomość religijna stała na drodze nowej świadomości klasowej. I bez wątpienia Polska w dużym stopniu zawdzięcza religii przetrwanie świadomości narodowej, postaw inteligenckich i w końcu upadek komunizmu. Stąd u nas tak silne poczucie wdzięczności i szacunek dla uczuć religijnych, których nikomu nie wolno obrażać, a nawet trzeba je szczególnie szanować. Ale po transformacji religia w formie indywidualnej pobożności i politycznej instytucji Kościoła zaczęła domagać się więcej i więcej i nadużywać swej szczególnej społecznej pozycji, dążąc do zajęcia po komunizmie miejsca totalitarnego hegemona. Religia w decydującym stopniu określa dziś politykę naszego państwa, chciałaby narzucić swoje zasady całemu społeczeństwu i kontrolować działania na polu moralności, sztuki, nauki i medycyny. Religia staje się w Polsce nowym totalitaryzmem i, jak w drugiej połowie XX w. komunizm, rości sobie prawa do posiadania prawdy absolutnej, nie znosi krytyki ni sprzeciwu, domaga się specjalnej pozycji społecznej i politycznej. Nic więc dziwnego, że taka postawa budzi społeczny opór i że coraz częściej poszczególne jednostki i całe grupy społeczne odnoszą się do niej nie z szacunkiem, lecz z obrzydzeniem i pogardą. By utrzymać swą uprzywilejowaną pozycję, religia, tak jak przed laty komunizm czy autorytaryzm w ogóle, posługuje się kłamstwem, manipulacją i propagandą i bez skrupułów korzysta z rozwiązań siłowych: policji i restrykcyjnych rozwiązań prawnych. Środkiem przeciwko zakłamanemu totalitaryzmowi zawsze była wolność i prawda.

Religia w Polsce wyraźnie przeciągnęła strunę, zwracając się przeciwko wszystkiemu, co podważa jej hegemoniczną pozycję: ateizmowi, laicyzacji, świeckiej dobroczynności, awangardowej sztuce, niezależnemu kinu, oświeconej filozofii i literaturze, feminizmowi, gender, homoseksualizmowi, idei wolnej miłości, życiu bez ślubu i innych sakramentów. Czy należy z nią walczyć? Oczywiście! Nie możne się już dłużej do niej odnosić z pozycji tradycyjnego szacunku dla uczuć religijnych czy tolerancji światopoglądowej, skoro ona sama podważa szacunek do innych uczuć: racjonalnych, naukowych, liberalnych i głosi światopoglądową nietolerancję. To tak, jakby czynić zadość faszyzmowi i komunizmowi, które przecież— jak chcą ich obrońcy — były tylko jednymi z możliwych orientacji politycznych. Zasada tolerancyjności nie może się stosować do żadnej z form totalitaryzmu. Co zatem mamy robić? Oh, my, Polacy mamy pod tym względem bogate doświadczenia, które wynieśliśmy z walki z komunizmem.

Przede wszystkim: prawda. Nie gódźmy się na wciskanie się we wszelkie zakamarki naszego życia i świadomości narracji, którą cywilizowany świat już dawno między bajki włożył. Nie poddawajmy naszych dzieci katechizacji czy jakimkolwiek innym formom kształtowania umysłów przez Kościół, kato-faszystowskie państwo i religijnych fundamentalistów. I tak jak wielu rodziców nie godziło się w okresie komunizmu na przynależność swoich dzieci do harcerstwa, pionierów czy różnych związków socjalistycznych, udziału w komunistycznych manifestacjach, strzeżmy nasze dzieci przed udziałem w imprezach i organizacjach działającymi pod skrzydłami Kościoła, Opus Dei czy innych mniej lub bardziej zakamuflowanych religijnych organizacji. I tak jak za komuny czymś wstydliwym była przynależność do partii, tak i dziś czymś wstydliwym powinno być przystępowanie do chrztu, komunii, bierzmowania, kościelnego ślubu, czy urządzanie kościelnego pogrzebu, „bo tak nakazuje tradycja”. Niech sobie ją kultywują wierzący, ale nie pozwólmy, by wciskała się w życie tych, co myślą i chcą żyć inaczej.

Czytajmy książki i propagujmy wiedzę o człowieku, którą rozwija współczesna biologia i medycyna, filozofia, antropologia, historia, psychologia, socjologia i kulturoznawstwo, gdzie religia jest tylko jednym z elementów kultury, w dodatku już od dawna nieprzystającym do liberalnej i naukowej cywilizacji współczesnego świata. Już ponad sto lat temu nawet religijni autorzy pisali, że naukowy ateizm jest w świadomości społecznej czymś oczywistym, a wiara religijna wymaga niełatwego uzasadnienia. Ale nie w Polsce. Tu wiara, zabobony, uprzedzenia zawsze były czymś naturalnym, a przed pręgież ustawiane były rozum, nauka, oświecenie. I taka właśnie atmosfera dominuje w Polsce do dziś.

Po drugie: kontrola. Nie możemy pozwolić władzy polityczno-religijnej na bezkarność. Musimy im patrzeć na ręce i domagać się, by złapanego na gorącym uczynku przestępcę, nawet jeśli byłby księdzem, biskupem, ministrem czy prezydentem, surowo ukarać. Dlatego z jeszcze większą determinacją musimy bronić niezawisłości sądów, bo „sądy” Ziobry czy Kaczyńskiego nie gwarantują ochrony prawa i sprawiedliwości.

I po trzecie: wolność. Jeśli opór wobec komunistycznego totalitaryzmu chciałoby się streścić w jednym słowie, to byłby nim „pluralizm”. Bo pluralizm, różnorodność jest tym, co rozsadza monolit totalitaryzmu, dążącego zawsze do zjednoczenia wszystkich wokół jednego ośrodka. Tym ośrodkiem w czasach komunizmu była ideologia marksistowska, która pełniła tę sama rolę, co dziś w Polsce religia i ideologia narodowo-katolicka. Kto do niej nie przystaje i się jej sprzeciwia, zostaje napiętnowany i wykluczony, a co najmniej wypchnięty na margines w dziedzinach kontrolowanych przez władzę. W haśle pluralizmu w czasach komunistycznych chodziło o różnorodność polityczną, a dziś chodzi o różnorodność kulturową.

Domagajmy się więc prawa do swobody życia w formach, w jakich chcą je realizować ludzie niewierzący, racjonaliści, walczący o pełną emancypację kobiet i prawa osób nieheteronormatywnych. Róbmy swoje i nie kryjmy się z tym. Może to coś da, kto wie? – pytał z nadzieją w ponurych czasach komunistycznych jeden z naszych piewców wolności. Ja bym jednak nie podtrzymywał tej formy hipotetycznej, a raczej użyłbym formy kategorycznej: Róbmy swoje! To na pewno coś da!

JERZY KRUK

A może kupisz moją powieść?

Polska przedmurzem chrześcijaństwa

Polacy właśnie oblewają egzamin z religii. Nie, nie ten maturalny, który jest parodią wiary i edukacji, lecz ten, który powinien być świadectwem człowieczeństwa i bycia chrześcijaninem. Bo prawdziwym chrześcijaninem nie jest ten, kto — jak Duda czy Kaczyński — ostentacyjnie pokazuje się w kościele i niemal nie wstaje z kolan, lecz ten, kto swym życiem i działaniem udowadnia, że zrozumiał nauczanie Jezusa.

Przez białoruską granicę próbuje się wedrzeć do Europy kilkudziesięciu uchodźców z Afganistanu, Iraku i Afryki uciekających od wojny i biedy. Chcieliby w Polsce złożyć wniosek o azyl. Nie o pobyt w Polsce, która ich nie chce, lecz o prawo zamieszkania w jednym z bardziej tolerancyjnych krajów Europy Zachodniej. „I need international protekcion” – wykrzykiwali jeden po drugim uchodźcy na granicy w Usnarzu Górnym, wywoływani z imienia i nazwiska. „International”, a nie „Polish”, bo polska ochrona celuje do nich z karabinów, by nie postawili stopy na świętej polskiej chrześcijańskiej ziemi. Czyż nie jesteśmy od wieków przedmurzem chrześcijaństwa?

By to przedmurze uszczelnić, polskie władze wprowadziły stan wyjątkowy, uniemożliwiając niesienie im pomocy przez polskich aktywistów humanitarnych, medyków, polityków i okoliczną ludność, i odsuwając od granicy wścibskich dziennikarzy z kamerami i mikrofonami. „Ochrona” odbywa się teraz w ciszy i spokoju za kurtyną stanu wyjątkowego. Jej efekty? Jak na razie — sześciu martwych.

Polska opinia publiczna jednak nie zanadto zamartwia się tym problemem, bo dla większości Polaków, zwłaszcza tych „prawdziwych”, czyli „lepszego sortu”, dobry uchodźca, to martwy uchodźca. Polacy z zadowoleniem oceniają działania żołnierzy, którzy przecież ślubowali naszych granic wiernie strzec. Przed… No właśnie, przed kim? Czy to są prawdziwi uchodźcy, naprawdę potrzebujący pomocy? Służby specjalne już ich prześwietliły, rzekomo przeglądając ich telefony. I co się okazało? Że to terroryści, pedofile i zoofile. Nie ma więc kogo żałować. Możemy odetchnąć z ulgą.

Wyć się chce z rozpaczy, że ten polski ciemny lud kupuje takie brednie. Nawet zdjęcia martwych dzieci go nie wzruszają. Polska odwraca oczy. Ta sama Polska, której obywatele jako uchodźcy przed carem, przed Hitlerem, przed Stalinem, przed komunizmem, przed biedą i beznadzieją znajdowali schronienie ZA GRANICĄ — we Francji, w Anglii, w obu Amerykach, w Iranie, w Indiach, w Szwecji i RFN. Ta sama ultrakatolicka Polska, która się nadyma z powodu swej religijności i chce rechrystianizować Europę. Ta sama pobożna Polska, której mieszkańcy potrafią setki kilometrów pielgrzymować do cudownych obrazów, nawet pieszo, lecz teraz nie ruszyła tyłka z kanapy, by pomóc ludziom w potrzebie. Owszem, w Usnarzu pojawiło się kilkaset osób, ale kto to był? Polacy? Jeśli już, to ci najgorszego sortu: aktywiści świeckich organizacji humanitarnych, politycy liberalni i lewicowi, niezależni prawnicy, dziennikarze wolnych mediów. I po co? Tylko po to, by robić zadymę i się lansować — mówi rządowo-partyjna tuba propagandowa. A Polacy lepszego sortu siedzą wygodnie przed telewizorem i aż im się uszy trzęsą od pochłaniania toksycznej papki, jaką im pichcą Kurski z Pereirą.

A co robi Kościół katolicki? Wszak to dla niego nie lada okazja do wykazania się chrześcijańskim miłosierdziem. Jednak Kościół, który tak lubi podejmować uczynki wobec duszy, czyli grzeszących upominać, nieumiejętnych pouczać, wątpiącym dobrze radzić, strapionych pocieszać i modlić się za żywych i umarłych, nie za bardzo się kwapi do wykazania się uczynkami miłosierdzia wobec ciała, by głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszyć, chorych nawiedzić.

Kościół, owszem, nie milczy w kwestii przygranicznego kryzysu. Episkopat zabiera głos i mówi, że „troska o własnych obywateli nie może być wystarczającą przesłanką uzasadniającą zamykanie granic przed poszukującymi schronienia”. Bardzo abstrakcyjnie i enigmatycznie. No, ale czy ktokolwiek się spodziewał, że episkopat podejmie otwartą krytykę hipokryzji i dalszego siania nienawiści przez Kaczyńskiego, Dudę, Błaszczaka i Kamińskiego?

Polacy, rzekomo broniąc Europy przed islamizacją, zaprzeczają swoim podstawowym wartościom religijnym. Bo czyż istotą chrześcijaństwa nie jest miłość bliźniego (miłujcie nawet nieprzyjaciół waszych) i pomoc człowiekowi w potrzebie? Ewangelia nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Gdy uczony i pobożny Żyd pyta Jezusa: „Kto jest moim bliźnim?”, Ten nie odpowiada, że jest nim jego rodak, czy współwyznawca wiary mojżeszowej, lecz przytacza przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, który w przeciwieństwie do żydowskich hipokrytów i bigotów, udzielił pomocy człowiekowi napadniętemu przez zbójców. Choć Samarytanie etnicznie, kulturowo i religijnie spokrewnieni byli z Żydami, nie byli przez nich uważani za krajanów, ani przez małe, ani przez duże „Ż”. Żydzi odmawiali im przynależności do ludu Izraela i udziału w wyznaniu mojżeszowym. Samarytanin jest w Ewangelii synonimem obcego, innego, kseno, barbarzyńcy. Ale to on, a nie pobożny wyznawca wiary mojżeszowej, okazuje się bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców. „Idź i ty czyń podobnie” — puentuje Jezus. Czyż nie jest to oczywista nauka dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla „prawdziwych” Polaków i bogobojnych chrześcijan? Ano nie, bo polski katolik Biblii nie czyta, za to słucha fałszywych proroków, którzy mówią, że obcy, uciekając od wojny, przynoszą tylko przestępczość i roznoszą zarazki.

Jeśli prawdą jest to, co pisze Święty Mateusz, że na Sądzie Ostatecznym zgromadzą się przed Synem Człowieczym wszystkie narody, a On je oddzieli jedne od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów, to po której stronie przypadnie miejsce Polakom? W Ewangelii nie ma ani słowa o tym, by Pan Bóg miał spytać: Ile godzin przesiedzieliście w kościele, ile tajemnic różańca odmówiliście, ile modlitw odklepaliście, ile daliście na tacę?, bo to są gesty faryzeuszy, tylko spyta o jedno: Coście uczynili swoim bliźnim?

Zaprawdę powiadam wam – mówi Jezus— wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom. Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

Terroryści!

Nasłuchuj niebezpiecznych słów — pisze o tyranii Timothy Snyder, słynny politolog i historyk, obrońca wolności i demokracji. — Zwracaj uwagę na pojawienie się terminów „ekstremizm” i „terroryzm”. Bądź wyczulony na hasła „zagrożenie” i „wyjątek” — są śmiertelnie niebezpieczne.

W Polsce prezydent wprowadził z wątpliwego powodu stan wyjątkowy, a inni przedstawiciele władzy już zaczęli przez wszystkie przypadki odmieniać słowo „terroryzm”. Służby specjalne odkryły dowody terroryzmu w telefonach zatrzymanych uchodźców: zdjęcia z egzekucji, kontakty z zamachowcami, dowody pobytu w Moskwie. Jeszcze się nic nie stało, jeszcze się nic nie wydarzyło, ale my, zwykli obywatele, już powinniśmy się bać.

Straszenie terroryzmem i wrogiem to stara sztuczka tyranów, straszyli nimi Hitler i Stalin. I w imię obrony przed zagrożeniem znieśli trójpodział władzy, niezawisłość sądów, rozwiązali partie opozycyjne, zawiesili wolność słowa, prawa do rzetelnego procesu. Hitler wykorzystał pozbawiony sam w sobie większego znaczenia akt terroru, jakim był pożar Reichstagu, dla ustanowienia terrorystycznego reżimu. Stan wyjątkowy w Niemczech obowiązywał przez 12 lat, aż do końca II wojny światowej.

Kaczyński już zniósł trójpodział władzy i niezawisłość sądów, a tym samym możliwość rzetelnych procesów; partie opozycyjne określane są mianem zdrajców; lokalne gazety zostały wykupione przez podporządkowaną mu spółkę skarbu państwa; parlament robi wszystko, aby odebrać koncesję niezależnej, krytycznej wobec władzy telewizji; cała machina PiS została zaangażowane w zniszczenie lub utrudnienie pracy niezależnym mediom. Teraz Kaczyński sięgnął po charakterystyczne dla tyranów narzędzie, jakim jest zarządzanie strachem. Następnym krokiem może być jakiś zamach terrorystyczny, który przekona Polaków, że naprawdę znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie, przed którym może ich ochronić jedynie zbawca narodu.

Mamy dwa wyjścia. Albo powstrzymamy szaleńca, albo pozwolimy mu, by pociągnął nasz kraj w przepaść.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

https://jerzykruk.pl/ksiazka/marika-recz-o-mojej-smutnej-dziwce/

Z ręką w nocniku suwerenności

Co to jest Europa? Idea czy terytorium? Europa jako terytoriom rozciąga się od Portugalii po Ural, ale jako idea nie obejmuje już całego kontynentu. W ramach ideowej jedności Europy nie mieści się Rosja Putina i Białoruś Łukaszenki. Przez 45 lat, gdy mówiło się o Europie, chodziło o Europę Zachodnią, bez krajów Układu Warszawskiego, Jugosławii i Albaniii. Przez 25 lat na peryferiach Europy funkcjonowały faszystowska Hiszpania, Portugalia i Grecja. Od lat do przyjęcia do Europy aspiruje Turcja, ale wciąż się od niej oddala, zsuwając się po islamsko-autorytarnej równi. Tak więc to nie położenie geograficzne, a kultura, gospodarka i polityka decydują o przynależności do Europy pojętej jako idea, czyli wspólnota państw, dla której decydujące są wartości ponadnarodowe i humanistyczne: demokracja liberalna, gospodarka rynkowa, rządy prawa, wolność słowa i prawa człowieka. To dlatego tak późno do Europy mogły dołączyć państwa Południa, gdyż nie mogły sprostać tym wartościom. To dlatego na peryferia Europy obsuwają się dziś Węgry i Polska, z jednej strony naruszając europejskie imponderabilia, a z drugiej narażając się na krytykę i sankcje za ich łamanie.

Polska i węgierska narodowo-socjalistyczna prawica potrząsa w kierunku Europy szabelką w przekonaniu, że nic im nie grozi, bo przecież terytorialnie leżą niemal w środku Europy, a poza tym zostały tak silnie z nią związane siecią autostrad i powiazań ekonomicznych, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na jej rozplecenie. I tu mogą się przeliczyć, bo sieć pozostanie siecią, nawet gdy w niej pęknie jedno czy drugie oczko, tyle że będą przez nie uciekać cenne ryby: fundusze, inwestycje, kontrakty. W ten sposób możemy się obudzić na Kontynencie Europejskim, ale z ręką w nocniku „suwerenności”.

Tekst: JERZY KRUK
Rysunek: ANDRZEJ MLECZKO

Nie omieszkaj zajrzeć do mojej księgarni

Wrzód na europejskiej dupie

Europa jest chora, Europa jest w kryzysie, i to zarówno jako formacja kulturowa, jak i organizacja polityczna, czyli Unia Europejska. Choroba Europy jest złożona. Kwestia tożsamości: Kim być najpierw? Holendrem, Włochem, Brytyjczykiem, Polakiem czy Europejczykiem? Kwestia światopoglądu: laicyzacja, islamizacja czy rechrystianizacja? Kwestia prawa: jednolita unia prawa czy połączenie łamiących prawa unijne lokalnych autorytaryzmów? Europa jednej czy dwóch prędkości? To znaczy: jedna dupa czy dwa półdupki.

Dziś Europę najbardziej uwiera wrzód faszyzmu, który wyrósł na jej wschodnim półdupku i centralny układ nerwowy nie za bardzo wie, co z nim zrobić. Wyciąć, leczyć czy przypudrować? Europa w swej politycznej poprawności najbardziej by chciała go wyleczyć, ale jak na razie wychodzi jej tylko pudrowanie. Co prawda straszy, że wytnie wrzoda, ale chyba sama i się boi, i nie wie, jak to zrobić.

Brukselka na razie uchwaliła powiązanie funduszy z praworządnością. Gulasz z kartoflami się na to oburzył i zapowiedział, że zawetuje budżet i Fundusz Odbudowy, czyli sparaliżuje funkcjonowanie Unii, ale szybko poszedł po rozum do głowy. „Udajemy, że wszystko jest cacy, bierzemy kasę, urządzamy się za nią na długie lata i dalej robimy swoje” – postanowiły dwa warchoły. Przepraszam: bratanki. I wszystko wskazuje na to, że ich chytry plan się powiedzie.

Źle to wróży dla wschodniego półdupka, bo życie w kraju, gdzie łamana jest konstytucja, naruszany trójpodział władzy, blokowana opozycja, kneblowana opinia publiczna, prześladowane mniejszości i od rana do wieczora trąbiona jest propaganda sukcesu, jest – mówiąc oględnie – mało komfortowe. Ale cóż, obie społeczności narodowo-socjalistycznego przymierza przeżyły już taką sytuację i wiedzą, że da się w niej żyć nawet przez dziesiątki lat, urządzając się — jak mówił klasyk — w dupie.

A zachodni półdupek? No cóż, dalej będzie utyskiwał na niewygodę wynikającą z wrzodów na wschodnim i z konieczności znoszenia wyprysków, które już się pojawiają na nim samym (we Włoszech, Francji, Austrii i Holandii), ale póki będzie mógł od czasu do czasu w miarę wygodnie przysiąść i odetchnąć, wciąż będzie kuśtykał do przodu. Ciekawe jak długo? I dokąd? Pewnie, aż wywinie numer po przekątnej.

JERZY KRUK

P.S.

Znacie „numer po przekątnej”? Dla tych , co nie znają:
Żona mówi do męża: Może byśmy wykręcili jakiś numerek? No dobrze – odpowiada od niechcenia siedzący w fotelu mąż znad gazety — akurat znam nowy numer. O, ciekawe! — Zaintrygowała się żona. — Jaki? Rozbierz się do naga — mówi mąż — i stań w rogu pokoju. A teraz przebiegnij się do drugiego kąta. Żona biegnie, a on niespodziewanie wysuwa nogę i żona: ryms! Leży jak długa. No widzisz — mówi mąż, wracając do lektury — i wypierdoliłaś się sama.

Zapraszam do mojej księgarni.

Niezwykłe przypadki Mateusza Kłoska

Gdy uporządkuje się fakty z życia Mateusza Kłoska, kontekst kampanii bilbordowej staje się zupełnie klarowny.

Mateusz Kłosek to biznesmen, który odniósł spektakularny sukces w branży stolarki budowlanej. Jego firma Eko-Okna należy do największych firm prywatnych w kraju. W 2019 roku jej wartość została wyceniona na 1 mld zł. Zdobyła tytuł „Diament Forbesa”.

Właścicielom tak wielkiej fortuny, często przychodzą do głowy marzenia, by dzięki niej zrobić coś dobrego dla świata i ludzi: zakładają fundacje, fundują stypendia, wspomagają działalność charytatywną, pomagają potrzebującym. Nic dziwnego, że podobne pomysły chodziły po głowie Mateusza Kłoska.

Nie dziwi, że miłośnik zwierząt część swojej fortuny przeznacza na ochronę ginących gatunków czy pomoc dla zaniedbanych przez człowieka zwierząt domowych czy gospodarczych; ekolog – na ochronę środowiska, pacyfista — na organizacje pokojowe, a intelektualista — na edukację. Mateusz Kłosek, prócz tego, że jest zdolnym biznesmenem, jest także człowiekiem bardzo religijnym i z tego względu już od lat przeznaczał duże kwoty na obiekty i wydarzenia o charakterze religijnym. Najkosztowniejszym jego przedsięwzięciem była budowa klasztoru Wspólnoty Niepokalanej Matki Wielkiego Zawierzenia z przeznaczeniem dla 30 sióstr i kaplicy, w której odbywa się nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. To ponoć było wotum dziękczynne dla Matki Boskiej za rozwój fabryki.

Ale Mateusz Kłosek chciałby też dać coś ludziom. Mówi się o jego planach budowy osiedla dla pracowników, przedszkola i żłobka oraz ośrodka dla bezdomnych. To jednak pomysły na niewielką, bo przecież tylko lokalną skalę. A taki bogacz i filantrop chciałby dać coś całej ludzkości, na przykład zlikwidowanie pandemii. By wybłagać u Mastki Boskiej cofnięcie cpvidowej zarazy, wraz z pracownikami fabryki wypuścił do nieba wielki biało-niebieski różaniec z balonów. Jak na razie efektów cudownego wsparcia nie widać.

Ale niezrażony tą biernością niebios Mateusz Kłosek działa dalej: przeprowadza trzy akcje bilbordowe. Jesienią zeszłego roku w całym kraju na standardowych bilbordach ukazała się grafika z dzieckiem w łonie matki uformowanym na kształt serca. Stopniowo zaczęły ją uzupełniać hasła ruchu pro life. W lutym w dużych miastach na wielkich bilbordach, często o wysokości kilku pięter, pojawiło się hasło „Kochajcie się mamo i tato”. Wprawdzie nie było na nim wykrzyknika, ale sama wielkość i ilość olbrzymich banerów musiała działać na emocje odbiorcy. A potem pojawiły się nowe bilbordy ze zbliżeniami poszczególnych części ciał dzieci w łonie matki.

Gdyby zobaczył to Norwid, zapewne skwitowałby słowami swojej fraszki: „Dewocja krzyczy”. Czemu dewocja? Wynika to choćby z sygnujących plakaty katolickich fundacji i stowarzyszeń i ze sposobu działania fundatora akcji, który wydał na nią 10 milionów złotych.

Co chciał przez to osiągnąć? Fundator mówi, że chciał wesprzeć trudne małżeństwa w kryzysie związku. I co? Są jakieś efekty? Ludzie zaczęli się kochać i przestali rozwodzić? Wątpię.

A ta akcja antyaborcyjna w kraju, w którym aborcja prawie nie ma miejsca, bo jest prawnie zakazana, to po co? Cel może być tylko jeden: podsycenie antyaborcyjnej histerii.

W zeszłym roku oficjalnie dokonano 1100 zabiegów przerwania ciąży, z których większość to była aborcja embriopatologiczna. Ale dla katolickich fundamentalistów to i tak za dużo. Jesienią trybunał odkrycia towarzyskiego warczącego wielkorządcy podważył jej legalność, wysyłając sygnał do kobiet: „Macie rodzić! To wasza rola i powinność! Oczekuje tego od was Kościół, państwo i partia!” „Masz rodzić, choćbyś miała urodzić trupa lub potwora”.

Odpowiedzią na tę decyzję były wielkie protesty w całym kraju. Czy można się dziwić milionom kobiet, że nie chcą się na to zgodzić, że wychodzą na ulicę protestować? Większość społeczeństwa je popiera, ale partyjno-państwowa propaganda nazywa je cynicznie „aborcjonistkami”, zwolenniczkami aborcji, tak jakby opowiadały się za aborcją dla zabawy i własnej przyjemności, pod wpływem mody czy jakiegoś trendu, które chciałyby narzucić innym. Dla ich stłumienia władza użyła potężnych oddziałów policji, która wykazała się wielką brutalnością, bijąc kobiety pałkami, aresztując je i przetrzymując bez możliwości kontaktu z adwokatem. Jako organ represji został wykorzystany również sanepid, nakładający na protestujące horrendalne mandaty za rzekome nieprzestrzeganie dystansu społecznego. I w ten właśnie kontekst swoją akcją bilardową wpisuje się biznesmen z Raciborza. Co może zrobić? Wyłącznie zaognić sytuację, dolać oliwy do ognia.

Rzekome przesłanie miłości akcji Kłoska znika całkowicie, za to wychodzi na jaw przesłanie PiS i jej prezesa: „Dziel i rządź!”. Co prawda prezes PiS zwrócił się niedawno z orędziem do narodu: „Jesteśmy jedną rodziną”, ale nikt nie wierzy w szczerość jego słów, bo bezustannie sieje i pogłębia rozbrat między rodakami. Dla Jarosława Kaczyńskiego konsensus jest przeżytkiem demokracji liberalnej. Dla niego ważne są podział i napięcia społeczne, które coraz bardziej polaryzują społeczeństwo.  To jest fundament jego polityki. W tym kontekście Mateusz Kłosek okazuje się wielkim sojusznikiem Kaczyńskiego. A prezes takich aktów wsparcia nie zapomina. Polska to dość duży kraj, ponoć w ruinie. By go odbudować, szkoły, urzędy, państwowe firmy potrzebować będą wielkiej ilości materiałów budowlanych, zwłaszcza okien, które firma Mateusza Kłoska jest w stanie dostarczyć w dowolnych ilościach, ale na pewno nie będą to okna na świat, choć na pewno będą pasować do dziury zabitej dechami, jaką staje się nasz kraj.

JERZY KRUK

Zawłaszczanie przestrzeni dyskursu

Czy jest wśród Was choć jedna osoba, która nie widziała tych bilbordów w swoim mieście? Nie wiem, jak wygląda kwestia outdoorowej reklamy we wsiach i małych miasteczkach, ale w dużych miastach one są na każdym kroku. Krzyczą zwłaszcza te olbrzymie na kilkupiętrowych ścianach wieżowców.

Najpierw był obrazek z płodem dziecka w macicy w kształcie serca, potem hasło „Kochajcie się mamo i tato”. Teraz pojawiają się plakaty z częściami ciała nienarodzonych dzieci. Te wszystkie treści są słuszne same w sobie: miłość do dziecka, miłość między rodzicami, a mimo to drażnią. Przez co?

Przede wszystkim z powodu nadawcy. Nie, nie chodzi mi ani o bigoteryjnego biznesmena, który tę akcję finansuje, ani o podpisujące się pod hasłami organizacje. Nadawcą, podmiotem liryczno-propagandowym lansowanych treści — jeśli mogę się tak wyrazić — jest wojujący katolicyzm. Katolicyzm, który krzyczy: „Tylko nasza droga jest właściwa! A kto nią nie idzie, schodzi na manowce cywilizacji śmierci i zepsucia”. Dewocja krzyczy, powiedziałby Norwid. To jest postawa charakterystyczna dla myślenia totalitarnego. „My jesteśmy wszystkim, wy jesteście niczym.”

A po drugie, wszystkie te bilbordy drażnią z powodu swej nachalności. Po co ich aż tyle? Po co takie wielkie? By jeszcze bardziej zawłaszczyć przestrzeń dyskursu. Propaganda w radiu i telewizji, wykupienie lokalnych gazet i czasopism, zamach na wolne media to wciąż jeszcze za mało.

Ostatnia akcja bilbordowa to prawdziwa histeria, jakby w naszym kraju aborcja dokonywana była na każdym kroku i była najbardziej rozpowszechnionym środkiem antykoncepcyjnym. Tymczasem jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. W zeszłym roku oficjalnie dokonano 1100 zabiegów przerwania ciąży, z których większość to była aborcja embriopatologiczna. Ale dla katolickich fundamentalistów to i tak za dużo. W zeszłym roku trybunał odkrycia towarzyskiego warczącego wielkorządcy podważył jej legalność, wysyłając sygnał do kobiet: „Masz rodzić! To twoja rola i powinność! Oczekuje tego od ciebie Kościół, państwo i partia!” Czy można się dziwić milionom kobiet, że nie chcą się na to zgodzić, że wychodzą na ulicę protestować? Większość społeczeństwa je popiera, ale partyjno-państwowa propaganda nazywa je cynicznie „aborcjonistkami” i „zwolenniczkami zabijania dzieci”, tak jakby opowiadały się za aborcją dla swej sadystycznej rozkoszy, czy pod wpływem jakiejś zdegenerowanej mody, którą chciałyby narzucić innym. Niestety, większość członków naszego społeczeństwa popiera też władzę i propagandę partii rządzącej, więc ich emocje nie mają żadnego znaczenia w konfrontacji z decyzjami wyborczymi, które podejmują.

Podobnie z rozwodami. Dla większości osób rozwód jest traumą porównywalną z aborcją. Nikt nie robi ani jednego, ani drugiego dla zabawy, bo to przecież oznacza rozpad małżeństwa, rodziny. Zarówno jedna, jak i druga decyzja podejmowana jest zwykle w sytuacji granicznej, dla ratowania siebie i własnego życia, a często i życia dzieci i rodziny. Ale katoliccy fundamentaliści chcą zakazać jednego i drugiego. „Masz rodzić, choćbyś miała urodzić trupa lub potwora”. „Niechby pił, niechby bił, ale by był!” – to jeszcze do niedawna były zasady, którym się musiały podporządkować kobiety, ponieważ stanowiły fundament życia po bożemu.

W cywilizowanym świecie emancypacja – nie tylko kobiet, ale człowieka w ogóle — doprowadziła do uwolnienia życia jednostek od tych koszmarów. Ale nie w Polsce, bo tutaj takie kulturowe osiągnięcia nazywa się, mówiąc głosem największego duchowego autorytetu narodu, „cywilizacją śmierci”.

Dlaczego oni tak nas nie znoszą? – można by zapytać tych wszystkich przeciwników feminizmu, gender, LGBT, liberalizmu, ekologii, wegetarianizmu. Bo wszystkie te orientacje pokazują, że człowiek może sobie ułożyć szczęśliwe, godne i wartościowe życie bez religii i Boga. No cóż, takie czasy! Religia umiera w konwulsjach terroryzmu (islam) i fundamentalizmu (katolicyzm).

Za komuny mówiło się, że władza dokręca śruby, mając na myśli podwyżki cen i ograniczenia swobód politycznych. Dziś możemy powiedzieć, że władza naciąga strunę. Ale marionetkowy prezydent, marionetkowy premier, marionetkowy rząd i marionetkowy parlament, łamanie konstytucji, naruszanie trójpodziału władzy, kwestionowanie niezawisłości sądów, bezczelny nepotyzm, szkalowanie opozycji, nachalna propaganda sukcesu, sojusz państwa i Kościoła, ograniczenia praw człowieka (zwłaszcza praw kobiet i mniejszości seksualnych), tłumienie manifestacji przy użyciu policji to jest już przeciąganie struny.

Tylko patrzeć jak pęknie. Albo sflaczeje, jak wielki różaniec z balonów, który biznesmen-dewota wypuścił do nieba by wybłagać u Matki Boskiej  zatrzymanie covidowej zarazy.

JERZY KRUK

O co chodzi szaleńcowi z Żoliborza?

Jedno jest dziś jasne: Na pewno nie o Polskę i o szczęście jej obywateli, bo do tego byłby potrzebny jakiś program. Polityczny. A Jarosław Kaczyński ani jego partia żadnego programu nie mają. Mają za to plan: Jak utrzymać się przy władzy i jak z niej jak najwięcej skorzystać. To drugie to jest plan dla popleczników: polityków, urzędników, wyborców Jarosława Kaczyńskiego, a to pierwsze — dla niego samego. Zatem: władza. Po co ta władza Kaczyńskiemu?

Trzeba przyznać, że nie chodzi mu — jak większości tyranów i autokratów — by zdobywając pełnię władzy i napawając się nią do utraty tchu i samokontroli, przy okazji zadbać o własne korzyści. Abnegat z Mickiewicza 49 chodzi w niemodnych płaszczach i garniturach, w starych, rozwalających się butach. Mieszka w brzydkim, od dawna nieremontowanym domu, otoczonym tandetnym płotem ze stalowej siatki. Jego działkę trudno nazwać „ogrodem”. Nie ma nawet prywatnego samochodu, a do niedawna nie posiadał nawet konta w banku ani skrzynki pocztowej. Kamuflaż sknery-milionera? Chyba nie. Jego przebiegły plan, by upaństwowić największy prywatny bank w kraju, aby za uzyskane zeń kredyty wybudować w centrum stolicy dwa olbrzymie wieżowce, które miały stanowić lukratywny interes polegający na wynajmie luksusowych powierzchni biurowych, też nie był dla niego. Miał zabezpieczyć teraźniejszość i przyszłość jego politycznym spadkobiercom.

Jarosław Kaczyński, choć od dziesiątów lat zarządzał społecznym majątkiem, nie dorobił się fortuny, w przeciwieństwie do swych odpowiedników w Rosji, we Włoszech czy w Wenezueli. Nawet na leczenie matki musiał pożyczać od znajomej. Nie posiada willi, pałaców ani luksusowych jachtów. Jeśli już, to pozwala swoim podwładnym zaprosić się na wędkarską łódeczkę czy na małą sportową żaglówkę. Ale i to dla niego za duży luksus, bo wysiadając z nich naraża się na pośmiewisko z powodu nietrzymania moczu, co widać na obsikanych spodniach. A ta jego obwieszona praniem „willa” (jak na betonowe klocki mówi się w Warszawie i okolicach) to pożałowania godny architektoniczny koszmarek.

Zatem nie o majątek Kaczyńskiemu chodzi. Tylko o co? O władzę. Ale nie o władzę, która daje bogactwo. Nawet nie o władzę, która pozwala błyszczeć na salonach, udzielać wywiadów, pokazywać się w eleganckim towarzystwie, w otoczeniu pięknych kobiet, z kieliszkiem najdroższego szampana w ręku. To też nie dla niego. Szczytem jego hedonistycznych upodobań są obiady u raczej mało atrakcyjnej (i to zarówno pod względem urody jak i intelektu) sędzi, będącej jego „odkryciem towarzyskim”, gotującej mu jego ulubiony przysmak, który zapewne poznała jako polska ambasadorowa w Berlinie: Wienerschnitzel mit Sauerkraut (schabowy z kiszoną kapustą).

Kaczyńskiego nie pociąga więc władza, która pozwala opływać w luksusy. Gdyby zajął stanowisko, które załatwił swojemu — jak lubi mówić— „świętej pamięci bratu”, i musiał wprowadzić się do pałacu, zanudziłby się tam na śmierć. Kaczyński nie czuje się dobrze ani w pałacach, ani na salonach. Czy ktoś go widział w operze, na koncercie czy w teatrze? Nawet na ulicy czuje się nieswojo. Ten nasz narodowy safanduła woli przytulność domowego zacisza z najwierniejszym przyjacielem swojego życia, futrzakiem o imieniu Alik, gdzie nocami w piżamie i bamboszach może w fanatycznym amoku sam ze sobą rozgrywać polityczne szachy.

Po co więc temu dziwnemu człowiekowi władza? Kiedyś się wygadał, że jego największym marzeniem jest zostać emerytowanym zbawcą narodu. Ale nie można mu wierzyć, bo od czegóż miałby „zbawić” ten naród? Od wolności, dobrobytu, nowoczesności? Ich postęp może i się da na jakiś czas tu i ówdzie przyhamować, ale jego fala jest tak silna, że w dziejach ludzkości nie znalazł się jeszcze żaden inżynier społeczny, któremu by się to powiodło. A próbowały tego nie takie mózgi jak nasz geniusz z Żoliborza.

Ta władza jest mu potrzebna do czegoś innego: do walki z elitami. Nie, nie z niezależnymi intelektualistami, naukowcami, prawnikami, artystami, pisarzami, filmowcami, lekarzami czy nauczycielami w ogóle, przeciwko którym co i raz buntuje tłumy. Takie „elity” to używany przez niego straszak dla motłochu. Jemu chodzi o znajomych, którzy okazali się od niego lepsi i nie przyjęli go do swego grona. Wałęsa, Michnik, Kuroń, Mazowiecki, Tusk, Tischner, Miłosz, Kołakowski, Wajda, Kutz, Janda, Stuhr, Lis. To jego najwięksi wrogowie. Proszę zwrócić uwagę. Wśród największych wrogów tego rzekomo zajadłego antykomunisty nie ma żadnych komunistów ani byłych komunistów: Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Czarzastego. To dla naszego starego zrzędy postaci nieważne. Ważni są tylko dawni znajomi z opozycji antykomunistycznej, którzy zdobyli uznanie świata i rodaków, stając tym samym na jego drodze do urojonej wielkości. Czyż to nie iście bolszewicka, leninowsko-stalinowska postawa? Zrobić porządek wśród swoich, którymi kiedyś byli wszyscy antykomuniści? Załatwić konkurencję w niby własnych szeregach, tak jak kiedyś udało mu się załatwić populistycznych sprzymierzeńców, których wciągnął do władzy? Leppera na wieki wieków, a Giertycha na długie lata? I co mu się nie udało z Tuskiem i POPiS-em?

Zatem ta władza, którą Kaczyński coraz szerzej dla siebie zagarnia, nie ma służyć szczęściu narodu, zdobyciu osobistego bogactwa czy blichtru. Cel jest jeden. Potrzebna jest mu do zemsty. Do zemsty na znajomych, którzy okazali się więksi od niego.

Jakież to trywialne! Ten Sinobrody polskiej polityki nie jest pierwszym ani ostatnim z tego typu psychopatów. Ze współczesnych chyba jest mu najbliższy Borys Johnson – brytyjski dziennikarz i polityk, kiedyś korespondent prasowy w Brukseli, później minister spraw zagranicznych, a dziś premier Wielkiej Brytanii, który stanął na czele Brexitu. Johnson zasłynął w swoim życiu wymyślaniem i wygadywaniem nieprawdopodobnych bzdur. Najpierw były to doniesienia o absurdalnych regulacjach unijnych: kącie zakrzywienia importowanych bananów, unifikacji trumien i innych zmyślonych absurdach. Potem były to ostrzeżenia o zagrożeniach Europy dla niepowtarzalności angielskiej kultury i wreszcie obietnice korzyści, jakie Brytyjczycy odniosą po wyjściu z Unii. Z większości wygłaszanych przez siebie bzdur się wycofywał lub obracał je w żart. Po co to robił? By osiągnąć władzę? Zostać premierem? Przedstawicielem establishmentu, do którego już należał od młodości? Nie! Dla żartu. Taki to typ.

Podobnie można powiedzieć o Kaczyńskim. Dlaczego zasiał rozbrat między rodakami, zdemontował polską demokrację, naruszał trójpodział władzy, zniósł niezawisłość sądów, przekształcił telewizję w tubę propagandową swojej partii, a teraz próbuje dokonać zamachu na wolne media? Dlatego, że wierzy, że jego koncepcja „demokracji nieliberalnej” jest drogą do tego, by Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej? No nie! On jest zbyt inteligentny, by wierzyć w bzdury, które wygaduje. Wszystko to dla zemsty. Dla zemsty na dawnych znajomych, którzy okazali się lepsi od niego.

O Kaczyńskim mówi się, że jego dewizą jest „Po mnie choćby potop”. To prawda, ale tylko częściowa. Prawdą jest, że Kaczyński to typ psychopaty, który nie liczy się z konsekwencjami swoich działań dla innych, ale dla niego dużo ważniejsze od tego „po mnie” jest sam potop, sama „piękna katastrofa”. On by chciał ją zobaczyć. Przypomina w tym Nerona, który podobno podpalił Rzym, by napawać się potęgą niszczycielskiego żywiołu. Podobnie jest z Kaczyńskim, który nasyci się dopiero, gdy zobaczy, jak nasz kraj staje w ogniu i pochłania dorobek poprzednich elit, tych – jego przewrotnym zdaniem – Polaków najgorszego sportu. I dopiero wtedy spełni się jego marzenie: Polska w ogniu, a potem — w ruinie.

JERZY KRUK

A może zajrzysz do mojego sklepu?

Gdy upadnie PiS

PiS upadnie. Prędzej czy później upadnie. Nie tylko przegra wybory, ale i pewnie się rozleci jako partia. Ale skutki ich rządów będziemy odczuwać jeszcze latami. Oczywiście – zadłużenie państwa, niewydolność systemu ubezpieczeń społecznych, osłabienie gospodarki, ale na pewno długo jeszcze utrzyma się roszczeniowa postawa dużej części społeczeństwa, która będzie zmuszać kolejne rządy, liberalne czy socjaldemokratyczne, by dawać. Państwo długo jeszcze nie będzie zdolne do inwestycji, innowacji czy oszczędności, bo jego obowiązkiem, w mniemaniu obywateli, będzie: dawać.

Nie: zaawansowana technologicznie gospodarka, nie: nowoczesna edukacja, nie: sprawna służba zdrowia, nie: wydolny system ubezpieczeń społecznych ma być celem polityki, lecz to, by każdy dostał do ręki trochę gotówki, jakiś plus, bo minusy, np. w postaci niższych podatków, do wyobraźni pospólstwa nie przemawiają. Ani takie abstrakcje jak wzrost gospodarczy czy rozwój technologiczny. Im się podoba tak jak jest, oni lubią się takimi jacy są.

Tak naprawdę, to oni nie chcą, żeby nasz kraj był bogatszy, bo to wymaga rozwoju, kształcenia społeczeństwa, często wyrzeczeń dla inwestycji. A oni chcą konsumpcji tu i teraz, i wcale nie rozpasanej, lecz po prostu: żeby było trochę lżej, co często okazuje się iluzją, gdyż świat, gospodarka idą do przodu i rosną potrzeby i apetyty jednostek. Każdy, kto coś osiągnął w życiu, czegoś się dorobił, zdobył jakieś wykształcenie, wie, że żeby było naprawdę lepiej, przez jakiś czas musi być trudniej, ciężej.

Na pewno też się utrwali populistyczno-knajacka moralność, wedle której nie ma nic złego w oszustwie, manipulacji, naruszaniu fundamentów demokracji, okradaniu państwa i nepotyzmie władzy, jeśli „nam” daje. Logika też dozna uszczerbku. Pojęcie prawdy odejdzie do lamusa, a liczyć się będzie manipulacja, perswazja, propaganda, oszustwo.

Pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych, a teraz legitymizują różne postawy fundamentalistyczne, których wyznawcom wydaje się, że mają prawo do narzucania swoich wartości innym, też będą trudne do naprawy.

Podobnie jak trudny będzie do przywrócenia zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych. No i z pewnością umocni się przekonanie różnego rodzaju konserwatystów, nacjonalistów, dewotów, miernot, ciemniaków i zwyczajnych chamów, że to oni są solą ziemi, tej ziemi. I że im się należy. Co? Wsparcie, ochrona, pieniądze, szacunek. A tym samym umocnią się postawy antyelitarne, że ci, którym się powiodło, którzy się dorobili, którzy się wykształcili, to złodzieje, oszuści i zdrajcy. Porządny człowiek jest inny: nie ciągnie go do majątku, do wiedzy, do wykształcenia, do kultury. I to jest nasza, polska odpowiedź na wyzwanie przyszłości: przygotowanie do budowy społeczeństwa ludzi zbędnych.

JERZY KRUK