Śniły mi się ptaki bez nieba

Po przeczytaniu Przemiany poczułem się tak samo przerażony jak Gregor Samsa, który obudził się jako karaluch. Leżał na plecach i nie mógł się przewrócić, bezradnie wymachując cienkimi nóżkami owada. Po przeczytaniu tego opowiadania nie mogłem się pozbierać przez kilka dni.

Z surrealizmem spotkałem się już wcześniej. Podobnego szoku doświadczyłem, oglądając Płonącą żyrafę, Oklapnięte zegary czy Przeczucie wojny domowej Salwadora Dali. Zrozumiałem, że poza światem realnym, światem codziennego doświadczenia, światem zwykłych ludzi może istnieć coś więcej: świat koszmarów sennych, świat wyobraźni, świat idei, w których ten pierwszy wywraca się do góry nogami. To doświadczenie wzmocnił we mnie film Buñuela Widmo wolności (1974), a głównie jedna z jego nowel, w której nobliwa burżuazyjna rodzina spotyka się na niedzielnym obiedzie. Wielka, jasno oświetlona jadalnia z wielkim stołem, tyle że wokół niego zamiast krzeseł stoją muszle klozetowe. Eleganckie towarzystwo podchodzi do stołu, panowie spuszczają spodnie, panie podkasują suknie, wygodnie zasiadają na sedesach i oddają się wyszukanej konwersacji. Co chwila ktoś prosi o papier toaletowy, którego rolka stoi na środku stołu na wielkiej srebrnej tacy. Nagle mały chłopczyk mówi głośno, że jest głodny. Wszyscy się krzywią z niesmakiem. „Dziecko, nie przy stole” – karci go matka. Chłopiec wychodzi do małej kabiny na końcu korytarza, gdzie zasiada na krześle i z małego okienka wysuwa sobie tacę z jedzeniem. Wspaniała scena. Uderzająca! Dająca do myślenia. Niektórzy nazywali to odwróceniem tabu.

To było dla mnie takie nowe i dlatego tak szokujące. Zwłaszcza w kontekście mojego dotychczasowego kilkunastoletniego życia. Moi rodzice ani sąsiedzi nie oglądali takich rzeczy, nie czytali takich książek. Mieszkańcy naszego osiedla mówili o sobie, że mają na nazwisko Kowalski lub Malinowski, że potrzebują naprawić telewizor, a gdy zimą wychodzili z domu, to ubierali grube płaszcze, a dzieciom – czapki i szaliki. Janek pobierał się z Marysią, a Marysia pobierała się z Jankiem, gdy się spowiadali, że zdarzyło im się wobec kogoś użyć zbyt silnego słowa, nie mieli zbyt silnego postanowienia poprawy. Gdy dzielili ostatni kawałek ciasta, ktoś otrzymywał większą, a kto inny mniejszą połowę. Rosół zawsze gotowali z selerem i porą, używając do niego bynajmniej półtorej litry wody, na gwiazdkę dawali dzieciom po jednym pomarańczu, wyjeżdżali na półtorej tygodnia, a na wskutek jakiegoś zapalenia chorowali nawet przez półtory roku. Nawet w domu nie pozwalali dzieciom chodzić na boso. Ich dzieci uczyły się muzyyki, fizyyki i matematyyki. W imprezach rodzinnych często brało udział kilkunastu uczestników, w tym zwykle kilka dzieci. Gdy czuli się wyrzuceni poza margines, spuszczali uszy po sobie albo układali buzie w dziób. Ale potrafili też zajść komuś pod skórę, pobić kogoś o głowę albo, gdy było trzeba, dać komuś do łapy. Pani Jankowska w towarzystwie zawsze grała drugie skrzypce, a po jej występie zawsze szedł na drugi ogień jej mąż. Ala na całe szczęście nigdy nikomu nic poważnego się nie stało, bo na ogół wyrządzali sobie przysługi, a w przypadku jakiegoś konfliktu szybko następowało zawieszenie ognia. Do pracy mieli niedaleko, więc zwykle chodzili na pieszo. Czasami gdzieś indziej, kiedyś indziej, następowały wydarzenia, które wywierały na nich silne piętno. My, dzieci w każdym bądź razie graliśmy mecze, wygrywaliśmy walki i pojedynki, osiągaliśmy rekordy, stawialiśmy sobie coś jako cel i te cele realizowaliśmy, nie przywiązując do tych spraw najwyższej wagi, ale coraz to zwiększaliśmy poziom naszych umiejętności i poddawaliśmy w wątpliwość różne kwestie. By sprostać oczekiwaniom rodziny, niektórzy decydowali się na pełnienie ważnych ról społecznych: członka trójki klasowej albo ławnika sądowego. Czasami wychodzili naprzeciw wymaganiom władzy, decydując się na zajęcie ważniejszych funkcji społecznych, jak na przykład wciągnięcie na członka dzielnicowej rady narodowej. Nie wszystko szło po ich myśli, bo czasem odnosili klęski i doznawali strat. Praca większości nie przynosiła wysokich zysków.

Pojawienie się w tym towarzystwie kwestii surrealizmu było naprawdę surrealistycznym wyobrażeniem. Czułem, że z Kafką, Dalim i Buñuelem muszę się zmierzyć samotnie. Nie mogłem o tym porozmawiać z nikim. Ani z rodzicami, ani z sąsiadami, ani nawet ze starszymi kolegami. Taka możliwość pojawiła się dopiero w szkole średniej, gdzie poznałem moją późniejszą żonę. Ona zaszła jeszcze dalej niż ja. Dyskutowała nie tylko o surrealizmie, ale też i o czystej formie, sztuce dla sztuki i o literaturze faktu. Chyba nikt się nie dziwi, że zakochałem się w niej na zabój. Poszedłem do technikum i nie żałuję tej decyzji tylko z jednego powodu: Poznałem w nim dziewczynę swoich marzeń, która potem została kobietą mego życia.

Łączyła nas nie tylko literatura, ale też teatr, muzyka i sztuka w ogóle. Pamiętam, jak pożyczyła mi do przegrania płytę Grechuty, którego oboje uwielbialiśmy. Za same piątki na świadectwie z ósmej klasy dostałem w nagrodę od rodziców magnetofon czterościeżkowy, ale trzeba było na czymś odtworzyć płytę. Nie miałem gramofonu, bo to powoli robiło się przestarzałe urządzenie, ale wiedziałem, że adapter miał syn państwa Dziamdziaków z sąsiedniej klatki. On był z zawodu kolejarzem i często wyjeżdżał. Poszedłem więc do nich pod jego nieobecność z prośbą, by mi pożyczyli adapter do przegrania płyty. Nie zgodzili się, bym wyniósł z domu sprzęt syna, ale pozwolili mi przegrać płytę na miejscu. Podłączyłem więc kablami oba urządzenia i włączyłem płytę. Państwo Dziamdziakowie usiedli na wersalce i patrzyli mi na ręce, bym czegoś nie popsuł. Gdy zaczęły się rozlegać atonalne dźwięki Kantaty: piski skrzypiec, dudnienie kontrabasu i dzwonienie czyneli, państwo Dziamdziakowie spojrzeli po sobie z przerażeniem. I nagle Marek Grechuta zaczął recytować: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. Dziamdziakowie zrobili wielkie oczy, a on powtórzył: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. I nagle Dziamdziakowie, jak na komendę, wybuchli głośnym śmiechem. „Ptaki bez nieba, konie bez ziemi” – powtarzali rechocąc w niebogłosy. Szeroko otwierali w śmiechu swe szczerbate szczęki i palcami ocierali łzy rozbawienia.

Poczułem się bezradny jak Gregor Samsa leżący na wznak w chitynowym pancerzu i przebierający w powietrzy cienkimi nóżkami. Gdybym tak przeczytał im Kafkę — pomyślałem— chyba pękliby ze śmiechu.

JERZY KRUK

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników za pół ceny):


Share on FacebookShare on TwitterShare on Linkedin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *