Sakrament obłudy

Wyższe Seminarium Duchowne. Nie idź tam. — To dwa ostatnie zdania z książki Roberta Samborskiego Sakrament obłudy.

Dlaczego? — Na to pytanie autor udziela w swojej książce bardzo wyczerpującej odpowiedzi.

Pewnie myślicie sobie, że wyższe seminarium duchowne to rodzaj studiów, podczas których zgłębia się tajniki teologii, filozofii i nauk o duchu: psychologii, socjologii, historii, kulturoznawstwa i logiki? A na seminariach, jak w świeckim uniwersytecie, analizuje się teksty, dyskutuje się, wymienia poglądy? Nic bardziej błędnego. Owszem, mają tam miejsce wykłady, nawet po pięć dziennie, ale to są czterdziestopięciominutowe lekcje. Jak w szkole. Tam nie ma żadnych dyskusji. I żeby je uniemożliwić między zajęciami, oddzielają je tylko pięciominutowe przerwy. Nie ma czasu i miejsca, by swobodnie porozmawiać.

Seminarium ma kształtować „pracowników winnicy Pańskiej”; nie myślicieli, lecz niemyślicieli, posłusznych rozkazom władzy żołnierzy chrystusowych, pracowników korporacji „Kościół”. Do tego służą długie i skrupulatne spowiedzi, które przeradzają się w psychoanalityczne seanse. Robert Samborski opisuje proces, w którym rok po roku w seminarium flaczeją nie tylko ciała, ale i dusze kleryków.

By ukształtować księdza wymoczka, klerykom odbiera się albo ogranicza do minimum czas wolny, a całe dni wypełnia modlitwami, medytacjami, wykładami, pracą fizyczną, sprzątaniem, śpiewaniem pieśni, przygotowywaniem sztuk teatralnych.

Bo ksiądz ma być BMW — bierny, mierny, ale wierny. W seminarium, tak samo zresztą jak w Kościele w ogóle, nieważne są nauczanie Jezusa, wiara, miłość czy cokolwiek podobnego. Ważne, żeby za żadną cenę się nie wychylać, nie odstawać. Każda głowa wystająca ponad poziom zostanie ścięta.

Autor opisuje zawiść duchownych, mściwość i pamiętliwość, walkę o wpływy, cynizm, hipokryzję, arogancję, agresję, lenistwo i tępotę kleryków, które przecież nie znikają, gdy zostają księżmi.

W seminarium duchownym na porządku dziennym jest szpiclowanie, donoszenie do wychowawców, szantaż, a wszystko po to— mówią przełożeni — by przyszłych księży zahartować przed złem świata na zewnątrz. Ale tak naprawdę kleryków hartuje się do zginania karku. Bo w Kościele najważniejsza jest hierarchia, czyli podległość. Kto ją neguje, zostaje uciszony i odsunięty od przywilejów. Wszelki indywidualizm budzi podejrzenia przełożonych. W seminarium nawet jeśli jesteś prymusem, zwłaszcza jeśli jesteś prymusem i najlepiej zdajesz egzaminy, stajesz się głównym podejrzanym. Nie znoszą tam też świętoszków. Tacy delikwenci nie nadają się na księdza, bo nie rozumieją, czym jest Kościół, korporacja „Kościół”. Być może nadają się do klasztoru, ale nie do pracy z ludźmi i reprezentowania interesów Kościoła. Spośród kleryków, którzy zaczynają naukę w seminarium duchownym, wyrzucona zostaje więcej niż połowa.

Oni, oni, oni. Klerycy, przełożeni. Autor opisuje ten świat, jakby był niezaangażowanym obserwatorem. Słowo „ja” pojawia się w książce rzadko, co musi budzić wątpliwości czytelnika, bo przecież podtytuł książki Roberta Samborskiego, który spędził w seminarium sześć lat i został z niego wyrzucony na cztery miesiące przed święceniami kapłańskimi, sugeruje, że będzie ona miała charakter konfesyjny. Długo się nie dowiadujemy dlaczego i w jaki sposób autor został wyrzucony z seminarium, bo najbardziej bolesne wspomnienia i najintymniejsze wyznania pojawiają się dopiero w ostatnim rozdziale. Autor buduje napięcie jak w najlepszej powieści kryminalnej. Co i jak się stało? Tego nie mogę napisać w recenzji. Ale jeśli chcesz się tego dowiedzieć, sięgnij po tę niezwykle ciekawą i ważną książkę, lecz nie zaczynaj jej od końca (wszak nikt w ten sposób nie czyta kryminałów ani horrorów), lecz przeczytaj ją od A do Z. Najlepiej jednym tchem, bo to niespełna 2o0 stron tekstu, ale ciarki i dreszcze przechodzą po plecach co chwila.

JERZY KRUK

A może sięgniesz po moja ksiazkę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *