fbpx

Rozmowa księży o gender, feminizmie,  LGBT, eko i innych demonach

W miesiąc po objęciu probostwa zaprosiliśmy na niedzielny obiad księży z innych parafii dekanatu. — Pewnie wszyscy uważają, że zdążyliśmy się już urządzić, czas to pokazać — powiedział mój proboszcz.

Ksiądz Jan witał kolejnych gości, przedstawiając się po nazwisku, a mnie tylko dyskretnym wskazaniem ręki: „Ksiądz wikary”. Za jego przykładem i ja wymieniałem swoje imię i nazwisko.

Kolejni goście witani byli kieliszkiem prosecco, który im wskazywałem na stojącej na bufecie tacy. — Nie ma wódki? — usłyszałem jak jeden z księży z rozczarowaniem zwrócił się do drugiego. — My tu nie pijemy wódki — pospieszyłem z dyskretnym wyjaśnieniem. — Ale może wina? — zaproponowałem. — Nie, nie — zaoponował ksiądz o postawnej posturze — może być szampan. — Jak na Nowy Rok. — Puścił do niego oko stojący obok szczupły ksiądz o wysokiej posturze, ubrany w spodnie, szarą koszulę z koloratką i czarną marynarkę, podobnie jak większość z nas. Jedni mieli czarne, inni szare, a jeszcze inni białe koszule kapłańskie, tylko ksiądz Oczko miał niebieską. Oficjalnie ubrał się tylko ksiądz dziekan. Miał na sobie sutannę prałacką z fioletową lamówką i fioletowymi guzikami. Opasany był fioletową szarfą. Ksiądz Jan i ja ubrani byliśmy na czarno. Ja w taką samą koszulę z koloratką co inni, a ksiądz Jan w kapłańskie polo z trzema guziczkami. No cóż, nie uzgodniliśmy dres kodu. Prawdopodobnie ksiądz Jan chciał podkreślić towarzyski, nieoficjalny charakter imprezy, a ksiądz dziekan — godność swego urzędu. Towarzystwo od samego początku zachowywało się nader głośno i swobodnie, jakby od dawna byli w dobrej komitywie.

Siedliśmy do stołu. Menu ustalił ksiądz Jan z panią Potęgową. Na pierwsze danie był krem z dyni, serwowany po francusku. Usłyszałem, jak ksiądz Jan uzgadniał to z naszą gospodynią: „Podajmy wszystko gotowe na talerzach, tak będzie wygodniej. I bezpieczniej”.

— Czy ksiądz mógłby nalać nam wina? — zwrócił się do mnie od szczytu stołu prawdziwy gospodarz. (Ustaliliśmy wcześniej, że dziewczęta nie powinny dotykać alkoholu).— Może nie wszyscy lubią chardonnay — powiedział do ogółu— ale moim zdaniem będzie pasować do zupy. Jedno i drugie ma wyrazisty smak. — Księża dyskretnie spojrzeli po sobie. — My tu jemy bardzo prosto, rozumie ksiądz, mięso, ziemniaki, sosik… — odpowiedział mu z drugiego końca stołu ksiądz dziekan. — I wódeczka. — Wszedł mu w słowo ksiądz Baryła. — Będzie i mięso — odpowiedział ksiądz Jan z uśmiechem, ignorując uwagę księdza Baryły. — Sosik i kartofelki też będą — wtrąciłem przymilnie. Ale gdy zdałem sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć tak, jakbym się chciał przypodobać księdzu dziekanowi, spiekłem małego raczka.

— Ciekawy smak — skomentował jako pierwszy ksiądz dziekan. — Dziękuję — odpowiedział ksiądz Jan. — Przekażę pani Potęgowej. — Jedna z trzech dziewcząt, które nam podawały, piękna blondynka uśmiechnęła się porozumiewawczo do księdza Jana, a potem do mnie. Widać było, że ma oczy i uszy szeroko otwarte. Ksiądz Baryła ostentacyjnie podniósł łyżkę do góry i wylał z niej zupę z powrotem do talerza. — Jakiś muzułmański — skomentował z sarkazmem, a cała reszta zarechotała z zadowoleniem. — No, widzę, że i ksiądz ma wyczucie smaku. To kminek i gałka muszkatołowa — odparł ksiądz Jan spokojnie, nie ulegając prowokacji. — Ale muszę sprostować, że nie muzułmański, tylko arabski — dodał ze spokojem. — To kuchnia regionalna, a nie religijna. — Na wieprzowinie? — ksiądz Baryła udał, że łyżką wyszukuje w zupie kawałków mięsa. Ksiądz Jan spojrzał porozumiewawczo na mnie, a potem ponad głową księdza Baryły na blondynkę, która stała za jego plecami. — Jeśli mogę się wtrącić — odezwała się dziewczyna, która odebrała spojrzenie księdza Jana jako prośbę o udzielenie wyjaśnienia — to zupa bezmięsna, ugotowana na bulionie warzywnym, tak zażyczył sobie ksiądz proboszcz. — I dygnęła z gracją. — Więc jednak muzułmańska — znów zarechotał ksiądz Baryła, a z nim reszta towarzystwa, z wyjątkiem księdza dziekana, który z zażenowaniem spojrzał na księdza Jana. — Ksiądz Baryła to nasz największy żartowniś — powiedział rozbrajająco. — Trzeba poznać jego poczucie humoru. — Proszę od czasu do czasu popić winem — zachęcił ksiądz Jan, a pozostali księża posłusznie podążyli za jego radą. W pewnym momencie ksiądz Baryła ostentacyjnie odłożył łyżkę do miski, odwracając ją wypukłością do góry. Na szczęście inni wyjedli miseczki do czysta.

— Może jeszcze wina? — zaproponował mój przełożony, gdy dziewczęta sprzątały ze stołu. Odmówił tylko ksiądz dziekan.

— Ksiądz nigdy nie pije wódki? — Sąsiad księdza Baryły postanowił przerwać niezręczną ciszę. — Fajki ja nie palę, wódki nie piję — odpowiedział ksiądz Jan, cytując znaną piosenkę biesiadną. — Ksiądz Jan to sportowy typ — pospieszył ksiądz dziekan z wyjaśnieniem. — Naprawdę? — Kolejny ksiądz poczuł się w obowiązku do tkania towarzyskiego patchworku. — Poważnie — odparł ksiądz dziekan i zaczął wyliczać na palcach: — Kajaki, żagle, narty i co tam jeszcze? Wspinaczka? — Bez przesady — zaoponował ksiądz Jan — trochę wędrowania po górach, ale nie wspinaczka. — Zupełnie jak nasz papież — zauważył kolejny ksiądz. — Bardziej papieski niż papież — gruchnął ksiądz Baryła, ale tym razem nie odpowiedział mu rechot, bo wszyscy zauważyli, że przeciąga strunę. — Słyszałem, że jeszcze piłka nożna. — Spróbował własną niezręczność pokryć własną złośliwością. — Oj, to było dawno temu. — Ksiądz Jan nie dał się sprowokować.

— Mamy drugie danie.— I ja odważyłem się pełnić obowiązki gospodarza, gdy zauważyłem, że dziewczęta wnoszą talerze. Księża z zainteresowaniem przyglądali się stawianym przed nimi potrawom. — Czy mogę teraz zaproponować czerwone? — Ksiądz Jan dał mi znać wzrokiem, bym nalał z otwartej wcześniej butelki. — Cabernet sauvignon sprawdzi się zawsze. Jeden z księży przytrzymał spodu butelki, gdy zamierzałem mu nalać. — Chile — mruknął z uznaniem. — Chyba że ktoś woli pozostać przy białym… — zaproponował mój proboszcz. — Ja poproszę szardoneja — natychmiast zdecydował ksiądz Baryła i podniósł pusty kieliszek. — Wszystko, co czerwone mi szkodzi, zarówno wino jak i ideologia. — Zaraz księdzu przyniosę — odpowiedziałem i napełniałem duże kieliszki pozostałym, ignorując jego polityczną uwagę, ale podjął ją ksiądz Oczko: — Słusznie — powiedział, podnosząc do góry palec wskazujący lewej ręki — trzeba zwalczać tę lewacką zarazę. Te wszystkie konwencje antyprzemocowe, ustawy o in vitro i uzgodnieniu płci to jedno wielkie kłamstwo o człowieku.

— To samo gender — poparł go inny młody ksiądz. — Wpuszczać nauczycieli genderyzmu do szkół — taktował sobie wyprostowanym palcem wskazującym prawej ręki, jak dyrygent batutą — to jak wpuszczać handlarzy narkotyków. Oni chcą zniewolić seksem dzieci, jak dilerzy narkotykami. To przestępstwo na dzieciach. Brońmy ich.

— Dokładnie. — Ksiądz Oczko z zadowoleniem odebrał odbitą piłeczkę, jakby sobie na luzie grali w ping ponga. — Słyszymy często, że gender służy dobru kobiet, a to Kościół służy najlepiej ich dobru, gdyż najlepiej jest im w krajach kultury chrześcijańskiej. Za to trzeba być Kościołowi wdzięcznym, bo to jest owoc Ewangelii. A w ateistycznej Europie rozwija się nowe niewolnictwo kobiet, czego wyrazem są postulaty legalizacji prostytucji. Takie właśnie są efekty rewolucji seksualnej.

Gdy podchodziłem do księdza Baryły z butelką białego wina, on chwycił w rękę duży kieliszek i podstawił mi do nalania. — To jest kieliszek do czerwonego wina — powiedziałem dyskretnie. — Czy mogę księdzu nalać do właściwego? — Odstawił kieliszek na stół, wydymając usta. — Savoir vivre pełną gębą, jak na Zachodzie. Zgniła dekadencja.

— Oj, widzę, że księdzu nie za bardzo pasuje to co obce. Ani ze Wschodu, ani z Zachodu. — Ksiądz Jan pokręcił głową, jakby chciał go delikatnie skarcić.

— Ani z Północy, ani z Południa. Czego byśmy od nich mieli się uczyć? Ateizmu? Islamizacji? Wiecie, że w Sztokholmie jest szesnaście stref szariatu? — spytał retorycznie ksiądz Baryła. — To my możemy być przykładem dla Europy, od nas powinni się uczyć, bo nasz naród jest uodporniony na działanie ideologii, gdyż doświadczył ich skutków w swojej historii. Jesteśmy narodem religijnym, a tam gdzie jest wiara, nie ma miejsca na szerzenie ideologii. Kościół jest jak skała, o tę skałę rozbił się komunizm, rozbije się i genderyzm.

— Dobrze powiedziane — skwitował ksiądz Oczko. Znali i rozumieli się z Baryłą od dawna.

— A na czym polega ten gender i jego szatański charakter? — spytał ksiądz Jan.

— No, to już chyba ksiądz sam wie najlepiej. Mówią, że gender to księdza konik — rzucił ksiądz Baryła i teraz on puścił oczko do księdza Oczko.

— Proszę księdza — podjął ksiądz Oczko temat na poważnie.— Ja wiem, że ksiądz ma swoje teorie, ale sprawa jest prosta. Chodzi o to, żeby nie było wiadomo, kto jest mężczyzną, a kto kobietą. O pomieszanie ról, o pomieszanie strojów, a w konsekwencji — o rozmycie płci.

— Na przykład niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki — włączył się kolejny starszy ksiądz. — Zauważyłem, jak „dziewczynki” znacząco spojrzały po sobie, a potem dyskretnie rzuciły okiem na mnie i księdza Jana, ociągając się z wyjściem, by usłyszeć jego opinię.

— Bardzo się cieszę — powiedział ksiądz Jan — że wywiązała się między nami taka żywa dyskusja, ale zasmuca mnie fakt, że duża część księży, ale także i biskupów, odnajduje się w takich właśnie nieprawdziwych i uproszczonych poglądach. Wiedza, jaką mają na temat gender, jest zatrważająca — to mniej więcej poziom prasy bulwarowej. Ja się nie uchylam od tej dyskusji. Przeciwnie, chętnie bym wziął udział w jakimś panelu czy seminarium, możemy się na to umówić, ale nie dziś, przy jedzeniu i winie, bo boję się, że możemy się głęboko poróżnić, a przecież cel naszego spotkania jest inny. Mamy się poznać i zaprzyjaźnić. Czyż nie?

— Słusznie! — zareagował na zamknięcie tematu ksiądz dziekan. — Czy mogę wznieść toast? — spytał biorąc kieliszek do ręki. Wszyscy poszli w jego ślady. — Za naszych szanownych gospodarzy — powiedział, wznosząc kielich. — Witajcie w rodzinie.

Wszyscy zaczerpnęliśmy łyk wina, tylko ksiądz Jan głęboko zanurzył nos w swoim kielichu i wchłaniał jego bukiet. Ale i on dołączył do nas. — Jedzmy — powiedział — bo nam już chyba wystygło. — Ochoczo chwyciliśmy za sztućce. — Kartofelki świetne — skomentował ksiądz dziekan. — Mhm — potwierdzili inni mruknięciem i kiwaniem głową. — I chrupiące — powiedział któryś z księży. — A czym tak pachną? — spytał inny. Ksiądz Jan spojrzał na stojące przy bufecie dziewczyny.

— To rozmaryn, proszę księdza — powiedziała blondynka i… znów dygnęła. Boże, co za dziewczę! — pomyślałem. Taka niewinna, taka pogodna, taka otwarta, rezolutna. I piękna. Wzięła do ręki karafkę z wodą i spytała: — Czy ktoś z księży życzy sobie wody? — I obeszła stół dookoła. Wracając na swoje miejsce, dała dyskretny znak koleżankom i dziewczęta opuściły pokój.

— Ładne tu macie parafianki — skomentował któryś z księży. — Pracowite — dodał drugi. — Sprytne.  — Rezolutne. — Sympatyczne. — Oj, księdzu wikaremu nie będzie tu łatwo.

Uśmiechnąłem się i znów spiekłem raka, na co wszyscy zareagowali śmiechem. Czemu jestem takim prawiczkiem? — pomyślałem o sobie ze złością.

— Bardzo dobra ta jagnięcina. — Ksiądz Baryła wrócił do swoich żartów. — Niech ksiądz już da spokój — napomniał go z uśmiechem ksiądz dziekan. — Wszyscy widzą, że to indyk.  — Takie duże udko? Myślałem, że to jagnię. — Ksiądz Baryła uśmiechnął się spode łba do kolegów. — Duszone w czerwonej kapuście. Świetny pomysł — skomentował jeden ze starszych księży, który do tej pory się nie odzywał. — A te owoce to co? Rodzynki?

Ksiądz Jan dał mi wzrokiem znać, bym trochę bardziej zaangażował się w rozmowę.  — Tak — powiedziałem. — I suszone śliwki. — Mhu — zareagowała reszta. — Będę musiał wziąć przepis — skwitował ksiądz, który pochwalił pomysł duszenia w czerwonej kapuście. — Gosposia też wam się niezła trafiła — dodał ksiądz dziekan. — To prawda — przytaknął ksiądz Jan. — Mamy tu jak u Pana Boga za piecem. Nie zapominajcie o winie. Wtedy lepiej smakuje. Pośpieszyłem uzupełnić kieliszki.

— Świetnie zharmonizowane. Jedzenie i wino. Naprawdę wykwintne.— podsumował ksiądz o łagodnym i pogodnym obliczu, kolejny z tych starszych.

Dziewczęta ponownie wsunęły się do salonu i rzędem stanęły przy bufecie. Kolejno podchodziły do tych, co odłożyli sztućce i zbierały naczynia. Ksiądz Jan wytarł usta serwetką i zaproponował: — Może przed deserem rozprostujemy kości? — Wstał od stołu.

Nasza konstelacja rozsypała się na trzy mniejsze gwiazdozbiory: starsi, młodsi i ksiądz Jan z księdzem dziekanem. Podchodziłem do każdej z grup i proponowałem: — Zaraz będzie deser. I kawa, ale może jeszcze coś do picia? Wino, prosecco? A może koniaczek?

Wszyscy wybrali koniaczek. Rozdałem kieliszki i podszedłem z butelką do gospodarza i jego najważniejszego gościa. Nalałem po centymetrze. — A co to? — spytał zaintrygowany ksiądz dziekan i lekko przechylił trzymaną przeze mnie butelkę. — Sa-ra-ji-shvi-li — odczytał z etykietki. — Gruziński? — Tak — odparł ksiądz Jan. — Pięć gwiazdek?. Chyba rzeczywiście macie tu jak u Pana Boga za piecem. — Bez przesady. On nie jest taki drogi. Dostałem od przyjaciela na pożegnanie. Pociągnęli po małym łyku i odstawili kieliszki na komodę. Ksiądz dziekan wziął księdza Jana za łokieć i wyszli na patio. Poszedłem obsłużyć pozostałych.

— Dawno znasz księdza Jana? — Młodsi zwracali się do mnie na „ty”. — Nie — wyjaśniłem. — Poznaliśmy się dopiero tutaj.

By uniknąć dalszych pytań o biografię, wycofałem się do kuchni. — Świetnie się spisałyście, dziewczyny — pochwaliłem dziewczyny. — I pani też. — Uśmiechnąłem się do Potęgowej. — Jadłyście coś? — Niech ksiądz się o nas nie martwi. Zjemy, jak posprzątamy po deserze.  — A kierowcy? — Byli na obiedzie u Nowakowej. — A co jedli? To samo? — No bez przesady. Zrobiła im schabowe z kapustą. Krzywdy nie mieli. — Świetnie. Dobrze wyszło, prawda? Pani też tak uważa? — Dobrze, niedobrze. Normalnie. Niech ksiądz nie chwali dnia przed zachodem słońca. Jeszcze nie wyjechali. — Dobrze, dobrze. Wszystko dobrze — paplałem podekscytowany. — To co? — spytała nasza gospodyni. — Możemy podawać deser?

Każda z dziewcząt podeszła do innej grupki. Usłyszałem, jak blondynka pyta: — Na deser będzie szarlotka, można wybrać z bitą śmietaną albo z lodami waniliowymi. Co ksiądz sobie życzy? — Jak będzie od ciebie, to ja bym chciał loda z bitą śmietaną — palnął Baryła, a inni wraz z nim wybuchnęli śmiechem. — Proszę księdza! — zareagowała ostro blondynka. — Bo się poskarżę! — Księdzu proboszczowi czy wikaremu? — szydził sobie dalej Baryła. — Dzie-ka-nowi! — odparowała szorstko i pokazała mu język. Naprawdę! Pokazała mu język. Nie wyciągnęła go wprawdzie na brodę, ale wyraźnie wysunęła go z ust. Obróciła się na pięcie i wyszła do kuchni. Cała grupa ponownie huknęła śmiechem.

— Niezłego tu macie diabełka — skomentował ksiądz Baryła, zwracając się do mnie. — Jeszcze nie wiemy, czy to diabeł, czy anioł — odpowiedziałem ze sztucznym uśmiechem na ustach. Stanąłem w drzwiach do ogrodu, by pokazać księdzu Janowi, że podano deser. — Jeszcze chwilka! — odpowiedział mi gestem dłoni.

Księża zjedli po swojej szarlotce, z bitą śmietaną lub z lodem, tylko Baryła dostał podwójną porcję z dwoma gałkami lodów i takim kopcem bitej śmietany, że omal nie spadła z talerzyka. Dziewczęta zbierały naczynia, ale blondynka wyraźnie unikała kontaktu z Baryłą. Postanowiłem obejść towarzystwo z butelką koniaku. Porozsiadali się teraz wygodnie dookoła salonu z filiżanką kawy lub kieliszkiem koniaku w ręku. Na fotelach, na sofie, na krzesłach.

— Szkoda, że ksiądz proboszcz nie podjął dyskusji — zwrócił się do mnie ksiądz Oczko. — Nie wiadomo kiedy znów trafi się ku temu okazja.

— Na pewno się trafi — odpowiedziałem bez przekonania.

— My, żeby porozmawiać, nie potrzebujemy żadnego „panelu ani seminarium”, tylko walimy prawdę prosto z mostu — skomentował szorstko Baryła. — Święta prawda — poparł go Oczko. Święta prawda, gówno prawda — pomyślałem, ale nie wypowiedziałem swojej myśli na głos.

— A wracając do tego genderyzmu — ksiądz Tumor chciał mimo wszystko wyłożyć swoją „prawdę” prosto z mostu — widzieliście do czego ostatnio doprowadził? Ile zwolenniczek zabijania dzieci wyszło na ulicę? Policja słusznie zrobiła, że rozpędziła je pałkami.

— Oczywiście, że słusznie. Kobiety w naszym kraju nie powinny mieć prawa do antykoncepcji, aborcji i in vitro. — Ksiądz Oczko przypieczętował jego prawdę swoją.

— To prawda. — Kolejny ksiądz postanowił wyjechać ze swoją „prawdą”. — Zgwałcona kobieta, która skorzysta z tabletki „dzień po”, popełnia jeszcze większą zbrodnię niż gwałciciel.

— A kto ponosi winę za gwałt? Dziewczynki są formułowane do posłuszeństwa i podległości tym, którzy je seksualnie wykorzystują. To one swoim wyglądem, ubiorem, zachowaniem kuszą, prowokują i ponoszą winę za to, że są molestowane i gwałcone.

— I po co to całe in vitro? Czy nie wystarczy modlitwa? Szczera modlitwa owocuje poczęciem dziecka.

— Oczywiście — włączył się kolejny ksiądz. — A poza tym dziecko poczęte z probówki, poza Bogiem, jest produktem, a nie bytem. Nie istotą. Jest zwierzęciem.

— Bo genderystom właśnie o to chodzi, by zrównać człowieka ze zwierzętami, tak samo jak ekologom. Ekologizm to totalna, czyli substancjalna wrogość względem człowieka jako osoby i tylko przejściowa humanizacja zwierząt, drzew i roślin. Ekologistom chodzi o nowe relacje pomiędzy człowiekiem a przyrodą. To radykalne przekształcenie przyrody stanie się istotną częścią bytową radykalnego przekształcenia społeczeństwa, co w politycznej praxis oznacza „istotową zmianę świata”, którego miałyby w praktyce dokonać ruchy zielonych, lewicy, oraz wszystkie związki feministyczno — homoseksualne. Dla tego nurtu myślowego przyroda posiada wspólną z człowiekiem substancję i staje się tym samym pełnoprawnym oraz równorzędnym podmiotem, a pamiętajmy, że w całej nauce i nauce Kościoła katolickiego oraz nauce Pana Boga człowiek pojęty był jako podmiot osobowy, a cała przyroda — łącznie ze zwierzętami — jako byt przedmiotowy — wywodził uczenie ksiądz Tumor. — Ekologizm to najpierw totalny ateizm. Ta mała Szwedka, co jeździ po świecie, staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych. To jest sprzeczne z tym wszystkim, co jest zapisane w Biblii — spuentował.

— To samo wegetarianizm — poparł go ksiądz Oczko. —To oferta ideologiczna. Im więcej szacunku dla zwierząt, tym więcej pogardy dla człowieka.

Słuchałem z przerażeniem, jak jeden po drugim wygadywali brednie, jakby pisali scenariusz do teatru absurdu. Atmosfera robiła się coraz luźniejsza. Księża ośmielali jeden drugiego i zachęcali do powiedzenia czegoś od siebie. Z każdą wypowiedzią utwierdzali się w swoim przekonaniu nie tylko o słuszności, ale i o doniosłości głoszonych poglądów. I o swoim dobrym guście i intelektualnym wyrobieniu. Rozmowom co chwila towarzyszyły salwy śmiechu, aż przerodziły się w nieustanny rechot.

Ksiądz Tumor rozkręcił się na dobre i zawołał: — Obudź się, ojczyzno! Roztrzaskaj glinianych idoli LGBT, co po ludzku grzeszyć nie potrafią! I niech sczezną ci wszyscy trawożercy, wyznawcy animizmu, fetyszyści, co oddają hołd pogańskim bożkom. Obronimy przed nimi naszą świętą wiarę! Czyż Pan Bóg nie wybrał sobie naszego narodu, żeby doprowadzić ludzkość do Dnia Ostatecznego? Czyli my, kochani, tak najtrzeźwiej mówiąc, przejęliśmy pałeczkę po Żydach i Niemcach. Gdzie byłeś, Izraelu, gdy nasi rodacy ratowali żydowskie dzieci? Kto finansował Führera? W czyich rękach był przemysł farmaceutyczny, który uśmiercał braci Żydów w obozach koncentracyjnych? Kto kooperował gospodarczo z Trzecią Rzeszą? Proszę nam podać z imienia i nazwiska tych ludzi oraz ich narodowość! A kto był właścicielem banków udzielających gigantycznych kredytów na budowę krematoriów w Auschwitz-Birkenau?

— Tak jest, brawo! — zaczęli wołać jeden przez drugiego. Niektórzy naprawdę klaskali w dłonie. Powitali spojrzeniami przepełnionymi dumą i samozadowoleniem księdza Jana i księdza dziekana, którzy właśnie weszli do środka. Pierwszy odezwał się ksiądz Jan: — Od jakiegoś czasu przysłuchuję się waszej… — tu zawiesił głos i odchrząknął — rozmowie i zastanawiam się, gdzie koledzy to wszystko przeczytali? Chyba nie w Ewangelii…? — Oczywiście, że nie. O tym się mówi dziś — wszedł mu w słowo Tumor. — … ani w nauczaniu Kościoła, bo papież chyba mówi coś innego?

Na moment zaległa niezręczna cisza, którą postanowił przerwać jeden ze starszych księży, który do tej pory milczał: — Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni — modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego… — Papież chyba upadł na głowę, bo broni grzeszników: gejów, gender i lesbijek! — zawołał wciąż rozpalony Tumor.

— O Panu Jezusie też mówili, że się otacza grzesznikami, celnikami, że broni kobiety grzeszne przed kamienowaniem — odpowiedział mu ze ściągniętym czołem ksiądz Jan. Znów na moment zapadła niezręczna cisza. — Co wolno Jezusowi, to nie papieżowi! — wypalił Baryła i wszyscy ponownie wybuchnęli śmiechem, zadowoleni, że znów trafnym żartem rozładował niezręczną sytuację. — A czy Jezus nie mówił: „Zostaw wszystko i pójdź za mną?” oraz: „I ty czyń podobnie?” — spytał ksiądz Jan bez przekonania, jakby nie widział sensu włączania się w ten trajkot. — Mówił, mówił, ale na nas chyba czas. Dziękujemy księżom za gościnę. — Ksiądz dziekan chyba chciał uniknąć dalszej kompromitacji. Podnieśli się od stołu, z krzeseł i foteli, a Baryła zwrócił się do kolegów słabo tłumionym szeptem: — Zostawcie wszystko i pójdźcie za mną. Napijemy się czegoś porządnego. — Proszę się nie gniewać, to prości księża, nie zawsze wiedzą jak należy rozmawiać z uczonym — zwrócił się ksiądz dziekan do mojego proboszcza. — W piśmie — znów udawanym szeptem skomentował ksiądz Baryła przed kolegami.

Książka jest już skończona, trwają prace redakcyjne, jej premiera przewidziana jest na jesień 2022 r. Ale już teraz możesz kupić w przedsprzedaży jeden ze stu numerowanych egzemplarzy sygnalnych z dedykacją i podpisem autora. Najniższy numer na 18 maja to 3.

Ucieczka od wolności

— Nie chciałbym, żeby ksiądz mnie źle zrozumiał. Przecież jesteśmy wspaniałym narodem, przecież nie raz zadziwiliśmy świat naszą odwagą, naszą mądrością, naszym poświęceniem, ale teraz dzieje się z nami coś niedobrego. Skąd ta pogarda do lepszych, ta agresja, ten plugawy język, brak szacunku dla prawa, dla prawdy, dla zasad, dla demokracji? Czy ksiądz się zastanawiał, skąd się to wszystko bierze? To ze strachu. Oni się boją zmian, oni się boją nowego świata, oni się boją nowoczesności, bo myślą, że sobie w niej nie poradzą, że będą nikim, że inni będą się z nich śmiać, bo nie znają języków, bo nie potrafią obsługiwać komputera, bo nie czytają książek, bo nigdy nie wyjeżdżali za granicę. Oni w dzisiejszym świecie czują się niekomfortowo. A kto by się czuł komfortowo w warunkach, w których by było widać, że jest biedny, źle ubrany, niewykształcony, nie potrafi się wysłowić. To tak jakby prostego chłopa w łapciach sto lat temu zaprosić na salony, na bal. No, nie czułby się komfortowo. Oni myślą, że wszyscy nimi gardzą i się z nich śmieją. I nawet gdy nikt tak nie robi, nie śmieje się z nich, nie wytyka palcami, oni mimo to myślą, że się z nich śmieją. Dziś nikt nikogo nie wytyka palcami, bo dziś nikogo nie obchodzi, jak inny wygląda, jak się ubiera i — niestety — co mówi i myśli. Ludzie w tłumie odwracają od siebie wzrok i udają, że nikogo nie widzą. Ale mimo to to poczucie gorszości im doskwiera. Ale przede wszystkim samotność, bo wspólnota, jaką im oferuje demokracja liberalna, społeczeństwo jednostek autonomicznych ich nie satysfakcjonuje, nie pociąga ani nie jest dla nich zrozumiała. I oni bardzo by chcieli zlikwidować tę samotność, tę pustkę. Łatwo zrozumieć dewocję ludzi starszych, stojących już nad grobem, ale dlaczego taka stara kobieta daje posłuch nazistowskim demagogom? Czy ona nie widzi, że to, co głoszą, stoi w całkowitej sprzeczności z tym, w co ona wierzy? Może i widzi, może to jakoś intuicyjnie wyczuwa, ale „rozumuje” emocjonalnie. A tym, co jej najbardziej doskwiera jest samotność. Ona jest samotna, bo nie potrafi zbudować wspólnoty ze swoimi wykształconymi dziećmi, o które tak dbała, którym chciała wpoić religijne i obyczajowe wartości, a one, niewdzięczne, tego nie chcą, ponieważ mają swoją „liberalną” wiarę, swoje przekonania i żyją we wspólnocie ludzi podobnych sobie. Może i odnoszą się do matki z szacunkiem, może jej pomagają na starość, ale poza tą relacją pokrewieństwa nic ich nie łączy. Oni, poza wymianą praktycznych komunikatów, nie mają ze sobą o czym rozmawiać. Więc trudno się dziwić, że ta stara kobieta poszukuje wspólnoty ludzi podobnie patrzących na świat co ona. I podobnie jak ona odrzucających obcą dla siebie wspólnotę ludzi nowoczesnych. Po co im ta nowoczesność? Po co im ta wolność? Podobnie mężczyzna w sile wieku, który kiedyś spróbował wziąć sprawy w swoje ręce i mu nie wyszło. Zawiódł się na świecie liberalnym, przegrał. I kto jest winien? On? Taki pracowity, taki odważny, taki pomysłowy? Jego zdaniem oczywiście  nie. On myśli, że skrzywdził go ten nowoczesny, liberalny świat. „Bierz sprawy w swoje ręce”. „Jesteś kowalem swego losu”. „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. To są wszystko oszustwa liberalnego świata, iluzje, którymi został zwabiony w sidła swojej „wolności”. Albo młodzi ludzie, dwudziestokilkulatki, które tyle pracy włożyły w zdobycie wykształcenia, tylu wyrzeczeń dokonały. Skończyli studia, które im nic nie dały; nawet nie uchyliły drzwi do żadnej kariery. Cynicy mówią, że to były studia „śmieciowe” i że teraz czeka na nich tylko śmieciowa praca, śmieciowe umowy, śmieciowe kontrakty. Dla takich ludzi wolność oznacza samotność, porażkę, zawód życiowy. Dlatego wybierają ucieczkę od wolności.

To pojęcie mnie elektryzuje, bo przecież nie raz obiło mi się o uszy, i dobrze wiem, że ksiądz Jan mnie zaraz spyta, czy czytałem tego… F…, F…, F… Freuda? I rzeczywiście: — Ericha Fromma ksiądz czytał? — pada jego pytanie. No, byłem blisko. — Trzeba przeczytać, proszę księdza, koniecznie. To dziś lektura obowiązkowa.

A może kupisz całą powieść w przedsprzedaży?

Wojna pomiędzy tyranią a demokracją

Wojna Putina z Ukrainą i wojna Kaczyńskiego z Polakami gorszego sortu to ta sama wojna.

Słuchaliście wyznań tych biednych chłopców z armii Putina? Jedni mówili, że myśleli, że są na ćwiczeniach, inni, że będą wyzwalać bratni naród ukraiński od faszystowskiego najeźdźcy. Pozwolono im zadzwonić do rodziny, która często nie wiedziała, że toczy się jakaś wojna. To jest najlepszy przykład społeczeństwa, któremu tyran wyprał mózgi. Propaganda zamiast obiektywnej wiedzy o świecie. Brak dostępu do rzetelnych wiadomości.

Do tego właśnie zmierza Kaczyński. Wystarczy posłuchać zwolenników PiS: Polska pod rządami Tuska była kondominium niemiecko-rosyjskim, a sam Tusk to agent Angeli; pod jego rządami nasz kraj pogrążony był w ruinie, społeczeństwo cierpiało biedę, a dzieci głodowały. Bruksela to okupant czyhający na naszą suwerenność. Obronić i uszczęśliwić może nas tylko PiS, bo daje 500 plus, trzynastki i czternastki. Dzięki niemu w Szczecinie znów buduje się statki, w Strzegomiu rozwija się dolina krzemowa, w Bielsku-Białej buduje się samochody elektryczne, w Końskich znów jeżdżą pociągi, a pekaes dociera do każdej gminy. Przecież tak mówili w Radiu Maryja i w TVP Info. Tylko w „Wyborczej” piszą, a w TVN pokazują co innego. Czemu „Wyborcza” i TVN rozsiewają te kłamstwa? Bo to media antypolskie. Dlatego należy im cofnąć koncesję i wykończyć je finansowo.

Łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby nie „Wyborcza”, „Newsweek”, Onet,  TVN, Radio Zet i inne wolne media. Mentalność jeszcze większej części Polaków podobna by była do tej obywateli państwa Putina.

Ja wiem, że w tym momencie przeżywamy patriotyczne uniesienie, że w imię jedności gotowi jesteśmy przymknąć oko na nieczyste zagrywki i wiele wybaczyć tym , którzy przez swój zamach na praworządność pozbawili nas miliardów euro z Funduszu Odbudowy, którzy mówili o Unii Europejskiej, że to tylko wyimaginowana wspólnota, których Europa określa jako piątą kolumnę Putina. Nie dajmy się jednak nabrać na ich faryzejskie gesty.

Oburzając się na działania rosyjskiego tyrana i szaleńca nie zapominajmy jednak  o własnym, bo ta sama wojna, która dziś w militarnej formie się toczy na Ukrainie, od lat toczy się w Polsce w formie politycznej. A jest to wojna pomiędzy tyranią a demokracją i wolnością.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

Rozdział III

Po ukończeniu seminarium zostałem skierowany do dużego miasta. Ucieszyłem się, bo na wsi albo w małym miasteczku jesteś stale na widoku, a w dużym mieście chowasz koloratkę, ubierasz się w cywilne ubranie i niezauważalnie mieszasz się z tłumem. Dostępne jest wszystko, z czego korzystają zwykli ludzie: kina, restauracje, baseny, burdele. Przecież tam nikt nikogo nie pyta o zawód.

Szybko wciągnąłem się w pracę wikarego. Mój proboszcz, mężczyzna w sile wieku, bezpiecznie mnie wprowadzał w rutynowe działania. Msze święte i nabożeństwa. Najpierw majowe, potem czerwcowe. Spowiedź, ofiara, eucharystia. Chrzty, śluby, pogrzeby. Najpierw wprowadzał mnie w związaną z nimi buchalterię, a po wakacjach obiecał mi udzielanie sakramentów. On się skupiał nad przygotowaniem dzieci do komunii, młodzieży do bierzmowania i młodych do ślubu, chciał mnie w to wciągnąć przez katechezę. W pobliskiej podstawówce był wakat katechety. Wypełniali go nauczyciele z innych szkół. — Niech ksiądz to weźmie — mówił. — Otrzaska się ksiądz w pracy z dziećmi, wyjdzie do ludzi, zaszczepi przeciwko lekceważeniu, śmiechowi, hejtowi, podchwytliwym pytaniom. Bo chyba ksiądz się nie spodziewa, że wszyscy tu będą księdza po rękach całować? To jest miasto, proszę księdza. Tu wszyscy są zaganiani, nawet nikt księdzu nie powie na ulicy „Pochwalony!”. No i legalnie będzie ksiądz zarabiał. To będą księdza prywatne pieniądze.

Dzieci w szkole bardzo się ucieszyły, że będą miały od religii młodego księdza, a nie starą, zdewociałą katechetkę. Praca nie była trudna. Już w lecie dokładnie przejrzałem podręczniki, więc w szkole wystarczyło mi przejrzeć je raz jeszcze przed zajęciami, a potem przerabiać je lekcja po lekcji. Ale dzieci bardzo chciały mnie poznać, więc pytały o moje dzieciństwo, o młodość, jak zostałem księdzem. Oczywiście nie mówiłem im prawdy o sobie, bo gdy zostajesz osobą duchowną, twoja świecka przeszłość znika. I jeśli chcesz być dobrym pracownikiem winnicy pańskiej, twoja osobowość też powinna zniknąć. Nie ma ciebie. Nie ma twoich potrzeb. Cały powinieneś oddać się Bogu i podporządkować Kościołowi. Twoje hobby, pasje, zainteresowania twojemu biskupowi nie są do niczego potrzebne. Jeśli je masz i mimo wszystko kultywujesz, władza kościelna patrzy na to podejrzliwym okiem. Takie przynajmniej zasady wpajano nam w seminarium. A kiedy je podważaliśmy i pytaliśmy: A Jan Paweł Drugi? Kajaki, narty, wędrówki, poezja, teatr, języki… to odpowiadano nam, że taki styl życia nie może być wzorem dla każdego księdza i że JP2 zajmował się tym wszystkim głównie podczas urlopu, a na pierwszym miejscu były zawsze u niego obowiązki kapłańskie.

Obowiązki kapłańskie to było powołanie i pasja mojego pierwszego proboszcza. Realizował się w tym kompletnie. Nie tylko na urzędzie, ale też jako przewodnik duchowej wspólnoty, którą chciał przepoić życie parafii. Założył klub młodzieżowy, gdzie dzieci mogły przyjść po szkole, odrobić lekcje, pograć w ping ponga, w warcaby, poczekać, aż rodzice wrócą z pracy. Dla słabszych uczniów zorganizował korepetycje. Starsi uczyli młodszych. Głównie matematyki i angielskiego. Ale dumą naszej parafii była orkiestra dęta, w której grali chłopcy i dziewczęta. Zrymowało mi się. No i dobrze, bo to była wspaniała harmonia. Orkiestra miała swoją kapelmistrzynię, dziewczynę z werwą, po szkole muzycznej, która też była naszą organistką. Uczyła gry i muzyki młodsze dzieci, które przygotowywała do gry w orkiestrze. U nas w kraju w zasadzie nie używa się określenia „gmina religijna”, ale ksiądz proboszcz dokładał wszelkich starań, by w parafii zbudować coś na kształt wspólnoty.

Miałbym tam dobrze, jak u Pana Boga za piecem, ale niestety mój wróg upomniał się o swoje. Wrócił do mnie pod postacią dziewczynki. „Małgorzata” to chyba częste imię jego towarzyszek? Małgosia miała dziesięć lat. Piękna, wesoła dziewczynka o czarnych, długich włosach i czarnych oczach w pięknej, jak to się mówi, oprawie. O ciemnej karnacji skóry. Szczuplutka, nieduża, a właściwie nawet filigranowa. Wesoła, pogodna, ale i rezolutna, od czasu do czasu popadająca w zadumę. Bystra i inteligentna, choć czasami niezbyt mądra, ale czy przez to nie bardziej urocza? Dla mężczyzn? Dla mężczyzn, bo przede wszystkim im chciała się podobać. Nieraz przyłapywała mnie na lubieżnym spojrzeniu, jakim mężczyzna patrzy na kobietę. Uśmiechała się porozumiewawczo, jakby chciała podziękować za komplement. Była bardzo świadoma swojej urody. Nie w tym sensie, by wiedziała, jak z niej korzystać, ale w tym, że wiedziała, że jest ładna. Lubiła to podkreślać. Kokietka, mała kokietka. Miała taki zalotny gest. Zbierała włosy zwisające jej z przodu ramienia i teatralnie zalotnym ruchem dłoni zarzucała je palcami na plecy, uśmiechając się przy tym zalotnie. Wiem, wiem. Zauważyłem to. Trzy razy użyłem słowa „zalotnie”. Nieświadomie, ale nie będę tego poprawiał, bo to najlepiej pokazuje, jaka była. A uśmiech miała rozbrajający. Szczerbaty jak drewniane grabie po pracy na kamienistym polu. Dziwiłem się, że dziesięciolatkom wypadają mleczne zęby. Myślałem, że dzieje się to wcześniej. Ale nie. Jej koleżanki też miały taki sam szczerbaty uśmiech. Podobała się sobie. Narcyz malutki. Czasami po weekendzie przychodziła do szkoły z pomalowanymi paznokciami. Ponoć bawiła się z koleżankami w salon piękności i w niedzielę zapominała zmyć lakier.

Kiedyś, w jakiejś wesołej sytuacji spytałem ją podczas lekcji, czy wolałaby być piękna i młoda, czy stara i brzydka. Małgosia zastanowiła się chwilkę i pojęła mój żart. Oczywiście że piękna i młoda — powiedziała ze swoim rozbrajającym szczerbatym uśmiechem. Zapomniałem jeszcze dodać, że uśmiechając się zalotnie, bądź rozbrajająco, mrużyła oczy. Też zalotnie. Wszystko w niej było zalotne. — A wolałabyś być piękna i głupia czy brzydka i mądra — podjął zabawę klasowy prymus. Małgosia zastanowiła się głęboko, po czym odpowiedziała poważnie: Piękna i głupia. Chłopiec wybuchnął śmiechem, ale nikt inny się nie śmiał. Wszyscy w klasie, a zwłaszcza dziewczynki, nie z nim, lecz z nią się zgadzali. Oj, drogo prymus przypłacił próbę udowodnienia, że jest mądrzejszy niż wszyscy. Dziewczyny dokuczały mu do końca szkoły.

Małgosia przychodziła do mnie do spowiedzi. Czemu wybrała sobie mnie na spowiednika, a nie innego z księży? Na plebani było nas czterech. Używała brzydkich wyrazów, jak wszyscy. Wzywała imienia Pana Boga swego nadaremno. Jak wszyscy, tylko nie wszyscy się z tego spowiadali. Dokuczała koleżance, jak wszystkie. Gniewała się na mamę, biła się z bratem, zapominała o wieczornej modlitwie, opuszczała niedzielną mszę świętą — jak wszyscy. Ale ona miała też nieskromne myśli. Nie wiem, co mnie podkusiło (to znaczy wiem, dziś dobrze to wiem, że musiał to być mój odwieczny wróg), że spytałem: — A jakie konkretnie? — Myślałam o księdzu — wyszeptała. Wiem, dziś dobrze to wiem, że powinienem był uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale zapomniałem się i nie rozpoznałem mojego odwiecznego wroga. Nie zważając na to, że jej nieco przydługie klęczenie przy konfesjonale może czekającym w kolejce wydać się podejrzane, brnąłem dalej. — A co myślałaś? — spytałem z duszą na ramieniu. — Że ksiądz mnie całuje. (Boże!!!) — Że ksiądz mnie przytula, że ksiądz mnie głaszcze, że ksiądz mnie dotyka. Moja księża mość drgnął pod sutanną. Wystraszyłem się, że ktoś może usłyszeć. Natychmiast dałem jej rozgrzeszenie, za pokutę zadałem trzy razy Zdrowaś Mario i zdecydowanie, może nawet zanadto, dwa razy głośno odpukałem w niemalowane drzewo.

Teraz ona próbowała złapać mój wzrok swoim wzrokiem, a ja go unikałem. Ale wymyśliła sprytny fortel. Udawała, że się zamyśla, zapatrza na coś nieokreślonego i kiedy ulegałem tej prowokacji i sam się na nią zapatrywałem, ona wykonywała nagły ruch głową i łapała moje spojrzenie: A, mam cię, zbereźniku!

Przegrałem tę walkę. Wyznaję to szczerze, przegrałem. Teraz ja zacząłem myśleć o niej. Śnić, budzić się w środku nocy z jej obrazem w głowie. Wstydzę się opowiadać o wszystkich szczegółach, ale to, o czym śniłem, to o czym marzyłem, to nie była jej mglista postać. To były detale jej ciała, które zacząłem ukradkiem obserwować. Piegowaty nosek, lekko wydłużone płatki uszu, same uszy, wystający w rozpięciu bluzki obojczyk, obgryzione paznokcie, czasem z łuszczącym się lakierem, czasem z żałobą po kocie. Cieniutkie przedramię, zeszpecone nieudolnie wykonanym długopisem tatuażem. Czubki próbujących przebić jej T—shirt piersi (nie nosiła jeszcze stanika). Wystająca spod leginsów gumka różowych majteczek. Dopiero zapowiadająca kształt gruszki sylwetka jej ciała i, mimo wszystko, wciąż jeszcze chłopięce pośladki, zebrane w perfekcyjne krągłości przez elastyczne legginsy, nieświadome, że powłóczę za nimi swoim bazyliszkowatym wzrokiem świętoszka. Śniłem też o jej lekko matowym głosie (czy dziewczynki też przechodzą mutację?). Jej zdrowy śmiech, wydobywający się z jej płuc, z jej krtani, z jej ust też budził mnie po nocach. By poczuć jego woń, w pierwszy piątek lutego, niby chuligan, przebiłem długopisem kilka dziurek w folii, którą była wyłożona kratka konfesjonału. Czekałem na nią, ale nie przyszła. Łudziłem się, że przyjdzie następnego dnia albo w niedzielę, ale też nie przyszła. Przeziębiła się i leżała przez cztery dni w łóżku. Ksiądz proboszcz zlecił kościelnemu wymianę folii. Przebiłem ją znowu. Kościelny po paru dniach ją naprawił, a ja ją znów przebiłem. Czekając na Małgosię znosiłem wyziewy nieumytych dziecięcych gąbek i starych gęb z popsutymi zębami. Wiedziałem, co ludzie jedli na obiad: ogórkową, kapuśniak, mielone, mizerię, bigos, pyzy polane tłuszczem i skwarkami ze słoniny, pizzę hawajską z sosem czosnkowym. I co na śniadanie: jajecznicę na boczku, ze szczypiorkiem lub bez, zupę mleczną, jajka na twardo, chleb z kiełbasą. Poznałem kwaśny zapach przepoconych ubrań, fetor owłosienia spod pachy, kwas wina i gorycz piwska. Za czwartym razem kościelny powiedział do księdza proboszcza: — Proszę księdza, ktoś przebija tę folię od środka. Przyjrzałem się, rozdarte krawędzie wchodzą w kratkę, a nie do wewnątrz. — Pewnie jakiś żartowniś chowa się w konfesjonale — pospieszyłem z wyjaśnieniem — żeby nikt go nie zobaczył z zewnątrz. A jak go przyłapiemy, to pewnie powie, że tylko się bawił w chowanego. Ksiądz proboszcz spojrzał na mnie, jakby chciał spytać: Sherlock Holmes czy Herkules Poirot?

Dałem za wygraną, ku własnemu komfortowi i zadowoleniu pozostałych księży. Małgorzatka przyszła do spowiedzi w pierwszy piątek marca. Nie mówiła nic o koleżance, ani o mamie, ani o bracie. — Cały czas o księdzu myślę — zaczęła prosto z mostu. Wcelowałem palec w jej usta i przebiłem folię. Odruchowo szarpnęła głową. — Czemu tak? — spytała. — Żeby cię lepiej słyszeć, mów ciszej. (Wilku… dlaczego masz takie duże uszy? Wilku… dlaczego masz takie duże oczy? Wilku… na co masz wilczy apetyt? Wilku… co tam chowasz pod sutanną?). Jej oddech miał zapach kakao i placków z jabłkami posypanymi cukrem waniliowym. — Dotykałam się w różnych miejscach. — Dziecko, zgubisz mnie i siebie. Za pokutę odmów całą dziesiątkę różańca. Puk, puk! — Idź już.

Do dziury w folii sam się przyznałem. — Czekałem na spowiedź — powiedziałem księdzu proboszczowi i z nudów zacząłem sprawdzać napięcie tej folii na kratce i nagle: trach! Zrobiłem dziurę. Bardzo przepraszam, Powiem panu kościelnemu, albo sam ją wymienię. — Dobrze, że ksiądz komuś oka nie wykłuł — zaśmiał się ksiądz proboszcz. — Mam nadzieję, że to ostatni raz. — Żartobliwie pogroził mi palcem. Wiedziałem, że to nie może się dobrze skończyć. Trzymał mnie w swych szponach. Spełniłem twoje życzenie, mówił. Zabiłem ci ojca, chciałbym coś za to dostać. Nie pytałem go, co. W ogóle z nim nie rozmawiałem. Ani razu. Przez cały czas to on mówił do mnie. Nie pytałem go, ale dobrze wiedziałem, czego chciał. Tamtej dziewczynki.

„Weronikę” powinienem skończyć w ciągu kilku najbliższych miesięcy i wydać ją jeszcze w tym roku. Ale może sięgniesz po moją pierwszą powieść? Dostępna jest tutaj:


Nowy Ład

Ujmując to w jednym zdaniu: na początku wita nas Witek, która zawitała na Jasną Górę modlić się do Królowej Polski o mądrość dla posłów, którzy, owszem, nagminnie popełniają grzech pychy i zachłanności, ale myślą i mądrością jednak nie grzeszą, więc ze wsparciem sił nadprzyrodzonych czy bez i tak wychodzą na osłów; Królowa za wstawiennictwem swego Syna wyprasza u Jego Ojca zesłanie Ducha, by odnowił oblicze ziemi, tej ziemi; Duch zstępuje i obiecuje złożyć do laski marszałkowskiej projekt Nowego Ładu, dzięki któremu oblicze kraju zmieni się nie do poznania; kibole, naziole, kato-fasze i inne upiory udają się na łysą górę z pielgrzymką dziękczynną; podatki zostają zredukowane do zera, a ceny spadają o sto procent; bank drukuje pieniądze bez pokrycia, ale za to z wizerunkiem papieża i małego brata, ciemny lud je tezauryzuje, oprawia w ramki i czci jak relikwie; bankomaty drukują nowe, pachnące świeżą farbą banknoty, więc najwięcej wyciągają ci, co mają lepkie łapy; oddają kasę na Kościół, bo wiedzą, że kto na Kościół łoży, ten się nie zuboży; ludową mądrość udowadnia jeden taki, co okazyjnie kupuje grunty od biskupa, po czym sprzedaje z dziesięciokrotną przebitką; żeby mu niczego nie odebrali, przepisuje wszystko na żonę, która z wdzięczności obiecuje oddać wdowi grosz na Caritas; rząd uchwala dla siebie nagrody, ciemny lud to kupuje, bo te pieniądze im się przecież należały; sztukmistrz z Żoliborza rozdaje emerytom trzynastki, czternastki i obiecuje, że w następnej kadencji będą jeszcze piętnastki; nie wszyscy dostaną, bo wielu nie chce się szczepić i umiera z powodu pandemii, ale trudno: kto umrze, ten umrze, społeczeństwo najwyżej się odmłodzi; coraz więcej młodych idzie na wybory i głosuje na bosaka; kobiety się buntują, bo nie chcą rodzić trupów i tworzą opozycję pozaparlamentarną, wychodzą na ulicę i używają słów nieparlamentarnych; władza podejmuje decyzję o ostatecznym rozwiązaniu kwestii kobiecej, trybunał Julii Przyłębskiej ogłasza, że ze względu na statystyki liczy się każdy noworodek, żywy lub martwy; Kobiety się nie zgadzają i udają się z prywatną petycją pod dom ukochanego przywódcy, który ich nie wpuszcza na audiencję, a w dodatku nie posługuje się siłą argumentów, lecz używa argumentu siły i wysyła przeciwko kobietom policję; policja otacza szczelnym kordonem willę człowieka wolności i wraz z kibolami i naziolami pałuje kobiety, aż im w oczach stają gwiazdy w dwóch konstelacjach — po pięć i po trzy; w Szczecinie chcą pociąć na żyletki „Batorego”, chociaż jeszcze nie odbył żadnego rejsu, ba! jeszcze nawet nie został zwodowany ani zbudowany, ale za to dobrze zbajerowany; „ A srał kot tę stępkę” mówi o promie Małgorzata Jacyna ze Szczecina; ludzie w całym kraju jednak nie dają sobie wybić z głowy sukcesu propagandy sukcesu i wierzą, że budujemy promy, samochody elektryczne, a w Strzegomiu mamy Dolinę Krzemową, i że cały świat przyjeżdża do nas pożyczać, jak mówi Glapiński; ciekawe co? chyba jego faworyty; niektórzy mówią, że Kaczyński już niedługo wyleci w kosmos, razem z zięciem Hermaszewskiego; Gilette bajeruje, że żyletki są najlepsze dla mężczyzny, nawet lepsze niż seks, po sześćdziesiątce; zgadza się z tym Terlecki i zgłasza się na casting, by zostać twarzą Gilette, ale go odrzucają ze względu na zbyt pomarszczoną facjatę, której już żaden klej, nawet butapren, nie wygładzi; za to okrągłą buźkę, i ponoć także mózg, ma Sasin, nasz minister niegospodarności; resorty siłowe kupują Pegazusa, którego instalują koło budki, by podsłuchiwać Brejzę; służby mają się dobrze i na lewo rozdają pieniądze z funduszu sprawiedliwości, lecz dają je tylko tym, co stoją na prawo od miejsca, w którym kiedyś stało ZOMO; Pegazus śmiga jak należy, ale ZUS ledwo zipie, bo tam sami emeryci i renciści; Owsiak kradnie i kupuje sprzęt medyczny dla szpitali; Szumowski kradnie i nie kupuje żadnego sprzętu; Tusk dorysowuje w supermarketach kreski na kodach kreskowych, przez co doprowadza do wzrostu inflacji; Morawiecki obiecuje ją zdusić, ale inflacja wymyka się spod kontroli i dusi najbiedniejszych; kraj się przez to statystycznie bogaci; bogaci płacą większe podatki, dlatego nauczyciele dostają niższe pensje; Czarnek przekształca oświatę w ciemnotę, Nowak broni młodzież przed zejściem na Dziady; Dziady spieprzają, gdzie pieprz rośnie, ceny pieprzu też rosną; w telewizji pieprzą głupoty, oczerniają Grodzkiego i wybielają Obajtka; Obajtek kupuje wszystkie gazety, z wyjątkiem koszernej, bo nie jada koszernie, ale za to ma apetyt na kwiat Lotosu, lecz Lotos przejmują Ruscy, jak Kaczyński ustalił z Orbánem na zjeździe partii neofaszystowskich; Przyłębska, by roztoczyć parasol ochronny nad sędziami prokuratora krajowego, który dla byłego premiera jest zerem, uchwala, że europejskość stoi w sprzeczności do polskości; pod parasolem ochronnym powstaje efekt cieplarniany, w wyniku którego na biegunach topią się lodowce i woda zalewa tereny przybrzeżne; Jezus zamienia wodę w wino, ksiądz zamienia wino w krew Chrystusa, krew się burzy w żyłach oglądających Wiadomości, bo Wiadomości kłamią, jednak kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, a prawda jest taka, że TVN fałszuje wyniki skoków; skoki wracają do domu, jak mówi Babiarz, czyli do odzyskanej telewizji; Horngacher nas zdradza, więc Duda zdradza NATO i jedzie do Pekinu osobiście dmuchać naszym pod narty i od razu oliwa na wierzch wypływa: zdobywamy medal olimpijski; Żyła żyłuje skoki jak może, ale spada na bulę, Stoch odczuwa bóle w stopie i powoli się kończy, przez co może stracić męskość, bo prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, tylko jak kończy; Kowalczyk nie przejmuje się brakiem męskości, bo skończyła karierę i już nie biega, Fogg też już od dawna nie śpiewa, za to śpiewa Maryla, zawsze dziewica, z każdym rokiem coraz większa gwiazda, aż jej się trudno zmieścić na muzycznej scenie; na szczęście na każdy koncert szyją jej kostium na miarę, dzięki czemu wciąż może śpiewać ”Roboto, ty w rękach się pal” i harować jak górnik, póki nie pojawi się Węgiel; Duda wraca z Pekinu jak bumerang; złapał omikrona, którego zamierza wypuścić na wolność w Puszczy Białowieskiej, ale puszcza murem podzielona, świeci neonami lewa strona, prawa strona cała wygaszona; by przewietrzyć zatęchłą atmosferę w kraju, Macierewicz wpuszcza wiatr od wschodu, powiewa grozą, ale Duda przywozi z Chin także technologię budowy wielkiego muru; budujemy wielki mur na Ścianie Wschodniej; ludzie przestają się bać covida i teraz nie zaszczepią się już za chuja; Duda bierze Żulczyka za fiuta, bo ten nazwał go debilem, i pozywa go do sądu, sąd jednak uznaje małą szkodliwość czynu, ponieważ słowo „debil” debila nie znieważa; Kaczyński przegina pałę i każe donosić narodowi jeden na drugiego; antyszczepionkowcy się buntują i pokazują Kaczyńskiemu gest Kozakiewicza, ale Kozakiewicz ma to wszystko gdzieś, bo od dawna siedzi w Reichu i ma niemiecką emeryturę, więc trzynastka i czternastka mu zwisają jak cycki pewnej wiecznie naburmuszonej celebrytce, co nosi perukę a la Wioletta Villas, lecz na imię ma Magda; Holoubek ma szczęście, bo, złapała go Magda Zawadzka; Wacek jest biskupem i nazywa się Depo, mówi, że Ewangelia powinna iść przed konstytucją, konstytucja nie pozwala się jednak wyprzedzić, więc Duda ją łamie i to jest dobra nowina; jednak z Brukseli napływają złe wieści, bo Tusk wieści, że koniec jest bliski; Tusk nie ma niemieckiej emerytury, ale ma dziadka w Wehrmachcie; dziadek co prawda służył po złej stronie mocy tylko przez kilka tygodni, bo zwerbowano go siłą, i zdezerterował, ale wiadomo: dezercja to dezercja, czyli zdrada; polski żołnierz też dezerteruje i ucieka przez granicę pod prąd, czyli w kierunku przeciwnym niż uchodźcy roznoszą zarazki; całe szczęście, że druty jeszcze nie są pod prądem; zdrady dopuszczają się też członkowie Ordo Iuris i żądają dla siebie rozwodów, ale nie zgadzają się na rozwody dla innych, z wyjątkiem Marty K. i Jacka K., którzy wygrali na loterii cały pakiet ślubów kościelnych; coraz więcej kobiet składa śluby panieńskie i zostaje konsekrowanymi dziewicami, Czarnek chwali je za propagowanie cnót niewieścich, jednak gimnazjalistki go nie słuchają i tracą dziewictwo coraz wcześniej, niestety nie dla Jezusa, którego Sejm ogłasza królem; król rezygnuje z tytułu zbawcy, nowym zbawcą narodu ogłasza się stary kawaler, który nic sobie nie robi z powszechnej krytyki, bo prawdziwa cnota krytyk się nie boi; wymyśla Nowy Ład, dzięki któremu Polska rośnie w siłę, a ludziom się żyje dostatniej.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

Rozdział II

Weronika chce umrzeć II

II
Seminarium to był zamknięty świat, zamknięty przed wzrokiem i wiedzą obcych. Ale i my byliśmy w nim zamknięci jak za murami więzienia. Kilkudziesięciu młodych mężczyzn i ich kilkunastu opiekunów. Czy mieliśmy szansę funkcjonować inaczej niż to się dzieje w innych męskich subkulturach? W wojsku, na statku, w poprawczaku lub więzieniu? Nie mieliśmy. Wszystkie te miejsca zdefiniowane są przez dwie rzeczy. Brak kobiet i hierarchia brutalnie domagająca się respektowania pisanych i niepisanych zasad zwierzchnictwa i podległości. Jeśli chodzi o kobiety, to nigdzie się o tym nie mówi, wszystko się robi w ukryciu, niejawnie, wstydliwie lub wulgarnie: na pokaz. Czytałem, że starożytni Grecy potrafili sobie z tym radzić. Gdy mężczyźni udawali się na wojnę, wiadomo było, że muszą sobie jakoś pomóc. Starsi brali pod opiekę młodszych, którzy im się za nią odwdzięczali możliwością ulżenia sobie w ich twardym żołnierskim losie. A potem wracali do domu, do swych żon, do rodzin i żyli po bożemu. Marynarz, o którym się mówi, że ma żonę w każdym porcie, też miał dokąd wracać, bo w domu czekała na niego prawdziwa żona i rodzina, którym przywoził dary, łupy albo pensję. Chuligan w poprawczaku czy przestępca w więzieniu też marzy o domu. O kobiecie, o dzieciach, o życiu, które ma nadzieję jakoś sobie ułożyć. Ale ksiądz? Ksiądz nie ma odwrotu. Nie ma dokąd wracać. Nikt na niego nigdzie nie czeka. Nawet takie marzenia są zabronione. Czy to może być normalne środowisko? Dziś jestem pewien, że nie.

Pewnie myślicie sobie, że wyższe seminarium duchowne to rodzaj studiów, podczas których zgłębia się tajniki teologii, filozofii i nauk o duchu: psychologii, socjologii, historii, kulturoznawstwa i logiki? A na seminariach, jak w świeckim uniwersytecie, analizuje się teksty, dyskutuje się, wymienia poglądy? Nic bardziej błędnego. Owszem, mają miejsce wykłady, nawet po pięć dziennie, ale to są czterdziestopięciominutowe lekcje. Jak w szkole. Tam nie ma żadnych dyskusji. I żeby je uniemożliwić między zajęciami, oddzielają je tylko pięciominutowe przerwy. Nie ma czasu i miejsca, by swobodnie porozmawiać. Cieszyliśmy się, gdy w czasie przerwy udało się pójść do toalety. Oddać mocz, bo na grubszą sprawę zwykle nie starczało czasu. Trzeba było wytrzymać. W seminarium nie odbywają się żadne seminaria! To nie są studia. Za to ma tu miejsce formacja, czyli kształtowanie umysłów i psychiki. Nie intelektu. W Kościele wcale nie ceni się intelektualistów. Nawet jeśli jakimś cudem na jego gruncie wyrasta wybitny filozof czy naukowiec, to jest on dla Kościoła kłopotem., bo zwykle odwołuje się do wiary, nauki, przesłania Jezusa, a nie do autorytetu instytucji Kościoła. A seminarium ma kształtować „pracowników winnicy Pańskiej”, nie myślicieli, lecz niemyślicieli, posłusznych rozkazom władzy żołnierzy chrystusowych, korpopracowników. Do tego służą długie i skrupulatne spowiedzi, które przeradzają się w psychoanalityczne seanse. Nie, nie leżysz sobie wygodnie na kozetce, lecz klęczysz przed kratką konfesjonału przed dokonującym na twojej psychice wiwisekcji inkwizytorem, który cierpliwie, jak chirurg, kawałek po kawałku odsłania kolejne warstwy twojej świadomości. Ba! Głębiej! Podświadomości! Aż się wreszcie poddajesz tej duchowej torturze i marząc , by się to jak najszybciej skończyło, przyznajesz się do stawianego ci zarzutu: Nie jestem doskonały! Bo jeśli myślisz, ze jesteś, że nie grzeszych, to popełniasz jeszcze większy grzech pychy.Więc wyznajesz wszystkie swoje grzechy i grzeszki, przyznajesz się do pokusy buntu, ujawniasz swoje wątpliwości, niedociągnięcia. Nie płacz synu — pociesza cię ojciec. Wszyscy jesteśmy grzeszni, każdy z nas ma swoje słabości. Wyraź skruchę, obiecaj poprawę, pracuj nad sobą, doskonal swą słabą konstytucję. Tylko powiedz jeszcze, o kim źle pomyślałeś? O księdzu rektorze? O księdzu prefekcie? O księdzu biskupie? A może o twoim kierowniku duchowym? No, powiedz śmiało, masz przed swoimi ustami jego uszy. On przecież nie zdradzi tajemnicy spowiedzi. A może i sam się czegoś nauczy z twojej krytyki, udoskonali? Powiedz więc nie tylko, co sobie złego pomyślałeś, ale także i dlaczego. Może to my jesteśmy winni, a nie twoja słabość? A te niewinne grzeszki popełniłeś samemu, czy z którymś z kolegów alumnów? A z którym konkretnie? Może to on cię popchnął na ścieżkę zła? Nie, nie! Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, postanawiam poprawę, proszę o naukę, pokutę i rozgrzeszenie. Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Puk, puk! Co za ulga! Jaka lekkość, jaka zgrabność duchowej sylwetki, która powoli nabiera właściwego kształtu. Do trzeciego roku mieliśmy obok sali gimnastycznej siłownię, gdzie ćwiczyliśmy nasze mięsnie, ale zabrał nam ją ksiądz biskup, uznając, że uprawiamy kulturystykę, by się podobać dziewczynom. No i słusznie, mieliśmy tu kształtować sylwetkę duchową, a nie cielesną. Mind not body building. Nasze mięsnie mogły sflaczeć, bylebyśmy mogli się wykazać tężyzną duchową. Ale to nie prawda. W seminarium rok po roku flaczały nasze ciała i dusze.

By ukształtować księdza wymoczka, klerykom odbiera się albo ogranicza do minimum czas wolny, a całe dni wypełnia modlitwami, medytacjami, wykładami, pracą fizyczną, sprzątaniem, śpiewaniem pieśni przygotowywaniem sztuk teatralnych. Od szóstej do dwudziestej drugiej. Rano: gwałt zadawany przez dzwonek elektryczny. Wieczorem: odcięcie elektryczności, zgaszenie świateł. Szczęśliwy, kto zaraz zapada w sen, a tego, co nie może zasnąć, dręczą wątpliwości, cierpienia, frustracje, pokusy, nieczyste i nieskromne myśli. I wciąż powracające pytanie: Czy na tym to miało polegać? Czy na to się decydowałem? Czy ciągnąć to dalej? Czy nie zrezygnować? Czy nie zawrócić? Ale dokąd? Przecież zabrnąłem już tak daleko, że nie mam ani do kogo, ani do czego wracać. A gdybym wrócił? Co by na to powiedziała moja matka? I babcia? Takie przecież są ze mnie dumne. Mam dopiero dwadzieścia kilka lat, a jako człowiek już jestem starcem. Dobrze, że nie trupem. Organizm o tym przypomina. Hormony buzują, ciało się napina, pręży, zwłaszcza ciała jamiste.

Co młody mężczyzna może zrobić ze swoim popędem? Musi go rozładować. Nie oszukujmy się. Polucje to dobre dla dwunastolatków. Ale jak to zrobić, gdy masz dwadzieścia lat i śpisz z innymi w dormitorium, tak jak ja w swoim annus propaedeuticus, czyli pierwszym roku? Gdy przez cały dzień wszyscy cię mają na oku? Pozostaje toaleta, bo nawet pod prysznicem wszyscy cię widzą. Co z tego, że się odwrócisz, co z tego, że stoisz za półprzezroczystą zasłoną, kiedy, nawet od tyłu, i tak widać, co robi twoja ręka. To upokarzające. I jeszcze każą ci się spowiadać z grzechów nieczystości. Gdy spowiednik o nie pyta, zawsze się możesz wykręcić, mówiąc, że miałeś nieskromne myśli, ale je od siebie odpędziłeś. A masturbacja? Wszystko zależy od twojej interpretacji, w końcu to twoje sumienie decyduje w ostatecznej instancji, czy to, co robisz i myślisz, jest grzechem czy nie. Z czego masz się więc spowiadać, jeśli dopiero co się oczyściłeś? Czyż polution nie znaczy po łacinie „zanieczyszczenie”?

Byli wśród nas tacy, którzy świetnie sobie radzili z wszelkimi ograniczeniami. Od razu było widać, że do kapłaństwa przyszli, by się wygodnie urządzić w życiu i od samego początku wiedzieli, na czym polegają reguły tej gry, o których my, naiwni, pobożni chłopcy nawet nie mieliśmy pojęcia. Każdy kleryk przychodzi do seminarium z kartą kredytową, którą jest pozycja jego proboszcza w diecezji. Jeśli proboszcz jego rodzinnej parafii ma wpływy i poważanie u biskupa i na jego dworze, kleryk przyjmowany jest życzliwiej od innych i może sobie więcej niż inni pozwolić. I na odwrót. Jeśli jego proboszcz jest w diecezji szarą i biedną myszą kościelną, która ledwo popiskuje pod twardym butem biskupa, jego kleryka czeka lekceważenie i pomiatanie. I twarde rygory dyscypliny. Na cóż więc mogłem liczyć ja? Wychowanek księdza, który nawet nie miał parafii i w dodatku wyjechał za granicę? Ale nie! Najważniejszą kartą przetargową w stosunkach z biskupem była oczywiście kasa, którą odprowadzał do budżetu kurii, ale nie mniej silną kartą była liczba powołań z jego parafii. Każdy kleryk to była figura, którą można się było poszczycić. I tak było z moim proboszczem, którego niemal nie znałem, a który jednak szczycił się mną przed biskupem i rektorem: Mój ci on, z mojej parafii — mówił. Nie byłem więc anonimowym przybyszem, który wszedł do seminarium prosto z ulicy, lecz figurą, którą proboszcz się chwalił przed biskupem, rektorem i wiernymi w naszej parafii.

Mieliśmy takiego kleryka, cynik do szpiku kości. Starszy ode mnie o rok i o dwa roczniki wyżej. Jego proboszcz miał plecy u biskupa, bo kierował dużą i bogata parafią, więc odprowadzał do kurii bardzo dużą kasę. No i miał aż trzech kleryków w seminarium. Często gościł na biskupim dworze na obiadach wieczorkach i różnych uroczystościach. Mówili o nim, że biskup poklepuje go po plecach, a i jem się zdarzało, że jego ręka, chyba spontanicznie, rewanżowała się biskupowi podobnymi gestami zażyłości, przy powitaniu, pożegnaniu czy w luźnej rozmowie. Jego kleryk nie przyszedł do seminarium z ulicy, lecz został tu wprowadzony przez samego biskupa, po przedstawieniu mu go przez jego proboszcza i prośbie o szczególną opiekę. Ksiądz rektor, który wcale nie był panem i władcą seminarium, lecz jak wszyscy na wyższych stołkach trząsł sutanną przed biskupem, chętnie przejął nad nim protekcję, bo wiadomo, nawet w Kościele — zwłaszcza w kościele — ręka rękę myje. Ja pomogę obie dziś, ty mi się zrewanżujesz jutro.

Mój starszy kolega, bardzo przystojny  i postawny młody mężczyzna, zawsze pewny siebie i uśmiechnięty (nie to co my — brzydale i pokraki, życiowe kaleki i nieudacznicy, wyalienowani i zagubieni w świecie) szybko został ulubieńcem biskupa, który go regularnie zapraszał na swój dwór. Na ogół w soboty, w dniu, w którym nie było zajęć, ale odbywało się długie i gruntowne sprzątanie: kaplicy, sal wykładowych, refektarza, korytarzy i toalet. Patrzyliśmy na to krzywo, bo my czyściliśmy kible, a on bawił się w najlepsze. Miał specjalną przepustkę i zwykle wracał już po komplecie. Nie dość, że korzystał z przywilejów, to się jeszcze przechwalał, na co sobie pozwala. Głośno, przy wszystkich. Leząc na łóżku w dormitorium przy zgaszonym świetle. Opowiadał, że w drodze powrotnej od biskupa chował koloratkę do plecaka i udawał się incognito do agencji towarzyskiej. Nazywał to wyskokiem do Paryża. Gdy zapraszał go biskup, mówił, że idzie do niego na mszę, a gdy wracał, szydził, że Paryż wart był mszy. Kiedyś ktoś z dalszego łóżka powiedział: Nie wierzę, zmyślasz. A on na to: Wątpisz w to człowieku małej wiary? I ty chcesz zostać księdzem? Ponoć kilka osób zachichotało z cicha, ale resztę ten jego żart zmroził, bo to przecież była parafraza słów Pana Jezusa.

Nie trzeba było długo czekać, by jego przechwałki dotarły do uszu samego rektora. Ponoć powiedział, że to tylko żart, za pomocą którego chciał wypróbować jak szybko w seminarium przenoszone są plotki. Ksiądz rektor jednak go nie wziął za dobrą monetę. Igrasz z ogniem — powiedział mu — uważaj, bo jak przeciągniesz strunem, to ci nawet sam ksiądz biskup nie pomoże.

Jeszcze tego samego wieczoru, zaraz po zgaszeniu światła, gdy nikt jeszcze nie zdążył zasnąć, powiedział: Mamy u nas gumowe ucho. Byłem dziś u rektora na dywaniku i musiałem się tłumaczyć ze swoich żartów. Mamy wśród nas gumowe ucho. Musimy je wytropić i zatkać, bo jeśli nam się nie oda, oni nas tu całkowicie stłamszą. Oni? Miał na myśli przełożonych. To jest walka pokoleń. Jeśli jej  nie wygramy będziemy im przez całe życie pucować buty i podcierać tyłki. Powiało grozą. Walka? Z przełożonymi? Gumowe ucho? Zrozumieliśmy, ze już nigdy nie będziemy się czuć bezpiecznie. Nie mogłeś zaufać swojemu koledze, opiekunowi, a zwłaszcza spowiednikowi.

I co się z nim stało? Jak myślicie? Został seniorem. Wybraliśmy go na przewodniczącego roku. Nie raz się zastanawiałem, ile z tego, co mówił, było prawdą, a ile konfabulacją. Dziś myślę sobie, że jeśli wtedy, na pierwszym roku grzeszył tylko mową i myślą, na pewno wkrótce zaczął grzeszyć także uczynkiem.

Gdy nie ustawał w swych przechwałkach, jeden z naiwnych kolegów wytknął mu, że przecież łamie ślub celibatu. Celibat? — odpowiedział cynicznie. — Celibat zabrania księdzu się żenić, ale nic nie wspomina o seksie pozamałżeńskim.

Zawsze miał pieniądze, bo biskup obsypywał go prezentami. Nikt mu nie podskoczył, nawet rektor, bo wszyscy, jak pisałem,  tylko pokątnie popiskiwali pod twardym butem biskupa i trzęśli przed nim sutannami ze strachu.

Gdy mój rocznik zajął dormitorium, ci z drugiego zostali zakwaterowani  w pokojach dwuosobowych, ale ich senior — co było rzeczą naprawdę horrendalną — dostał pokój tylko dla siebie. Biskup uczynił go swoim lektorem. Miał czytać świeckie gazety i przygotowywać dla biskupa relacje o tym, co piszą o kościele. Codziennie przynosił z miasta plik gazet i tygodników. Wszystkich. I tych poważnych i bulwarowych. Prawicowych i lewicowych. I jeden miesięcznik: „Playboy”.

Jeszcze tej jesieni biskup przysłał mu prezent. Piękny ekspres do kawy. Nikt z nas nie mógł nawet pomarzyć o posiadaniu takiego luksusu, a on zapraszał na kawkę swoich przydupasów. Któż nie chciałby nim zostać i rozkoszować się aromatem świeżo mielonej kawy, której ziarna kombajn sam mielił, i przy okazji przejrzeć bieżące gazety i tygodniki, a zwłaszcza miesięcznik. Nawet opiekun roku i sam rektor dawali się zaprosić na kawkę od biskupa. By tajne materiały nie dostały się w ręce niepowołanych, senior dostał klucz od swojego pokoju i prawo do pracy nocą, oczywiście przy zapalonym świetle.

Na trzecim roku senior został ceremoniarzem. Ceremoniarze zajmowali się oprawą liturgiczną obrzędów, zarówno w seminarium, jaki w katedrze biskupiej. Ceremoniarze od niepamiętnych czasów stanowili najwyższą kastę seminarium, bo ich funkcja pozwalała im na częste kontakty z biskupem i jego dworem. Do funkcji ceremoniarzy wybierano kleryków od najlepszych proboszczów, zapewniających kurii wysokie wpływy finansowe i przez to posiadających wysokie wpływy towarzysko-polityczne w hierarchii. Byli jak młode wilki. To oni trzęśli seminarium i wspólnymi siłami byli w stanie manipulować nawet przełożonymi. Czy to była ta walka pokoleń, o której mówił senior? Władza i wpływy ceremoniarzy nie kończyły się po opuszczeniu seminarium. Trafiali zawsze na najbogatsze parafie albo wprost na dwór biskupi, wysyłano ich na studia, by mogli zostać przełożonymi seminarium. Dla wszystkich było jasne, że biskup szykuje swojego faworyta na sekretarza.

My, zwykli klerycy, nie mieliśmy takich możliwości. Zresztą większość z nas ich nie szukała, bo większość to byli pobożni, skromni chłopcy, głównie ze wsi. Na drugim roku, po przeniesieniu z Domu Pierwszego Roku, gdzie wszyscy spaliśmy w jednym dormitorium, do Dużego Domu dla starszych roczników, zostałem zakwaterowany w pokoju dwuosobowym. Jako socjusz trafił mi się właśnie taki prosty chłopak. Słowo pisane wyraźnie go męczyło, mówione zresztą też. Podczas modlitw i medytacji przeważnie drzemał ze spuszczoną głową. Nawet zdarzało się mu mocno pochrapywać, co wywoływało salwy śmiechu wśród obecnych w sali czy kaplicy. Bardzo się cieszyłem z tej prywatności, jaką było posiadanie własnego łóżka i własnego biurka w małym, odgrodzonym od reszty świata pokoiku. Ale już pierwszego dnia pojawił się nieprzyjemny problem. W pokoju strasznie śmierdziało. Zaglądałem pod łóżko, czy czasem nie rozkłada się w jakimś kącie padlina zdechłego szczura, obwąchiwałem kratkę przewodu wentylacyjnego, czy powodem smrodu nie jest podobny problem ze zdechłym gołębiem, który mógł do niego wpaść, ale nic, wszystko było w porządku. I wtedy spojrzałem na swojego socjusza. Siedział przy biurku, drzemiąc nad książką. Podszedłem do niego na paluszkach i zbliżyłem nos do jego wiecznie tłustych włosów. Boże drogi! Nie mogłem w to uwierzyć, że żywy człowiek może tak śmierdzieć. Otworzyłem okno, by przewietrzyć pokój. Robiłem to często, ale pomagało tylko na chwilę. Nie mogłem mu powiedzieć, że śmierdzi, bo bałem się go urazić. Zacząłem go dyskretnie obserwować. Raz w tygodniu zmienialiśmy ręcznik, atramentki, piżamę i dwie pary skarpet. Zanosiliśmy brudne do gaciowego, a dostawaliśmy czyste. Te brudne rzeczy zabierały siostry zakonne i prały w swojej pralni. Patrzyłem na nie przez okno, jak co sobota taszczą do furgonetki wielkie toboły z prześcieradeł. Było mi ich zwyczajnie żal. My tez nie mieliśmy słodkiego życia, ale po sześciu latach zostawaliśmy księżmi i właściwie do końca życia mogliśmy żyć jak pączek w maśle, mając zapewniony wikt, opierunek, sprzątanie i masę wolnego czasu. A one? Przez całe życie żyły w klasztorze w rygorze większym od naszego. Dużo się modliły i ciężko pracowały. Idzie taka dziewczyna do zakonu, która mogłaby przeżyć ciekawe i szczęśliwe życie, zaślubia Chrystusa a zostaje służącą, niemalże niewolnicą, która pierze gacie księdzu, gotuje mu i sprząta po nim. I w chrześcijaństwie jest jawnie człowiekiem niższego rzędu, bo przecież nie ma prawa zostać osobą duchowną. Prawie jak w islamie. Prawie, pod względem religijnym różnica jest nieduża.

Pościel zmieniano nam raz w miesiącu i tu już nie można było się wywinąć od tych kilku minut dodatkowej pracy. Ale zejście co sobota do piwnicy, w której mieścił się magazyn pościeli, to było dla mojego socjusza za trudne. Używał więc wciąż tej samej bielizny. Nawet atramentek nie zdejmował na noc, tylko naciągał na nie spodnie od piżamy. W pierwszą sobotę wyciągnąłem go do kąpieli i obserwowałem dyskretnie. Odkręcił wodę, ale nawet nie wszedł pod prysznic! Podstawił tylko pod strumień wody najpierw jedną, a potem druga stopę, nabrał wody w jedną rękę, przetarł się nią w miejscach intymnych i pod pachami i zaczął się wycierać brudnym ręcznikiem. Nawet nie wszedł pod prysznic! I nie używał mydła!

Jeszcze tego samego dnia kupiłem mu mydło, szampon, pastę i szczoteczkę do zębów i postawiłem na jego biurku. Co to? — spytał, gdy je zauważał. — Test na inteligencję — odpowiedziałem. Myślał, myślał i po godzinie chyba znalazł odpowiedź. Wziął ze sobą przybory kosmetyczne i poszedł do łaźni. Niestety ręcznika nie dało się już wymienić, ale w następną sobotę dopilnowałem, by razem ze mną udał się do magazynu pościeli. — Zmiana ręczników! — zakomenderowałem. — I bielizny. — Wziął do ręki śmierdzący ręcznik i zdjął z nóg brudne skarpetki. — Piżama i gacie też — . Pilnowałem go, by wymienił wszystko. — Ale… jak to? — Nie wiedział, jak zmienić majtki bez ściągania spodni. — Pójdziesz na dół z gołą dupą. — Zbaraniał. — No zdejmij gacie i naciągnij na tyłek spodnie. — Zacząłem się śmiać. — Jak ty sobie w życiu radziłeś przed seminarium? — spytałem. — Matka wszystko prała. — I pewnie jeszcze wam gotowała i sprzątała po was? — domyśliłem się, jak było u nich w domu. — No, a jak? — spojrzał na mnie zdziwiony, że zadaję głupie pytania.

Większość wolnego czasu spędzał gapiąc się przez okno na ulicę. Od czasu do czasu się ożywiał i wołał go mnie: — Cho no, cho no! Pa, jaka dupa idzie! Na szczęście socjuszy zmieniano co semestr.

I o tym też pewnie byście chcieli wiedzieć, co się z nim stało? Czy ukończył seminarium? Oczywiście. I został wikarym w sporej wiejskiej parafii. Podobnie jak ja, Ha, ha! Kościół takich lubi najbardziej. W naszym seminarium intelektualiści i indywidualiści byli tępieni. Za dużo czytali, za dużo mówili, za dużo zadawali trudnych pytań. Jeśli dany delikwent swą krnąbrną naturę ujawnił wcześnie, jeszcze przed obłóczynami, po prostu nie pozwalano mu na noszenie stroju duchownego. Z powodu zatwardziałości w grzechu pychy — wyjaśnił prefekt naszemu najmądrzejszemu koledze, rozmiłowanemu we współczesnej filozofii. Cały nasz rok już chodził w sutannach i koloratkach, a on — jak trędowaty — w cywilnych ubraniach. To było jak wymierzony w twarz policzek. Cała rodzina, a często i cała wieś, czekała na swojego kleryka, aż się pokaże w stroju księdza, a on musiał się przyznać, że nie uzyskał prawa do noszenia sutanny. Co za wstyd! Zwykle kierownictwo seminarium nie musiało szukać dodatkowego pretekst, by takie osoby usunąć. Rezygnowali sami. I… przepadali jak kamień w wodę. Wszelki słuch o nich ginął. Nikt o nich nie przypominał, nie było z nimi żadnego kontaktu. Ale nawet jeśli udało się takim przebrnąć przez próg diakonatu i od trzeciego roku nosili sutannę i koloratkę, a swój wybujały intelektualizm ujawniali dopiero później, bo czuli się już pewnie (jako diakoni byli już przecież osobami duchownymi — jak mówią przepisy: nieodwołalnie i na zawsze), zdarzało się, że wylatywali nawet na szóstym roku, tuż przed święceniami kapłańskimi. Zwyczajnie, mówiono im, że się nie nadają i żeby sobie poszli.

Bo ksiądz ma być BMW — bierny, mierny, ale wierny. Nieważne w Kościele są nauczanie Jezusa, wiara, miłość czy cokolwiek podobnego. Ważne, żeby za żadną cenę się nie wychylać, nie odstawać. Każda głowa wystająca ponad poziom zostanie ścięta.

W Kościele nie znoszą też świętoszków. Mieliśmy paru kolegów, którzy cechowali się wyjątkową  pobożnością, a nawet mieli silne skłonności do mistycyzmu, ale zdaniem przełożonych, za bardzo się skupiali na modlitwie, na medytacji, na rozmyślaniach, na rozważaniu Ewangelii zamiast na posłuszeństwie i podporządkowaniu. Niewystarczająco angażowali się w życie seminarium, w sprawy organizacyjne. I w dodatku krzywym okiem patrzyli na nieprzystojące pobożnemu chrześcijaninowi zachowania przełożonych: ich butę, hipokryzję, agresję, arogancję. Tych też się pozbywano. Mówiono takiemu delikwentowi, że nie nadaje się na księdza, bo nie rozumie, czym jest Kościół. Być może nadaje się do klasztoru, ale nie do pracy z ludźmi i reprezentowania interesów Kościoła.

Czy można się dziwić, że w takich warunkach permanentnego węszenia i zaszczucia nasze samotne, uciemiężone ciała i umysły szukały bratniej duszy? Zwłaszcza, gdy już zdaliśmy sobie sprawę, że na porządku dziennym jest szpiclowanie, donoszenie do wychowawców, szantaż? Więc jak już znalazłeś kogoś, komu mogłeś bezgranicznie zaufać, oddawałeś mu się też bezgranicznie, duszą i ciałem. Z tęsknoty za bliskim człowiekiem i wdzięczności za to, że nie jesteś sam.

Nauczyciele mówili nam, że to wszystko po to, by nas zahartować przed złem świata na zewnątrz, bo gdy tam wyjdziemy, będziemy wystawieni na wszelkie pokusy: nieczystość, chciwość, zazdrość, lenistwo, pychę, gniew i nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, jak każdy człowiek. Ale tak naprawdę to hartowali nas do zginania karku. Bo w Kościele najważniejsza jest hierarchia, czyli podległość. Kto ją neguje, zostaje uciszony i odsunięty od przywilejów. Wszelki indywidualizm budzi podejrzenia przełożonych. Nawet jeśli jesteś prymusem, zwłaszcza jeśli jesteś prymusem i najlepiej zdajesz egzaminy, stajesz się głównym podejrzanym. Spośród kleryków, którzy zaczynają naukę w seminarium duchownym, wyrzucona zostaje więcej niż połowa.

Przeżyłem to piekło. Głównie dzięki temu, ze byłem niewyróżniającym się średniakiem. Pewnie się dziwicie, jak takiemu prostemu chłopakowi jak ja udaje się to wszystko w miarę składnie opisać, ale trzeba pamiętać, że piszę to dobiegając już trzydziestki i że przez trzy i pół roku dzień w dzień obcowałem z księdzem Janem, który był wielkim erudytą i mistrzem słowa. Zawsze słuchałem go uważnie i z czasem zauważyłem, że zaczynam mówić jego językiem. No i książki, które ksiądz Jan mi wciąż podsuwał do czytania. Też kształcą. I to bardzo. A poza tym piszę pod opieką pani redaktor z wydawnictwa, która — wstyd powiedzieć — poprawiła setki, a może i z tysiąc błędów i niedociągnięć w moim pierwotnym tekście. I podsunęła mi książkę Sakrament obłudy. Jej autor też był klerykiem i prawie ukończył wyższe seminarium duchowne, lecz został z niego wyrzucony na szóstym roku, tuż przed święceniami. Wszystko, co opisuje to najprawdziwsza prawda: obłuda i zawiść duchownych, mściwość i pamiętliwość, walka o wpływy, cynizm, hipokryzja, arogancja, agresja, lenistwo i tępota kleryków, które przecież nie znikają, gdy zostają księżmi. Skorzystałem z jego słownika, by precyzyjniej wyrazić to, co napisałem samodzielnie. I pozwoliłem sobie na przywłaszczenie kilku anegdot, ale nie odbiegają one od tego, co przeżyłem osobiście. I myśli. Nie zaopatruję ich w cudzysłów, ponieważ nie cytuję dokładnie, a zresztą przyswoiłem je sobie i dziś biorę za własne.

Rozdział I

I

Gdy przyjechałem na plebanię, ksiądz Jan już tam był. Nie zdążył się jeszcze rozpakować. W sieni, w salonie i w innych pokojach stały kartony z jego rzeczami. Zastanawiałem się, co w nich było, ale szybko się okazało, że to książki. Tyle książek? — pomyślałem. Kiedy on to przeczytał? Ale od razu naszła mnie myśl odwrotna: A może to wszystko dopiero do przeczytania?

Ksiądz Jan mocno uścisnął mi dłoń na powitanie, ciepło się uśmiechnął i głęboko, aczkolwiek łagodnie, spojrzał mi w oczy. — Witaj, Piętaszku! — powiedział. Zaskoczył mnie, nie wiedziałem wtedy jeszcze, że ma dar ujmowania ważnych myśli w kilku słowach. Esencja — powiedzieliby ci o bardziej filozoficznej orientacji. Fokus — powiedzieliby ci o orientacji bardziej technicznej. Lecz mimo to zrozumiałem, że obaj jesteśmy na bezludnej wyspie, bo przecież, skoro ja jestem Piętaszkiem, to on musi być Robinsonem.

Zaintrygował mnie tym bardzo. Wystraszyłem się nawet, bo to ja sam siebie uważałem za Robinsona, ale skoro on mnie uważa za Piętaszka, to musi być rozbitkiem większym ode mnie — myślałem sobie. Prawdę mówiąc, nawet nieco się wystraszyłem. Długo nie mogłem zasnąć, rozmyślając o tym na jawie i we śnie.

Komfort mieszkania, jaki mi przypadł w udziale, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Byliśmy jak dwóch udzielnych książąt na zamku w warownym mieście. Kościół został wzniesiony przez hrabiego, który wraz ze swymi żołnierzami dostał się w potrzask podczas jednej z bitew jakieś dwieście lat temu. Hrabia był mężczyzną w sile wieku i walczył u boku Napoleona w randze kapitana. Podobno dostał zadanie zdobycia przyczółku i zrobienia wyłomu w obronie wojsk cara. Jako że był mężczyzną ambitnym i pełnym werwy, a ponadto kochał ojczyznę, o której wolność, w swym mniemaniu, walczył, i nade wszystko uwielbiał swego wodza, wbił się ze swym oddziałem klinem w obronę wojsk wroga, ale generał, który nim dowodził, uznał manewr za przedwczesny i wycofał swe wojska, pozostawiając kapitana z jego oddziałem na niewysokim wzgórzu. Wróg tylko na to czekał. Po wycofaniu wojsk generała otoczył oddział kapitana ze wszystkich stron. Wzięli ich w cztery ognie, ale nie dali rady. Kapitan rozmieścił żołnierzy dookoła wzgórza i bronili się, nie pozwalając wrogowi zbliżyć się na wolnej przestrzeni. Trzy dni to trwało. Żywili się sucharami, ale brakło im wody. Kapitan już miał się poddać, ale błysnęła mu iskierka nadziei. — Panno Święta — zaczął się modlić do Matki Boskiej — tylu ludzi uratowałaś już w swej dobroci, więc ocal i mnie. Błagam i proszę. Dla mej rodziny, dla dziatków moich, dla żony — modlił się w duchu. — Jeśli to dla mnie zrobisz — ślubuję, że na tym pagórku ku chwale Twojej kościół wzniosę. I Matka Boska w swej potędze i dobroci dokonała cudu. Generał, po przeanalizowaniu sytuacji wykonał manewr oskrzydlający z obu stron i wziął carskie wojska w pierścień. Napierał teraz z zewnątrz i od wewnątrz. Zgnietli wroga w jeden dzień.

Kapitan dotrzymał słowa. Wzniósł kościół na wzgórzu swego ocalenia. Zbudował go z cegły, ściany zewnętrzne wygładził tynkiem i pomalował na biało. Wewnątrz ozdobił kościół mnogością rzeźb świętych i aniołów, tudzież roślinnych ornamentów. Fryzy ze scenami biblijnymi mieszały się z fryzami ze scenami z mitów greckich i historii naszego kraju. Ale hrabia zmarł, zanim zdążono je pomalować. Dzieci jego, niewdzięczne, odmówiły sfinansowania nałożenia na rzeźby ochry, purpury, srebra i złota. I namalowania fresków na pustych plafonach. Nie miały zresztą z czego, bo ponoć hrabia tak się zadłużył, że zlicytowano jego majątek i dzieci pozostały z niczym. I taki kościół pozostał do dziś. Piękna, barokowa budowla z wysokimi łukowymi oknami, z owalnym, umieszczonym ponad drzwiami przeziernikiem, ale biała w środku. Niemalowane rzeźby wyglądają, jakby ktoś je posypał cukrem pudrem. W prezbiterium nie ma nawet właściwego ołtarza, lecz tylko zastępujące go malowidło. Statek, wiozący ołtarz, wykonany w Italii, zatonął na burzliwych wodach Biskajów i nie starczyło funduszy na zamówienie drugiego.

Z zewnątrz, choć zbudowany w neoklasycysttcznym stylu, z białą bryłą świątyni, białymi stacjami drogi krzyżowej, krytymi łupkiem, i z białym murem na krawędziach wzgórza, też pokrytym szarym łupkiem, kościół wyglądał podobnie jak wewnątrz. Biały tort bezowy na zielonej podstawie pagórka. A w środku tego niby warownego zamku jeszcze trzy białe domki: plebania, wikarówka i budynek gospodarczy z drewutnią i warsztatem. Kościołowi nadano wezwanie Miłosierdzia Bożego, ale potocznie nazywano go Kościołem lub Parafią Ocalenia.

Większy budynek mieszkalny dla Robinsona — pomyślałem sobie, gdy szedłem obejrzeć swoje nowe lokum, a mniejszy — dla Piętaszka. Cudowna wyspa, na którą nas obu wyrzuciło morze burzliwych naszych czasów.

Zacznę od siebie, ponieważ nietaktem by było ujawniać czyjeś tajemnice, trzymając w tajemnicy własne.

Nie mam jeszcze trzydziestu lat. W porównaniu do księdza Jana czuję się taki niedojrzały, nic niewiedzący, niczego nierozumiejący. Jak pusty dzban. Dlaczego zostałem księdzem? Bo chciałem uciec od swojego poprzedniego życia. Od ojca, który nas terroryzował. Gdy sobie wypił, a robił to często, maltretował wszystkich, a najbardziej — matkę. Zwyczajnie ją bił, gdy się odezwała i się skarżyła, że pije. A gdy się nie odzywała i kładła ogon po sobie, bił ją za to, że milczy albo że krzywo patrzy. Gdy stawałem w jej obronie, bił mnie. Modliłem się do Boga, by umarł. I Bóg (albo jakaś siła nieczysta) wysłuchał moich modlitw. Któregoś razu po pijanemu wpadł pod samochód i zginął na miejscu. Miałem wtedy dwanaście lat. Bardzo się tym przejąłem. To znaczy nie tym, że zginął, tylko tym, że to ja ściągnąłem na niego to fatum. Uważałem, że diabeł siedzi we mnie. Spowiadałem się z tego, że zawarłem z nim pakt. Przychodził do mnie codziennie, rano, w wieczór, we dnie, w nocy i chciał bym mu się odpłacił za jego pomoc. Żądał ode mnie, bym spłacił dług wdzięczności własnym nasieniem. Czasem po trzy razy dziennie. Nie znosiłem tego, upokarzało to mnie, ale nie mogłem się oprzeć jego sile. Czasami wyciągał mnie z lekcji do szkolnej toalety. Czekał tam w pełnej gotowości, bo załatwiał to ze mną w trzy minuty. Zawsze musiałem trochę odczekać, by zszedł mi z twarzy rumieniec, więc wracałem dopiero po dłuższej chwili. Koledzy się wtedy ze mnie śmieli, że na pewno zajęła mnie grubsza sprawa. W sumie to powinienem był się obrazić na te głupie żarty, ale one mi pasowały, bo świetnie tuszowały prawdziwe sprawki, które mnie wyciągały z lekcji.

By znaleźć większą siłę przeciw mojemu wrogowi, bardzo zbliżyłem się do Kościoła. Ministrantem byłem już od trzeciej klasy, ale po śmierci ojca angażowałem się coraz bardziej. Po niedzielnej mszy dostawaliśmy od księdza po parę złotych, ale musieliśmy od tego płacić haracz starszemu koledze. Oprócz nas, dzieciaków, w kościele było dwóch starszych ministrantów, dwóch braci. Starszy z nich już pracował i mówiło się, że ksiądz (mieliśmy tylko jednego, więc nie znałem wtedy rozróżnienia na proboszcza i wikarego) szykuje go na swojego następcę, że przygotowuje go do pójścia do seminarium. To on zazwyczaj pomagał ubierać się księdzu do mszy. Podawał mu komżę, nakładał ornat, wygładzał fałdy. W oczywisty sposób był przewodniczącym ministrantów, ale nie wdawał się w żadne układy z dzieciakami. Rządził nami jego młodszy nastoletni brat. Właśnie poprzez układy. Zarządził, że od tego, co dostajemy od księdza mamy mu odpalać po dziesięć procent, a jak ktoś się buntował, groził, że go nie wybierze do służenia do mszy. I jeszcze przed każdą zbiórką ministrantów mieliśmy robić dla niego zrzutkę na paczkę najlepszych papierosów. Nie mieliśmy krzywdy, bo nikt z nas przecież nie dokładał do interesu ze swojego, więc uznaliśmy, że takie są mafijno-kościelne prawa. Po śmierci ojca ksiądz chyba chciał mi go zastąpić. Czule głaskał mnie po głowie przy każdym powitaniu i zawsze pytał, jak mi idzie w szkole, jak radzi sobie mama, jak mi się układa z kolegami. Zawsze odpowiadałem, że dobrze, ale nie była to prawda. Gdy ojciec żył, przepijał połowę pensji, ale drugą dawał na dom. I gdy był trzeźwy, zawsze coś zrobił: naprawił przeciekający kran, podkleił odpadające płytki na podłodze, pomalował ściany, uszczelnił okna. Zawsze byliśmy biedni, ale dopiero teraz zaczęliśmy to odczuwać dotkliwie. Mama  od razu zaczęła oszczędzać na jedzeniu. Gdy ugotowała kapuśniak, to jedliśmy go przez trzy dni. Nie pamiętam, bym chodził głodny. Albo obdarty. Ubranie zawsze miałem schludne, tyle tylko że niemodne albo kiepskiej jakości. Gdy założyłem coś nowego, koledzy z klasy szydzili: A co to? Najnowsza moda z ciuchbudy?  Któregoś razu tak mi dokuczyli, że nie potrafiłem ukryć smutku i ksiądz mnie spytał, skąd taka kwaśna mina. Nie potrafiłem powstrzymać emocji i się rozpłakałem. I opowiedziałem mu wszystko. Mówili o mnie: Nie dość, że sierota, to jeszcze bida z nędzą.

Ksiądz zabrał mnie do punktu Caritasu, w którym rozdawano odzież i jedzenie dla biednych. Czy znajdziecie, panie coś szykownego dla tego kawalera? – poprosił pracujące tam wolontariuszki. Na stołach leżała używana odzież i obuwie. Osobno sukienki i spódnice, osobno spodnie, bluzki, koszule, swetry i kurtki. Na półkach stały niezniszczone, ale na pewno już niemodne buty. Ale jedna z pań od razu poszła na zaplecze i przyniosła duży foliowy worek. Wyciągała z niego różne części garderoby, wyraźnie lepszego asortymentu, niektóre nawet ze sklepowymi metkami i przykładała je do mnie, sprawdzając, by dobrać odpowiedni rozmiar. Dostałem jedną parę dżinsów, jedne spodnie sportowe, trzy koszule, bluzę, kurtkę, paczkę nowych skarpetek i majtek. Przywieźliśmy to do pokoju księdza. Przymierz i zdecyduj, co ci się podoba — powiedział — a to co odłożysz, wrzucimy do pojemnika na odzież używaną. Zacząłem od spodni. Gdy stałem w majtkach i skarpetkach, do pokoju zapukała gospodyni. Ksiądz automatycznie zawołał: Proszę! Ale ona, wsunąwszy głowę pomiędzy drzwi i framugę, wycofała się skonfundowana. Nie, nie — przyjdę później powiedziała i bezgłośnie zamknęła drzwi. Wtedy tego oczywiście nie rozumiałem, ale dziś wiem, co musiała sobie pomyśleć. Jutro pojedziemy do galerii handlowej i kupimy ci buty. Wybrałem sobie granatowo-białe najki, a ksiądz na dodatek dołożył mi podobną bejsbolówkę. W szkole oczywiście spotkały mnie za to szyderstwa. Co chwila ktoś następował mi na nogę, mówiąc: Nowe, niedeptane. Bejsbolówkę zdarli mi z głowy i rzucali sobie, grając ze mną w wariata. Aż mi ją podeptali. Nie dość, że sierota i bida z nędzą, to jeszcze wariat — śmiali się ze mnie. Skąd ty to wszystko masz? — dopytywał się herszt klasy, potężny chłopak, gruby i wyższy od nas wszystkich o głowę. Pewnie zrobił księdzu loda — zarechotał jego kumpel, który chodził za nim krok w krok. I wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dziewczyny też. One czasem potrafiły być okrutniejsze od chłopaków. Większość dzieciaków w klasie było jedynakami. Dziś mówi się o nich: pokolenie jednorożców. Wychuchani, wymuskani przez swoje mamusie, rozpieszczeni i zdeprawowani pieniędzmi przez ojców. Przedłużający sobie ferie z powody wyjazdu z rodzicami na narty lub Kanary. W markowych ciuchach i butach, z telefonami najnowszej generacji. Chłopaki z fryzurami od stylisty jak pudelki: pół głowy na łyso, a pół z długą grzywą. Z palmą lub irokezem na środku głowy, albo z cieniutkim warkoczykiem z tyłu. Im dziwniej, tym lepiej. Moja ty ślicznotko — witała mamusia Grubego w samochodzie i pieszczotliwie targała go za palemkę. Gruby ślicznotka rządził w klasie. Chłopcy się go bali, a dziewczyny podziwiały za umiejętność bycia liderem. Każdy chciał być jego kumplem. Było w klasie kilku chłopców, którzy też się nadawali na ofiary: jeden rachityczny w okularach ze szkłami grubymi jak denka od butelek, jeden szczerbaty, bo dopiero w szóstej klasie zaczęły wypadać mu mleczaki, i kilku z biednych rodzin, tak jak ja. Właściwie mogli być moimi druhami w niedoli, ale nie zaprzyjaźniłem się z żadnym z nich. Oni też szli za grubym jak w dym. Podejmowali jego szyderstwa, szykany i złośliwości, by przypodobać się wodzowi. Wybór był prosty. Albo zostawałeś myśliwym, albo stawałeś się zwierzyną łowną.

Jedynym moim przyjacielem był młodszy o rok ode mnie ministrant, no i nasz ksiądz. Szybko stałem się jego pupilem i zaufanym. Prosił mnie, bym w niedzielę służył do mszy podczas sumy. I gdy już rozdzielił pomiędzy ministrantów kieszonkowe, prosił mnie, bym został jeszcze chwilkę. Nasz kościół to była dawna mała kaplica cmentarna, do której dobudowano drewnianą przybudówkę. Stał na uboczu, za torami kolejowymi. Nie mieliśmy nawet plebanii. To znaczy była, na sąsiednim osiedlu, gdzie rezydował ksiądz proboszcz z kilkoma wikarymi i siostrami zakonnymi, ale nasz ksiądz wynajmował pokój z kuchnią w najbliższym od kościoła domu, stojącym też na uboczu, za torami. Jego właścicielka sprzątała mu i gotowała. Po sumie i zamknięciu kościoła udawałem się z księdzem do jego mieszkania, gdzie wręczał mi dużą skórzaną, zapinaną na zamek błyskawiczny torbę, wypełnioną szczelnie dziesięcioma butelkami po piwie. Kierowałem się z nią z powrotem w stronę kościoła i na jego wysokości przechodziłem przez tory. Tylko uważaj na pociąg! — przestrzegał mnie ksiądz za każdym razem. Przez położony na tyłach kamienicy ogród, docierałem do gospody, też od tyłu, i przekazywałem torbę kierowniczce lub bufetowej. One oczywiście dobrze wiedziały, że przychodzę od księdza i wymieniały puste butelki na pełne. Zwykle dostawałem od księdza na zakupy stówę, z której panie wydawały mi dokładnie połowę, zapewne doliczając do rachunku napiwek. Gdy chciałem oddać księdzu resztę, on zawsze mówił: To dla ciebie, za drogę. To było więcej niż w bogatych rodzinach dzieci dostawały kieszonkowego.

Tego roku zacząłem chodzić z księdzem po kolędzie. Dostałem za to tysiąc złotych. To dużo pieniędzy jak na trzynastolatka. Połowę dałem mamie, a do drugiej połowy się nie przyznałem. Chciałem sobie kupić PlayStation, by mieć jak inni, ale pięćset złotych to było za mało, chyba, że na używane, ale używanego kupować się nie opłacało, bo każde było przestarzałe. Tylko frajerzy się na to nabierali. Musiałem więc uzbierać na nowe. Starsi ministranci chodzili w markowych ciuchach, palili dobre papierosy, szastali forsą na prawo i lewo. Skąd ją mieli? Też dostawali od księdza. W prezencie. Wystarczyło poprosić. Ale to im nie przeszkadzało, by na dodatek podkradać z tacy, z zeszytu, z kasetki. Szybko nauczyłem się korzystać z tego i ja. Oni nie mieli z tym żadnego problemu, ja — tak. Wciąż sądziłem, że to szatan kieruje moją ręką i moimi myślami.

Dużo łatwiej znosiłem, gdy zbroiliśmy coś razem, na przykład paląc za zakrystią papierosy czy podpijając z butelki mszalne wino. Nie było dobre. Kwaśne i zwietrzałe. Co innego w kotłowni. Gdy zrzucaliśmy do niej koks, odkryliśmy, że w jednej z szafek ksiądz miał ukryty barek: koniak, whisky, Cinzano… Niby tylko chcieliśmy umoczyć język, by poczuć smak, ale jak już mieliśmy butelkę w ręku, to każdy chciał pociągnąć głębszy łyk, by poczuć, jak działają. Cinzano jeszcze jakoś dawało się przełknąć, choć nie wiem, po co było takie gorzkie, ale reszta była okropna.

Najstarszy ministrant zakochał się w swojej dawnej koleżance z klasy i nadzieje księdza na jego kapłaństwo spełzły na niczym. Zrezygnował też z bycia ministrantem, bo służący do mszy chłopcy musieli być czyści, a małżeństwo przecież bruka, zarówno ministranta jak i księdza. Romans — nie, pokątne pociąganie z butelki — też nie, dziecko na boku — także nie, ale małżeństwo to dla księdza grzech śmiertelny. Przeciwko Bogu? No niee… Przeciwko Kościołowi.

Szybko dorastałem i szybko zostałem  przewodniczącym ministrantów. Pupilek księdza i przewodniczący, a w dodatku byłem kimś w rodzaju kościelnego, ponieważ w naszym małym kościółku nie mieliśmy takiej funkcji. To była wysoka pozycja. Ksiądz darzył mnie bardzo daleko idącym zaufaniem. Kupowałem koks na zimę, materiały remontowe, a nawet roznosiłem po domach opłatek, przyjmując do zeszytu opłaty, to znaczy ofiarę. Co łaska. Niektórzy byli bardzo łaskawi. Podkreśliłem w zeszycie na czerwono nazwiska tych, co dawali trzycyfrowe sumy. Gdy pokazałem zeszyt księdzu, on tylko pokiwał głową i powiedział: Tak, te dewotki to nasz największy skarb. Ale nigdy nie sprawdzał — przynajmniej przy mnie — czy suma zapisów i ilość gotówki się zgadzają. Od tego co zebrałem, dostawałem dziesięcinę. O, to już była niezła kasa.

Z każdym rokiem ksiądz łypał na mnie coraz bardziej zachłannym okiem kościelnego urzędnika, który, prócz pieniędzy, powinien był dostarczać chrystusowej armii także rekruta. Te pieniądze, które dostawałem, to była oczywista korupcja. Lecz ponadto ksiądz chciał mnie olśnić przepychem Kościoła. Nie tym mizernym, na miarę naszych nawet nie parafialnych możliwości, lecz prawdziwym, purpurowym. Wysłał mnie i mojego o rok młodszego kolegę do samego biskupa na uroczystość wyświęcenia księży.

Ale zanim to zrobił, zaprosił nas do siebie na uroczystą kolację. Mnie – z okazji osiemnastki, która mi właśnie stuknęła, a jego — z okazji minionych imienin. Osobiście upiekł kaczkę faszerowaną pasztetem, którą, jeszcze dymiącą, prosto z piekarnika postawił na elegancko nakrytym stole. Po odmówieniu modlitwy za kaczkę ksiądz powiedział, że jako pełnoletni mogę się z nim napić wina. Czerwonego, powiedział, otwierając butelkę pinot noir. Pino nła, wypowiedział wyraźnie, nalewając trunku do kieliszków i ucząc nas podstaw savoir-vivre’u. Francja–elegancja — skomentował mój kolega. Ty jako niepełnoletni nie dostaniesz wina — zdecydował ksiądz. Skocz do lodówki po butelkę piwa. Ksiądz ją otworzył uniwersalnym korkociągiem z otwieraczem do kapsli i nalał mu do takiego samego jak nasze kieliszka. Trudno — zażartował kolega — spiję tylko piankę. Pinot — ksiądz wprowadzał nas coraz głębiej w elegancki świat — jest zazwyczaj lekkim winem, więc chyba będzie dobrym wyborem dla takiego żółtodzioba jak ty. Zółtodziób już nie takich rzeczy próbował — skomentował mój kolega. Na jego osiemnastkę… Nie ma się czym chwalić — zgasiłem go krótko. Czerwone wino pijemy do mięsa, a zwłaszcza do dziczyzny, a białe do ryb i drobiu. Ale przecież kaczka… — zauważył kolega. To dziczyzna — nie pozwolił mu skończyć ksiądz. A indyk ma zarówno białe, jak i czerwone mięso, więc do odpowiedniego rodzaju należy dobrać odpowiednie wino. Obaj dostaliśmy prezenty. Ja – elegancki zegarek, a on – elegancki pasek do spodni. A potem ksiądz powiedział, że  ma dla nas niespodziankę — trzydniową wycieczkę do biskupa na święcenia księży.

Odwiózł nas na stację, kupił bilety i wsadził do pociągu. Na miejscu miał nas odebrać zaprzyjaźniony z nim kleryk, którego zresztą poznaliśmy podczas jego odwiedzin w naszym kościele. Zakwaterowanie dostaliśmy w baraku dla gości seminarium duchownego, ale posiłki jedliśmy wspólnie ze wszystkimi w olbrzymim refektarzu. Ten niekończący się stół z tacami pełnymi owoców zapamiętałem do dziś. I tych leżących krzyżem na posadzce kleryków — też. Przepych Kościoła, owszem, trochę mi zaimponował, ale ten widok młodych mężczyzn oddających swe życie Bogu przeraził mnie bardziej. Podobnie jak wkładanie złożonych dłoni w ręce biskupa. To na znak lennego posłuszeństwa — wyjaśnił nam nasz ksiądz. A wcześniej odbyło się złożenie trzech przyrzeczeń: przysięgi wierności doktrynie Kościoła, przysięgi celibatu i przysięgi posłuszeństwa — dodał.

I zaraz potem nasz ksiądz został przeniesiony, za granicę. Na jego miejsce przyszedł starszy ksiądz. Taki cichy, potulny, słodko się uśmiechający ksiądz dobrodziej. Nasz stary ksiądz, to znaczy ten młodszy, ledwo przekroczył czterdziestkę. Grał z nami w piłkę (na nieużytkach za torami urządził boisko, ustawił bramki, wyznaczył linie, i to nie tylko naszymi, ale i swoimi rękami). Do pracy fizycznej i sportu przebierał się w dżinsy i flanelową koszulę. Chodził z nami na rajdy, zabierał nas na kilkudniowe biwaki. A nowy, starszy ksiądz tylko msze, pogrzeby, majowe, czerwcowe, różańcowe. Poprzedni ksiądz był księdzem młodzieży; podczas mszy śpiewało się przy gitarze i tamburynie, klaskało w dłonie, kiwało, podrygiwało. Ksiądz dawał się zapraszać na potańcówki do osiedlowej świetlicy. I jak tańczył! Dziewczyny i młode kobiety się w nim podkochiwały. Natomiast nowego uwielbiały starsze dewotki. W kościele grały tylko organy. Nawet nie potrafił dobrze śpiewać. Zniechęcił mnie zdecydowanie. Przestałem być ministrantem i oddałem pola swemu młodszemu koledze, który od razu zaczął księdzem manipulować. Młodszymi ministrantami także.

Zacząłem zaniedbywać niedzielną mszę świętą. Nie miałem wątpliwości, że coraz głębiej wpadam w sidła szatana. Szantażował mnie. By się od niego wyzwolić, by go ubłagać, żeby mnie nie dręczył wyrzutami sumienia, którym towarzyszył jego szyderczy chichot, żeby dał mi święty spokój, płaciłem mu tym, czego żądał: moim własnym nasieniem. Był nienasycony, ciągle żądał więcej i więcej, aż się obawiałem, czy sobie czegoś nie uszkodzę podczas coraz bardziej bezlitosnych aktów znęcania się nad sobą. Bo zrobić to raz, to — nie oszukujmy się — nawet przyjemne, ale siódmy raz w ciągu dnia? To jest naprawdę samogwałt. Bałem się, że jeśli mu nie dam, czego chce, on zażąda ode mnie czegoś więcej: ofiary krwi.

Czy można się dziwić, że po takich doświadczeniach nie miałam śmiałości do dziewczyn? Dojrzewałem, dorastałem, ale nigdy się do żadnej nie zbliżyłem, żadna nie obdarzyła mnie nie tylko najmniejszym uczuciem, ale i zainteresowaniem. Myślałem, że skoro robię takie rzeczy ze swoją ręką, nie będę wiedział, jak się zachować w ich obecności. Onieśmielały mnie i odpychały zarazem. Przerażały nawet, bo wydawało mi się, że jak się do nich zbliżę, spod ich skóry, w miejscu jej pęknięcia, wyjdzie diabeł w innej postaci i mnie wciągnie wprost do piekła. Diabeł towarzyszył mi od najmłodszych lat. Wstępował w ojca, gdy sobie popił. Wstąpił we mnie, gdy zacząłem dojrzewać. Siedział w dziewczynach, które nie zwracały na mnie uwagi. Byłem przekonany, że nie odpuści i że będę się z nim musiał zmagać przez całe życie.

Chodziłem do technikum, szkołę średnią ukończyłem więc w wieku dwudziestu lat. Gdy stanąłem przed wyborem studiów, zrozumiałem jak niewielkie mam możliwości. Prawo? Politechnika? — myślałem. Nic z tego. Maturę zdałem ledwo ledwo, zwłaszcza z matematyki; nie nauczyłem się dobrze żadnego języka. Postanowiłem więc pójść do seminarium. Ale nie po to, by się wygodnie urządzić w życiu, lecz po to, by w Kościele znaleźć sprzymierzeńca do walki z szatanem. No i wpadłem z deszczu pod rynnę.

Weronika nie jest jeszcze skończona. Powinna być gotowa do końca roku 2022. Jeśli chcesz, możesz juz teraz okazać mi swoje wsparcie i kupić ja w przedsprzedaży. Dostaniesz za to jeden ze stu numerowanych egzemplarzy z dedykacją i podziękowaniem autora. Ale możesz też kupić gotową książkę lub e-book Mariki. Serdeczne zapraszam do mojego sklepu.

Murem za polskim mundurem, czyli kłamstwo piramidalne

Koncert w bazie lotnictwa w Mińsku Mazowieckim to kolejny pomysł ministra propagandy i dezinformacji. Prowadzący: Michał Adamczyk (Wiadomości TVP) i Agata Konarska (Okiem wiary, TVP Info). Pieśni, piosenki i rapowane recytacje o zadęciu patriotycznym: Maszerują strzelcy, maszerują, Czerwone maki, Żeby Polska była Polską. Przeboje z Opola i Kołobrzegu.

Słuchaliśmy wzruszonych głosów dziatek, widzieliśmy poważne oblicza wojaków, kreacje nastolatek podrasowanych na damy, co nie będą tańczyć same. Lały się łzy matek, głos wiązł w gardłach wykonawców pozdrawiających żołnierzy strzegących polskich i europejskich granic. Słychać też było słabiutkie pokrzykiwania klakierów.

Na scenie zobaczyliśmy nasze mega gwiazdy: Trubadurów, Viki Gabor, Halinę Frąckowiak, divę narodową Edytę Górniak i barda narodowego Jana Pietrzaka.

W ramach wdzięczności Europy dla naszych bohaterów w koncercie wzięły udział (często ubrane w żołnierskie mundury) właśnie wschodzące lub już mocno przygasłe zachodnie gwiazdki muzyki disco, chyba nieświadome chucpy, w którą dały się wplątać.

Koncert ponoć oglądali obowiązkowo żołnierze we wszystkich jednostkach kraju. Strach pomyśleć, co by się mogło stać, gdyby wiedziały o tym wywiady wrogich reżimów, które zaatakowały nasz kraj.

Słowo „bohater” odmieniane było przez wszystkie przypadki. Nic dziwnego, bo to właśnie „bohaterstwo” znalazło się na szczycie piramidalnego kłamstwa, którego podstawę stanowią inne kłamstwa propagandy PiS o wrogach ludu, nieprzyjaciołach Polski, zdrajcach narodu i zagrożeniach ojczyzny.

Kłamstwo 1. Ojczyzna w potrzebie. „Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? — pisał Henryk Sienkiewicz w Panu Wołodyjowskim. A dziś? No przecież dzieje się podobnie! Ojczyzna wymaga poświęcenia i ofiary! A z jakiegoż to powodu? Odpowiedzi udzielił przed trzema miesiącami Mariusz Kamiński.

Kłamstwo 2. Polska została zaatakowana przez wrogie reżimy — powiedział koordynator służb specjalnych. Rozumiem, że ten pierwszy to PiS, a te następne?

Kłamstwo 3. Kłamstwo o kondominium. O następnych wrogich reżimach mówił już kilka lat temu Jarosław Kaczyński. Według niego w czasie sprawowania władzy przez PO Polska była rosyjsko-niemieckim kondominium, czyli, że kluczowe decyzje dotyczące naszego kraju zapadały nie w Warszawie, lecz w Moskwie i Berlinie. Ale mamy więcej wrogów, a największy z nich to Bruksela.

Kłamstwo 4. Unia Europejska stanowi zagrożenie dla naszej suwerenności. Jakiej suwerenności? Czym jest ta mityczna „suwerenność”, o której od lat mówią politycy PiS? Co jej zagraża? Kontrola przestrzegania praworządności przez polskie władze? A my chcielibyśmy inaczej? Suwerennie, czyli bez kontroli unijnych trybunałów, naszych rodzimych niezawisłych sądów, wolnych mediów i opinii publicznej? Czyli kłamać i manipulować do woli? Oto nasza mityczna suwerenność: kłamstwo bez granic.

Kłamstwo 5. Ksenofobiczne. Wrogami są w zasadzie wszyscy obcy, zwłaszcza uchodźcy, którzy roznoszą zarazki – przekonywał w swojej kampanii wyborczej prezes PiS.

Kłamstwo 6. Polska w ruinie. By zniechęcić wyborców do popierania władzy PO późniejsza premier Beata Szydło nagrała klip na tle opuszczonej fabryki, w którym wygłosiła tezę, że Polska pogrążona jest w ruinie. Trzeba więc ją odbudować ze zgliszcz, jakie po sobie pozostawiła Platforma. Było to najbardziej bezczelne kłamstwo, jakie nasz kraj słyszał, bo każdy widział, że nasze metropolie, miasta, miasteczka i wioski rozkwitały jak nigdy w historii. I co z tego? Polacy od prawdy wolą mity, fałsz i propagandę.

Kłamstwo 7. Każdy, kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę – przestrzegał wzorem Józefa Cyrankiewicza Jarosław Kaczyński, tak jakby obowiązkiem każdego Polaka była wiara w narrację, którą cywilizowany świat już dawno między bajki włożył.

Kłamstwo 8. Smoleńskie. To z kolei najbardziej absurdalne kłamstwo polityczne XXI wieku. „To nie była katastrofa lotnicza. To był zamach, to był zamach” – tokuje do dziś Antoni Macierewicz, a Jarosław Kaczyński wtórował mu co najmniej 96 razy, wchodząc na trójstopniową drabinkę: „Zbliżamy się do prawdy. Będzie prawda, będzie prawda…” I co mamy dziś? Kordony policyjne strzegące pomnika ogona samolotu.

Kłamstwo 9. Pieniądze. To oni kradli a nie my — grzmiały tuby propagandowe PiS. Odzyskaliśmy pieniądze od mafii VAT-owskich, które przeznaczymy na pomoc społeczną. To kolejne oszustwo. Owszem, byli oszuści paliwowi, ale większość z nich działała „na słupa” i prawie niczego z tego, co ukradli, nie udało się odzyskać. A pieniądze na prezenty socjalne pochodzą z zadłużania państwa na gigantyczną skalę. Efekt? Najwyższa w XXI wieku inflacja.

Kłamstwo 10. Propaganda sukcesu. „Platforma doprowadziła Polskę do ruiny, a Polaków do nędzy. My natomiast budujemy autostrady, mosty i tanie mieszkania, produkujemy statki i samochody elektryczne”. To kolejne kłamstwo propagandy PiS, bo w czasie rządów Platformy w Polsce wybudowano ponad 2 tysiące km autostrad i dróg ekspresowych oraz 12 tys. km dróg lokalnych. Za PiS też się buduje, ale w większości to są inwestycje rozpoczęte za czasów PO. Za rządów PO poziom zagrożenia ubóstwem spadł o połowę. Wzrosły płace, świadczenia społeczne i dochody. Pomoc społeczna była kierowana do potrzebujących, a nie rozdawana hurtem jako kiełbasa wyborcza. Z dofinansowania in vitro urodziło się 27 tys. dzieci; dofinansowano powstanie 260 tys. firm i budowę 110 tys. mieszkań. A żłobki, przedszkola, pomoc dla niepełnosprawnych, aktywizacja zawodowa osób starszych? Jednak to są dane statystyczne, one do wyobraźni wyborcy PiS nie przemawiają. Dla niego liczy się tylko to , co dostaje do ręki: 500+, trzynastka, czternastka. Polska od przystąpienia do UE jest jej największym beneficjentem. Co roku wpłacamy ok 3 mld euro, a otrzymujemy 10. A PiS? Skłócił nas z Unią i zablokował 57 mld euro dotacji z Funduszu Odbudowy. Do tego Polska płaci milion euro dziennie za niewykonanie orzeczenia TSUE. A! I tych mostów, mieszkań, statków i samochodów jakoś się nie buduje. Za to mamy przekop mierzei. Tyle tylko, że on psu na budę.

Kłamstwo 11. Medialne. A właściwie kłamstwa, które słyszymy dzień w dzień w Wiadomościach TVP i programach TVP Info. O totalnej opozycji, o groźbie utraty suwerenności, o agentach Moskwy i Berlina, o rozkradaniu Polski przez Platformę. O rodzicach w Wehrmachcie, KP, UB i SB. O „postkomunistach” .O zdradzie elit. O krystalicznej uczciwości rządu i kleru. O chęci zdeprawowania dzieci przez homoseksualistów, gender i feministki. O ulicznych manifestacjach zwolenniczek zabijania dzieci.

Kłamstwo 12. Wojna. To naprawdę była wojna? – pyta wielu z nas. — Przecież nie wystrzelono ani jednego pocisku. To prawda, odpowiadają władze PiS, ale to była wojna hybrydowa. Co to jest? A takie ni pies, ni wydra. Jeśli Polsce grozi dziś jakaś wojna, to chyba domowa. Już rok temu przestrzegało przed tym 210 generałów w stanie spoczynku i wzywało Jarosława Kaczyńskiego do opamiętania.

Kłamstwo13. Bohaterstwo. Słowo „bohaterstwo” niemal nie schodziło z ust konferansjerów. Nic dziwnego, bo celem koncertu było uczczenie bohaterstwa naszych żołnierzy. Nie, nie chodziło o to, by bohaterski wskrzesić czas i opowiadać o rycerstwie spod kresowych stanic, o obrońcach naszych polskich granic. W Mińsku chciano uczcić bohaterstwo współczesnych polskich żołnierzy stacjonujących w strefie stanu wyjątkowego. Warto więc spytać, na czym ono polegało. Na rozciąganiu drutu kolczastego na granicznych zasiekach i wyłapywaniu w lesie kobiet i dzieci, którym udało się przez nie przedostać? Z pewnością tysiące żołnierzy musiało znosić trudy służby na granicy, sprowadzające się głównie do mieszkania w namiotach, ale czy taka przygoda nie była marzeniem większości, zwłaszcza ochotników z WOT-u?

Dobrze, że nie musieli używać ostrej amunicji, by się wykazać prawdziwym bohaterstwem. I okrucieństwem, które przecież w żołnierskim fachu zawsze idą w parze. I oby już nigdy nie musieli się nim wykazywać. Oby „bohaterstwo polskiego żołnierza” na zawsze pozostało tematem szkolnych wypracowań z historii i polskiego.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę?

Szaleństwo władzy Jarosława K.

Miesiąc temu w Brukseli Guy Verhoffstadt, rugając jak krnąbrnego sztubaka premiera Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Mateusza Morawieckiego, przywołał słynną książkę Barbary Tuchman Szaleństwo władzy. „Wszystko zaczyna się od prostej decyzji — mówił — a potem idzie za nią kolejna decyzja i kolejna decyzja. I wtedy zaczyna się szaleństwo. Tak naprawdę to nie ludzie tego chcą, nie zwykli obywatele Polski — ciągnął Verhoffstadt— to jest [wybujałe] ego wielkich graczy władzy, którzy nie myślą, że końcem tej historii będzie katastrofa”.

Warto zajrzeć do książki Tuchman i przypomnieć sobie, co autorka uważa za polityczne szaleństwo. Szaleństwo to coś więcej niż zwykła głupota rządzących, kiedy działają nie tylko wbrew oczywistym interesom rządzonych, ale wręcz przeciwko sobie. Szaleństwo wyraża się miarą wrogości dla wrogości samej. Polityk, który mnoży bezsensownie wrogów i zraża potencjalnych sojuszników, zmierza prostą drogą do szaleństwa — pisze we wstępie do książki Franciszek Ryszka. Szaleństwu władzy towarzyszy parada pychy, egoizmu, chciwości i okrucieństwa w charakterach ludzi decydujących o losach innych ludzi. Współczesne procedury demokratyczne mniej dają szans szaleństwu od wszelkich innych, nie wystarczą jednak, by znieść jego ryzyko całkowicie. W pewnych okolicznościach sama rekrutacja rządzących, choć następuje w drodze wyboru, może dawać szczególne szanse szaleństwu. Mało było w historii szaleńców, którzy doszli do władzy na drodze demokratycznych wyborów? Ich odwołanie jednak nie było już tak proste.

Szaleniec w końcu musi przegrać. Choć na przestrzeni wieków szaleńcy w pewnych okolicznościach wyrastali jak grzyby po deszczu, trudno jednak uznać historię za niekończące się pasmo szaleństwa. Historia nie jest  — jak pisał o życiu Szekspir— „opowieścią idioty, pełną wrzasku i wściekłości”. Przeciwnie. Pomijając momenty, w których górę wzięło właśnie szaleństwo, jest ona raczej tryumfalnym pochodem rozumu.

Barbara Tuchman wyróżnia cztery rodzaje złych rządów, które często tworzą wzajemne kombinacje: tyrania, wybujałe ambicje, nieudolność oraz szaleństwo lub bezmyślny upór. Wszystkie te elementy mieszają się ze sobą także w działaniach Jarosława Kaczyńskiego. ale najbardziej rzuca się u niego w oczy szaleństwo i bezmyślny upór.

Przyjrzyjmy się sekwencji jego decyzji.

PRELUDIUM

Wiele spraw w polskiej polityce, które wołają o pomstę do nieba, nie zawsze bezpośrednio wiąże się z nazwiskiem Jarosława Kaczyńskiego, ale uświadommy sobie, że w PiS nie dzieje się nic bez zgody albo polecenia prezesa. Kto próbuje mieć własne zdanie, natychmiast popada w niełaskę i wylatuje poza orbitę wpływów, jak Ludwik Dorn, Marian Banaś czy Jarosław Gowin. Dlatego wszystko, co wyprawiali i wyprawiają Lech Kaczyński, Antoni Macierewicz, Andrzej Duda, Jacek Kurski, Beata Szydło, Mateusz Morawiecki czy nawet Zbigniew Ziobro, idzie na rachunek Jarosława Kaczyńskiego. To wszystko jest efektem i elementem jego szaleństwa.

O złych zamiarach i złych charakterach Kaczyńskich politycy i publicyści przestrzegali od zarania ich politycznej działalności, ale o prawdziwym, konsekwentnym szaleństwie, czyli działaniu na szkodę własną i całego kraju możemy mówić od roku 2005, gdy PiS po raz pierwszy doszedł do władzy.

Swoistym preludium były działania Kaczyńskich u boku prezydenta Lecha Wałęsy. Jarosław jako szef kancelarii prezydenta podsuwał mu populistyczne i antydemokratyczne pomysły. Gdy Kaczyńscy popadli w niełaskę, zaczęli głośno lansować tezę, że ich dawny mocodawca to Bolek, były agent Służby Bezpieczeństwa. W ten sposób obaj zaczęli kąsać rękę, z której potulnie jedli przez prawie rok.

ROZKRĘCA SIĘ PRAWDZIWE SZALEŃSTWO

Ale prawdziwe szaleństwo Kaczyńskich, jawne kłamstwa, łamanie słowa i manipulacje rozpoczęły się w 2005 roku, gdy Lech został wybrany prezydentem. Prezydent elekt po ogłoszeniu jego wygranej pierwszych słów nie skierował do narodu, ani nawet do swoich wyborców, lecz do swojego Wielkiego Brata: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”. I w tym momencie szaleństwo władzy PiS zaczęło rozkręcać się na dobre. W niedalekiej przyszłości miały się odbyć następne wybory, więc prezes zwycięskiej partii siłą rzeczy desygnowany był na premiera. Ale Jarosław Kaczyński obwieścił wyraźnie: „Jeśli mój brat zostanie prezydentem nie będę premierem. Dla społeczeństwa to może być doświadczenie zbyt trudne – dwaj Kaczyńscy razem. To może być ciężar ponad siły.” I swojego słowa dotrzymał. Przez osiem miesięcy. Na stanowisku premiera zainstalował swoją drugą marionetkę — Kazimierza Marcinkiewicza. Kaziowi tak się spodobały teka i gabinet prezesa (nie, nie partii, tylko rady ministrów), że trzeba go było na oczach wszystkich odkręcać od fotela. Jego następcą został oczywiście Jarosław Kaczyński, który zapewne uznał, że dwaj Kaczyńscy razem, to jednak nie będzie zbyt trudne doświadczenie dla społeczeństwa. I… społeczeństwo to przełknęło. Szaleństwo władzy przeszło wtedy w fazę komedii. Zaczęło być jak u Szekspira: w pierwszym akcie komedia, w drugim — tragedia. Kulminacyjnym momentem komedii jest scena, w której brat prezydent desygnuje swojego bliźniaka na premiera. Ludzie na całym świecie pękali ze śmiechu i mówili: Ci Polacy, to jednak mają fantazję.

METODY BOLSZEWICKIE

Pamiętacie, co to są metody bolszewickie? Mówiąc kolokwialnie, chodzi o odwracanie kota ogonem, zabieg, który Jarosław Kaczyński opanował do perfekcji. Nazwa „bolszewicy” powstała w 1903 roku na kongresie rosyjskiej socjaldemokracji, podczas którego stanął spór o zasady funkcjonowania partii. Lenin podnosił, że musi mieć ona silne przywództwo inteligentów, awangardę polityczną, która będzie kierować ruchem robotniczym. Jego oponenci twierdzili, że ruch robotniczy powinien mieć charakter spontaniczny i władza musi zostać wyłoniona oddolnie w wyniku procesów demokratycznych. Sprawę poddano pod głosowanie i… Lenin przegrał. Mimo to postanowił kontynuować debatę. Jego przeciwnicy na znak protestu opuścili kongres i wtedy Władimir Iljicz zarządził powtórne głosowanie, w którym przeważyła jego koncepcja. Lenin i jego zwolennicy, choć mieli mniejszość, nazwali się „bolszewikami”, co miało znaczyć, że stanowią większość w partii socjaldemokratycznej i w całym rosyjskim ruchu robotniczym. Coś wam to przypomina? Te ciągłe reasumpcje, głosowanie na cztery ręce, ponowne przeliczanie głosów, przerwy w głosowaniu na dobicie targu z oponentami? Czy to nie jest czysty bolszewizm?

Jarosław Kaczyński zresztą sam kiedyś wyznał: „Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne.”

I co było pierwszym zadaniem, jakie postawili przed sobą bolszewicy? Rewolucja? Elektryfikacja? Modernizacja? Demokratyzacja? Nie! Wyeliminowanie z partii konkurencyjnej frakcji, która miała większość. Podobnie postąpił Jarosław Kaczyński. By objąć władzę w 2005 roku utworzył koalicję populistyczną, której złośliwcy dali miano koalicji moherowej. W jej skład weszli zwolennicy chłopskiego herszta i dawnego przywódcy młodzieżówki faszystowskiej. Chłopski herszt dostał fotel marszałka Sejmu, a faszystowski przywódca – tekę ministra edukacji. Polska polityka wciąż znajdowała się wtedy w fazie komedii, ale Szekspir z Żoliborza pisał już drugi akt, teraz tragiczny. Zastawił sidła na obu! Zgroza! Premier postanowił wykończyć swych własnych wicepremierów. Nie, nie dawno, dawno temu w państwie duńskim, lecz w XXI wieku w państwie polskim! I co się stało? Chłopski herszt upadł z wielkim hukiem. Zabrano mu pieniądze, wyłączono prąd, odcięto telefony i biedaczysko (ponoć) się sam powiesił. To pierwszy trup w szafie Jarosława K. Przywódcy neofaszystów udało się uciec spod kosy. Przez długie lata trzymał się z dala od polityki, ale ostatnio przefarbował się na liberała i teraz on kąsa rękę swojego byłego mocodawcy.

LUDZIE MÓWIĄ: DOŚĆ!

Po dwóch latach mohery się poróżniły i koalicja się rozpadła. Nasz demiurg sceny politycznej tylko na to czekał. Sądził, że zagarnie wyborców swych dawnych współkoalicjantów i że samodzielnie zdobędzie większość, czyli że sam zostanie bolszewikiem. Ale się przeliczył, nie zapanował nad swym szaleństwem. By skompromitować liberałów, wybrał sobie (rękami i umysłami agentów) Bogu ducha winną jedną z posłanek przeciwnika. Podstawił jej agenta, młodego, przystojnego, który ją w sobie rozkochał. I ta biedna kobieta przed menopauzą uwierzyła, że dla tego Adonisa może być Afrodytą. Gotowa była zrobić dla niego wszystko. On udawał, że jest lobbystą, który pomaga swojemu bogatemu przyjacielowi w nabyciu bardzo atrakcyjnych gruntów i ona obiecała mu pomoc. Choć była posłem do parlamentu, zaczęła szukać nieoficjalnych ścieżek do burmistrza, w którego gestii leżała sprzedaż nieruchomości. I na dwa dni przed wyborami oni to wszystko ujawnili. Zrobili z niej kozła ofiarnego. „Zobaczcie – mówił głosem swoich propagandystów szaleniec – tacy są liberałowie, gotowi dla swych korzyści popełnić każdą niegodziwość”. I na dzień przed wyborami ta kobieta wystąpiła w telewizji, kompletnie stłamszona, kompletnie załamana, odarta z wszelkiej czci i godności. Przyznała się do wszystkiego, ale też ujawniła, że to była ohydna prowokacja, a ona, naiwna, jej uległa. Zalewając się łzami przepraszała i prosiła o wybaczenie swoich wyborców, swojego męża i swoje dzieci. Przedstawiała sobą żałosny widok. Starzejąca się kobieta z rozczochranymi włosami, z wypiekami na policzkach, zapłakana i pociągająca nosem.

I kiedy ludzie zobaczyli, że to samo, co on za pomocą tajnych służb wyprawia ze swoimi przeciwnikami, może zrobić z każdym obywatelem, uznali, że to szaleniec, którego nie można pozostawić przy władzy. I nie zagłosowali na jego partię. Odetchnęliśmy z ulgą, ale tylko na krótko. Bo przecież ani spektakl się nie skończył, ani nie wyczerpała się fantazja jego autora.

KATASTROFA

Jarosław K. stracił władzę, ale przecież miał brata na stanowisku prezydenckim, który za pomocą weta nieustannie wkładał kij w szprychy liberalnego rządu i parlamentu. System władzy naszego nieszczęsnego kraju został tak niefortunnie skonstruowany, że daje możliwości upustu naszemu tradycyjnemu politycznemu warcholstwu, gdzie minister rządu znajduje haki na połowę posłów i prezydenta, innym razem minister oskarża o agenturalność swojego premiera albo premier knuje intrygę przeciw własnym wicepremierom, albo premier i prezydent walczą o pierwszeństwo w państwie, o legitymację do reprezentowania go za granicą i spierają się o prawo do korzystania z samolotu rządowego. Takie właśnie niesnaski doprowadziły do największej katastrofy w dziejach RP, w której zginęło 96 osób, w tym prezydent kraju, brat Jarosława. To kolejny trup w jego szafie. Ale i jego małżonka, o której też się czasem wspomina. I choć tam były jeszcze 94 osoby, wspomina się o nich rzadko, ale i ich trupy powinny siedzieć w szafie JK. Wszystkim razem postawiono pomnik w kształcie ogona samolotu, ale bratu Jarosława — setki, jeśli nie tysiące, w całym kraju. I pochowano go na Wawelu jak króla. Całe to żałobne rozdęcie po śmierci prezydenta dałoby się jeszcze jakoś przełknąć, gdyby nie nowe szaleństwo Jarosława, który przez 8 lat co miesiąc organizował wiece pogrzebowe, na których sugerował, że to nie była katastrofa, tylko zamach. I miesiąc w miesiąc wchodził na trójstopniową drabinkę, z której obwieszczał, że zbliżamy się do prawdy. Prawda nie została jednak wyjaśniona do dziś, i do dziś (po 11 latach!) działa komisja wyjaśniająca tę nieosiągalną prawdę. Prawda jest tak samo nieosiągalna jak telefoniczna czy esemesowa rozmowa pomiędzy braćmi tuż przed katastrofą. Niepodobna, by nie miała miejsca, bo to przecież Jarosław był tym, który bezustannie naciskał na swego brata prezydenta, by ten dystansował się, odcinał, odwracał i wyprzedzał premiera.

By odwrócić uwagę od tego, jak było naprawdę, Jarosław Kaczyński wymyślił nieprawdopodobną historię, że polski prezydent zginął w wyniku spisku, który uknuli przeciwko niemu polski premier i rosyjski prezydent. Wielu w tę bzdurę wierzy do dziś. A na pewno wspólnik Jarosława w szaleństwie, Antoni Macierewicz, który do dziś za państwowe pieniądze przewodniczy komisji badającej przyczynę wypadku. Jedną. Bo dla niego sprawa jest jasna: to był zamach.

W TYM SZALEŃSTWIE JEST METODA

Okazało się, że w tym szaleństwie była metoda, i to skuteczna. Na przejęcie władzy. Wiosną 2015 roku wybory prezydenckie wygrała marionetka Jarosława Kaczyńskiego, a jesienią jego partia — parlamentarne.

Chciałbym w tym momencie pozwolić sobie na osobistą dygresję. Oczywiście nie jestem zwolennikiem PiS ani Jarosława Kaczyńskiego, ale mówiłem sobie wtedy: „Trudno, tak musiało być, wahadło polityczne musiało się wreszcie wychylić w drugą stronę. Partia liberalna przez swoje zadufanie i bierność zasłużyła sobie na to. To nawet prawidłowość polityczna – tłumaczyłem sobie. To żadna tragedia. Jarosław Kaczyński po doświadczeniach, w wyniku których stracił władzę, na pewno poszedł po rozum do głowy i teraz wykaże się rozsądkiem”. Jakże się myliłem! Odszczekuję swoją naiwność i posypuję głowę popiołem, bo szaleństwo Jarosława K. dopiero wtedy rozpętało się na całego.

Ten fałszywy prorok ogłosił się zbawcą narodu i zgodnie z wyznawanymi przez siebie bolszewickimi zasadami postanowił, że władzy raz zdobytej nie odda nigdy. „Będę rządził do dziewięćdziesiątki” – wyznawał buńczucznie.

W czasie zesłania na polityczną banicję pilnie się przyglądał autokratom z sąsiednich krajów, głównie z Węgier i Rosji. I uczył się od nich metod sprawowania władzy. Bolszewickich, a jakże! Od swego węgierskiego politycznego bratanka przejął nazwę dla swojej niby to koncepcji politycznej: „demokracja nieliberalna”.

DEMOKRACJA NIELIBERALNA

Demokracja nieliberalna, czyli jaka? Ludowa? Socjalistyczna?

Jeśli dziś mówimy „demokracja”, to mamy na myśli demokrację liberalną, zwaną inaczej demokracją konstytucyjną albo parlamentarną. Wszelkie inne przymiotniki przyczepiane do słowa „demokracja”, czynią je co najmniej podejrzanym, a często wręcz fałszywym. Co to znaczy demokracja nieliberalna? Zwrócona przeciwko liberalizmowi, przeciwko wolności, czyli nietolerancyjna, restrykcyjna, uprzedzona, autorytarna, apodyktyczna, niesprawiedliwa, zamknięta, antyrynkowa?

Demokracja nieliberalna Jarosława Kaczyńskiego ma tyle wspólnego z demokracją, co koń z koniakiem

Rządy prawa opierające się w demokracji liberalnej na obiektywnych i jednakowych dla wszystkich aktach prawnych, obowiązujących co do jednego każdego obywatela, nawet prezydenta i prezesa, zostają w „demokracji” nieliberalnej zastąpione arbitralnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości. To jej funkcjonariusze mogą dowolnie decydować o kierowaniu w stosunku do poszczególnych osób, grup wyborców, grup zawodowych, firm, instytucji czy nawet jednostek administracyjnych korzyści lub represji. Dla Naszych — marchewka, dla nie-Naszych — kij. Propaganda? Chwalenie Naszych, honory, wybielanie w przypadku nadwerężenia reputacji. Dla nie-Naszych — krytyka, szkalowanie, oskarżenia, oczernianie. Środki na rozwój? Tylko dla gmin, w których rządzą Nasi. Dla tych, których mieszkańcy wybrali do władzy nie-Naszych — figa z makiem. Oto zasady sprawiedliwości Prawa i Sprawiedliwości; iście socjalistyczne: każdemu według zasług. Dla partii.

BIEDNY, SAMOTNY CZŁOWIEK

Dlatego Jarosław Kaczyński zamiast nazywać swoją koncepcję władzy demokracją nieliberalną, powinien ją nazwać nasizmem.

Jej twórca świata nie widział, języków się nie nauczył, choć warunki miał doskonałe. Jego rodzice byli przecież inteligentami od wielu pokoleń. Ale on ani nie był zdolny, ani pracowity. Nawet matury nie zdał. Musiał mieć poprawkę.

Dlaczego on tak nienawidzi elit? Bo kiedyś chciał do nich należeć, a one go odrzuciły. On po prostu w konfrontacji z ludźmi światłymi zawsze wychodził na głupka. Dlatego zwrócił się do tłumów, przejął ich wiarę i wartości. I sposób postrzegania świata. Dlatego teraz na pokaz godzinami klęczy w kościele i co jakiś czas wymyśla socjalne prezenty. Sypie groszem, by je przekupić i sypie garściami frazesów, by je ogłupić. Ale tak naprawdę on nie troszczy się ani o Boga, ani o człowieka. Jego interesuje tylko władza. Całe swoje życie podporządkował temu pragnieniu.

Jarosław Kaczyński to biedny, samotny człowiek. Nie doświadczył w swoim życiu miłości. Ani przyjaźni. Nie założył rodziny, więc nie wie, co to miłość  rodzicielska albo partnerska, odpowiedzialność za dzieci, lęk o nie, radość i duma z ich sukcesów, dbałość o trwałość związku, trud codziennego życia. Rozkosze seksu też są mu obce. Stłumiona seksualność to bardzo niebezpieczne zjawisko, często owocuje agresją i szaleństwem. Jarosław Kaczyński nigdy nie  miał przyjaciół, a nawet politycznych partnerów, bo przez całe życie otaczało go grono klakierów, cyników i lizusów. Za to miał i ma całą masę wrogów. Takich, których sam wykreował, albo takich, którzy go szczerze znienawidzili.

Biedny człowiek, samotny. A mimo to żyjący intensywnym, choć monotonnym życiem, które mu wypełniło jedno pragnienie. Tym, czego Jarosław Kaczyński pragnie najbardziej, jest władza. Kaczyński jest psychopatycznym imperoholikiem. Imperoholik, wbrew narzucającemu się skojarzeniu, nie kocha imperium. Imperoholik kocha władzę. Poza władzą nic się dla niego nie liczy. Ani przyjaźń, ani miłość, ani naród, ani państwo. Znacie takie typy z historii? Napoleon, Hitler, Stalin, Castro, Chavez. Wszyscy doprowadzili swoje państwa do ruiny, a narody do zguby. Imperoholik to typ psychopatycznego narcyza. Najważniejszy jest on sam. Jego dewizą jest: Po mnie choćby potop.

SIEWCA ROZBRATU I WROGOŚCI

Stąd się bierze kolejna dewiza Jarosława Kaczyńskiego: Dziel i rządź. Nikt tak jak Kaczyński nie potrafił zasiać między rodakami rozbratu i wzajemnej wrogości, które bardzo silnie podzieliły nie tylko wyborców, ale i znajomych, sąsiadów, rodziny. Tego podziału nie da się zasypać latami. Nawet w ponurych czasach stalinowskich czy podczas ciemnej nocy stanu wojennego nie było w przestrzeni społecznej takiej ilości jadu, niechęci, obrzydzenia, nienawiści, resentymentu, żądzy pomsty i odwetu.

Tę wrogość Kaczyński określał różnymi słowami. Raz mówił o podziale na Polskę solidarną i liberalną, innym razem wręcz o Polakach gorszego i (w domyśle) lepszego sortu. O Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej mówił, że to kondominium niemiecko-rosyjskie, czyli, że decyzje w sprawach naszego kraju nie zapadają w Warszawie, lecz w Berlinie i Moskwie. I do dziś on i jego poplecznicy ciągle wspominają o jakiejś mitycznej „suwerenności”, w odniesieniu do której wrogiem numer jeden staje się Unia Europejska.

W myśl tego podziału pisowscy pseudonaukowcy i propagandyści rozniecają nowe i odgrzewają dawne niesnaski pomiędzy Polakami a Niemcami, Rosjanami, Ukraińcami, Litwinami, Szwedami, Anglikami, Czechami, Żydami. Nawet do rządzonych przez demokratę Stanów Zjednoczonych odnoszą się z niechęcią. Skłóciliśmy się ze wszystkimi. W wyniku tego podziału nacjonaliści mogą jawnie głosić hasła antysemickie, antyeuropejskie, antyniemieckie i antyrosyjskie. Racją stanu dzisiejszej Polski stała się wrogość do wszystkiego. co zagraniczne i nowoczesne.

27:1

To najwyższa porażka, jaką nasza reprezentacja poniosła we wszelkich dyscyplinach. Tym razem chodziło o pojedynek Polski z Unią Europejską. Nie w piłce nożnej, nie w piłce ręcznej, nie w hokeju, tylko w polityce. Chodziło o wybór przewodniczącego Rady Europejskiej, stanowisko na której desygnowano Polaka. Po stanowisku papieża byłoby to drugie w historii najwyższe międzynarodowe stanowisko, na jakie desygnowano Polaka; wielki zaszczyt dla naszego kraju. I cała Europa opowiedziała się za, z wyjątkiem jednego kraju: Polski Jarosława Kaczyńskiego. Czemu? Tym kandydatem był Donald Tusk, szef polskiej partii liberalnej, która wraz z populistyczno-konserwatywną partią Jarosława Kaczyńskiego miała przejąć schedę po postkomunistycznej partii socjaldemokratycznej. Po aferach związanych z korupcyjno-polityczną działalnością lewicy władza leżała na ulicy. Wystarczyło ją podnieść. Prawie wszyscy komentatorzy polityczni uważali, że zrobią to dwie partie antykomunistyczne, tworząc koalicję POPiS. Nic bardziej błędnego. Jarosław Kaczyński, zwąchawszy szansę na przejęcie władzy, postanowił, kierując się — a jakże! — swoimi bolszewickimi przekonaniami, zdobyć ją w całości dla siebie. I zaczął szczuć na swego potencjalnego koalicjanta: bieda.— jego wina, katastrofa — jego wina powódź – jego wina, susza – jego wina. I po głosowaniu cała Europa przecierała oczy. Wszystkie kraje były za, z wyjątkiem Polski. To znaczy Jarosława Kaczyńskiego, ale świat wtedy jeszcze nie wiedział, że dewizą JK jest: „Polska to ja”.

KACZYŃSKI I KOŚCIÓŁ

Wszystko to jednak dzieje się w ramach demokracji, co prawda mocno rozchwierutanej i nadwerężonej, ale jednak. Na pewno nie wszystko, co Jarosław Kaczyński robił, by dojść do władzy, było fair, ale wciąż opiera się ona na mandacie uzyskanym w wyniku zdobycia większości głosów wyborczych. By je sobie zapewnić, Kaczyński zawarł sojusz z Kościołem, a zwłaszcza z jego najsilniejszą pod względem politycznym postacią, jaką jest dyrektor Radia Maryja. Jedno jego kiwnięcie palcem by wystarczyło, by znieść Kaczyńskiego ze sceny politycznej. Dlatego on i jego świta tak się umizgują do ojca dyrektora i cierpliwie znoszą wszelkie upokorzenia z jego strony. Państwo szczodrze wspiera mentalnie i finansowo wszystkie jego inicjatywy. Szczytem tego bezwstydnego lizusostwa była impreza świętowania 27. urodzin Radia Maryja, na której przedstawiciele PiS gięli się w wiernopoddańczych ukłonach, wysławiali jego założyciela pod niebiosa i tańczyli, jak im zagrał. Oddający się wiernopoddańczym pląsom członkowie rządu, parlamentarzyści i europosłowie to jeden z najbardziej obrzydliwych obrazów utraty godności władzy w historii Polski.

ZAMACH NA KOBIETY

Jarosław Kaczyński wie, że Kościół to nie tylko Rydzyk, a cały episkopat. Dlatego robi wszystko, by uznano go za obrońcę wiary. Padanie na kolana przed ołtarzem przez prezesa, prezydenta, premierów i członków rządu to manifestacja ich faryzeizmu, do której już się przyzwyczailiśmy, ale JK zawarł z Kościołem niepisany pakt przeciw diabłu. Diabeł nie podszeptuje dziś myślicielom heretyckich idei, nie pomaga czarownicom w ściąganiu na bogobojny lud nieszczęść, lecz tkwi w całkiem innych szczegółach, a mianowicie: genitalno-rozrodczych. Nasz święty papież określił to mianem cywilizacji śmierci. Co nią jest? Cywilizacja liberalna. I tu Kościół i Kaczyński niespodziewanie się jednoczą ideowo. Przedmiotem ich walki stają się aborcja, antykoncepcja, zapłodnienie in vitro, medycyna, homoseksualizm i gender, masturbacja i onanizm, a ostatnio nawet r0zwody. Lecz tym, w kogo ta walka z diabłem uderza najdotkliwiej, są kobiety. Coraz bardziej zaostrzane prawo antyaborcyjne wywołuje ich zdecydowany opór. Na ulicę co kilka miesięcy wychodzą setki tysięcy protestujących kobiet. Ich hasło z czarnego marszu „Trzeba było nas nie wkurwiać” wydaje się eufemizmem przy tym, co wykrzykują dziś pod adresem Kaczyńskiego, PiS-u i Kościoła. „Wypierdalać”. I żeby uniknąć wypisywania wulgaryzmów, malują osiem gwiazd: ***** ***. Poziom emocji polskiej ulicy osiągnął niespotykany pułap. O tym, że kobiety zwracają się wprost przeciw Kaczyńskiemu, świadczą nie tylko wykrzykiwane i wypisywane na transparentach hasła. W 2020 roku sto tysięcy kobiet przypuściło szturm na dom starego kawalera na warszawskim Żoliborzu, ale po nim spłynęło to jak po kaczce. Policja utworzyła wokół jego kwartału kordon ochronny składający się z tysięcy funkcjonariuszy i setek pojazdów policyjnych, a po drodze manifestantki były atakowane przez wiernych wodzowi kiboli i nazioli. Podobnie było, gdy kilka kobiet zdecydowało się na protesty w kościołach. Przywódca neofaszystów natychmiast ogłosił powołanie „Straży Narodowej” i już następnego dnia kordony bojówkarzy broniły kościołów  przed „zwolenniczkami zabijania dzieci” – jak nazywa protestujące kobiety TVP.

Łatwo sobie wyobrazić, czym by się skończył szturm na żoliborską twierdzę sikającego w spodnie genaralissimusa, gdyby na miejscu kobiet było sto tysięcy wkurwionych mężczyzn. Nie chcę o tym pisać, by nie zostać oskarżonym o podżeganie do… czegokolwiek, ale przypominają mi się słowa znanej piosenki: „Gdzie ci mężczyźni?! Orły, sokoły, bażanty?!” Wiadomo gdzie: jak twierdzy bronią kościołów przed aborcjonistkami, odmawiają różaniec na rynkach i ulicach, kładą się krzyżem na posadzce dla Chrystusa i przywdziewają bluzy z herbem Maryi. A kobiety? Puch marny, który na naszym ukochanym przywódcy robi takie wrażenie, co łupież na jego garniturze. Ale mimo to przeciwko pokojowo nastawionym demonstrantkom wysyła ogromne oddziały policji z tajniakami, którzy je pałują jak w sześćdziesiątym ósmym roku ORMO studentów i w stanie wojennym ZOMO zwolenników „Solidarności”. A i tak we władzach PiS pojawiają się głosy, że represje powinny być ostrzejsze.

I o co tyle hałasu? — pyta stary kawaler i odpowiada cynicznie: „Każdy średnio rozgarnięty człowiek może załatwić aborcję za granicą. W moim przekonaniu nic takiego, co by zagrażało interesom kobiet, się nie stało”. — Czy to nie jest szczyt faryzeizmu? Taka rada ojca narodu powinna uspokoić sytuację. Aborcja to w gruncie rzeczy kwestia pieniędzy i logistyki. Mamy już dwie skrajne reakcje. Parlament holenderski uchwala ustawę, że kobiety z Polski mogą dokonać aborcji w ich kraju bezpłatnie, koszty pokryją władze Holandii. Ale rząd Polski wpada na jeszcze lepszy pomysł. Każda ciąża polskiej kobiety powinna być zarejestrowana w rządowym systemie informacyjnym. Zatem: szlaban na wyjazdy.

By załatwić kwestię kobiecą bez niepotrzebnych deliberacji w Sejmie, gdzie opozycja miałaby szansę na krytykę i protesty, nasz prawniczy geniusz (doktor nauk prawnych z 1976 roku) wymyślił sposób, za pomocą którego chciałby ją rozwiązać jednym pociągnięciem pióra. Jego marionetkowy trybunał konstytucyjny ogłosił, że aborcja w każdej sytuacji jest niezgodna z konstytucją. Koniec, kropka. Niepotrzebne są żadne dyskusje ani konsultacje. Parlamentarne, a tym bardziej nieparlamentarne.

ATAK NA UNIĘ

Podobnie rozprawił się z Unią Europejską, która uznała, że Polska łamie prawo europejskie i powinna się wycofać z decyzji dotyczących funkcjonowania systemu sprawiedliwości. Ale co tam europejskie czy międzynarodowe trybunały! Jarosław Kaczyński ma własny, w którym zainstalował swoich posłusznych „konstytucjonalistów”: Przyłębską z Poznania., Pawłowicz z Ursusa,  Piotrowicza z Odrzykonia oraz Sochańskiego ze Szczecina. I co oni na to? Prawo europejskie jest niezgodne z polską konstytucją, więc Bruksela i Strasburg, nawet łącznie z Luksemburgiem mogą nam skoczyć.

Czyli co? Wychodzimy z Unii? No, nie! My, obywatele nie chcemy tego, dlatego znów wychodzimy na ulicę, choć zimno. A Jarosław w ciepłym domku bierze na kolana kota.

ZAMACH NA SĄDY

O co poszło z tą Unią? O sądy. By zapewnić swoim działaniom bezkarność JK postanowił zakwestionować konstytucyjną niezawisłość sądów. Sędziowie zdaniem naszego generalissimusa powinni być posłuszni jego władzy. Nie sprzeciwiać się jej, nie krytykować i nie kontrolować. Ani nie zwracać się do europejskich trybunałów z pytaniami o wykładnię przepisów. Każdy sędzia, który się na to poważy, zostanie ukarany dyscyplinarnie, odsunięty od orzekania, skierowany do pracy trzysta kilometrów od domu albo pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Ale Unia powiedziała: Hola, Hola! To bezprawie, na jakie w cywilizowanej Europie nie możemy się zgodzić. Cała Polska być może – tak, ale Unia Europejska nie da się tak łatwo wydymać. I zakręca Kaczyńskiemu kurek z pieniędzmi. Upps! A oni wydali miliony złotych, by na bilbordach w całym kraju się pochwalić, że już mają te miliardy euro w kieszeni. Więc… czekamy, kto kogo załatwi. Kaczyński von der Leyen czy von der Leyen Kaczyńskiego. Morawiecki Verhofstadta czy Verhofstadt Morawieckiego.

Zamach na wolne sądy to oczywisty przypadek łamania konstytucji. Nie jedyny. Jarosław Kaczyński prócz prokuratora generalnego, prezesów sądów i trybunałów ma od tego prawdziwego specjalistę. To sam prezydent RP. Konstytucjonaliści (oczywiście nie ci z trybunału) policzyli, że zrobił to już kilkanaście razy. Wyliczyć wszystkie przypadki? Dajmy spokój, Zanudzilibyśmy się. Wszyscy zresztą o tym wiedzą.

Podważanie niezawisłości sądów i próba ich podporządkowania ministrowi sprawiedliwości czy komukolwiek to naruszenie kolejnej fundamentalnej zasady demokracji: trójpodziału władzy.

Zasada trójpodziału władzy wywodzi się z oświecenia i po raz pierwszy została wcielona w życie w konstytucji Stanów Zjednoczonych, a potem — Polski (3 maja 1791 r.). Miała być tamą przeciw tyranii, by uniemożliwić uzurpację władzy przez jakąkolwiek jednostkę czy grupę bądź obchodzenie prawa przez rządzących dla własnej korzyści. Ale co to dla nas! Twórca demokracji nieliberalnej postanowił wbrew przyjętym w demokracjach zasadom te trzy rodzaje władzy zmontować. Trzeba przyznać, że zrobił to z wielką sprawnością. Nawet Adam Słodowy by tak nie potrafił. Oczywiście od początku chodziło o to, by władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza, a do tego i informacyjna podlegały jednemu: genialnemu monterowi z Żoliborza. I znów nasz rodzimy inżynier marzeń wymyślił rozwiązanie proste jak konstrukcja cepa: premier rządu i prezes partii rządzącej będą się spotykać na obiadkach u przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego, którą uznał za prawdziwe odkrycie towarzyskie. Ponoć ulubioną potrawą jest tam Wienerschnitzel mit Sauerkraut. Żartuję. Oczywiście, że chodzi o schabowy z kapustą.

SKOK NA KASĘ

Ostatnio pisowski prezes naszego banku narodowego uświadomił nam, że na finansach znają się już nawet siedmiolatki. Wiedzą więc, że do uprawiania realpolitik nie wystarczają wzniosłe idee i okrągłe słowa. Potrzebna jest do tego kasa. I to duża kasa. Jarosław K. też o tym wiedział, może i nawet jako dziecko, gdy grał w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Można więc powiedzieć, że złodziejskiego fachu uczył się od najmłodszych lat. I kontynuował to w młodości. Po transformacji został szefem tygodnika i nadzorcą popołudniówki, a nawet fundatorem fundacji prasowej. Wszystko spieprzył po całości. Przez kolejne lata przebierał nóżkami na kolejnych partyjnych kanapach, jakby miał zespół niespokojnych nóg. Ustatkował się dopiero, gdy założył z bratem partię, w której nikt nie kwestionował jego przywództwa. Co działo się potem, przypomnieliśmy już sobie pokrótce. Mówi się o nim, że wyznaje zasadę „po mnie choćby potop”, ale to nie do końca prawda. On naprawdę wymarzył sobie, że pozostawi po sobie tysiącletnią rzeszę spadkobierców politycznych. Dlatego wymyślił projekt „Dwie wieże”. Choć prawo zakazuje partiom działalności gospodarczej, miała je wybudować partia PiS, by na wieki wieków zdobyć podstawę finansową dla swojej działalności. Partia miała wprawdzie tereny pod budowę, ale nie miała finansów. A cóż trudnego w ich znalezieniu dla naszego geniusza gospodarczego. Za pieniądze podatników kupił największy bank komercyjny w kraju i go upaństwowił, więc sam prezes banku musiał się meldować u niego na dywaniku. A co na to opinia publiczna? Jak to co? Nic. Czegoś takiego jak opinia publiczna w naszym kraju nie mamy. Plan spalił na panewce, dlatego członkowie partii skazani zostali na zdobywanie kasy na własną rękę. „Gazeta”, Onet i Radio Zet sporządziły ostatnio szczegółowy schemat korupcyjno-nepotycznej ośmiornicy. Było tego tak dużo, że nie dało się tego czytać ani oglądać diagramu. Czytelnik zniechęca się po dwóch, trzech minutach i szybko dochodzi do wniosku, że wszyscy kradną; nic na to nie poradzimy.

Ale warto się przyjrzeć kilku precedensom z najwyższych sfer władzy.
Premierka. Odchodząc z urzędu przyznaje sobie i innym członkom rządu nagrody rzędu wartości nowego samochodu. Na medialną krytykę odpowiada: „Te nagrody nam się należały.” Całą burzę w szklance wody z powodu nagród dla rządu gasi pomysłowy jak zwykle władca naszego politycznego olimpu, każąc ministrom oddać premie na Caritas. I znów: koniec, kropka. Było polecenie, ale nikt nie może sprawdzić, czy zostało wykonane.
Obecny premier cały majątek przepisał na żonę. Zapewne, by nie można mu było niczego odebrać. A byłoby co, bo premier, zanim został premierem dzięki przychylności znajomego biskupa dokonał za bezcen niezwykle korzystnego zakupu gruntów, przez które, jak wiemy dziś, ma przebiegać autostrada. Grunty są dziś warte sto razy więcej niż wynosiła cena zakupu. Gdy afera wyszła na jaw, głos zabrała żona premiera, bo przecież premier nie ma nic do powiedzenia. Pani premierowa znała już mechanizm rozładowywania afer i zadeklarowała dobrowolną wpłatę grubszej sumki. Na… Caritas. Zgodnie z mechanizmem działania systemu sprawiedliwości Prawa i Sprawiedliwości. Kradniesz? Odpal trochę z tego na Caritas, a uzyskasz odpust zupełny.
Szef banku centralnego też zarabiał nieźle, a wraz z nim dwie jego faworyty, dyrektorki działów — rusycystka i absolwentka zaocznych studiów reklamy, jak dla starszego pana atrakcyjne blondyny z rzucającymi się w oczy walorami, które szef zwykle zabierał na zagraniczne konferencje. Jego odpowiednicy z Niemiec czy Francji na takich konferencjach zatrzymywali się w hotelach, ale panisko z Polski zwykle wynajmował dla siebie i towarzyszącej mu osoby całą willę.
Wójt Pcimia to osoba, która wszystko może w przeciwieństwie do premiera Tuska, który nic nie może – lansował swojego pupila Jarosław Kaczyński i windował go na coraz wyższe stanowiska w państwowych spółkach i instytucjach. Pupil, owszem zarabiał nieźle, ale bez przesady — tyle co dobrze opłacany urzędnik. Lecz jego rodzice, z zawodu malarz i krawcowa, inwestowali miliony.

Pisać dalej? O odwożeniu dzieci do domu rządowym samolotem, o maseczkach i respiratorach, których nikt nie widział, o stanowiskach uzyskiwanych przez krewnych mimo braku kompetencji, o synekurach bez pokrycia w pracy, o robieniu przez ochroniarzy zakupów dla żony prezesa telewizji, o karmieniu przez nich kota? Szkoda czasu i miejsca, bo to i tak nic nie da. Żadnej z tych osób nie spadł włos z głowy. Czemu? „Bo wszyscy kradną”.

Naczelnik państwa zadekretował, że ci ludzie, którymi się otoczył: politycy, urzędnicy, publicyści, a nawet artyści, będą stanowić nową elitę. Wielu z nich, wypowiadając się publicznie, nie jest w stanie sklecić zdania, ale za to wprowadzają w życie wszystkie, nawet najbardziej absurdalne pomysły szaleńca.

ZAMACH NA MEDIA

Krótko po pierwszym zwycięstwie prezes PiS ogłosił: „Odzyskaliśmy telewizję”, tak jakby telewizja publiczna była jakimś łupem. Jeden po drugim zwolniono z niej wszystkich, którzy nie chcieli zginać karku: publicystów, dziennikarzy, prezenterów, moderatorów, ekspertów. I to nie tylko w dziedzinie polityki, ale także kultury, filmu, muzyki, a nawet programów kulinarnych. Język programów informacyjnych stał się tak plugawy, tak kłamliwy, tak napastliwy, że nie da się tego słuchać. „Wiadomości” przestały relacjonować wydarzenia z kraju i ze świata, a zamiast tego zaczęły uprawiać nachalną propagandę sukcesu władzy i obrzydliwe szkalowanie opozycji. Wkrótce praca w telewizji publicznej zaczęła przybierać ten sam sens, co praca w domu publicznym.

Na drugi ogień (jeśli możemy przymknąć oko na ten kolokwializm) poszło radio, zwłaszcza kultowa „Trójka”, program, który od lat sześćdziesiątych był naszym oknem na świat, dzięki któremu mogliśmy słuchać krajowego i światowego rocka i jazzu, polskich piosenek i muzyki świata, inteligentnej satyry i szeroko pojętej kultury niesocjalistycznej. Z czasem z „Trójką” utożsamili się słuchacze w średnim wieku, którzy się przy niej i wraz z nią zestarzeli. Jak w starym dobrym małżeństwie. „Trójki” nie tylko się słuchało; z „Trójką” się było w łazience, przy goleniu i malowaniu, z „Trójką” się jadło śniadanie i piło kawę, z „Trójką” się podróżowało i dyskutowało, z „Trójką” się żyło. „Trójka” przez cały czas była sobą, bo nigdy nie podlizywała się władzy. A to władzy PiS, czyli władzy Jarosława K. nie szło w smak. Żadna niezależność nie była dla nich do zaakceptowania. I znów jeden po drugim zaczęli z „Trójki” zwalniać tych, co ją stworzyli i nadali jej niepowtarzalny charakter. Aż „Trójka” stała się „Trujką”. Znikła niezależność, a w jej miejsce pojawiła się dyskretnie sączona propaganda władzy. I treści religijne. Dziś, przeskakując po kanałach na chybił trafił, trudno czasami orzec, czy słucha się „Trójki” czy eMki.

I kolejne szachrajstwo wielkiego Szu. Wykup polskiej prasy lokalnej z rąk niemiecko-szwajcarskich najeźdźców. Zagrywka w iście putinowskim stylu. Jarosław K. winduje burmistrza Pcimia na fotel prezesa koncernu naftowego. Jego największym osiągnięciem „menedżerskim” jest właśnie wykup lokalnych gazet i czasopism. Medialny monopol Jarosława K. zatacza coraz szersze kręgi. Wcześniej Jarosław K. zawiera pakt o nieagresji z właścicielem telewizji „Polsat”, milionerem, którego działalność zależna jest od państwowych koncesji. Wolne pozostają już tylko pojedyncze bastiony medialne, wśród nich „Gazeta Wyborcza”, tygodniki „Polityka” i „Newsweek” i telewizja TVN, może portal Onet. Pozostałe media próbują zachować neutralność, nie deklarując się wyraźnie po żadnej stronie liberalno-autorytarnego konfliktu. Podporządkowane pisowskiemu zarządowi gazety wprawdzie nie rzuciły się do gremialnego ataku na elity, liberałów i Unię Europejską, ale pozostają w odwodzie do użycia w krytycznym momencie. Jednak już „Echo Dnia” dało wyraźny sygnał, po czyjej jest stronie, wycofując się z patronatu nad imprezami WOŚP w Kielcach.

NIENAWIŚĆ DO WOŚP

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i personalnie Jerzy Owsiak to kolejni wrogowie prawicy. Czemu? Co takiego nie pasuje zwolennikom PiS, narodowcom, prawicowcom oraz licznym wiernym i prawie całej hierarchii Kościoła katolickiego? Wszak to wielki ruch dobroczynności, która przecież stanowi istotę chrześcijaństwa. To prawda, ale świecki. I to właśnie budzi opór: jego świeckość. WOŚP pokazuje, że możliwe jest budowanie sensu ludzkiego życia i społecznej aktywności w oparciu o wartości humanistyczne i że nie jest do tego niezbędny ani Kościół, ani religia.

Niemożliwe jest, żeby w Polsce była choć jedna osoba, która nie widziałaby fragmentu finału WOŚP na własne oczy lub w telewizji, żeby nie dostrzegła tego entuzjazmu i radości, który przepełnia każdą imprezę. Przecież tam są wszyscy! Artyści, akrobaci, aktorzy, automobiliści, biegacze, cyrkowcy, czytelnicy, darczyńcy, filateliści, fotograficy, gimnastycy, gołębiarze, indianie, jeźdźcy, kolekcjonerzy, kowboje, księżniczki, kucharze, morsy, motocykliści, muzykanci, numizmatycy, nurkowie, piloci, pływacy, politycy, rowerzyści, rycerze, spadochroniarze, sportowcy, sztukmistrze, śpiewacy, tancerze, urzędnicy, wikingowie i zapaleńcy wszelkiej maści. I dzieci. Mnóstwo dzieci i młodzieży. Mądrych, wrażliwych, zaangażowanych, odpowiedzialnych. Do niedawna byli też żołnierze, strażacy i policjanci, ale warczący wielkorządca zakazał im opuszczania koszar, posterunków i wychodzenia z domów w mundurach. Prezydentowi – też. WOŚP pokazuje, że podział na Polskę liberalną i solidarną jest fałszywy, że Polacy mogą się jednoczyć w pomocy, radości, zabawie i dumie z tego, co robią. W dodatku bezpiecznie i odpowiedzialnie, bez potrzeby otaczania imprez policyjnym kordonem.

WOŚP to inna Polska. To Polska pomocna, odpowiedzialna, aktywna, radosna, otwarta, tolerancyjna, pełna pomysłów. Jeśli WOŚP ma być alternatywą dla czegokolwiek, to jest alternatywą dla egoizmu i partykularnych interesów, dla wrogości i agresji, dla ksenofobii, dla zamknięcia, dla zaściankowości, dla lenistwa i gnuśności. Dlatego nie można jej pokazywać w publicznej telewizji. Bo publiczna telewizja pokazuje inną Polskę: zamkniętą, zawistną, agresywną, pełną żalów, pretensji i roszczeń.

SZALEŃSTWO

Poniższe uwagi autorka Szaleństwa władzy kieruje do papieży okresu renesansu, ale próbuje z ich zachowań wysegregować pewne stałe zasady, które można by było odnieść do przypadków szaleństwa władzy, jakie miały miejsce później. Do szaleństwa Jarosława Kaczyńskiego pasują jak ulał.

Podstawowym wyrazem szaleństwa Kaczyńskiego jest niezważanie na narastające wokół jego działań ruchy i odczucia społeczne. Jest głuchy na wszelkie objawy niezadowolenia, ślepy na alternatywne rozwiązania, którym dają wyraz jego krytycy, lekceważąco niewrażliwy na wyzwania, niefrasobliwy wobec sianego swym postępowaniem zgorszenia i narastającego gniewu na złe sprawowanie rządów, niewzruszony w swym odrzucaniu a priori wszelkich zmian i głupio uparty w utrzymywaniu istniejącego, skorumpowanego systemu. Nie może go zmienić, ponieważ sam stanowi jego część, i choć sam go stworzył, stał się od niego zależny.

Jego groteskowa rozrzutność w gospodarowaniu zasobami państwowymi i maniackie skoncentrowanie się na czerpaniu osobistych korzyści przez jego najbliższych współpracowników są kolejnymi rządzącymi ich i jego postępowaniem czynnikami.

Kaczyński nie ma na tyle rozumu, by uświadomić sobie, że głowę państwa obciąża zadanie bardziej doniosłe niż pogoń za czymś „własnym”. Kiedy dobro osobiste stawia się przed dobrem ogółu i kiedy własne ambicje, zachłanność i oczarowanie władzą decydują w polityce, dobro publiczne musi niewątpliwie przegrywać. W otoczeniu Kaczyńskiego nikt nie wyraża wątpliwości do jego sposobu myślenia, a jeśli już, to natychmiast zostaje uciszony lub odsunięty na boczny tor.

Dążenie do osobistych korzyści jest cechą wszystkich czasów, ale gdy opanowuje samych rządzących, staje się szaleństwem. Czyż powiedzenie „Państwo to ja” nie jest dewizą szaleńca?

Kolejnym szaleństwem jest złudzenie, że status władzy jest stały i niewzruszalny. Kaczyński postępuje tak, jakby zakładał, że jego władza jest wieczna, że wszelkie zagrożenia można zdławić, tak jak czynili to przez całe wieki inni tyrani. Że jedynym realnym niebezpieczeństwem jest zwrócenie się wyborców ku komu innemu, zatem władza powinna przede wszystkim podejmować takie decyzje, by stale utrzymywać ich zadowolenie, poczucie wdzięczności i nadzieję na otrzymanie kolejnych prezentów. Myśli Kaczyńskiego nie zaprząta dążenie do zrozumienia istoty protestów i własnej niepopularności. Jego pogląd na dobro kraju, do rządzenia którym wybrano jego partię, jest tak krótkowzroczny, iż zakrawa niemal na perwersję. Jarosław Kaczyński nie posiada wcale poczucia misji duchowej wobec wszystkich Polaków, nie wykazuje najmniejszych cech przywódcy całego narodu i nie wypełnia wobec niego moralnego posłannictwa.

Trzy spośród typowych dla niego postaw, wyraźnie wysuwających się na czoło, są zawsze cechami szaleństwa. Są to: całkowite ignorowanie narastającego niezadowolenia rządzonych, prymat dbałości o wzrost własnej władzy i korzyści, złudzenie o niepodważalności osiągniętego statusu. Taka postawa jest niezależna od czasów i powtarza się okresowo u tych, którzy sprawują rządy.

ZBLIŻA SIĘ KONIEC

Historia dobrze zna takie historie. Geografia nie znosi zbyt dużego zagęszczenia tyranów. Prędzej czy później wezmą się za łby. Putin, Łukaszenko, Orban Kaczyński — to zbyt dużo, nawet jak na rozległe tereny Europy Wschodniej. Pierwszy stracił nerwy dyktator białoruski. Oburzony na sankcje Europy i odmowę uznania swojej władzy sprowadził tysiące uchodźców z miejsc ogarniętych wojną i dotkniętych biedą i rzucił ich na polską granicę. Dyktator polski mocno się przestraszył. Kazał wprowadzić na granicy stan wyjątkowy, by nie można było pokazywać, jak jego bohaterscy żołnierze wyłapują w lesie kobiety i dzieci, którym udało się przedrzeć przez zasieki z drutu kolczastego i wypychają je z powrotem w ręce wschodniego szaleńca. Wzorem swego amerykańskiego wzoru nasz zbawca narodu ogłosił, że zbuduje na granicy mur za półtora miliarda złotych i że podwoi ilość mięsa armatniego, które w razie potrzeby będzie można rzucić na pożarcie wrogom. Jego marionetki w parlamencie lalek przyklapnęły pomysłowi w kilka godzin, chociaż od miesięcy deliberują, co tu zrobić z ciemnym ludem, który nie chce się szczepić pomimo pandemii i mrze dziennie setkami. To też kolejne trupy, już chyba nie w szafie lecz hangarze Kaczyńskiego.

Ale świat się obudził. Nie mógł znieść widoku biednych ludzi umierających w lesie i na bagnach z głodu, chłodu i obojętności katolickich faryzeuszy; ani małych dzieci, brudnych, biednych i głodnych, patrzących w jego kierunku z nadzieją. Na ocalenie. Na pomoc. Odezwali się możni z bogatego świata. Odezwali się do naszych ościennych tyranów, by ratować tych ludzi. Marne kilka tysięcy. Jednak nasz rodzimy tyran, jak to tyran, oburzył się, że rozmawiają z innymi tyranami ponad jego głową. „Nie zaakceptujemy żadnych rozwiązań podjętych bez naszej obecności” – zaczęły rezonować jego marionetki. Czyli co? Po nas choćby potop?. A biedacy? Niech zdychają. Przecież to tylko motłoch, co roznosi zarazki, a my mamy dość kłopotu z własnymi.

Czy można mieć jeszcze wątpliwości, że opisana tu sekwencja posunięć przywódcy narodu niechybnie prowadzi do katastrofy? Mentalno-polityczna sytuacja, w jakiej znalazło się polskie społeczeństwo przypomina tę, w jakiej w latach trzydziestych znajdowali się nasi zachodni sąsiedzi. Oni też bezkrytycznie zawierzyli swemu wodzowi, który doprowadził ich kraj do katastrofy. I z nami może być podobnie. Oczywiście nie będzie gruzów po zniszczonych miastach, obozy koncentracyjne w środku Europy też nam raczej nie grożą, ani obfitująca śmiertelnymi ofiarami wojna. Ruina, do której zmierza nasz kraj, to pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych; to zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych: krajowych, wojewódzkich, gminnych; to chaos komunikacji społecznej, która powinna opierać się na mówieniu prawdy, a została zdominowana przez kłamstwo i manipulację; to nieumiejętność budowania konsensusu w społeczeństwie głęboko podzielonym i skłóconym, które nie potrafi rozmawiać, negocjować i załatwiać polubownie najprostszych spraw; to zachwiany system wartości, według którego każdy wie, że jest kowalem swego losu i że jego powodzenie życiowe zależy od jego pracowitości, pilności w szkole, wykształcenia, a nie od szczodrobliwości możnowładców.

Słusznie kiedyś powiedział Adam Michnik, że Jarosław Kaczyński to król Midas à rebours: wszystko, czego się dotknie, zamienia się w gówno. Gdy się rozbryzgnie, uświni nas wszystkich. Trudno, choć będzie to mało przyjemne, da się zmyć. Ale szaleństwo Jarosława K. prowadzić może do czegoś gorszego.

Już rok temu 210 polskich generałów uznało, że kraj nasz stoi na skraju wojny domowej i wezwało go do opamiętania.

O szaleństwie Jarosława K. mówi się już od dawna. Dla połowy wyborców to oczywiste. A co z drugą połową? Pewnie duża jej część otworzy oczy dopiero, gdy ich ideał sięgnie bruku, ale na pewno bielmo zaślepienia nie wszystkim opadnie. Trudno się dziwić, bo szaleństwo nie tylko oślepia, ale i zaraża.

JERZY KRUK

POST SCRIPTUM

Chyba nie skończę tego artykułu, bo każdy tydzień, niemal każdy dzień przynosi coś nowego.

Szaleństwo Jarosława K. rozkręca się jeszcze bardziej. Świat przeciera oczy ze zdumienia, bo Jarosław K. organizuje międzynarodówkę prawicowo-nacjonalistyczną. Na jego zaproszenie przyjechało do Warszawy dwunastu przywódców europejskich partii prawicowych i faszystowskich.

W sobotę lekarze w Białymstoku odmówili terminacji płodu bezczaszkowego kobiecie na skraju załamania nerwowego, choć jej stan potwierdziło dwóch psychiatrów. Stan psychiczny kobiety nie jest przesłanką dla dokonania aborcji, nawet nieuleczalnie chorego płodu — podnoszą prawnicy fundamentalistycznej organizacji katolickiej. Lekarze wydali oświadczenie, że dokonania aborcji śmiertelnie chorego płodu zabrania im wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Trybunał Konstytucyjny wciąż działa bardzo aktywnie. By bronić posunięć idącego w zaparte prokuratora generalnego, uznał tydzień temu, że z polską konstytucją niezgodna jest nawet europejska konwencja praw człowieka. Nie jestem prawnikiem, ale tak na chłopski rozum, to uważam, że jeśli tak jest naprawdę, to taką konstytucję należałoby zmienić i dostosować do międzynarodowych standardów. Paw narodów sądzi jednak inaczej i myśli, że powinien go podziwiać cały świat i dostosować się do jego szaleńczych pomysłów. Posłannictwo w rechrystianizacji Europy to kolejny przejaw naszej chorej pychy narodowej.

Przygraniczny konflikt wywołany przez białoruskiego dyktatora został zażegnany przez polityków stojących na czele zachodnich państw. Uchodźcy wracają do swoich krajów. Jednak polskie władze, z wicepremierem do spraw bezpieczeństwa na czele urządziły wielki koncert „Murem za polskim mundurem”, jakbyśmy wygrali wojnę z niebezpiecznym najeźdźcą. Lista uczestników, to lista hańby i ślepoty. Ale i lista szaleństwa, bo ten, kto popiera ten żenujący spektakl, popiera Jarosława Kaczyńskiego. I jego szaleństwo.

17 grudnia Jarosław Kaczyński dokonał kolejnego aktu szaleństwa. Łamiąc regulamin Sejmu w dwie godziny wprowadził Lex TVN, ustawę mającą na celu wyeliminowanie z polskich mediów kanału informacyjnego należącego do koncernu Discovery, i tym samym wypowiedział wojnę Ameryce.

A może kupisz moja ksiazkę?

Pin It on Pinterest