Upadek Ikarii

Upadek Ikarii – autor: Jerzy Kruk. Obraz wygenerowany przy pomocy Chat GPT

Widzieliśmy to prawie wszyscy. Jeśli nie na żywo, to potem w wiadomościach albo za pośrednictwem linków podsyłanych nam przez znajomych. Lindsey Vonn, 85-krotna zwyciężczyni zawodów pucharu świata w narciarstwie alpejskim, złota medalistka olimpijska, słynna na cały świat celebrytka, która w swej karierze zarobiła miliony, piękna niegdyś dziewczyna, a dziś kobieta, która odważyła się nawet pokazać swe wdzięki w Playboyu, po pięciu latach zmagań z kontuzjami i kilku operacjach postanowiła w wieku 40 lat wrócić do sportowej rywalizacji. I choć kilka dni temu zerwała więzadło kolana, z protezą w drugim, stanęła na starcie olimpijskiego zjazdu w Cortinie d’Ampezzo. Startowała z numerem 13 i po 13 sekundach, lecąc w długim wyskoku, zawadziła ręką o bramkę. Na żywo widać było tylko wielki tuman śniegu, a gdy opadł – leżącą bez ruchu zawodniczkę. Skojarzenie z upadkiem Ikara narzuca się samo.

Nawet małe dzieci znają tę historię. Ikar, uciekając z Krety wraz z ojcem, Dedalem, który w tym celu skonstruował sztuczne skrzydła, spajając drewniane listwy i ptasie pióra woskiem, niepomny przestróg ojca, wzbił się jak najbliżej słońca, którego promienie rozpuściły wosk, co spowodowało jego śmiertelny upadek. Mit o Ikarze powinien być dla nas przestrogą przed nadmierną ambicją, brawurą, zachłannością, ale często nie jest. Dla Lindsey Vonn na pewno nie był. I nie jest dla współczesnego, modernistycznego świata opartego na paradygmacie prometejskim.

Człowiek, otrzymawszy od Prometeusza wykradziony bogom ogień, korzysta z tej boskiej mocy bez opamiętania, posuwając się do bluźnierstwa polegającego na chęci dorównania mieszkańcom Olimpu. Podobny, a może nawet i ten sam, mit znajdujemy w kulturze judeochrześcijańskiej opowiadającej o upadku czy strąceniu Aniołów, którzy zapragnęli stać się równi Bogu.

Prometeizm to twórcza, dynamiczna postawa człowieka w stosunku do zastanej rzeczywistości i samego siebie, mobilizująca do opanowania i przekształcania świata. „Prometejski” znaczy: śmiały, twórczy, heroiczny, tytaniczny, buntowniczy. Postawa prometejska polega na dążeniu do przekraczania naturalnych ograniczeń człowieka, podporządkowaniu natury technice, rozumowi, woli mocy, traktowaniu świata i ciała jako materiału do przekształcania. Czy nie na tym polegała niezgoda 41-latki na zaakceptowanie ograniczeń swojego organizmu wynikających z wieku biologicznego i swojego wielokrotnie operowanego ciała, które przecież nie jest maszyną, którą można w nieskończoność naprawiać i udoskonalać? Wydaje się, że tę samą naiwną – choć ja wolałbym powiedzieć: wulgarną – wiarę w paradygmat prometejski podzielają Władimir Putin i Xi Jinping przyłapani na rozmowie o nieśmiertelności i biotechnologii.

Przeciwieństwem paradygmatu prometejskiego może być paradygmat taoistyczny. Taoizm to chiński nurt filozoficzno-religijny, którego kluczowe idee to tao (droga) – naturalny porządek świata, i wu wei – niedziałanie lub działanie zgodne z naturalnym przepływem, bez przemocy wobec rzeczywistości. Postawa taoistyczna polega na harmonii z naturą zamiast dominacji, na płynności, spontaniczności, adaptacji zamiast kontroli. W odniesieniu do naszego problemu, prometeizm to nowoczesna ideologia prędkości i przekraczania ciała, a taoizm to metafora praktyk, które wpisują się w rytm świata zamiast go forsować.

Czy zauważyliśmy, w jak pięknych okolicznościach przyrody wydarzył się wypadek? Wszak Dolomity to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Jednak to piękno zostało zgwałcone przez ludzką pychę, brawurę, zachłanność. W podobnych okolicznościach przyrody może być pięknie inaczej: gdyby tam wejść na własnych nogach, odsapnąć, rozejrzeć się dookoła, pooddychać krystalicznie czystym powietrzem, pozachwycać się widokami. Kto chodzi po górach i lasach, pływa po rzekach i jeziorach, wie, o czym mówię, i rozumie argumenty obrońców przyrody nawołujących do ochrony środowiska naturalnego i bijących na alarm z powodu jego zanieczyszczenia i zniszczenia. A kto tego nie rozumie, będzie się naśmiewał z wiatraków, rowerów, samochodów elektrycznych. I nawoływał: Drill, baby, drill! Albo przechwalał, że mamy zasoby węgla na co najmniej 200 lat i powinniśmy je wydobyć i spalić, bez względu na konsekwencje.

To jest waśnie walka prometeizmu z taoizmem. To jest wojna cywilizacyjna, w której uczestniczy każdy z nas. Uczestniczą w niej też formacje kulturowe i polityczne. A kiedy angażują się w nią przywódcy największych mocarstw, staje się to niezwykle ważne. Ostatnio, niestety, ich zaangażowanie w ten konflikt kulturowy nie napawa optymizmem. Weźmy przywódców Ameryki, Rosji i Chin. Gdyby byli wyznawcami paradygmatu taoistycznego, mogliby być mężami opatrznościowymi dla całego świata, troszczącymi się o jego bezpieczeństwo i pomyślność, ale, znów niestety, Donald Tramp, Władimir Putin i Xi Jinping są wyznawcami paradygmatu prometejskiego, i już nawet nie wulgarnego, ale wręcz jaskiniowego. Miast być mężami opatrznościowymi dla świata, stali się jego największym zagrożeniem. Putin prowadzi wojnę w Ukrainie, ale już łakomym okiem spogląda na inne kraje Europy Wschodniej. Tramp otwarcie mówi, że chciałby przyłączyć do USA Grenlandię, Kanadę i Zatokę Meksykańską, zapewne z jej wyspami, a Xi zamierza się co najmniej na Tajwan. Wszyscy oni mówią o pokoju, ale ich marzeniem jest wojna. Po co? By mieć więcej.

Podobnie było z Lindsey Vonn. Też chciała więcej. Więcej zwycięstw, więcej sławy, więcej podziwu. Swą zachłanność przypłaciła „tylko” złamaniem nogi. „Tylko”, bo mogła przypłacić ją życiem, co zapewne nienasycony w swej żądzy przesuwania ludzkich możliwości „świat” sportu i żądna gladiatorskich walk na śmierć i życie publiczność powitałyby z jeszcze większą ekscytacją.

Niech więc ten w gruncie rzeczy szczęśliwy upadek współczesnej Ikarii będzie dla nas przestrogą, by, tak jak Lindsey Vonn wypadła z trasy, świat nie „wypadł z kolein” i nie dał jakiemuś nieznanemu złośliwemu demonowi powodu do zawołania za Grekiem Zorbą: Jaka piękna katastrofa!

Jerzy Kruk

Za wysokie progi dla Szymona

Nie matura, lecz odwaga zrobi z ciebie komisarza

Z zażenowaniem przyglądałem się staraniom Szymona Hołowni o stanowisko wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców. No bo co by go predysponowało do sprawowania tej poważnej funkcji? Zaangażowanie w działania związane z pomocą humanitarną, jakieś wybitne zdolności dyplomatyczne, doświadczenie i osobiste kontakty w sprawach międzynarodowych? Nic takiego naszego kandydata nie wyróżnia. Jednym słowem: kompetencji brak. Nie można jednak odmówić byłemu marszałkowi odwagi i ambicji. Przede wszystkim ambicji, która chyba najbardziej charakteryzuje jego twórcze poszukiwania własnego miejsca w życiu. Czegóż to nasz Szymon nie próbował?

Zaraz po maturze wstąpił do zakonu dominikanów, ale nowicjatu nie wytrwał, podobno z powodów zdrowotnych. Do zakonu powrócił po kilku latach, ale i tym razem nie doszedł do ślubów. Tym razem z powodów duchowych.

Dość późno, bo w wieku 24 lat rozpoczął studia na psychologii. Studiował przez 5 lat, ale studiów nie ukończył. Swoje wykształcenie chciał uzupełnić po latach w Collegium Humanum, „uczelni” okrytej złą sławą z powodu wydawania fałszywych dyplomów, które studenci (bardzo często politycy i urzędnicy samorządowi) otrzymywali jedynie dzięki opłacaniu czesnego, nie uczestnicząc nawet w zajęciach. Hołownia przyznał, że złożył podanie o przyjęcie na studia, ale ostatecznie ich nie podjął ani nie zapłacił za nie. Tak że dziś kandydat na wysokiego komisarza może się wykazać zaledwie średnim wykształceniem.

Karierę Szymona Hołowni wypełnia przede wszystkim działalność dziennikarsko-publicystyczna. Redaktor Hołownia zaliczył pracę w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku”, „Rzeczpospolitej”, „Kulturze Popularnej”, „Machinie”, „Przewodniku Katolickim”, „Więzi”, „Wprost”, „Tygodniku Powszechnym”, Radiu Białystok, Vox FM, Radiu PiN, TVP i TVN. Ukoronowaniem jego kariery medialnej była funkcja (wraz z Marcinem Prokopem) kogoś w rodzaju portiera wpuszczającego na scenę uczestników programu „Mam talent!”.

Mówienie o braku doświadczenia w działalności społeczno-charytatywnej jest trochę niesprawiedliwe, bo jednak Szymon Hołownia przez kilka lat angażował się w różne akcje pomocy dla dzieci i młodzieży z Polski, Bangladeszu i Afryki. Co to były za działania? Był współorganizatorem, współzałożycielem, współinicjatorem. No, dobre punkty do CV, ale chyba jednak za słabe przy ubieganiu się o tak wysokie międzynarodowe stanowisko.

Swoją aktywność społeczno-publicystyczno-medialną Szymon Hołownia zawiesił w związku z podjęciem działalności politycznej na przełomie roku 2019 i 20. Choć 10 lat wcześnie nie dostał się nawet do rady miasta Białegostoku (z listy Unii Wolności), od razu postanowił zostać prezydentem RP. Jego program streszczał się w chęci przełamania duopolu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. No cóż, bardzo nośny program, bo któż z nas nie ma dosyć odwiecznego sporu Kaczyńskiego z Tuskiem i na odwrót. Szymon Hołownia ogłosił, że chce pójść trzecią drogą. Pozornie był to program, który miał na powrót zjednoczyć Polaków, ale de facto, tylko pogłębił podziały. Bo jeśli oś sporu pomiędzy Platformą i PiS-em wyznaczały demokracja i autorytaryzm, tolerancja i wykluczenie, liberalizm i praworządność kontra bezprawie, uczciwość i transparentność kontra łapanie ryb w mętnej wodzie, to po której stronie opowiedział się polityk Szymon Hołownia, zajmując stanowisko symetrystyczne, głoszące hasło, że PiS i PO to jedno zło? Swą skrywaną, a może nawet i nieuświadomioną, niechęć do demokracji, tolerancji i praworządności potwierdził, ostro walcząc w pierwszej turze z Rafałem Trzaskowskim i nie wzywając do poparcia któregokolwiek z kandydatów po swojej przegranej. Prezydentem RP w 2020 roku, przy milczącym wsparciu Hołowni, ponownie został Andrzej Duda.

Ale wynik był zaskakująco wysoki. 14 %, czyli prawie 3 miliony głosów. Szymon Hołownia uznał, że to poparcie wystarczające do założenia partii politycznej. I powołał Polskę 2050. Świeżą krew od razu poczuli drugo- i trzeciorzędni politycy z KO i lewicy, z Muchą na czele.

Gdy doszło do kolejnej konfrontacji sił demokratycznych z siłami autorytarnymi i ważyła się decyzja, czy utworzyć wspólny front przeciwko blokowi populistyczno-nacjonalistycznemu, u Szymona Hołowni znów wzięły górę osobiste ambicje, a nie interes państwa czy społeczeństwa. Polska 2050 utworzyła z PSL-em koalicję Trzecia Droga, która zdobyła 14,4 %, czyli znów ok. 3 mln głosów, co umożliwiło utworzenie antypisowskiej koalicji 15 października. Trzecia Droga to była oczywiście wciąż ta sama trzecia droga: PiS, PO — jedno zło, która pozwoliła partii Kaczyńskiego na zajęcie pierwszego miejsca, a prezydentowi Andrzejowi Dudzie na desygnowanie na premiera Mateusza Morawieckiego, który dostał dodatkowe dwa tygodnie na robienie machlojek przez ludzi PiS-u. Ci Szymonowi Hołowni po raz kolejny musieli być wdzięczni.

Na szczęście przeciwnicy PiS-u dogadali się, w wyniku czego Szymon Hołownia został marszałkiem Sejmu, co się okazało jego życiową rolą. Pod jego przewodnictwem Sejm zyskał ludzką, a nawet pogodną, wręcz wesołą twarz, a same obrady okazały się hitem TVP Info i Internetu.

Gdy Donald Tusk wrócił do Polski, Szymon Hołownia naśmiewał się z niego, że nie przyjechał na białym koniu, tylko przyszedł na piechotę. Za to jemu podstawiono białego konia. Wybory prezydenckie w 2025 roku przyniosły sensacyjny wynik. Najpierw, wieczorem ogłoszono zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego, od siedmiu lat sprawującego funkcję prezydenta Warszawy, człowieka kulturalnego, sympatycznego, wykształconego, znającego języki, obytego w świecie, polityka kompetentnego, który miał być gwarantem przywrócenia w Polsce demokracji i praworządności, by z samego rana ogłosić, że jednak zwyciężył jego przeciwnik, Karol Nawrocki — kandydat wyciągnięty z kapelusza przez Jarosława Kaczyńskiego, człowiek o szemranej przeszłości, mający związki ze światem przestępczym, dopuszczający się oszustw i nadużyć, postać agresywna i kłótliwa. Okazało się, że różnica pomiędzy kandydatami wyniosła zaledwie dwieście kilkadziesiąt oddanych głosów. W dodatku lawinowo zaczęły napływać komunikaty o fałszerstwach wyborczych na jego korzyść. W kilkunastu komisjach zarządzono ponowne przeliczenie głosów. Prokuratura sformułowała 56 zarzutów o przestępstwa wyborcze. Opinia publiczna i zwolennicy opcji demokratycznej domagali się ponownego komisyjnego przeliczenia wszystkich głosów, ale organy obsadzone ludźmi PiS parły do jak najszybszego zaprzysiężenia Nawrockiego. Niektórzy bardzo poważani prawoznawcy szkicowali awaryjny plan obrony demokracji. Rozstrzyganie wątpliwości wyborczych powinno być przeciągane jak najdłużej, tak, by w ustawowym terminie nie doszło do zaprzysiężenia prezydenta. W takim przypadku kompetencje prezydenta przejąłby marszałek Sejmu. Koalicja demokratyczna mogłaby w trybie przyspieszonym uchwalić ustawy potrzebne do przywrócenia praworządności, a zatwierdzić je mógłby pełniący obowiązki prezydenta marszałek. Lecz niestety, nasi świętojebliwi demokraci, bardziej papiescy niż sam papież, nawet się nie pochylili nad tym projektem, Szymon Hołownia ogłosił publicznie, że namawiano go do zamachu stanu (czy to w tej sprawie konsultował się potajemnie z Jarosławem Kaczyńskim?) i zaprzysiągł prezydenta bez wiedzy i pewności, że został wybrany prawidłowo. Biały koń demokracji czekał, ale nasz dzielny rycerz po prostu stchórzył, by na niego wsiąść.

Układ o marszałku rotacyjnym opiewał tylko na dwa lata, które minęły, jak z bicza strzelił. Gdy się okazało, że Trzecia Droga ani tworzące ją partie nie idą żadną „trzecią drogą”, tylko dołączyły do demokratycznej strony polskiego „zła” (czym zapewne dla wielu Polaków jest polityka jako taka), poparcie Polski 2050 spadło do półtora procenta, co nie wróży jej dostania się do parlamentu w następnej kadencji. Szymon Hołownia nie chce być liderem takiej partii i ogłosił, że nie zamierza kandydować na przewodniczącego. Tym samym Polska 2050 okazała się kolejną polską partią kanapową, a Szymon Hołownia dołączył do grona pięcioprocentowców, którzy najpierw wystrzelili, a potem spadli pod próg wyborczy, mocno wcześniej namieszawszy. I, podobnie jak Janusz Palikot, ogłosił, że polityka się mu znudziła.

I co biedak ma teraz ze sobą zrobić? Ano wymyślił i wymarzył sobie karierę międzynarodową, jak inny nieszczęśnik polskiej polityki, Andrzej Duda, który uroił sobie, że zostanie członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, choć wcześniej niczego w tym ruchu nie robił. Obie postacie są wykwitem polskiej polityki, w której do stanowisk nie dochodzi się w wyniku kompetencji i osiągnięć, lecz w wyniku układów, w wyniku tego, że ktoś z kimś się dogada. Andrzej Duda przez 10 lat jawnie się dogadywał z Jarosławem Kaczyńskim, a Szymon Hołownia spróbował dogadać się z Kaczyńskim raz, i to potajemnie, ale wszystko wyszło na jaw (stąd zapewne te 1,4 % poparcia). Nieszczęście Dudy i Hołowni polega na tym, że za granicą nikt nie chciał się w ich sprawie dogadywać. Ba! Za granicą nikt nawet nie wie, kto to jest ten Hołownia, i o jego przegranej w wyścigu o fotel wysokiego komisarza nie wspomniały żadne zagraniczne media. Cóż, tym razem, mimo wielkich ambicji, progi dla Szymona Hołowni okazały się za wysokie.

Kolejny Polak nie zdobył wysokiego międzynarodowego stanowiska. Czy jest nam szkoda? Jeśli chodzi o mnie, jedyną emocją związaną z uczuciem szkody jest schadenfreude.

Jerzy Kruk

Kto i dlaczego głosuje na Nawrockiego

Naziol, gangster, alfons, sutener, chuligan, mięśniak, niezbyt lotny osiłek, oszust, lichwiarz, kłamca, ćpun, lizus, człowiek bez właściwości — to tylko kilka z całej masy krążących w mediach i necie epitetów odnoszących się do Karola Nawrockiego, używanych nie tylko przez anonimowych internautów, ale i przez nieukrywających swej tożsamości polityków. Człowiek rozsądny wie, że ta kolejna marionetka Kaczyńskiego nie ma żadnych kompetencji, by sprawować jakikolwiek urząd państwowy, nie mówiąc już o najwyższym. Dlatego ogromne zdumienie musi budzić poparcie, jakim się cieszy. Powiedzieć, że wynosi ono 50 %, to jakby rozmywać prawdę w kategoriach statystyki, bo prawda polega na tym, że to 10 milionów Polaków jest gotowych oddać na niego swój głos. 10 milionów ludzi, którzy przed komisją wyborczą potwierdzają swoją tożsamość z imienia i nazwiska, 10 milionów wyborców, którzy w przeważającej mierze uważają się za ludzi wierzących, odwołujących się do fundamentalnego rozróżnienia pomiędzy dobrem a złem, ludzi, którzy uważają się za prawdziwych patriotów, rzekomo najlepiej wiedzących, w przeciwieństwie do liberałów i kosmopolitów, na czym polega dobro ojczyzny.Idą jak w dym za swoim kandydatem „obywatelskim” (o czym od początku do końca wiadomo, że jest wierutnym kłamstwem). Nie przeszkadza im ani brak jego kompetencji do sprawowania urzędu prezydenta (moralnych, politycznych, intelektualnych), ani szkodzenie pozycji Polski w Europie, która jest dla nas gwarantem bezpieczeństwa i dobrobytu, ani oczywiste służenie interesom Putina. Jak to możliwe?

Zadając to pytanie nie mam zamiaru podejmować racjonalnego sporu z tą grupą wyborców, by ich do czegokolwiek przekonać; chodzi mi raczej o psychologiczną analizę tego społecznego przypadku. Tak, bo dowodzi on, że nasze społeczeństwo potrzebuje nie kolejnej dyskusji, lecz terapii, psychoterapii.

Powtórzmy więc pytanie: Jak to możliwe, że 10 milionów ludzi gotowych jest oddać swój głos na takie indywiduum jak Nawrocki? Uwiódł ich swym urokiem? Przekonał siłą rzeczowych argumentów? Zaimponował osiągnięciami? Na pewno nie, bo wszystkich tych walorów mu brak. Co więc skłania te 10 milionów do takiej decyzji?

Mogę się mylić, ale moim zdaniem wynika to z chęci obrony własnej tożsamości, która się streszcza w wierze, tradycji i poczuciu osobistej godności. Ci ludzie wierzą, że ich katolicyzm, przywiązanie do religijnych rytuałów i ludowych zwyczajów oraz antyelitarny stosunek do kultury i innych ludzi, łączący się z niewykształceniem, nieoczytaniem i przaśnością, czynią ich kimś lepszym od ludzi zepsutych nowoczesnością, wyznających relatywizm moralny, ulegających politycznym modom, nakierowanych w życiu na sukces i przyjemność. Oczywiście nie każdy wyborca PiS-u to nieoświecony, niewykształcony, nieokrzesany prostak, ale taki model osobowy w tym środowisku dominuje.

By bronić swej tożsamości, ludzie ci nie tylko gardzą kosmopolitycznymi liberałami i uważają, że są od nich lepsi, ale wręcz podważają system, który na taką konfrontację pozwala, stąd ich niechęć do liberalnej demokracji podkreślającej wolność przekonań każdego i pozwalającej każdemu, by żył i myślał po swojemu. Jednym z czynników zachęcających do przyjęcia takiej postawy z pewnością jest resentyment — odrzucający wszystko, co jest związane z ludźmi sukcesu, czyli lepszymi ode mnie: ich przekonania polityczne i światopoglądowe (laickie, liberalne, proeuropejskie) i gusta estetyczne wyrażające się w zainteresowaniu sztuką wysoką, upodobaniach modowych i formach spędzania czasu wolnego (sport, czytanie, podróże).

Z ich resentymentu wywodzi się nie tylko pogarda dla lepszych, ale i agresja, brak szacunku dla prawa, dla prawdy, dla zasad, dla demokracji. I ten plugawy język, który zwolennicy prawicy dali sobie narzucić, oraz zapał i łatwość do rzucania kamieniem w drugiego człowieka.

Kto wyznaje tę postawę? Oczywiście w pierwszym rzędzie ludzie starsi, którzy nie potrafią znaleźć sobie miejsca w nowoczesności, nieużywający komputerów, internetu, nieznający języków, którzy nie widzieli świata i prawie nigdzie poza własnym miejscem zamieszkania nie byli. Łatwo zrozumieć ich lęki, dewocję i przywiązanie do tradycji, ale dlaczego dają posłuch agresywnym nacjonalistycznym demagogom? Czy oni nie widzą, że to, co głoszą, stoi w całkowitej sprzeczności z tym, w co oni wierzą?

Dlaczego starsi tak łatwo przyjmują te treści? Bo tym, co im najbardziej doskwiera, jest samotność, zwłaszcza gdy już owdowieli. Oni są samotni, bo nie potrafią zbudować wspólnoty ze swoimi wykształconymi dziećmi, o które tak dbali, którym chcieli wpoić religijne i obyczajowe wartości, a one, niewdzięczne, tego nie chcą, ponieważ mają swoją „liberalną” wiarę, swoje przekonania i żyją we wspólnocie ludzi podobnych sobie.

Ale nie tylko starsze osoby zwracają się przeciwko światowi liberalnemu. Podobnie ludzie w sile wieku, którzy kiedyś spróbowali wziąć sprawy w swoje ręce i im nie wyszło. Zawiedli się na świecie liberalnym, przegrali. I kto jest winien? Oni? Tacy pracowici, tacy odważni, tacy pomysłowi? Ich zdaniem, oczywiście nie. Oni myślą, że skrzywdził ich ten nowoczesny, liberalny świat. „Bierz sprawy w swoje ręce”. „Jesteś kowalem swego losu”. „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. To są wszystko oszustwa liberalnego świata, iluzje, którymi zostali zwabieni w sidła swojej „wolności”.

Albo — całkiem paradoksalnie — osoby, które dopiero zaczynają przygodę swojej wolności i wyobrażają sobie, że oni na pewno by odnieśli sukces, gdyby nie przeszkody stojące im na drodze i blokujące ich aktywność: podatki, „nieudolny, leniwy rząd, który nic nie robi”, zasiłki rozdawane „nierobom”, Unia Europejska i… Żydzi. Jednym słowem: system. System demokracji liberalnej, którą trzeba zastąpić rządami ekonomicznych ekstremistów i religijnych fundamentalistów. Dla nich PiS i Jarosław Kaczyński są źli, bo za mało radykalni. Trzeba więc oczyścić pole polskiej polityki i dopiero gdy się spełni marzenie jednego z takich wizjonerów, „żeby nie było nic”, przed młodymi otworzą się szanse na życiowy sukces. Ale z drugiej strony mąci im w głowach inny demagog, który od państwa domaga się mieszkań dla młodych. I co ma począć taki młody skołowany człowiek, który połączył obie fantasmagorie w jedno, jego zdaniem spójne i niesprzeczne, hasło: „mieszkania — tak, podatki — nie”. Na pewno nie opowie się za demokracją liberalną, która każe mu się uczyć, pracować, zarabiać, płacić podatki i dawać żyć innym tak, jak chcą.

To poparcie dla ultraliberalnego ekstremizmu ekonomicznego musi dziwić, bo po tej samej stronie, przeciw demokracji liberalnej, są całe masy ludzi, którzy przeżyli szok w czasie transformacji 89. roku, którym nikt nie pomógł, którzy przez lata nie mogli znaleźć pracy. To były całe fabryki, państwowe gospodarstwa rolne, całe miasta, całe regiony. I nawet jeśli wreszcie ich życie jakoś się poukładało, to ani oni, ani ich dzieci na pewno nie zagłosują na liberałów, choćby się świat walił. Bo według nich, jeśli wolny, czyli liberalny rynek, kiedykolwiek wyciągnął do nich swą niewidzialną rękę, to tylko po to, by ich skrzywdzić. To, co miało miejsce potem, nawet jeśli warunki ich życia radykalnie się poprawiły, nie ma dla nich znaczenia, bo uraz do wolnego rynku i liberalnej demokracji pozostał.

Ale najwięcej ludzi odwraca się od liberalnej demokracji i popiera naszego warczącego wielkorządcę i jego szemraną marionetkę na zasadzie jakiejś instynktownej empatii, bo oni, tak jak jeden i drugi, mają osobowość wypaczoną, niezdrową, toksyczną. To są ludzie, którzy zawsze mają komuś coś za złe. Zawsze czują się pokrzywdzeni przez los i zawsze ktoś jest temu winien, ale nigdy oni sami.

Zdawać by się mogło, że to wszystko jest typowe dla starych, złośliwych ludzi, ale co robią młodzi, dwudziesto- czy trzydziestokilkulatki, które tyle pracy włożyły w zdobycie wykształcenia, tylu wyrzeczeń dokonały? Skończyli studia, najczęściej płatne, które im nic nie dały; nawet nie uchyliły drzwi do żadnej kariery, choć poszli na zarządzanie w tej czy innej dziedzinie. Cynicy mówią, że to były studia „śmieciowe” i że teraz czeka na nich tylko śmieciowa praca, śmieciowe umowy, śmieciowe kontrakty. Dla takich ludzi wolność oznacza samotność, porażkę, zawód życiowy. Dlatego nie chodzą nawet na wybory, a jak już pójdą, to głosują na faszystów. Czemu tak się dzieje? Przecież w historii to młodzi robili rewolucje. Barwne, błyskotliwe, urzekające, nawet jeśli historia pokazała, że się mylili. A dziś? Ręka w rękę idą z konserwatystami, ze swoimi dziadkami, którzy chcieliby zatrzymać falę postępu. Wielu z tych ludzi wyrosło w atmosferze bezstresowej zabawy i tego właśnie oczekują od życia: zabawy. Ma być śmiesznie i w miarę ciekawie, lekko, łatwo i przyjemnie. I bezproblemowo. A polityka? O, to już dla nich zbyt męczące. Przysłuchiwać się debatom, czytać długie artykuły naszpikowane specjalistycznymi pojęciami z zakresu politologii, socjologii, ekonomii? Analizować te wcale niezabawne wywody? Brr! Ohyda. „Problemy” to wymysł nudnych intelektualistów, nawiedzonych aktywistów. Oni chcą chleba i igrzysk! I dlatego najchętniej dają posłuch tym, co negują wszelką politykę. Dla nich nie ma być mądrze, tylko zabawnie. I im większa bzdura, tym lepiej, bo jest z czego się pośmiać. A jeśli kandydat oprócz wygadywania wierutnych bzdur jeździ na hulajnodze, to sukces ma gwarantowany. A gdy inny do tego dorzuca mieszkanie? No głupi by nie brał.

Ale obaj ekstremalni kandydaci odpadli. Czy zatem jest na kogo głosować? W gruncie rzeczy nic się nie zmieniło, alternatywa jest ta sama. Bo nie pójść na wybory czy zagłosować na demagogów to w gruncie rzeczy to samo, ponieważ jedno i drugie oznacza ucieczkę od wolności.

Jedno jest jasne: system liberalnej demokracji odrzucają osoby nie czujące się w nim dobrze: odczuwające lęk wobec obcych, zwłaszcza wyglądających inaczej z powodu koloru skóry, sposobu ubierania się czy oznak przynależności do innej religii; odbierające nowoczesność jako zagrożenie dla ich tożsamości narodowej, religijnej, kulturowej; pojmujące wolny rynek jako nieuczciwą konkurencję, w której stoją na z góry przegranej pozycji. Obrońcy i analitycy populizmu podkreślają, że te obawy i kompleksy są uzasadnione, że ludzie mają do nich prawo. I że nie znikną z zachodnich społeczeństw, bo rodzi ich system. To prawda, zawsze w nich byli obecni, choć przez swą niewielką liczebność czy aktywność politycznie zmarginalizowani. Ale gdy poparcie dla populizmu i nacjonalizmu osiąga poziom 30 %, podnosi się larum. A co jeśli dochodzi do 50 %? Albo gdy populizm i nacjonalizm dochodzą do władzy? System się wali? Czasem się wali, jak w Niemczech w 1933 roku, albo „tylko” trzęsie się w posadach, jak w Polsce czy USA po dojściu do władzy Kaczyńskiego czy Trumpa.

Co wydarzy się 1 czerwca? Nie wiemy, ale jedno jest pewne: ludzie odwołujący się do takich wartości jak wolność, demokracja, praworządność, nie mogą spać spokojnie. I im ich sen bardziej niespokojny, tym większa uciecha dla tych, którzy w systemie liberalnej demokracji, a pewnie i we własnej skórze, czują się nieswojo, za to tam, gdzie panuje chaos, kłótnia, zadyma, nawalanka, czują się jak ryby w wodzie.

Jerzy Kruk

Jakie będą przepływy elektoratu

Dla uproszczenia przyjmijmy, że mamy sytuację sprzed weekendu, czyli 47% poparcia dla jednego i drugiego kandydata, a 6% się waha. Jeżeli frekwencja byłaby taka jak w pierwszej turze, to oznacza, że na obu kandydatów chce głosować po ok. 9,5 mln osób, a milion dwieście tysięcy jest niezdecydowanych. Łącznie stanowi to ok. 20 mln głosów. Jednak weekend wyborczy był tak bardzo burzliwy, że musi wywołać jakieś fluktuacje poparcia. Załóżmy, że obie partie mają 30-procentowe poparcie żelaznych elektoratów, czyli mniej więcej po 6 milionów głosów. Zatem tym fluktuacjom, czyli przepływowi podlega 8 milionów wyborców — niezdecydowanych i takich, które głosowały na kandydatów, którzy odpadli w pierwszej rundzie. Oczywiście wśród nich są osoby zdecydowanie nienawidzące Tuska i Platformy, ale i osoby nieakceptujące Kaczyńskiego i PiS-u. Co zrobią? Zostaną w domu czy pójdą do urn, wybierając mniejsze zło? Tego nie wiemy. A wahający się? Zostali przekonani? Argumentów do podjęcia decyzji mieli w ten weekend co niemiara. Po pierwsze, odbyła się bezpośrednia debata; po drugie „grillowanie” u Mentzena z propozycją podpisania „lojalki”; po trzecie Marsz Patriotów i Marsz dla Polski. We wszystkich tych starciach na pewno punktował Trzaskowski. A jeszcze był snus zażyty przez Nawrockiego na wizji i filmy pokazujące, że robi to notorycznie (uzależniony?) i ujawnienie, że brał udział w ustawkach kiboli. Jego przeciwnik natomiast trzasnął sobie piwko z Mentzenem. Nie wiemy jeszcze, czy z korzyścią czy stratą dla siebie. Rafał Trzaskowski we wszystkich tych sytuacjach pokazał klasę: dobre przemówienia, rozsądne argumenty, luz, naturalny uśmiech, i przede wszystkim wykazał się stałością i pewnością swoich przekonań. Nawrocki — przeciwnie: bez przekonania recytował zgrane frazesy, uśmiechał się sztucznie i (o zgrozo!) publicznie się wyparł Jarosława Kaczyńskiego, bez którego byłby niczym. Czy dlatego prezes PiS nie wszedł na mównicę, mimo, iż go wypychano? Nikt nie wszedł. A u Trzaskowskiego? Gorące, entuzjastyczne, szczere, momentami wręcz radosne wyrazy poparcia Biejat, Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, Czarzastego, Senyszyn, Tuska i… żony! Uśmiechniętej, pogodnej, sympatycznej, elokwentnej.

A, i jeszcze były dwa epizody rumuńskie. W wiecu Nawrockiego wziął udział przegrany kandydat na prezydenta Rumunii otwarcie popierający Putina i zwracający się przeciw demokracji. Natomiast Trzaskowskiego wsparł na jego wiecu zwycięski prezydent Rumunii, opowiadający się za demokracją i Unią Europejską.

Wszystkie te wydarzenia śledzone były przez miliony telewidzów i internautów, tak że chyba nikt z zainteresowanych nie może powiedzieć: „Nie wiem, nie widziałem, nie słyszałem, nie wierzę”. Tak że przepływ wyborców musi nastąpić. Wydarzenia ostatniego weekendu nie wskazują na to, by jego zasadniczy strumień popłynął w kierunku PiS-u i jego kandydata. Nie znaczy to jednak, że wynik jest rozstrzygnięty. Po pierwsze, do końca tygodnia może się jeszcze wydarzyć coś zaskakującego, a po drugie, wynik głosowania nie zależy wyłącznie od preferencji wyborców, ale i od ich aktywności (frekwencja). Od tego, czy pójdą na wybory, czy zostaną w domu, bo nie mają na kogo głosować, bo sondaże pokazują, że już wszystko pozamiatane itd., itp. Na wybory trzeba po prostu iść. I pamiętać: jak trza, to trza!

Jerzy Kruk

Jacek Żakowski znów się zagalopował

Jacek Żakowski kolejny raz wybiegł przed orkiestrę. Taki wyskok zazwyczaj wygląda śmiesznie i głupio i tym razem mądry nie jest.

W grudniu 2023 roku dziennikarz „Polityki”, Radia TOK FM i felietonista „Wyborczej” zaproponował, w imię symetrystycznej sprawiedliwości, podział mediów publicznych pomiędzy PiS i opozycję demokratyczną. Skoro Polska jest tak radykalnie podzielona, a Polacy tak skłóceni, to podzielmy pomiędzy nich media publiczne. Niech na przykład koalicja demokratyczna dostanie telewizyjną Jedynkę, a PiS — Dwójkę — sugerował samozwańczy demiurg, któremu (jak się okazuje) wciąż się marzy meblowanie sceny politycznej na wzór działań jego dawnego kolegi i szefa Adama Michnika, który w 89 roku wysunął historyczne hasło „wasz prezydent, nasz premier”.

Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich, na pierwszy rzut oka korzystnych dla prawicowej opozycji, a niekorzystnych dla koalicji demokratyczniej, Jacek Żakowski domaga się dymisji premiera Donalda Tuska. Bo przecież wzrost populizmu w Polsce, Europie i na świecie, to „Tuska wina”. „Mamy klęskę rządu po prostu. Ten rząd dostał czerwoną kartkę” — wyrokował w radiu TOK FM. „W normalnym, demokratycznym kraju premier odchodzi w takiej sytuacji” — konkludował.

Dziennikarz zapomina jednak, że nie były to wybory parlamentarne, które skutkują przemeblowaniem sceny politycznej według określonego algorytmu, i chciałby ją ustawić, porównując sumy głosów otrzymane przez kandydatów prawicowych i demokratycznych. Otóż Panie Redaktorze, ten plebiscyt nie odzwierciedla (a jeśli już to bardzo nieprecyzyjnie) rozkładu sił w przyszłym parlamencie, który będzie wybrany za dwa lata. Zapomina Pan, że głosy oddane na „polityczny plankton”, to były głosy z góry zmarnowane, bo wyborcy stawiający krzyżyk przy nazwiskach z sondażowym kilkuprocentowym poparciem z góry wiedzieli, że ich kandydat nie ma żadnych szans na zostanie prezydentem. Czemu więc to zrobili? By wyrazić swoje emocje. A niektórzy — nie bagatelizujmy tego — po prostu dla żartu.

Redaktor Żakowski jednak od razu śpieszy, by ich zadowolić, dymisjonując premiera Tuska. Nawiązuje w ten sposób do kibolskich haseł streszczających się w haśle „Byle nie Trzaskowski”. Parafrazując tę wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, Jacek Żakowski mówi: Każdy, byle nie Tusk. Czyli kto? Sikorski, Nitras, Hołownia, Kosiniak-Kamysz, Czarzasty?

Redaktor Żakowski, twierdząc, że wie, jak powinna działać „normalna demokracja” i próbując być bardziej papieski niż papież, odleciał po raz kolejny. Półtora roku temu dla otarcia łez pokonanym wrogom demokracji liberalnej proponował medialny symetryzm PiS-u i koalicji demokratycznej, dziś domaga się dymisji premiera, by zadowolić nastroje agresywnych kiboli, pędzących za swym idolem na hulajnogach wyrostków, oszołomów przyjmujących gaśnice z autografem otwartego antysemity i teflonowego elektoratu PiS-u, któremu nie przeszkadza kolejna marionetka Kaczyńskiego, skompromitowana kontaktami z mafiozami i naziolami, wykorzystywaniem służbowych pomieszczeń dla prywatnej wygody i przygody, ograbieniem z mieszkania starego, schorowanego człowieka.

Jacek Żakowski jako spiker Radia TOK FM i felietonista „Wyborczej” jest człowiekiem Agory. Czy jego zdanie to zdanie jej środowiska?

Jerzy Kruk

Co zrobić z Mentzenem

Najnowsze badania opinii publicznej wskazują na to, że wśród kandydatów na prezydenta może nastąpić zmiana na drugiej pozycji. W zasadzie powinno być to nieistotne, bo ten drugi i tak przegrywa, ale nie jest, bo taka zmiana zawiera w sobie bardzo ważną informację Te 20% poparcia, które które może zdobyć każdy z kandydatów (na pozycji dwa i trzy) walczących o drugą rundę, oznacza jakieś 4 miliony głosów dla każdego. Już się przyzwyczailiśmy, że istnieje twardy elektorat PiS liczący 7 do 4 milionów wyborców, i im mniej, tym lepiej dla Polski. Zatem z tego, że kandydat PiS może przegrać, raczej powinniśmy się cieszyć. Ale to, że 4 miliony Polaków chce głosować na kandydata, który głosi hasła „Polski bez Żydów, bez Ukraińców, bez podatków, bez ZUS-u, bez aborcji, bez pomocy społecznej, bez wydatków państwa na sport, edukację, naukę i kulturę”, cieszyć nie może.

Kim są ci ludzie? Gołym okiem widać, że to populiści, odwołujący się do interesów i przekonań „prostego człowieka”, nastawieni antyintelektualnie przeciwnicy elit, duopolu PO-PiS oraz Unii Europejskiej, ksenofoby, homofoby, fideiści i kreacjoniści, antyszczepionkowcy, płaskoziemcy, dziwacy wszelkiej maści, którzy wiedzą swoje i swych przekonań żadną siłą nikomu zmienić nie pozwolą.

„Populizm” jest pojęciem politycznym, które w XXI wieku zrobiło chyba najbardziej zawrotną karierę, przebijając słowa „faszyzm” i „nacjonalizm”, choć często stosowane być może jako ich synonim. Do niedawna podchodzono do zjawiska populizmu z wyraźnym lekceważeniem jako przekonania charakterystycznego dla ludzi raczej niewykształconych, bez kompetencji intelektualnych, kulturowych czy politycznych, mogącego w skali społecznej wystąpić w krajach z punktu widzenia Zachodu raczej egzotycznych, jak Argentyna czy w Europie — Węgry i (o zgrozo!) Polska. Ale od kilku lat nad zjawiskiem populizmu pochylają się poważni naukowcy akademiccy (socjologowie, politolodzy i antropolodzy), którzy nie oceniają tego zjawiska krytycznie, lecz na odwrót: apologetycznie, uznając „słuszność” tego buntu mas czy gniewu ludu.

Z populizmem ucieleśnionym w osobie Jarosława Kaczyńskiego i jego partii zmuszeni byliśmy się zmagać od kilkunastu lat. Zdawało się, że ten problem w Polsce przemija, ale nie. Oto mamy kolejny jego wykwit w postaci Sławomira Mentzena. Co z tym fantem zrobić? Ignorować, przemilczać, ośmieszać? Broń Boże! To byłby tylko argument dla prostego człowieka, że jego głos jest tłumiony. Mentzena trzeba dopuszczać do głosu. Trzeba podstawiać mu do ust mikrofon, kiedy tylko się da. Trzeba robić z nim wywiady (najlepiej rzeki). Trzeba go zapraszać do studiów, na salony, na debaty ze specjalistami, z autorytetami. I mieć nadzieję, że wyborcy sami będą potrafili ocenić wartość jego rewolucyjnych rewelacji. Wszak Polacy nie gęsi, lecz swój rozum mają.

Jerzy Kruk

Im więcej spokoju i pogody ducha wykazuje Tusk, tym bardziej Kaczyński flaczeje

Donald Tusk znów został obrażony przez posłów PiS. Tonący Dariusz Matecki chwycił się w Sejmie przysłowiowej brzytwy, którą było samozakucie w kajdanki i prezentacja plakatu z napisem po angielsku „Każda dyktatura upadnie” z wizerunkiem Putina, Łukaszenki, Donalda Tuska i Adama Bodnara. Treść plakatu oczywiście można interpretować dwojako. Na przykład w ten sposób, że to liberalni polscy politycy Tusk i Bodnar będą pogromcami wschodnioeuropejskich satrapów. Ale Mateckiemu i jego kompanom, którzy później pozowali z jego plakatem do zdjęcia, chodziło oczywiście o perswazyjne przeniesienie negatywnych konotacji z Putina i Łukaszenki na Bodnara i Tuska. Prymitywnie, grubiańsko, głupio.

Jarosław Kaczyński wciąż bezkarnie publicznie nazywa Tuska „niemieckim agentem”, a Zbigniew Ziobro — „przestępcą”; bezustannie wyzywa go Mariusz Błaszczak.

W tej sytuacji kolejny raz chciałoby się zawołać: Tusku, nie daj się! Gdy byłem chłopcem, okrzyki kolegów „Nie daj się!” znaczyły oczywiście coś przeciwnego: Oddaj mu, przyłóż mu, walcz, nie poddawaj się! Tymczasem to „Nie daj się” skierowane do Donalda Tuska, powinno znaczyć: Nie daj się sprowokować, nie daj się wciągnąć w pyskówkę, nie daj się zepchnąć z kursu na demokrację i praworządność. Tamte okrzyki z czasów dzieciństwa zawsze stawały się zachętą do awantury. Gdy dwóch chłopców się naparzało, reszta, stojąc dookoła, miała z tego darmowe widowisko. Czy tego oczekujemy od premiera? Oczywiście, że nie. Jego przeciwnicy jak najbardziej tego by chcieli, bo awantura, rozróba, zamieszanie jest ich modus vivendi. Im większy bałagan, tym lepiej dla Kaczyńskiego, Brauna, PiS-u i Konfederacji. Bo bałagan jest zaprzeczeniem demokracji, ładu, praworządności, czyli wartości, do których nie tylko werbalnie (jak „Prawo i Sprawiedliwość”), lecz realnie odwołują się obrońcy demokracji liberalnej.

Czy to znaczy, że z Kaczyńskim i pisowcami nie ma co rozmawiać? Ależ nie. Rozmawiać, a nawet więcej: debatować. Tylko gdzie są do tego warunki? W Sejmie? Tam już od dawna nie toczą się żadne debaty. Bo gdy jedna strona przedstawia swój punkt widzenia, druga wychodzi z sali obrad. W telewizji? W której? Jedna strona nie przyjmuje zaproszeń do TVP, a druga do Republiki. Dlatego w telewizji nie ma żadnych poważnych debat. Nawet to, co nazywa się „debatą prezydencką” nie jest żadną debatą, tylko drętwym talk show. Ostatnia debata Tusk – Kaczyński miała miejsce w roku 2007, czyli 18 lat temu! Od tamtego czasu trwa obrzucanie się epitetami, w którym wśród oponentów Tuska, Platformy i Koalicji Obywatelskiej. „dominuje” PiS, ale oliwy do ognia dolewają też inni: Konfederacja, Polska 2050, PSL, lewica… i ulica.

Człowiek przyzwoity i rozsądny z przykrością słucha tych wszystkich inwektyw rzucanych w kierunku Polaka, który — zaraz po papieżu — piastował najwyższe międzynarodowe stanowisko w czasach współczesnych i zdobył sobie przez to uznanie całego świata. No, ale — zgodnie ze znanym powiedzeniem —  trudno być prorokiem we własnym kraju. We własnym kraju nazwisko „Tusk” jest raczej synonimem diabła. Dla zwolenników „demokracji nieliberalnej” całe zło, które się u nas wydarza — „utrata suwerenności”, katastrofa lotnicza, bieda, kolejki do lekarza, inflacja, opóźnienia pociągów, powódź, gradobicie czy inne plagi — to oczywiście „Tuska wina”. Stało się to tak powszechne, że przestało być straszne, a zrobiło się śmieszne. I tak jak budzący niegdyś przerażenie diabeł powoli się przekształcił w figlarnego aniołka z różkami, tak teraz coraz bardziej z medialnego „złego Tuska” opada diaboliczna maska i ukazuje się pod nią pogodne oblicze człowieka sympatycznego, kulturalnego, pełnego radości życia i rozsądnego polityka o anielskiej cierpliwości i wyrozumiałości dla własnych przeciwników. Bo zamiast utarczek o to, „co kto powiedział”, Donald Tusk ma do zrealizowania epokowe zadanie przywrócenia w Polsce demokracji i praworządności.

Lider koalicji demokratycznej po prostu do poziomu Kaczyńskiego i jego kliki się nie zniża. I o to właśnie chodzi. Im więcej spokoju i pogody ducha wykazuje Tusk, tym bardziej Kaczyński flaczeje.

Jerzy Kruk

Tusku, nie daj się!

Pisowski „kandydat obywatelski” do tej pory w kampanii prezydenckiej głównie prężył muskuły. A ponieważ nie dawało to specjalnych efektów, jego spin doktorzy (bo przecież nie on sam) postanowili, by pokazał, że jest równie mocny w gębie. No i zaostrzył retorykę. Chcąc uświadomić wyborcom, że ma polityczny pazur, zaczął się kreować na jastrzębia, bo od początku było wiadomo, że nie jest gołębiem ani tym bardziej orłem. Za cel obrał sobie nie swojego konkurenta w walce o fotel (prezydencki), lecz premiera RP Donalda Tuska. Boże drogi! Co by ci pisowcy z Kaczyńskim na czele poczęli bez tego Tuska? Oni przywołanemu Bogu powinni na klęczkach dziękować, że takiego Tuska mają, że taki Tusk istnieje. Bo jego istnienie stanowi rację ich istnienia, działania i myślenia. Gdyby nie było Tuska, to z kim by walczyli? Z emerytowanym Wałęsą? Ze świętej pamięci Mazowieckim? Z nieobecnym w polityce Balcerowiczem? Z nieangażującym się w walkę o stołki Michnikiem? Z Merkel czy Putinem?

Warto zwrócić uwagę, że dla Kaczyńskiego i jego akolitów ani Merkel, ani Putin nigdy nie byli wrogami samymi w sobie. Czy Kaczyński kiedykolwiek (poza kwestią wraku) podjął krytykę Putina albo polemikę z Merkel? Nie. Bo jego i ich zdaniem ani Putin, ani Merkel nie są problemem dla Polski. Problemem jest tzw. Tusk, rzekomo „ulegający rosyjskim wpływom” i „będący niemieckim agentem”. Z polskiej perspektywy Tusk staje się racją istnienia nie tylko Kaczyńskiego i PiS-u, ale także putinowskiej Rosji i „jak świat światem wrogich Polsce” Niemiec.

Człowiek przyzwoity i rozsądny z przykrością słucha tych wszystkich inwektyw rzucanych w kierunku Polaka, który, zaraz po papieżu, zajmował najwyższe międzynarodowe stanowisko i zdobył sobie przez to uznanie całego świata. No, ale – jak mówi przysłowie – trudno być prorokiem we władnym kraju. We własnym kraju nazwisko „Tusk” jest raczej synonimem diabła. Dla prawicowców, dewotów, populistów czy nacjonalistów całe zło, które się u nas wydarza – katastrofa lotnicza, bieda, kolejki do lekarza, inflacja, powódź, gradobicie czy inne plagi to oczywiści „Tuska wina”. To stało się tak powszechne, że przestało być straszne, a zrobiło się śmieszne. I tak jak zły diabeł powoli się przekształcił w figlarnego aniołka z różkami, tak teraz coraz bardziej z „Tuska” opada diaboliczna maska i ukazuje się pod nią pogodne oblicze człowieka sympatycznego, kulturalnego, pełnego radości życia i rozsądnego polityka o anielskiej cierpliwości i wyrozumiałości dla własnych przeciwnikow.

No i teraz w tego mitycznego „Tuska” postanowił uderzyć obywatel kandydacki, nazywając go politykiem antyamerykańskim. Bo Karol Nawrocki jest przecie „politykiem” proamerykańskim. Co to znaczy? Oj, nic specjalnego, przecież nie będziemy o to pytać amerykanistów; chodzi po prostu o to, że jak ten żłosny Duda, wieczny Adrian z przedpokoju, stanął murem za Trumpem. A Tusk i Trzaskowski? Oni popierali Bidena, są więc antyamerykańscy. Bo przecież Biden nie był prezydentem amerykańskim, tak samo jak Tusk nie jest premierem polskim.

Ale czy Nawrocki, Duda i Kaczyński nie zreflektowali się, że stojąc murem za Trumpem (w przedpokuju czy na politycznym zadupiu), są proputinowscy? Przecież trąbi o tym cały świat! Trąbi, ale protestuje ostrożnie, by nie rozsierdzić jeszcze bardziej psychopaty. Donald Tusk swej „antyamerykańskości” też specjalnie nie manifestuje, wszak jest mężem stanu, który musi zachowywać się dyplomatycznie, w przeciwieństwie do dwóch psychopatów, którzy chcą udowodnić światu, że nim rządzą.

Powiedzmy to wyraźnie: „proamerykański” Nawrocki jest po prostu protrumpowski, a to znaczy: proputinowski. Tak jest, Nawrocki jest najlepszym kandydatem dla Putina, lepszym nawet od Mentzena, bo Mentzen nie wiadomo z czym może wyskoczyć. Na razie jest tylko antyukraiński, ale przez jakieś potknięcie, chlapnięcie czegoś w stylu „Polski bez podatków, zasiłków, gejów i Żydów”, może stać się antybiałoruski czy antyrosyjski. Na razie Putin się cieszy, że ma w Polsce kolejnego pożytecznego idiotę. A Nawrocki? Od początku był i jest marionetką Kaczyńskiego. I nią będzie, bo jego „kampania” pokazuje, że na nic więcej go nie stać.

Obywatelu Tusk! Panie premierze! Drogi Donaldzie! Czemu pozwalasz, by Kaczyński bezkarnie nazywał cię niemieckim agentem, a Nawrocki politykiem antyamerykańskim? Czemu nie mówisz głośno, że te bezwstydne ataki ze strony Nawrockiego, Kaczyńskiego, Morawieckiego i całego PiS-u, to woda na młyn Putina, działania prorosyjskie? Czemu pozwalasz, by z prawicowych gadzinówek wciąż bezkarnie sączyły się kłamstwo, szkalowanie i mowa nienawiści? Czemu nie podejmiesz rękawicy, którą ci rzucono? Niech, według ewangelicznej zasady, ten kto mieczem wojuje, od miecza zginie.

Jerzy Kruk

2025

Kaczyński rękami Święczkowskiego próbuje odwrócić kota ogonem, czyli wykonać manewr, który ma opanowany do perfekcji
https://wyborcza.pl/7,162657,31680977,kaczynski-rekami-swieczkowskiego-probuje-odwrocic-kota-ogonem.html

„Proamerykański” Nawrocki jest po prostu protrumpowski, a to znaczy: proputinowski
https://wyborcza.pl/7,162657,31742636,proamerykanski-nawrocki-jest-po-prostu-protrumpowski-a-to.html

Zamiast utarczek o to, „co kto powiedział”, Donald Tusk ma do zrealizowania zadanie przywrócenia w Polsce demokracji i praworządności
https://wyborcza.pl/7,162657,31759446,zamiast-utarczek-o-to-co-kto-powiedzial-donald-tusk-ma-do.html?do_w=111&do_v=1168&do_st=RS&do_sid=1849&do_a=1849

Mentzena trzeba zapraszać na debaty. I mieć nadzieję, że wyborcy będą potrafili ocenić wartość jego rewolucyjnych rewelacji
https://wyborcza.pl/7,162657,31790050,mentzena-trzeba-go-zapraszac-na-debaty-i-miec-nadzieje-ze.html?do_w=111&do_v=1168&do_st=RS&do_sid=1849&do_a=1849#S.listy-K.P-B.1-L.3.zw

Dlaczego Żakowski chciał zdymisjonować Tuska?https://wyborcza.pl/7,162657,31957788,czytelnik-dlaczego-zakowski-chcial-zdymisjonowac-tuska.html?do_w=111&do_v=1168&do_st=RS&do_sid=1849&do_a=1849#commentsAnchor

Na wybory trzeba po prostu iść. I pamiętać: jak trza, to trza!
https://wyborcza.pl/7,162657,31967697,na-wybory-trzeba-po-prostu-isc-i-pamietac-jak-trza-to-trza.html

Pin It on Pinterest