Klęska urodzaju

Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa – pisali jeden przez drugiego na naszych forach grzybiarskich pod zdjęciami borowików szlachetnych. Na jednych – grzyby wciąż jeszcze żywe, niezerwane, na tle suchych liści albo zielonego  mchu i paproci. Na innych – już zerwane  – w garści, w koszyku, w wiaderku, na stole, na ławie, ale też jak żywe. Sto! Sto pięćdziesiąt, dwieście, dwieście dziewięćdziesiąt osiem! – licytowali się jeden przez drugiego grzybiarze-internauci. Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch takich, co rozłożyli na stole dwieście prawdziwków i dopisali , że  sto kozaków już im się nie zmieściło. No i taka jedna damulka. 15 minut spacerku z pieskiem – napisała pod zdjęciem, na którym lewą ręką przytula cztery dorodne prawdziwki do swych dorodnych piersi, a prawą – domyślam się – strzela sweetfocię. Piękne, piękne! – szeptałem nie mogąc oderwać wzroku.

Puszczę Bukową znam dość dobrze.  Co najmniej od trzydziestu lat biegam po niej, spaceruję, jeżdżę rowerem, oprowadzam gości. Uwielbiam jej krajobraz o każdej porze roku. Te buki, te strumyki, wzgórza i wąwozy! Ale grzyba w niej nie znalazłem żadnego, co najwyżej hubę. Aż tu  nagle: Prawdziwki! Skąd te prawdziwki? – myślałem. Jadę, jadę, jutro jadę – postanowiłem.

Rankiem zerwałem się skoro świt, jeszcze przed południem. Postanowiłem, że wypuszczę się w puszczę głęboko w jej paszczę, w same trzewia jej się wgryzę w pobliżu kamiennego Serca. Przy drodze – samochodów tyle, że pomyślałem, czy tu czasem autogiełdy nie przenieśli. Zaparkowałem. Idę, idę, idę i na początku niby to nie patrzę, ale od razu patrzę, czy czegoś nie wypatrzę. Sucho. Tak sucho, że od razu w gardle sucho mi się zrobiło, a woda – w samochodzie, ale co tam, idę. Nie wracam się, tylko dalej idę i upajam się marzeniami o prawdziwkach. Tak się śpieszyłem, żeby zdążyć na słońce w zenicie, że nawet śniadania nie zjadłem. Nic dziwnego, że mi kiszki marsza grają. A z muzyką – wiadomo – piechurowi łatwiej. Rozwijam się więc w marszu, w dumaniu robię pauzę. Lewa, lewa, lewa! Idę, ale wzrok mi sokoli nie gaśnie. Liście szeleszczą, gałązki trzeszczą. Dziś wszystkie kwiaty, wszystkie ptaki, wszystkie drzewa, cała przyroda o prawdziwkach mi śpiewa. Prysznica też nie wziąłem. Zresztą po co? Przecież na kąpiel leśną idę. Shinrin-Yoku – jak mówią Japończycy. Więc chłonę przyrodę w zachwycających okolicznościach przyrody. Wszystkimi sześcioma zmysłami, bo po matce odziedziczyłem też ten szósty – kobiecy. Ale nie pomaga mi wywąchać ni wypatrzeć żadnego prawdziwka.

Po kiego grzyba tu się wybrałem? – zaczynają się we mnie budzić pierwsze wątpliwości. Ale idę. Idę i idę. Może jednak za szybko idę? I dlatego nic nie widzę? Dobrze, wolniej, wolniej, powoli… powoli, jak żółw ociężale, lecz prawdziwków jak nie było, tak nie ma. A już myślałem, że jak zające czmychały mi spod nóg, gdy szedłem za szybko.

Aa, już wiem, czemu ich nie widzę! – oświeca mnie nagle. Bo pod słońce idę, a prawdziwków przecież pod słońce się nie zbiera! Trzeba więc ze słońcem iść. Ale, jak to? Tak po prostu mam się odwrócić, w dodatku do tyłu? A jak się w słup soli przemienię? Zerkam więc tylko w bok ukradkiem. Rzeczywiście, widać lepiej niż pod słońce. A ze słońcem, to dopiero by mi się wzrok wyostrzył! A może i rozum wraz ze wzrokiem? Może i słuch by mi się poprawił? I inne zmysły? Oj, żonka by się ucieszyła, gdybym tak prosto z lasu jak ten myśliweczek-kochaneczek zaczął się do  niej przystawiać, świeżo jak Kanada pachnący żywicą. Może by mi dała chleba z masłem, a nie sama by jadła?

A jak tak idę i idę pod słońce i oczy coraz bardziej mrużę, to mi się skośne robią, jak u Kitajca jakiegoś. Ale idę. Idę i oczy mrużę, a to nuży, więc pytam: I po co ja tak w znużeniu idę? Myślę, myślę, myślę. Ale ciężko mi się myśli, kiedy tak idę, i ciężko mi się idzie, kiedy tak oczy muszę mrużyć. Rozum mam prosty i wszystkie operacje wykonuję jedna po drugiej, jak Atari, a nie jak MacBook jakiś multimedialny i wielofunkcyjny. Więc może się zatrzymam, żeby pomyśleć, po co w tym znużeniu idę? Myślę, że jak bym się zatrzymał, to bym mógł lepiej pomyśleć. Myślę więc, że lepiej się zatrzymać. I nagle: buch, para w ruch, myśl moja zostaje wprowadzona w czyn, a ciało w bezruch. Proszę bardzo! Nie każdy tak potrafi: zrobić coś z niczego.

Stoję na stacji jak lokomotywa. Ciężko ogromnie, pot ze mnie spływa, bo słońce wciąż świeci mi w oczy. Stoję tak sobie i stoję,  zrazu bezmyślnie, ale czuję, jak myśl prosta mnie nachodzi. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, snuje mi się po mózgu ospale i nagle przeskakuje mi po synapsach i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej. I dudni, i stuka, łomoce i pędzi: A dokąd? A dokąd? A dokąd tak gnasz? No, wreszcie jestem w domu! Poznaję samego siebie i wiem znów, kim jestem. Na grzyby! – odpowiadam sam sobie. Na grzyby! A grzybów nie ma albo ich nie widać, a nie widać ich bo pod słońce idę. Więc: W tył zwrot! – mój centralny ośrodek dowodzenia wydaje komendę, a korpus mój grzybiarski wykonuje wtyłzwrot. I co widzę? Nic nie widzę. Grzybów jak nie było, tak nie ma. Tylko las. Nie będzie nas, a będzie las. Ale rzeczywiście: widzę teraz lepiej, ostrzej, jaśniej. Robię parę kroków, żeby się upewnić, czy nie przeoczyłem jakiegoś prawdziwka. Ale nie – utwierdzam się w swoich przypuszczeniach – nic nie przeoczyłem. Uff, jaka ulga, bo gdybym teraz znalazł jakiegoś grzybka, albo choćby i podgrzybka, wyszedłbym na fajtłapę, a ja przecież grzybiarz jestem, wytrawny jak wino i z wiekiem coraz lepszy.

Ale skoro teraz tak dobrze widać, to może teraz pójść ze słońcem, a nie pod? No, ale jak pójdę ze słońcem, to pójdę do domu, a ja chcę przecież iść na grzyby. To może jednak, skoro tak lepiej widać, lepiej poruszać się tyłem? Jak rak. No, skoro rak potrafi, to Polak przecież też. Idę, idę, tyłem idę i nagle: łup! Drzewo czy słup? Pieniek. I o ziemię: Dup! W tył zwrot, padnij, powstań! – jak w wojsku. Aż koszyk mi wypadł z ręki i potoczył się po stoku. Dobrze, że jeszcze grzybów nie uzbierałem, bo by mi się wszystkie wysypały. No, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Zbieram więc koszyk do kupy, ale: pusty. Kozik zgubił, fajtłapa. Może znajdę? Ale gdzie tam! Znajdź tu kozik w lesie wielkim jak puszcza. Odpuszczam, bo to jak szukanie igły w stogu siana. Trudno. Jak już znajdę te prawdziwki, będę wykręcał. Jak żarówkę, tylko odwrotnie. To znaczy: nie z góry na dół, tylko z dołu do góry. Ależ mnie wkręcili w te prawdziwki! A najbardziej to ta pani z borowikami przy piersi. Gdybym ją teraz spotkał, to bym jej pokazał. Co bym jej pokazał? No, pusty koszyk bym jej pokazał.

No dobra, nie ma co narzekać. Uszy do góry i: Do przodu. Jak zając pod miedzą. Iść, ciągle iść w stronę słońca. Ale nagle: Co to? Górka. Góra nawet, oj jaka góra! Przysłaniam oczy dłonią i co widzę? Zamiast gładkich srebrnych pni bukowych szorstkie szare. Dęby? Dęby? Dęby. A wiadomo, co rośnie pod dębami! Prawdziwki! Borowiki. Szlachetne. Najszlachetniejsze z naszych grzybów, bo te, co wywąchują świnie przecież się nie liczą. No, górko! Chodź tu do mnie! Chodź, chodź! Nie chcesz? To chyba ja się będę musiał do ciebie pofatygować. I Idę. Znów idę. Ale już nie tak dziarsko, jak z góry, bo pod górę. Ale co mi tam  – pocieszam się. Jak wejdę na górę to potem będę miał z górki. Żeby tylko nie na pazurki. Koszyczka swego pilnuję, jak Czerwony Kapturek. Tylko ciasta i wina w nim brak. Babci też już nie mam. I kozika. Ale co tam, zaraz napełnię go borowikami. Tu pod dębami, tu pod bukami, między sosnami. Idę więc, choć niełatwo, bo pod górę, ale idę.

Chyba nikt  ich tu mi nie wyzbierał, bo żywego ducha nie spotkałem. Aż tu nagle… Co widzę? No, co widzę? Co ja widzę? Liście zbite w wystającą kupkę, ziemia odsłonięta i lekko przeorana. Dzika świnia? Więc może trufle? Nie! To nie dzika świnia. Ludzka! Pacnęła obok puszkę po piwie! Boże! Dzięki Ci Boże! Nie jestem sam na tej bezludnej wyspie, co samotnie ponad zielony przestwór oceanu się wynurza! Już miałem całować ślad swego bliźniego, już miałem świecę w biały dzień zapalać, by znaleźć człowieka, ale przypomniało mi się, po co idę. Na grzyby! Na grzyby przecież idę. Dalej więc, dalej! Maszeruję dzielnie, maszeruję, a przede mną drzewa salutują. Idę, idę, idę, a w słońcu kołysze się kosz. Co tam taka górka!

I oto jestem na szczycie. Wciąż bez grzyba, prawie bez siły, bez tchu niemalże i niemal bez nadziei. Usiąść, odpocząć, przycupnąć. O! Tu jest pieniek. Dębowy. Przynajmniej się nie załamie pode mną. Siadam więc i siedzę. Siedzę więc  i patrzę. Patrzę więc i widzę: Dookoła stoją dęby jak chłopy, za nimi buki jak… buki. Z prawej – sosny wysmukłe, ale też niczego sobie, postawne, jak matrioszki, tylko nie takie pękate jak matrioszki, a wysmukłe jak mówiłem. Słoneczko świeci, wiaterek zawiewa, ptaszęta śpiewają, dzięcioły stukają, sarenki skakają, cuda się zapowiadają. Idylla, idylliczna idylla, tylko prawdziwków brakuje, aż się chce je domalować.

Ale prawdziwków ani widu, ani słychu. Żeby jakiś znak! Jakiś sygnał, nadzieja, jej cień, a tu: nic. Żeby chociaż ktoś na srebrnej korze buka nożem wyrył: Kocham cię, Lesie! I zamiast serca rysunek grzyba z trzonkiem i kapeluszem wyciął, a tu: nic. Gdybym chociaż kozik miał, to sam bym wyrył napis: Tu byłem. Ale nawet kozika nie mam. Moja więc wyprawa nie przejdzie do historii. O, lesie, lesie! O, losie! Do domu trzeba by wrócić się.

Tylko w którą stronę? Zaraz, zaraz, bez paniki. Jako że szybko potrafię liczyć w pamięci, kalkuluję: Szedłem cały czas w stronę słońca, a koło południa było, więc na azymut 180. Ale ponieważ mamy czas letni, trzeba odjąć godzinę, a godzina to 360  przez 24, równa się 15 stopni na godzinę, więc: 165. Ale  – patrzę na zegarek  – jest druga, więc słońce jest na 195. Jeśli się obrócę przez lewe ramię, to będzie 195 minus 180, równa się 15, czyli godzinka w prawo od mchu na drzewach po północnej stronie i paproci w poszyciu. Ustawiam się w odpowiednim kierunku i idę. Idę, idę i idę.  Na azymut teraz idę. I wychodzę. Na co? No zgadnijcie, na co ja wychodzę? Prosto na samochód ja wychodzę! Jak w mordę strzelił. Ma się tego grzybiarskiego nosa! Szkoda tylko, że z tymi prawdziwkami wyszedłem  jak Zabłocki na mydle. O, mydło! Dobry pomysł. Wiecie, czemu wędkarz bierze mydło, gdy idzie na ryby? Żeby móc ręce umyć, jak gówno złapie. Mnie też przydałoby się.

Wsiadłszy do samochodu wzdycham ciężko: Klęska… urodzaju. Łi, łi – potwierdził po francusku pan samochodzik, a ja zamruczałem pod nosem, grzybiarskim: Nic nie znalazłem. Wrrr! – odburknął pan samochodzik i pojechaliśmy w stronę domu. Żegnaj Puszczo Bukowa, naprawdę masz serce z kamienia. A w domu żonka moja czeka. Stęskniona i głodna. Dlaczego stęskniona? Wiadomo: myśliweczka-kochaneczka wyczekuje. Mógłby wpaść, kiedy mąż na grzybach. A dlaczego głodna? Bo od ust sobie odejmuje smakołyki wszelakie, którymi wypełniona jest spiżarnia i lodówka nasza. A dlaczego sobie odejmuje? Bo na grzybki czeka. A grzybki gdzie? W lesie! Wracać?

Nie. Obiecałem przecież zrobić obiad. Jadę na rynek. A tam: prawdziwki, podgrzybki i kurki nawet. Ale przecież nie kupię. Jakem grzybiarz, nie-ku-pię! Sprzedać co najwyżej mógłbym, ale kupić? Nie kupię! Zresztą brzydziłbym się wziąć cudzego grzyba do ust. To nie to co własny. Własnoręcznie oczyszczony, uzbierany, wyszukany, wypatrzony,  wychodzony, wymarzony.

Idę więc do Lidla i kupuję  paczkę pieczarek – 500 gram za 4 złote – polędwiczkę wieprzową, śmietanę, talarki z ziemniaków i gotowane buraczki. Na obiad będą medaliony w sosie pieczarkowo-śmietanowym, czyli grzybki, jak obiecałem. I medal za wytrwałość.

JERZY KRUK

Zdjęcie prawdziwków z własnego zbioru – Karolina Kinga Grudzińska

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę:

Jeszcze jedna taka wiosna

Jeszcze jedna taka wiosna
Choćby jeden maj
Jedna noc do brzasku

Jeszcze jeden świt
Chłód poranka
Paków śpiew
I akacji zapach

Jeszcze jedno pożądanie
Jeszcze jedno rozmarzenie
I marzeń spełnienie

Jeszcze jedno łopotanie
Firanek na wietrze
Jeszcze jedno przewieszenie
Sukienki na krześle

Jeszcze jeden deszcz ożywczy
Jedna błyskawica grzmot
Jeszcze jedna tęcza

Jeszcze jedno pobłądzenie
W lesie twoich włosów
Jeszcze jedno zasłuchanie
W szum twego oddechu

Jeszcze jedno kołysanie
Rytmem twego serca
Jeszcze jedno falowanie
Po morzu twych piersi

Jeszcze jedno zamyślenie
Jeszcze jedno zapatrzenie
W twoje ciało po horyzont

JERZY KRUK

Śniły mi się ptaki bez nieba

Po przeczytaniu Przemiany poczułem się tak samo przerażony jak Gregor Samsa, który obudził się jako karaluch. Leżał na plecach i nie mógł się przewrócić, bezradnie wymachując cienkimi nóżkami owada. Po przeczytaniu tego opowiadania nie mogłem się pozbierać przez kilka dni.

Z surrealizmem spotkałem się już wcześniej. Podobnego szoku doświadczyłem, oglądając Płonącą żyrafę, Oklapnięte zegary czy Przeczucie wojny domowej Salwadora Dali. Zrozumiałem, że poza światem realnym, światem codziennego doświadczenia, światem zwykłych ludzi może istnieć coś więcej: świat koszmarów sennych, świat wyobraźni, świat idei, w których ten pierwszy wywraca się do góry nogami. To doświadczenie wzmocnił we mnie film Buñuela Widmo wolności (1974), a głównie jedna z jego nowel, w której nobliwa burżuazyjna rodzina spotyka się na niedzielnym obiedzie. Wielka, jasno oświetlona jadalnia z wielkim stołem, tyle że wokół niego zamiast krzeseł stoją muszle klozetowe. Eleganckie towarzystwo podchodzi do stołu, panowie spuszczają spodnie, panie podkasują suknie, wygodnie zasiadają na sedesach i oddają się wyszukanej konwersacji. Co chwila ktoś prosi o papier toaletowy, którego rolka stoi na środku stołu na wielkiej srebrnej tacy. Nagle mały chłopczyk mówi głośno, że jest głodny. Wszyscy się krzywią z niesmakiem. „Dziecko, nie przy stole” – karci go matka. Chłopiec wychodzi do małej kabiny na końcu korytarza, gdzie zasiada na krześle i z małego okienka wysuwa sobie tacę z jedzeniem. Wspaniała scena. Uderzająca! Dająca do myślenia. Niektórzy nazywali to odwróceniem tabu.

To było dla mnie takie nowe i dlatego tak szokujące. Zwłaszcza w kontekście mojego dotychczasowego kilkunastoletniego życia. Moi rodzice ani sąsiedzi nie oglądali takich rzeczy, nie czytali takich książek. Mieszkańcy naszego osiedla mówili o sobie, że mają na nazwisko Kowalski lub Malinowski, że potrzebują naprawić telewizor, a gdy zimą wychodzili z domu, to ubierali grube płaszcze, a dzieciom – czapki i szaliki. Janek pobierał się z Marysią, a Marysia pobierała się z Jankiem, gdy się spowiadali, że zdarzyło im się wobec kogoś użyć zbyt silnego słowa, nie mieli zbyt silnego postanowienia poprawy. Gdy dzielili ostatni kawałek ciasta, ktoś otrzymywał większą, a kto inny mniejszą połowę. Rosół zawsze gotowali z selerem i porą, używając do niego bynajmniej półtorej litry wody, na gwiazdkę dawali dzieciom po jednym pomarańczu, wyjeżdżali na półtorej tygodnia, a na wskutek jakiegoś zapalenia chorowali nawet przez półtory roku. Nawet w domu nie pozwalali dzieciom chodzić na boso. Ich dzieci uczyły się muzyyki, fizyyki i matematyyki. W imprezach rodzinnych często brało udział kilkunastu uczestników, w tym zwykle kilka dzieci. Gdy czuli się wyrzuceni poza margines, spuszczali uszy po sobie albo układali buzie w dziób. Ale potrafili też zajść komuś pod skórę, pobić kogoś o głowę albo, gdy było trzeba, dać komuś do łapy. Pani Jankowska w towarzystwie zawsze grała drugie skrzypce, a po jej występie zawsze szedł na drugi ogień jej mąż. Ala na całe szczęście nigdy nikomu nic poważnego się nie stało, bo na ogół wyrządzali sobie przysługi, a w przypadku jakiegoś konfliktu szybko następowało zawieszenie ognia. Do pracy mieli niedaleko, więc zwykle chodzili na pieszo. Czasami gdzieś indziej, kiedyś indziej, następowały wydarzenia, które wywierały na nich silne piętno. My, dzieci w każdym bądź razie graliśmy mecze, wygrywaliśmy walki i pojedynki, osiągaliśmy rekordy, stawialiśmy sobie coś jako cel i te cele realizowaliśmy, nie przywiązując do tych spraw najwyższej wagi, ale coraz to zwiększaliśmy poziom naszych umiejętności i poddawaliśmy w wątpliwość różne kwestie. By sprostać oczekiwaniom rodziny, niektórzy decydowali się na pełnienie ważnych ról społecznych: członka trójki klasowej albo ławnika sądowego. Czasami wychodzili naprzeciw wymaganiom władzy, decydując się na zajęcie ważniejszych funkcji społecznych, jak na przykład wciągnięcie na członka dzielnicowej rady narodowej. Nie wszystko szło po ich myśli, bo czasem odnosili klęski i doznawali strat. Praca większości nie przynosiła wysokich zysków.

Pojawienie się w tym towarzystwie kwestii surrealizmu było naprawdę surrealistycznym wyobrażeniem. Czułem, że z Kafką, Dalim i Buñuelem muszę się zmierzyć samotnie. Nie mogłem o tym porozmawiać z nikim. Ani z rodzicami, ani z sąsiadami, ani nawet ze starszymi kolegami. Taka możliwość pojawiła się dopiero w szkole średniej, gdzie poznałem moją późniejszą żonę. Ona zaszła jeszcze dalej niż ja. Dyskutowała nie tylko o surrealizmie, ale też i o czystej formie, sztuce dla sztuki i o literaturze faktu. Chyba nikt się nie dziwi, że zakochałem się w niej na zabój. Poszedłem do technikum i nie żałuję tej decyzji tylko z jednego powodu: Poznałem w nim dziewczynę swoich marzeń, która potem została kobietą mego życia.

Łączyła nas nie tylko literatura, ale też teatr, muzyka i sztuka w ogóle. Pamiętam, jak pożyczyła mi do przegrania płytę Grechuty, którego oboje uwielbialiśmy. Za same piątki na świadectwie z ósmej klasy dostałem w nagrodę od rodziców magnetofon czterościeżkowy, ale trzeba było na czymś odtworzyć płytę. Nie miałem gramofonu, bo to powoli robiło się przestarzałe urządzenie, ale wiedziałem, że adapter miał syn państwa Dziamdziaków z sąsiedniej klatki. On był z zawodu kolejarzem i często wyjeżdżał. Poszedłem więc do nich pod jego nieobecność z prośbą, by mi pożyczyli adapter do przegrania płyty. Nie zgodzili się, bym wyniósł z domu sprzęt syna, ale pozwolili mi przegrać płytę na miejscu. Podłączyłem więc kablami oba urządzenia i włączyłem płytę. Państwo Dziamdziakowie usiedli na wersalce i patrzyli mi na ręce, bym czegoś nie popsuł. Gdy zaczęły się rozlegać atonalne dźwięki Kantaty: piski skrzypiec, dudnienie kontrabasu i dzwonienie czyneli, państwo Dziamdziakowie spojrzeli po sobie z przerażeniem. I nagle Marek Grechuta zaczął recytować: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. Dziamdziakowie zrobili wielkie oczy, a on powtórzył: „Śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi”. I nagle Dziamdziakowie, jak na komendę, wybuchli głośnym śmiechem. „Ptaki bez nieba, konie bez ziemi” – powtarzali rechocąc w niebogłosy. Szeroko otwierali w śmiechu swe szczerbate szczęki i palcami ocierali łzy rozbawienia.

Poczułem się bezradny jak Gregor Samsa leżący na wznak w chitynowym pancerzu i przebierający w powietrzy cienkimi nóżkami. Gdybym tak przeczytał im Kafkę — pomyślałem— chyba pękliby ze śmiechu.

JERZY KRUK

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników za pół ceny):


Share on FacebookShare on TwitterShare on Linkedin

Nagroda NIKI 2020

Blanka Lipińska – jeśli mierzyć sukces w kategoriach komercyjnych – to największa polska pisarka ostatnich czasów. Na swoim koncie ma już chyba milion sprzedanych egzemplarzy! W kilkanaście miesięcy! Na listach dziesięciu najlepiej sprzedających się książek znajdują się aż trzy pozycje jej autorstwa, z których największym przebojem jest 365 dni.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że bohaterka tego powieścidła jest alter ego autorki. Tak samo pusta, wulgarna i nudna. Na głowie ma czarne włosy, które w połowie powieści, pewnie z braku pomysłu na zwrot akcji, zostają „genialnie obcięte na boba” i przefarbowane na blond. Jednak w środku główki – niestety fiu-bździu. I to zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym.

Wprawdzie bohaterka tego gniota nie pozostaje niewzruszona, gdy jej oprawca, a później ukochany, na jej oczach z zimną krwią zabija człowieka, który mu podpadł, a potem w szale zazdrości topi w stawie jej dawnego chłopaka, z którym przeżyła sześć lat, ale nie są to doznania zbyt głębokie; bohaterka szybko o nich zapomina, gdy dostaje w prezencie sukienkę od Roberta Cavalliego, szpilki od Louboutina , torebkę od Louisa Vuittona, zegarek z napisem Patek Philippe albo bieliznę Victoria’s Secret, bo Laura uwielbia chwile, gdy „czuje się atrakcyjna i bardzo markowa”. W takich momentach jej emocje są naprawdę silne i szczere. „Aż podskoczyłam z zachwytu na ich widok” – pisze jako narratorka, a jako bohaterka mocno przytula dwie pary kozaków, które dostała w prezencie od Czarnego, każda po trzy i pół tysiąca złotych. „Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy” – wyznaje z rozbrajającą pensjonarską bezpretensjonalnością. Voucher do luksusowego spa też przytula do serca. To też od Czarnego. Wszystko ma od Czarnego: SUV, BMW, porsche, ferrari, zegarek o wartości mieszkania, platynową kolię z diamentami od… kogo? Zgadnijcie! Oczywiście od Tiffaniego! Koronkowe majtki i staniki, spodnie, sukienki, tuniki. Kozaki, sandałki i szpilki. Wszystko na poziomie producentów wymienionych powyżej. Od rana do wieczora popija różowego moëta, aż dziw, że się w nim nie kąpie.

Czarny nie jest Murzynem. To Włoch, więc ponad wszelką wątpliwość w jego określeniu chodzi o to, że to brunet o ciemnej karnacji skóry. I o czarnym charakterze. Jest szefem sycylijskiej mafii – co prawda „nie cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym”– dla którego zastrzelenie czy uduszenie własnymi rękami człowieka, to tyle co zabicie muchy packą. Twardy lecz czuły (był kiedyś serial o takim tytule z Rogerem Moore’m w roli głównej, ale nie wiem, czy leciał w Polsce) i też nie za mądry. Biegle włada pięcioma językami, w tym rosyjskim, ale ani słowa nie rozumie z tego, co jego kobieta mówi po polsku. A ta używa ojczystego języka, gdy się spotyka ze swoimi ziomalami: „Kurwa, ja pierdolę, zajebiście. Wkurwiasz mnie, jesteś jebnięta, gówno mnie to obchodzi”. – To jest język, jakim bohaterka rozmawia z rodakami, nawet ze swą matką. Polski czytelnik (bo chyba jeszcze nie ma zagranicznych?) może czuć się w jej powieści swojsko jak na ulicy we własnym mieście.

O Czarnym dowiadujemy się niewiele, bo ciągle pracuje. Głównie na Sycylii, ale też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie ma pracę, a prócz tego „prowadzi interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych”. Nie wszędzie może zabierać swą kobietę mafii, bo wiadomo: mafia ma swoje tajemnice. Jednak czasami może, by ją w drodze „co sto kilometrów wydymać”. I jej i jego bez przerwy strzegą ochroniarze, ale w momencie dymania dyskretnie usuwają się na stronę. A ma czym to robić, bo „ma kutasa po kolana”, jak mówi najbliższa i chyba jedyna przyjaciółka Laury, jeszcze większy pustak niż ona, utrzymanka „fagasa, który podbija kolejne rynki kosmetyczne”, nie przepuszczająca żadnemu przystojniakowi, co „dyma się jak rakieta”.

Czarny nazywa się Massimo Dutti, czy jakoś tak. Jest chorobliwie zazdrosny o swoją Laurę i nie potrafi panować nad emocjami, a emocje ma na poziomie przedszkolaka. Gdy do jego kobiety zbliży się jakiś inny mężczyzna, Massimo natychmiast sięga po broń, dusi lub topi. Jednak gdy do Laury zbliży się on, „jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwie spodni”. Laura też jest jakaś rozchwiana emocjonalnie. Na przemian to mdleje, to rzyga. To, że rzyga, gdy jej macho „przy obciąganiu spuści się jej do gardła”, to nic dziwnego, ale ona rzyga też kompulsywnie, gdy doznaje silnych emocji.

Laura jest kobietą marzeń (sennych) Massima. Wyśnił ją sobie, a właściwie – umierając – miał wizję na kształt widzenia Matki Boskiej, tyle tylko, że Massimo nie zobaczył Maryi, lecz Laurę i – jak potężny renesansowy mecenas (jakiś książę czy papież) – po zmartwychwstaniu zlecił wybitnym malarzom uwiecznienie jej wizerunku na dziesiątkach obrazów, które zdobią pokoje jego willi, biur i hoteli.

„Szukał jej na całym świecie”, więc czy można się mu dziwić, że – będąc człowiekiem, który może mieć wszystko – gdy jego senna zjawa zjawia się na urlopie na Sycylii w osobie Laury Biel, menedżerki hotelowej z Polski, ten ją porywa i więzi w „domu , który wygląda trochę jak willa z Dynastii”? Nie zamyka jej w celi, lecz „w pokoju, który ma pewnie z osiemdziesiąt metrów i jest w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście”. Na razie pusta, jak makówka Laury, ale wkrótce szybko się zapełni. Czaicie te klimaty? Te chaty?

Massimo „daje Laurze szansę, by go pokochała i została z nim nie z przymusu, ale dlatego, że zechce”. Gwałci ją wielokrotnie, ale w sposób nie zanadto brutalny, bo gdy to robi, ona „czuje każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny”. Informuje ją, „nie proponuje, tylko informuje”, że najbliższe 365 dni spędzi w jego złotej klatce, a on „postara się zrobić wszystko, by go pokochała, a jeśli za rok, w jej urodziny, nic się nie zmieni”, obiecuje ją wypuścić. Jako polisę, że mu nie ucieknie przedstawia jej ultimatum. Jeśli by to uczyniła, on zabije jej rodzinę: matkę, ojca i brata.

Nie potrzeba było roku. Laura, więziona, gwałcona, zastraszana i szantażowana, lecz rozpieszczana bezustannym leniuchowaniem, przeskakiwaniem po kanałach włoskiej telewizji, której nie rozumie, bo nie zna języka, popijaniem szampana i drobiazgami od Diora, YSL, Guerlaina, Chanel, „a przede wszystkim od Lancôme’a„, zakochuje się w nim na zabój w niespełna półtora miesiąca. Psychologia dla określenia takiego przypadku używa pojęcia „syndrom sztokholmski”, jednak głębia, a raczej płycizna, psychologiczna pisarki Blanka Lipińska nie odwołuje się do takich pojęć.

Blanka Lipińska to pisarka, która dba o najdrobniejsze detale: „Przepakowałam się w kremową torbę od Prady” – pisze rzeczowo. Albo: „Z kolejnego pudła wyciągnęłam czarną, przezroczystą krótką sukienkę, a z następnego pasujące do kompletu szpilki Lauboutina” – wyjaśnia fachowo. Czy też: „Wyjątkowo było mi wszystko jedno, w co się ubiorę. Chwyciłam biały dres Victoria’s Secret” – informuje nonszalancko. I jeszcze: „Spotkałam Domenica rozkładającego wielkie walizki LV”. Nie trzeba być matematykiem, łamiącym kod Enigmy, by rozszyfrować branżowy skrót. I jeszcze mój ulubiony: „Leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek CK”.

Albo z innej beczki: „Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce delikatnie głaskały jego jądra”. A w innym miejscu: „Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi”. Czy można się dziwić popularności bestsellera „Wisłockiej Instagrama” – jak ją nazywają fanki czytające instrukcje używania erotycznych gadżetów? Która nie marzy o orgazmie na żądanie, już po kilku sekundach, a potem o całych falach orgazmów? I wszystko dzięki małemu różowemu gadżetowi. „Różowy” to „gumowy kolega” Laury, trójelementowy wibrator, „którego najgrubsza część służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę”, gdy ona, Laura wyobraża sobie stojącego pod prysznicem Czarnego, „trzymającego w rękach swojego pięknego kutasa”. W rolach głównych: Czarny i różowy.

Książkopodobny wyrób Blanki Lipińskiej reklamowany jest za pomocą sloganu „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym”. Pomińmy niestosowność porównania do twórczości Mario Puzo, ale 50 twarzy przy 365 dniach, to Himalaje literatury. Może nie Himalaje, ale co najmniej Alpy, no, może Sudety. Ale to i tak wysoko w porównaniu z poziomem bagien na Żuławach, w jakich tapla się twórczość pisarki Blanka Lipińska.

JERZY KRUK

P.S.
W cudzysłów zostały ujęte oryginalne cytaty z opisywanego, najgłośniejszego w ostatnich latach polskiego dzieła literackiego.

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników – za pół ceny):

Pierwszy był Norwid

Zapewne znacie to wyzwanie z Facebooka: Zamieść okładki 7 książek, które miały na ciebie wpływ i które lubisz. Żadnych recenzji. Tylko okładki.

7 najważniejszych książek życia? Gdybym dostał do dyspozycji siedem półek, to miałbym je czym zapełnić i wykonałbym zadanie bez bólu. Ale siedem książek? Nie sposób. Tak samo jak wskazanie siedmiu osób czy siedmiu wydarzeń, które w całym życiu były najważniejsze. Bo życie się zmienia, a wraz z nim zmienia się nasza perspektywa. Inne doświadczenia i inni ludzie okazują się ważni, gdy mamy 15, 20, 40 czy 70 lat. Tak samo z książkami. To, co wydarzyło się w naszym życiu pół wieku temu może już być wyblakłe, jak stare zdjęcia w sepii, zwłaszcza w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj, co wciąż zachowuje żywe kolory, a może i nawet zapachy. Podobnie z ludźmi. Którzy z naszych przyjaciół są ważniejsi? Ci, z którymi dopiero odkrywaliśmy świat, urządzaliśmy wygłupy i popełnialiśmy błędy, którzy poszli inną droga niż my, z którymi kontakt urwał się czterdzieści lat temu, których imion już być może nie pamiętamy, czy ci, z którymi rozmawiamy do dziś? A dziewczyny, chłopaki? Ci, od których dostaliśmy pierwszy pocałunek, czy ci z którymi mamy dzieci i przeżyliśmy całe życie? Ta hierarchia wcale nie musi być tak oczywista, choć wiele wskazuje na to, że o ważności kontaktów z drugim człowiekiem decyduje raczej zażyłość i trwałość kontaktów. A seks? Co było ważniejsze? Ten pierwszy raz czy ten ostatni, wczorajszy czy przedwczorajszy, który dał nam obustronną satysfakcję, że wciąż jeszcze ma miejsce między nami? A książki? Wydaje się, że najważniejsze są te, które czytaliśmy z wypiekami na twarzy i te, które otworzyły przed nami nowe horyzonty rozumienia świata i samych siebie. A co, jeśli na stare lata zapragnąłem zostać pisarzem i trafiłem na książkę, która wyzwoliła mój twórczy potencjał? Wszystko jest ważne, dlatego nie lubię mieszać jednego z drugim i porównywać rzeczy, dla których nie istnieje płaszczyzna porównania.

Z tego właśnie względu wybiorę siedem książek z tych, które otworzyły moje serce i miały wpływ na to, kim jestem do dziś, a więc te z okresu młodości, pomiędzy szesnastym a dwudziestym czwartym rokiem życia. Nie będę pisał recenzji, ale pozwolę sobie napisać kilka zdań na temat okoliczności, w jakich je czytałem i o wpływie, jaki na mnie miały.

Pierwszy był Norwid. Gdy miałem 16 lat, Norwid był modny. Piosenki do jego wierszy śpiewał Niemen, mówiło się o nim, dyskutowało, ale chyba nie wszyscy go czytali. Ja nie mogłem się od jego liryki oderwać. Wypożyczyłem tę książkę ze zdjęcia w bibliotece publicznej i przetrzymywałem przez kilka miesięcy. Czytałem ją tak często, że wiele wierszy wryło się w mą pamięć bez nauki. Potrafię je recytować do dziś. Kilkanaście, kilkadziesiąt? I do dziś kocham niepowtarzalny język Norwida. „Zblednieje w papier; serca zmdlałe ocucą i pleść z oczu im zgarną; nędza-nędz; smutny, lecz smutny, że aż Bogu smutno; plecionka długa z włosów blond; od uwielbienia do wzgardy; jak z lekka kibić wyginać dostojnie i stąpać jako bogi…” Cytować mógłbym bez końca.

Gdy w końcu oddałem ten egzemplarz Norwida do biblioteki, zapragnąłem, by mieć własny i się z nim już nigdy nie rozstawać. Moi rodzice byli robotnikami pochodzącymi z biednych chłopskich rodzin i u nas w domu książek nie było, za to wypożyczało się je z biblioteki publicznej. Zawsze brałem dla siebie dwie, trzy książki i „coś dla mamy”. Oczywiście podczytywałem te kryminały i romanse „nie dla dzieci”. Poza odbieraniem w księgarni podręczników na talony nie miałem doświadczenia w kupowaniu książek. Któregoś razu wybrałem się do dużej księgarni w Centrum i spytałem, czy dostanę „coś Norwida”. Pamiętam, z jakim niesmakiem i pogardą spojrzała na mnie sprzedawczyni. To było tak, jakbym ot tak sobie wszedł z ulicy do rzeźnika i spytał, czy jest szynka. Byłem jeszcze młody i nie rozumiałem do końca, że żyjemy w kraju, gdzie w sklepach mięsnych nie ma mięsa, w sklepach spożywczych nie ma cukru, a w księgarniach – dobrych książek, bo jak coś z tego „rzucą”, to znika natychmiast.

Ta księgarka to nie było dobre doświadczenie dla młodego miłośnika literatury. Z bibliotekarką zresztą miałem podobne doświadczenia. W bibliotece publicznej nie tylko wypożyczałem książki, ale i korzystałem z księgozbioru na miejscu, głównie z encyklopedii. Gdy miałem coś wypisać, z życiorysu Kopernika czy Mickiewicza, z wypiekami na policzkach wertowałem inne strony tej wspaniałej książki, w której znajdowała się „cała wiedza”. Najwspanialsze były tablice z kolorowymi zdjęciami. Ach! – myślałem sobie. Gdyby tak zajrzeć do Wielkiej Encyklopedii! 11 tomów. Tam musi być naprawdę wszystko. I jeszcze więcej kolorowych obrazków. Zdobyłem się kiedyś na odwagę i pytam panią bibliotekarkę, czy mógłbym zobaczyć pierwszy tom, a pani na to: A w jakim celu? No, chciałem poczytać, odpowiedziałem. Encyklopedia nie jest do czytania, oświadczyła mi szorstko bibliotekarka. Jak będziesz miał jakieś zadanie ze szkoły, żeby coś wypisać, to ci dam. Ale dopiero jak będziesz w szkole średniej, bo w podstawówce powinna ci wystarczyć ta mała.

Pani bibliotekarka zachowała się zgodnie z regułami obowiązującymi w naszym kraju, gdzie reglamentowano nie tylko mięso, cukier i książki, ale też i władzę. W zasadzie wszystko w naszym kraju było we władaniu władzy, ale rozdzielana była ona w małych dawkach. Nawet ci na szczycie władzy nie mogli wszystkiego. Władza była swoistym skarbem wynagradzającym niedobory i ograniczenia, które bardziej niż ona wpływały na życie każdej jednostki i rodziny. Nic więc dziwnego, że była zazdrośnie strzeżona i że każdy, komu przypadła w udziale, skwapliwie z niej korzystał. Nauczyciel w szkole mógł tyrać ucznia jak chciał. Jak kogoś lubił, stawiał mu piątki, jak kogoś nie lubił – wlepiał mu pały. I nikt mu nie podskoczył, ani uczeń, ani rodzic. A sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość? Nie było sprawiedliwości. Liczyła się tylko władza. Sądy? Sądy też były formą władzy.

Władzę miał też urzędnik. Jak chciał, to załatwił sprawę od ręki, a jak nie chciał, to odwlekał ją miesiącami. Trzeba było więc jakoś się do niego przymilić. Im wyższy urząd, tym więcej władzy: kierownik sklepu, lekarz, dyrektor szkoły, dziekan na uczelni. Dobrze było mieć jakieś stanowisko, bo dzięki niemu można było się wymieniać władzą, czyli przysługami, z tymi, co byli na innych stanowiskach.

Całą władzę miała partia. Przez partię można więc było załatwić wszystko: mieszkanie, wyjazd na wczasy, talon na samochód, miejsce na uczelni. I ten system władzy spływał w dół. Wojewoda mógł mniej niż minister, przewodniczący miejskiej rady – mniej niż wojewoda, a dyrektor szkoły mniej niż przewodniczący miejskiej rady, ale każdy coś mógł, bo każdy miał władzę. Nawet hydraulik miał władzę. Mógł naprawić awarię od ręki albo po tygodniu, wykonać robotę dobrze lub ją spartolić. Albo kierowca ciężarówki. On też miał władzę nad swoim pojazdem, którym mógł pojechać na państwową lub prywatna budowę. Oczywiście z piaskiem, cementem czy pustakami, które miał na pace. Nawet babcia klozetowa miała władzę. Jak byłeś miły, oddzierała ci kawał papieru toaletowego na szerokość ramion, a jak nie – to tylko listek, z którym nie wiadomo było, co zrobić.

Pani bibliotekarka użyła więc wobec mnie swojej władzy. Nie pozwoliła mi „poczytać” Wielkiej Encyklopedii. Nie była zła, bo wobec mojej mamy używała swej władzy w sensie pozytywnym i wyciągała dla niej książki spod lady, ale gdy mogła czegoś zakazać, odmówić, nie zrobić, to czemu miała ze swej władzy nie skorzystać? Korzystanie z władzy było dowodem na to, że „jest się kimś”.

W siódmej klasie mama wykupiła bon na encyklopedię, a w ósmej dostałem ją na własność. Była to wprawdzie tylko Mała Encyklopedia Powszechna, ale moja własna. To było moje okienko na świat. Dzięki niej zobaczyłem, jaki jest piękny i kolorowy, bo że ciekawy, wynikało już z mojego nastawienia. Tyle kolorowych roślin i ptaków, motyli, grzybów, kamieni szlachetnych. Dzięki encyklopedii poznałem ekscytujące malarstwo Picassa, Salvadora Dali, Siqueirosa, Braque’a i Muncha. Swoje drzwi otworzyły przede mną Prado, Luwr, Pinakoteka, Rijksmuseum i Ermitaż. Za pomocą encyklopedii uporządkowałem swoją wiedzę geograficzną: największe kraje, miasta, wyspy, najdłuższe rzeki, najwyższe szczyty. I olimpijską. Ale z rozczarowaniem stwierdziłem, że jednak nie ma w niej wszystkiego. Były w niej seksta, sekstans i sekstet, ale seksu nie było, a spodziewałem się co najmniej czarno-białych ilustracji. Musiałem więc zgłębiać tajniki tego zjawiska na własną rękę, bez encyklopedii.

Zaczytałem się w encyklopedii na ponad rok. No, a potem zaczytałem się w Norwidzie. I to były te drzwiczki, przez które jak Alicja wszedłem do krainy czarów.

JERZY KRUK

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę
(przesyłka przez RUCH za 1 grosz,
a przez innych przewoźników za pół ceny)

Gdy upadnie PiS

PiS upadnie. Prędzej czy później upadnie. Nie tylko przegra wybory, ale i pewnie się rozleci jako partia. Ale skutki ich rządów będziemy odczuwać jeszcze latami. Oczywiście – zadłużenie państwa, niewydolność systemu ubezpieczeń społecznych, osłabienie gospodarki, ale na pewno długo jeszcze utrzyma się roszczeniowa postawa dużej części społeczeństwa, która będzie zmuszać kolejne rządy, liberalne czy socjaldemokratyczne, by dawać. Państwo długo jeszcze nie będzie zdolne do inwestycji, innowacji czy oszczędności, bo jego obowiązkiem, w mniemaniu obywateli, będzie: dawać.

Nie: zaawansowana technologicznie gospodarka, nie: nowoczesna edukacja, nie: sprawna służba zdrowia, nie: wydolny system ubezpieczeń społecznych ma być celem polityki, lecz to, by każdy dostał do ręki trochę gotówki, jakiś plus, bo minusy, np. w postaci niższych podatków, do wyobraźni pospólstwa nie przemawiają. Ani takie abstrakcje jak wzrost gospodarczy czy rozwój technologiczny. Im się podoba tak jak jest, oni lubią się takimi jacy są.

Tak naprawdę, to oni nie chcą, żeby nasz kraj był bogatszy, bo to wymaga rozwoju, kształcenia społeczeństwa, często wyrzeczeń dla inwestycji. A oni chcą konsumpcji tu i teraz, i wcale nie rozpasanej, lecz po prostu: żeby było trochę lżej, co często okazuje się iluzją, gdyż świat, gospodarka idą do przodu i rosną potrzeby i apetyty jednostek. Każdy, kto coś osiągnął w życiu, czegoś się dorobił, zdobył jakieś wykształcenie, wie, że żeby było naprawdę lepiej, przez jakiś czas musi być trudniej, ciężej.

Na pewno też się utrwali populistyczno-knajacka moralność, wedle której nie ma nic złego w oszustwie, manipulacji, naruszaniu fundamentów demokracji, okradaniu państwa i nepotyzmie władzy, jeśli „nam” daje. Logika też dozna uszczerbku. Pojęcie prawdy odejdzie do lamusa, a liczyć się będzie manipulacja, perswazja, propaganda, oszustwo.

Pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych, a teraz legitymizują różne postawy fundamentalistyczne, których wyznawcom wydaje się, że mają prawo do narzucania swoich wartości innym, też będą trudne do naprawy.

Podobnie jak trudny będzie do przywrócenia zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych. No i z pewnością umocni się przekonanie różnego rodzaju konserwatystów, nacjonalistów, dewotów, miernot, ciemniaków i zwyczajnych chamów, że to oni są solą ziemi, tej ziemi. I że im się należy. Co? Wsparcie, ochrona, pieniądze, szacunek. A tym samym umocnią się postawy antyelitarne, że ci, którym się powiodło, którzy się dorobili, którzy się wykształcili, to złodzieje, oszuści i zdrajcy. Porządny człowiek jest inny: nie ciągnie go do majątku, do wiedzy, do wykształcenia, do kultury. I to jest nasza, polska odpowiedź na wyzwanie przyszłości: przygotowanie do budowy społeczeństwa ludzi zbędnych.

JERZY KRUK

Po prawdziwki nad Drawę.

Już sam dojazd dębowymi, klonowymi, lipowymi, jesionowymi tunelami wywołuje przyspieszone bicie serca. Dwa dni na grzybach, dwieście prawdziwków, dziesięć kilo podgrzybkowego drobiazgu do marynowania, kozaki, zajączki, maślaki na patelnię grzybów różnych, kanie zamiast schabowego. Cztery kąpiele w trzech jeziorach, każde o innym zapachu i kolorze wody, wieczorem cieplutkiej, z rana wyraźnie rześkiej. Jedna noc na bindudze. Ptasie radio na dobranoc. Wieczór i kolacja przy ognisku. Zero innych turystów z wyjątkiem nocnych gości, co nam porozrzucali buty i woreczki z chusteczkami w promieniu stu metrów. Kiełbaska z rusztu zostawiona na śniadanie też im smakowała. Tak jak nam konserwa turystyczna, której w domu nie jemy, tylko – jak nazwa wskazuje – na wyjazdach. W plener. Drugi koncert zaczął się dopiero koło trzeciej. Na dwie tuby porykujących jeleni i chichot puszczyka solo. Puchacz, którego tak lubię, niestety tym razem się nie odezwał. Może zaspał, skoro wieczór taki piękny, a noc taka ciepła? Żurawiom też nie chciało się latać ani klangorzyć. Ani gęsiom gęgać. Chyba zbierają siły przed odlotem. Za to noc bezksiężycowa i bezchmurna, więc: miriady gwiazd, których w mieście nie widać. To była chyba jedna z ostatnich ciepłych nocy, więc sen pod gołym niebem. Poszum liści na wietrze i cichutkie bulgotanie rzeki. Aż żal było zasypiać. A wyjeżdżać? To już nie mówię.

JERZY KRUK

Gęba polska

Nie ma ucieczki przed gębą – pisał Gombrowicz o Polakach. Zarówno o tych w kraju, jak i o tych na emigracji. Nie ma ucieczki przed gębą – musimy powtórzyć, żyjąc w dzisiejszej Polsce. Gdzie się nie zwrócisz, łypie na ciebie polska gęba. W rozmowach z rodziną, ze znajomymi, na ulicy, w telewizji, w internecie. Gęba gębę gębą pogania.

Włącz telewizor, a od razu zaatakują cię cyniczne maski dziennikarzy plujących  jadem z ekranu. Opluwających przede wszystkim opozycję polityczną, ale i też wszelkich oponentów: niezależnych dziennikarzy, naukowców, prawników, artystów. I tych, co chcą żyć po swojemu: liberałów, ateistów, euroentuzjastów, rodziców dzieci z zapłodnienia in vitro, feministki, gejów, lesbijki… A do tego, poniżej gęby telewizyjnej, z pasków wiadomości sączy się trucizna pisana: kłamstwa, półprawdy, przekłamania, słowne manipulacje.

I propaganda sukcesu niedogolonej, nieuczesanej, niechlujnej gęby geniusza z Żoliborza i jego marionetek z parlamentu, rządu i pałacu. Gęby walczących o palmę pierwszeństwa szaleńców, idiotów, nieuków i pospolitych głupków. Wymieniać nazwiska? Cytować? Za długo by trwało. Do tego tępe facjaty europosłów i europosłanek, którym Bozia ani rozumu, ani urody nie dała. I chytre pyski polityków-biznesmenów, cichaczem kradnących już nie pierwsze, lecz kolejne miliony. I nabotoksowane, wytapetowane  gęby ich bezwstydnych żon, córek i kochanek zasiadających bez merytorycznych kwalifikacji na intratnych posadach w państwowych spółkach i instytucjach.

Z ekranów telewizorów i komputerów, ale i z łamów czasopism, wyzierają wstrętne  mordy prawicowych publicystów atakujących wszelkie autorytety stojące z drugiej strony ustawionej przez nich samych barykady, oddzielającej nasz kraj od cywilizowanego świata: wybitnych pisarzy, naukowców, przywódców sąsiednich (a więc wrogich) państw po samego „papieża idiotę”, jak go bezceremonialnie profanuje nasz sztandarowy prawicowy publicysta, co jak fekalia co jakiś czas wypływa na powierzchnię, gdy do władzy dochodzi prawicowa gęba.  Modlę się o szybką śmierć dla (TAKIEGO) papieża – wtóruje mu ziejąca jadem gęba krakowskiego księdza profesora, a wraz z nim opasłe purpurowe z nienawiści gęby innych purpuratów.  Katolicyzm nienadążający za postępem współczesnego świata, bardziej papieski niż samo papiestwo. I bardziej pyszny, wyniosły, nadęty i pazerny niż ono.

A obok nich tępe gęby wniebowziętych, całujących ich po rękach wiernych, rzucających na tacę lub  przelewających na konta kościelnych instytucji swój wdowi grosz albo szastających w całości trzynastkami, które ostatnio im spadają z nieba przed każdymi wyborami; wygrażających niewiernym krzyżami, różańcami, a ostatnio nawet mieczami. To gęby  fanatyków w pseudo rycerskich płaszczach i futrzanych sarmackich czapach lub w t-shirtach z emblematami jak anioły piekieł, tyle że z podobizną Maryi i znakiem Zbawiciela. A zaraz za nimi koszmarne mordy ciemniaków różnej maści: antyszczepionkowców, kreacjonistów, płaskoziemców, płaskomózgich.

Obok nich rozdarte na całe gardło mordy kiboli o podgolonych karczychach i nazioli o łysych pałach z zieloną opaską na wyprostowanym w rzymskim salucie ramieniu, na której w figurze naszego nowego narodowego hakenkreuzu krzyż i miecz zlewają się w jedno. Mordy  wykrzywione w pogardzie dla wszystkiego, co inne od nich, w aspekcie narodowym, kulturowym, intelektualnym, seksualnym. Mordy ubranych w glany i mundury kato-faszy, zapraszanych do kościołów i katedr, by pochyleniem proporców i sztandarów złożyć hołd religijno-narodowemu złotemu cielcowi.

I roześmiane facjaty prostaczków w orszaku Trzech Króli, których nigdy nie było; i uśmiechnięte, nieskażone pracą i myślą maski żołnierzy na paradzie w rocznicę Cudu nad Wisłą, przypominającej o potędze Matki Boskiej, która uchroniła nasz kraj przed zalewem bolszewizmu, by zaraz potem skryć się ze swą potęgą na Jasnej Górze na kolejne 50 lat, najpierw przed czarną, a potem przed tą samą czerwoną zarazą.

I podobne, nieskażone myślą, tępe gęby ich mundurowych kolegów, zwykle z mocno zaciśniętymi zębami szarpiące obywateli z białą różą w ręku, antyfaszystów, przedstawicieli społeczności LGBT  i ubrane na czarno kobiety z rysunkiem wieszaka na ubrania, lecz wyluzowane podczas ochraniania marszy narodowców przed pełnym pogardy wzrokiem zwykłych, spokojnych i pogodnych obywateli.

I — co najbardziej bolesne — gęby twoich krewnych, przyjaciół, znajomych i sąsiadów, którzy przeszli na złą stronę mocy i do których nie docierają żadne racjonalne argumenty za wolnością, tolerancją, demokracją, bo oni „dobrze wiedzą”, że to tamci z drugiej strony cywilizacyjno-politycznej barykady kradli, zdradzali naród, sprzedawali kraj, szydzili ze słabszych i stygmatyzowali prawdziwych patriotów. Zupełnie inaczej niż obecna „nasza” władza.

Gęba łypie na ciebie na każdym kroku, gęba wyziera na ciebie z każdego zakątka. Dlatego pamiętaj o honorze i godności, o uczciwości, tolerancji i wolności i przeciwstawiaj się wszystkiemu, co je narusza. A może już się sprzedałeś, już się dałeś zmanipulować, już stchórzyłeś albo uległeś własnemu lenistwu? Spójrz więc w lustro i sprawdź, czy już czasem nie wyziera z niego polska gęba.

JERZY KRUK

Quiz literacki 2

1. Która z postaci nie była lekarzem?
2. W którym roku George Orwell zaczął pisać Rok 1984?
3. Oryginalne nazwisko słynnego austriackiego pisarza z Pragi to:
4. Który z pisarzy przedstawia w swoich powieściach Polaków zwykle jako szubrawców: złodziei, oszustów, prostytutki?
5. Gargantua i Pantagruel Rableis’a to:
6. Kto umarł pierwszy w tragedii Szekspira?
7. Jak długi okres czasu opisuje ponad 500-stronicowe dzieło Jamesa Yoyce’a Ulisses?
8. Na które urodziny bohater powieści Gabriela Garcii Marqueza Rzecz o mych smutnych dziwkach zamawia sobie 14 letnią dziewicę
9. Wyspa, na której toczy się akcja Przypadków Robinsona Cruzoe Daniela Defoe znajduje się w pobliżu brzegów
10. W której dekadzie XX w. urodziła się Elena Ferrante, autorka popularnego cyklu neapolitańskiego?

Quiz literacki 1

1. Ilu było braci Karamazow?
2. Z jakim żywiołem musi walczyć kapitan statku w powieści Josepha Conrada Smuga cienia?
3. Jakim narzędziem Rogożyn zabił Nastazję Filipowną w Idiocie Fiodora Dostojewskiego?
4. Jaką melodię grał Jankiel w Panu Tadeuszu?
5. Który ze słynnych pisarzy o japońskim nazwisku nie zdobył Nagrody Nobla?
6. Kim z zawodu był Hans Castorp, bohater Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna?
7. Który z profesorów nie jest postacią tytułową powieści?
8. Ile tomów liczy powieść Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu?
9. Najwcześniejsza literacka wersja bajki o Czerwonym Kapturku jest autorstwa
10. Autorem powieści Lord Jim jest