fbpx

Eurowizjonerzy 2024

Komentator zapowiedział, że obejrzymy największe show świata. Zgadzam się ze słowem „show”. No… nie podobało mi się. Wszystkie piosenki brzmiały jak pisane przez mało rozgarniętą sztuczną inteligencję, choć jeden „utwór” miał aż dziewięciu kompozytorów. O Boże! Toż to więcej niż Requiem Mozarta-Salieriego! Podobnie jednostronnie wyglądały choreografie: solistka albo solista w otoczeniu tancerzy.

Estetyka? Kicz, że aż oczy bolały, w które najbardziej rzucały się akcenty gejowsko-satanistyczne. Te pierwsze nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia. Byłem kilka razy na pride parades w kilku miejscach w Europie (jako przypadkowy widz), więc te gołe męskie pośladki w stringach czy gołe męskie piersi nad gorsetami, męskie uda w pończochach czy z podwiązkami nie robiły na mnie większego wrażenia. A te drugie poruszały mnie mniej niż wymachiwanie na cztery strony świata feretronami ku czci Pana Boga.

Muzyka? Nudny pop w rytmie na 2/4; niezmienne łupu-cupu, łupu-cupu przekładające się w tańcu na tupu-tupu, tupu-tupu.

Piosenka? Były dwie. Jedna portugalska i jedna francuska. I jedna pieśń — ukraińska, która w końcu przeszła w hip-hop. Ta francuska, w stylu Garou, wykonywana była w oparach ciekłego tlenu bez baletu. I gdybym uważał, że Garou to wielki artysta, pewnie bym na nią zagłosował, ale tu przecież nie głosuje się na piosenkę.

Na kogo bym zagłosował? Na Chorwację. Fajna muza. Gdybym jechał samochodem i usłyszał ją w radiu, na pewno bym nie przełączył na inną stację. Ale gdy się zna nazwę wykonawcy i tytuł utworu, to zaakceptować to trudniej: Baby Lasagna i Rim Tim Tagi Dim.

Głosowanie to osobna część programu. Do finału przeszli: chłopiec w komży i chłopiec w spódniczce. Wygrał ten w spódniczce. W oczekiwaniu na kolejne wyniki głosowania ostentacyjnie pokazywał, jakie ma pod nią majtki, ale i Eurowizja ma granice bezwstydu, bo pod koniec programu zasłonił dolną część swego męskiego ciała chustą.

Wiem, że piszę jak dziaders, ale było to dla mnie rozczarowujące przeżycie artystyczne. Czy mimo wszystko coś mi się podobało? Tak. Fajne były te wszystkie ludowe akcenty: ukraińskie, bałkańskie, arabskie, słowiańskie, skandynawskie. A najpiękniejsze było fado. Wybrzmiewało przez kilkadziesiąt sekund, dopóki się nie zmieniło w popową paneuropejską papkę.

Jerzy Kruk

Paganini gitary

Marcin Patrzałek właśnie zakończył swoją pierwszą trasę koncertową

Świat poznał Marcina podczas występów w America’s Got Talent w 2019 roku, gdy zachwycił i zaszokował publiczność i jurorów brawurowym wykonaniem na gitarze klasycznej tematu V Symfonii Beethovena. Doszedł wtedy do półfinału, ale pozostawił na milionach widzów niezatarte wrażenie. Miał wtedy 19 lat i właśnie się wybierał na studia muzyczne do Bostonu.

My, w Polsce mogliśmy go poznać szerzej już w roku 2015, gdy w wieku 14 lat zwyciężył w dziewiątej edycji programu Must Be the Music. Tylko muzyka.

Marcin długo się nie mógł zdobyć na rozpoczęcie poważnej zawodowej kariery. Na Youtube krążyły jego wirtuozerskie popisy z aranżacjami na gitarę słynnych dzieł muzyki klasycznej i rocka. Na swoim kanale zgromadził 1,3 miliona sympatyków. Wielokrotnie pisałem do niego w komentarzach: Marcin, daj sobie spokój z tymi popisami i zrób z tego w końcu prawdziwą muzykę. No i — oczywiście nie za moją radą — Marcin wybrał się wreszcie w pierwszą trasę koncertową po Polsce, którą zakończył 6 grudnia. Swój cykl koncertów zatytułował „Instrumentalizm”. Wraz z zespołem zjechał Polskę po przekątnej od Rzeszowa do Szczecina. Wszędzie przyjmowany był przez publiczność entuzjastycznie.

Występował z kwartetem smyczkowym i sekcją rytmiczną składającą się z perkusji i gitary basowej, no i oczywiście swojej prawej ręki, którą wybija rytm na pudle rezonansowym, grając jednocześnie w niezwykły sposób dwoma rękami na strunach i gryfie. Młody artysta podczas koncertów chętnie demonstrował swoją technikę, pokazując, jak lewą ręką wybija na gryfie rytm naśladujący gitarę basową, a prawą jednocześnie gra melodię i tworzy perkusję. Trzy instrumenty i tylko dwie ręce! Wirtuozeria nie do podrobienia! Tak się gra, gdy używasz całej gitary. Crazy! Incredible! Epic! No Way! Wow! Just wow! This is pure insanity! Beyond legendary! Unbeleivable Polish guitar player! Musical genius! Matrix man! — komentują jego grę specjaliści. I pytają: Na jednej gitarze? Kto jest lepszy? Czy to największy gitarzysta, ever? I proszą słowami z tytułu granej przez niego piosenki: Marcin, fly me to the moon!

Marcin zaprezentował na koncertowej trasie swoje już znane, ale teraz udoskonalone aranżacje utworów Joaquima Rodrigo, Isaaca Albeniza, Beethovena, Bacha, Paganiniego, Chopina. Z muzyki rockowej najbardziej upodobał sobie Metallicę, System of a Down, Led Zeppelin i Erica Claptona (Master Of Puppets, Toxicity, Kashmir i Layla). Nie zabrakło także jego własnych kompozycji (Baba Yaga, Snow Monkey) i próbki jazzowej improwizacji (Bill Evans), w której także czuje się znakomicie. Jego potencjał jest wielki, a umiejętności zdumiewające. Posłuchajcie z zamkniętymi oczami jego niesamowitej interpretacji habanery z Carmen. Cóż za aranżacja! Kto nie spyta: Ile tam gra instrumentów? Jego gra to naprawdę czyste szaleństwo. Dość poczytać komentarze w internecie: Better than Clapton. Is Zeppelin jealous? I have no words.

Jego muzycy, wykonując solówki w ramach prezentacji, pokazali, że cały zespół posiada wielki potencjał artystyczny.

Publiczność nagradzała po koncertach Marcina Patrzałka i jego zespół owacjami na stojąco, zapewne antycypując jego wielką karierę artystyczną.

Jerzy Kruk

„Chłopi”

„Chłopi”. Film malowany ręcznie i animowany komputerowo przez ponad stu grafików, często grubym pędzlem Van Gogha, ale też i subtelniejszymi pociągnięciami polskich realistów. Piękne obrazki, piękne sceny, piękne krajobrazy. I żywe obrazy Chełmońskiego, Wierusza-Kowalskiego, Fałata, Ruszczyca, Wyczółkowskiego. Wiejską chatę z Jesieni, Drogę w lesie, Babie lato, Kaczeńce,  Bociany, Świt-Królestwo ptaków, Odlot żurawi, Burzę, Kopanie buraków, Podczas deszczu, Karczmę przy drodze, Krzyż w zadymce, Wilka czy  Kuropatwy na śniegu jeśli nie rozpozna, to chyba zauważy każdy. Że to znany obraz. I jeszcze Kobiety zbierające kłosy Milleta.

Piękna muzyka stworzona przez Łukasza L.U.C.-a Rostkowskiego z głosem zarówno uznanych artystów, jak Kayah, Dagadana, Laboratorium Pieśni, Tęgie Chłopy, jak i anonimowych artystów ludowych. Brzmienie, owszem, ciekawe, choć niezbyt oryginalne, bo często do złudzenia przypominające Kapelę ze Wsi Warszawa (Warsaw Village Band). Ale piękne. Piękne , ekstatyczne animowane tańce. Do muzyki inspirowanej ludowymi oberkami, polkami  czy kujawiakami, ale bynajmniej nie ludowe.

Dialogi Reymonta, język gwarowy, znane sentencje: Miłość przemija, a ziemia zostaje; W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam. No i wycinanki łowickie. Dobre, bo polskie? Najlepsze.

A najpiękniejsza z tego jest Jagna (Kamila Urzędowska). Piękna jak malowanie. Piękna pięknem młodzieńczym, nieskazitelnym, budzącym zachwyt i pożądanie.

I właśnie na pożądaniu zbudowane są dramat i tragedia opowieści Reymonta. Na pożądaniu, które potrafi zaprzeczyć wszystkiemu: miłości, rozsądkowi, odpowiedzialności, i przez to prowadzi do samozagłady jak w greckiej tragedii. Na pożądaniu, które, niespełnione, budzi zazdrość i zawiść i przekształca się w nienawiść. I spełnić się może tylko w akcie zemsty. Taka właśnie jest historia Jagny pokazana w filmie tak, że widz ogląda go od początku do końca z zapartym tchem. Zapierająca dech w piersiach historia, zapierające dech w piersiach obrazy, zapierająca dech w piersiach muzyka, zapierający dech w piersiach film. „Chłopi” – powieść, za którą Władysław Reymont dostał Nagrodę Nobla. „Chłopi” – film Doroty i Hugh Welchmanów zgłoszony do nagrody Oscara.

Jerzy Kruk

Obejrzałem „Zieloną granicę”

Dobrze znamy tę historię. Białoruski dyktator ściągnął z krajów Afryki i Bliskiego Wschodu uchodźców i migrantów, by ich przerzucić przez granicę z Polską i wywołać w Europie kryzys uchodźczy. I historie osobiste: dziesiątki tysięcy ludzi pozbawionych dachu nad głową w wyniku wojny, prześladowanych przez rodzime reżimy lub po prostu szukających szans na lepsze życie w dobrobycie i pokoju sprzedało swój majątek, zadłużyło się u rodziny i wyruszyło w drogę, by przez Białoruś dostać się do Polski, a stamtąd dalej na Zachód. Ale tylko niewielu udało się osiągnąć wymarzony cel. Większość utknęła na granicy, a tych, którym udało się ją przekroczyć, polska straż graniczna przerzucała z powrotem na Białoruś (pushback). I tak kilka razy. Wte i wewte.

Agnieszka Holland w zasadzie nie mówi nic nowego, tylko opowiada to w sposób pornograficzny, to znaczy, pokazując czarno na białym (dosłownie, bo film jest czarno-biały) związane z tą historią nieprzyzwoitości: cynizm polskich i białoruskich polityków, chamstwo i okrucieństwo polskiej i białoruskiej policji i straży granicznej, obojętność polskiego społeczeństwa, cierpienia, głód, chłód i smród uchodźców. I śmierć. I odwrotną stronę medalu: zaangażowanie kilkorga aktywistów, którzy próbują tym nieszczęsnym ludziom pomóc.

Czy jest w tym jakaś obraza polskiego munduru? Oczywiście, że jest, ale dokonują jej nie ci, co  o tym mówią, lecz ci, co go noszą i ci, co wydają rozkazy. Nawiązując do pytania Norwida „Czy ten ptak gniazdo kala, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”  w przypadku problemu migrantów na polskiej granicy musimy odpowiedzieć: i jeden i drugi.

Czy to jest film antypolski? Oczywiście, że tak. Zwrócony jest przeciw Polsce Kamińskiego, Ziobry, Morawieckiego, Dudy i Kaczyńskiego. I przywołuje wielokrotnie zadawane pytanie: Czy o taką Polskę walczyliśmy? Czy o takiej Polsce marzyliśmy?

Film  wciskający w fotel od pierwszych minut i  trzymający w bolesnym napięciu do końca. Znakomite zdjęcia, znakomite obrazy, znakomita gra aktorska. Dorosłych, starców i dzieci. Widz widzi autentyczne ludzkie emocje, cierpienie, wątpliwości, cynizm i chamstwo i rzadko ma wrażenie, że to przecież tylko film, tylko gra. Może tylko wtedy, gdy pojawiają się znani polscy aktorzy, jak Maciej Stuhr, o którym wszyscy wiemy, że to aktor.  Ale już nie Maja Ostaszewska, która znakomicie i niezwykle przekonująco zagrała rolę psycholożki Julii, zlewając się z filmową postacią.

Agnieszka Holland to bardzo odważna reżyserka, nie tylko w sensie politycznym, ale i artystycznym. Nie każdy reżyser odważyłby się na nakręcenie tak trudnego filmu. Mistrzostwo sztuki filmowej. I oklaski publiczności po filmie, rzecz w polskich kinach niezmiernie rzadka.

JERZY KRUK

Krzysztof Ścierański w Ogrodach Sródmieście

28 czerwca wystąpił w Szczecinie legendarny gitarzysta jazzowy Krzysztof Ścierański ze swoim kwartetem j, a właściwie, jak sam mówi, to było czteroosobowe trio, a ściślej: dwa duety — gitarzystów i perkusistów. Krzysztof Ścierański — charyzmatyczny lider zespołu na gitarze basowej i na gitarze klasycznej w klasycznie jazzowym brzmieniu Dima Gorelik oraz dwaj bracia Elnatan, również gitarzyści, lecz wczoraj tworzący sekcję rytmiczną. Inbar — grający na skromnej perkusji oraz Schahar — na niewielkim zestawie innych instrumentów perkusyjnych (przeszkadzajek). Wszyscy muzycy towarzyszący polskiemu gitarzyście pochodzą z Izraela. I takie, orientalne, klimaty dało się wyczuć w ich stylu gry, jednak muzycy przede wszystkim poszukiwali swojego oryginalnego brzmienia, grając głównie własne kompozycje, choć zdarzały się też aranżacje znanych utworów, nie tylko jazzowych. Ton tym poszukiwaniom nadawali obaj gitarzyści, używając swych instrumentów najczęściej w funkcji melodycznej, rzadziej rytmicznej. Z ich improwizacji powstawało wysmakowane liryczne brzmienie, do którego dołączał się wieczorny śpiew ptaków. (Kos, sikorka, rudzik?)

Jednak muzycy potrafili też porwać publiczność ostrzejszymi rytmami, zwłaszcza gdy gościnnie dołączył do nich pełen wigoru, bardzo uzdolniony saksofonista Michał Kobojek, który już wcześniej grał ze Ścierańskim w jego kwartecie. Zespól Kobojka wystąpił wcześniej, jako suport. (Również ciekawe brzmienie i udany występ).

A wszystko to na małej scenie kompleksu Ogrody Śródmieście, gdzie na wolnym powietrzu pod stuletnimi klonami ustawiono leżaki, krzesła, fotele i stoliki dla sześciusetosobowej publiczności, mogącej się posilić i napić w kilkunastu barach z wszelkimi trunkami i potrawami kuchni chińskiej, japońskiej, włoskiej i europejskiej. Wielkopolska 19 – miejsce godne polecenia.

Jerzy Kruk

Zamach na demokrację

Zamach na demokrację? To oczywiste, tylko jaki? Pełzający czy ekstremalny?

Przeczytałem niedawno książkę Rogera Eatwella i Matthew Goodwina Narodowy populizm. Zamach na liberalną demokrację. Nie zamierzam pisać recenzji, bo oryginał został wydany w roku 2018, a jego polskie tłumaczenie ukazało się w dwa lata później. Chciałbym się jednak podzielić refleksją, jaką ta książka budzi we mnie, Polaku żyjącym w roku 2023.

Autorzy krytykują krytyków populizmu za brak obiektywizmu. Uważają, że większość z nich, opisując populizm, manifestuje swoje przywiązanie do wartości liberalnych. Autorzy widzą źdźbło w oku „liberalnych” naukowców, lecz nie dostrzegają belki w swoim. Bo ich wyraźna sympatia, jaką żywią w stosunku do populizmu, nie przeszkadza im uważać swojego stanowiska za „obiektywne”.

Eatwell i Goodwin wielokrotnie podkreślają oderwanie „liberalnych” elit od  zbuntowanych „populistycznych” mas, które manifestując swoją potrzebę „bycia wysłuchanym”, odwróciły się od klasycznych partii politycznych i zwróciły ku politykom takim jak Trump, Le Pen, Orban czy Kaczyński. Należy jednak spytać, czy ci zbuntowani i czujący się pokrzywdzonymi, wręcz pogardzanymi, naprawdę „doszli do głosu” i „zostali wysłuchani”. Gdzie się rozlegał, gdzie było słychać ten głos? W obradach parlamentów? Na wiecach populistycznych polityków? Na trybunach? Na ambonach? O, tam grzmiano, i to bardzo głośno. Tylko czy to był głos ludu? Nie! To był głos populistycznych, nacjonalistycznych i religijnych demagogów, którzy wyczuli nastroje tłumów i wcisnęli im kit, że są ich głosem, że bronią ich godności i reprezentują ich interesy. I ludzie z tych tłumów nagle zaczęli się odzywać, ale nie mówili własnym głosem, tylko przyswoili sobie język demagogów. Demagogów, którym np. w USA, Indiach, Brazylii, na Węgrzech czy w Polsce udało się dojść do władzy. Trump i Bolsonaro rządzili przez cztery lata, Kaczyński jest przy władzy od prawie ośmiu, a Orban — (z przerwą) od dwunastu.

Owe tłumy, jeśli coś wyrażały własnym głosem (zarówno tym płynącym z gardła, jak i tym oddawanym przy urnach wyborczych), to co najwyżej zadowolenie i wdzięczność dla tych, którzy mogąc w nieskrępowany sposób czerpać z państwowej kiesy, obsypywali je zasiłkami, dopłatami i dodatkami, zwłaszcza tuż przed wyborami. Ale jakie interesy tych biednych, pokrzywdzonych, gorzej wykształconych ludzi załatwili owi „przywódcy”? Jakie społeczne problemy rozwiązali? Czy dzięki ich posunięciom, „rozwiązaniom” kraje, w których sprawowali władzę, naprawdę stały się wielkie, urosły w siłę, a ludziom zaczęło się żyć dostatniej? Czy zapanowały w nich wartości, na które się powoływali? Prawo, sprawiedliwość i równość?

Nie! No bo gdzie? W Stanach Zjednoczonych, w Brazylii, w Indiach, w Polsce, na Węgrzech? Żarty na bok. Efektem tego „uczynienia znowu wielką”, tego „wstawania z kolan”, tej „obrony suwerenności”, tej „odnowy moralnej”, tego „pójścia naprzód”, tego „powstrzymywania islamizacji” było jedynie zasianie rozbratu między rodakami i naruszenie demokratycznego ładu państw —szkody, które poszczególne kraje będą musiały naprawiać przez lata, jeśli nie przez pokolenia. Ale to nie jest przedmiotem refleksji brytyjskich politologów bezustannie podkreślających słuszność gniewu ludu.

Nie twierdzę, że ten współczesny „bunt mas” jest bez znaczenia. Z pewnością jest wynikiem nierozwiązanych, ważnych problemów społecznych, nawet jeśli są to tylko „mentalne” problemy ludzi, którzy „powinni” w warunkach powszechnego dobrobytu być szczęśliwi, a czują się niekomfortowo w nowoczesnej kulturze liberalnej i są niezadowoleni ze swej pozycji społecznej.

Etawell i Goodwin podkreślają, że nie są to fochy społeczeństwa dobrobytu, lecz nastroje przedstawicieli wielkich grup społecznych, które nie znikną z politycznej mapy świata po klęsce wyborczej czy nawet upadku partii populistycznych. Ci ludzie zostaną z nami na lata i ktoś będzie się musiał nimi zająć. I to jest morał dla partii i myślicieli liberalnych, którzy muszą nie tyle znaleźć drogę do ich serc i umysłów, co przekonać ich realnymi rozwiązaniami społeczno-politycznymi.

Autorzy bronią tezy, że wyborcy narodowopopulistyczni nie są antydemokratami i w zasadzie wystrzegają się rasizmu, antysemityzmu i antydemokratycznych skojarzeń. Na dowód podają wyniki badań, z których wynika, że wyborcy ci opowiadają się za demokracją nawet częściej niż ogół społeczeństwa. Szkopuł jednak w tym, że autorzy nie zauważają, że ich poparcie dla demokracji ma charakter jedynie deklaratywny, ponieważ nie tylko w żaden sposób im nie przeszkadzają antydemokratyczne poczynania polityków, na których głosowali, ale je wręcz popierają. Badacze, pytając wyborców narodowopopulistycznych o demokrację, nie uściślają, jak oni to pojęcie rozumieją, a przecież wyborcy narodowopopulistyczni, mówiąc o demokracji, mają na myśli to, co Orban i Kaczyński nazywają „demokracją nieliberalną”, opierającą się na zasadzie, że „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. I to właśnie kurczowe trzymanie się władzy za wszelką cenę, z wykorzystaniem wszelkich uświęconych przez ten cel środków, czy — jak to się mówi potocznie — dążenie do niej po trupach, zwolennicy narodowego populizmu uważają za władzę ludu, którą od bidy zgadzają się nazywać z grecka „demokracją”. Dla wyborców narodowopopulistycznych demokracja to nie system wybierania władzy w uczciwych wyborach, naprawdę równych, tajnych i bezpośrednich, czy system jej sprawowania w oparciu o zasadę tolerancji dla opozycji, respektowania praw mniejszości, wolności słowa i przekonań, czy jej kontroli przez niezawisłe sądy z zachowaniem trójpodziału władzy, lecz dążenie do zdobycia i utrzymania władzy przez „naszych”. To, co wyborcy narodowopopulistyczni mają na myśli, mówiąc o demokracji, to żadna demokracja, tylko „nasizm” – władza „naszych”.

Zastanawiające jest, że autorzy nie piszą o skutkach, jakie w systemach demokratycznych wywołuje oddanie głosu wyborców narodowopoppulistycznych na partie niszczące podstawy demokracji: niezależne sądy, wolność słowa, i eskalujące nietolerancję, nienawiść, kłamstwo, nepotyzm, korupcję.

„Narodowopopulistyczny” ma być terminem łagodzącym ich zdaniem krzywdzący i obraźliwy termin „narodowosocjalistyczny”. „Narodowy populizm” jest być może łagodniejszą formą „narodowego socjalizmu” w tym tylko sensie, że stanowi jego rozwodnioną formę. Jednak dla zwolenników wolności i demokracji mało pocieszające jest to, że narodowy populizm to tylko popłuczyny po narodowym socjalizmie, czyli mówiąc z włoska: faszyzmie, czy z niemiecka: nazizmie.

Autorzy książki cały wysiłek skupiają na tym, by wykazać, że narodowy populizm nie jest li tylko chwilowym wybrykiem grupy zbuntowanych szaleńców w łonie stabilnej liberalnej demokracji, którzy — podobnie jak międzywojenni faszyści — chcą zburzyć instytucje polityczne, i wskazują na to, że czynniki, które utorowały drogę narodowemu populizmowi, są głęboko wplecione w tkankę naszych narodów; są zakorzenione w sprzecznościach między funkcjonowaniem demokracji na poziomie krajowym, a coraz bardziej globalnym rynkiem gospodarczym; w długiej i tkwiącej głęboko tradycji podejrzliwości mas wobec elit; w ukrytych i dość rozpowszechnionych nacjonalistycznych sentymentach oraz długotrwałym osłabieniu relacji pomiędzy obywatelami i partiami. I że z tego względu narodowy populizm nie zniknie z politycznej sceny świata i lokalnych scen krajowych, lecz pozostanie na nich na długie lata, tak samo jak jest na nich obecny już od dawna, co zauważają tylko nieliczni. I że z tego względu będziemy musieli się nauczyć z nim żyć. Innymi słowy, że diabeł wcale nie jest taki straszny, jak go malują.

Na dowód swoich racji wskazują na doświadczenia Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, w których przecież „nic się nie stało”. Po rządach Trumpa i brexicie USA i UK pozostały przecież tymi samymi krajami. Zobaczymy, na jak długo i co będzie w przyszłości. Bo to, co się tam i na całym świecie dzieje, to przecież nie jest „koniec historii”. Ani lokalnej, ani globalnej.

Skupienie się na dwóch anglosaskich krajach uniemożliwia autorom dostrzeżenie istoty zjawiska tego, co nazywają „narodowym populizmem”. Bo wystarczy się trochę rozejrzeć po świecie i przyjrzeć z bliska krajom takim jak Węgry i Polska, gdzie narodowy populizm doszedł do władzy i utrzyma się przy niej co najmniej przez dwie kadencje parlamentarne czy prezydenckie. Wnikliwym obserwatorom zagranicznym i żyjącym w tych krajach obywatelom trudno powiedzieć, że tutaj „nic się nie stało”. A wręcz przeciwnie. Opozycja i krytyczni wobec władzy obywatele biją na alarm, że mamy do czynienia z polityczną katastrofą, której skutki będziemy odczuwać przez wiele lat. I nikt z krytyków narodowego populizmu nie chce się tutaj do niego przyzwyczajać jako do zjawiska politycznego takiego jak każde inne (władza liberałów, konserwatystów czy socjalistów), z którym „będziemy musieli nauczyć się żyć”.

Podobna sytuacja miała miejsce w Niemczech po drugiej wojnie światowej. Narodowosocjalistyczne przekonania i sympatie nie zniknęły ze świadomości niemieckiego społeczeństwa w 1945 roku, lecz silnie się zachowały co najmniej przez kilkanaście lat. Jednak nowa władza (aliantów, a później Republiki Federalnej) uznała nazizm za system przestępczy i zakazała głoszenia związanych z nim treści. Czy coś podobnego czeka nas w Polsce?

Politycy opozycji zapowiadają, że z pewnością nastąpi rozliczenie przestępstw i przypadków łamania prawa przez władze i ludzi PiS. Ale czy prócz tego czeka nas rozliczenie systemowe? To zależy od oceny „systemu” PiS. Jeśli przyjmiemy, tak jak brytyjscy politolodzy, że mieliśmy do czynienia z „narodowym populizmem”, czyli ze zwyczajnym zjawiskiem politycznym uzasadnionym ludzkimi obawami przed nowoczesnością, lękami wobec obcych, frustracją wywołaną własnym niepowodzeniem i resentymentem wobec tych, którym się jako tako udało, to prawdopodobnie przez lata będziemy musieli znosić i cytować brednie wygadywane przez Kaczyńskiego, eurofobiczne i antydemokratyczne ataki Ziobry, bezczelne kłamstwa ludzi takich jak Szydło, Morawiecki i Jacek Kurski. I, co gorsza, żyć w rozchwianym systemie polityczno-prawnym, w którym „prawo” nie będzie oznaczać prawa, a „sprawiedliwość” — sprawiedliwości.

Ale możliwy jest też powrót do normalności, jednak pod warunkiem, że naprawdę uda nam się „uprzątnąć dom ojczysty, tak z naszych zgliszcz i ruin świętych, jak z grzechów naszych, win przeklętych”, podobnie jak krajom wschodnioeuropejskim lepiej lub gorzej udało się to po upadku komunizmu czy postfaszystowskim — po klęsce nazizmu. Ale zanim zabierzemy się za porządki, musimy dokonać diagnozy sytuacji i rejestru zniszczeń. Innymi słowy musimy odpowiedzieć, czy to, co ma w Polsce miejsce od roku 2015, to zgodnie z optyką Rogera Eatwella i Matthew Goodwina łagodny i niewinny „narodowy populizm”, czy coś innego. Z opinią brytyjskich politologów nie wszyscy się zgadzają, zwłaszcza najwybitniejsi naukowcy. Np. amerykański historyk i politolog Timothy Snyder uważa, że mamy w Polsce do czynienia z antydemokratyczną tyranią proweniencji faszystowskiej, a amerykański filozof Jason Stanley mówi wprost o faszyzmie. Jeśli ci ostatni mają rację, to po upadku PiS czekają nas porządki w rodzaju denazyfikacji lub dekomunizacji. Tej pierwszej nie musieliśmy przeprowadzać, z tej drugiej zrezygnowaliśmy, bo członkowie ancien régime’u sami złożyli broń i oddali władzę. Jednak jeśli chodzi o PiS, podobny scenariusz się nie rysuje.

JERZY KRUK

Jak działa faszyzm

Jeśli się spodziewacie, że książka Jasona Stanleya opowiada o historycznych działaniach Hitlera czy Mussoliniego, to prawdopodobnie się zdziwicie, jak niewiele uwagi poświęca im autor. Owszem, co i raz do nich nawiązuje, ale na tapet bierze słowa i działania współczesnych polityków: Trumpa, Bolsonaro, Modiego, Kaczyńskiego, Orbana, Erdogana i Putina. Autora nie interesuje faszyzm jako dawno minione zjawisko historyczne (choć sam pragnąłby , by tak było) lecz polityka faszystowska będąca żywym i bolesnym problemem dzisiejszych czasów. W książce Jak działa faszyzm Polska wymieniana jest jednym tchem obok innych państw, których polityka silnie nasycona jest faszystowskimi treściami: USA, Rosji, Węgier, Turcji, Indii i Brazylii. Działaniami Jarosława Kaczyńskiego i rządu Mateusza Morawieckiego można zilustrować niemal każdą z metod opisywanych przez Stanleya, za pomocą których faszyści zdobywali władzę i ją poszerzali — pisze Sławomir Sierakowski we wstępie zatytułowanym „Nasz faszyzm”.

Primo Levi pisał, że „każda epoka ma swój faszyzm”. Nasza też. Tu i teraz —konkluduje Sierakowski. Czym się różni faszyzm Hitlera i Mussoliniego od dzisiejszego faszyzmu Kaczyńskiego i spółki? Ci pierwsi byli prawdziwymi fanatykami, którzy doprowadzili do II wojny światowej i popełnili zbrodnię Holocaustu. Ci drudzy fanatykami nie są. Są raczej cynikami, demagogami, cwaniaczkami i politycznymi chuliganami, choć przykład Putina pokazuje, że możemy się mylić co do ich oceny. Zresztą Hitlera i Mussoliniego z początku też traktowano jak krzykliwych mitomanów, których nie sposób traktować poważnie.

A co łączy tych drugich z pierwszymi? Styl i metody uprawiania polityki. Jason Stanley wykorzystuje słowo „faszyzm” do opisu pewnych odmian ultranacjonalizmu (etnicznego, religijnego, kulturowego), w których naród reprezentowany jest przez autorytarnego przywódcę przemawiającego w jego imieniu. Najwymowniejszym znakiem rozpoznawczym polityki faszystowskiej jest podział, dążenie do podzielenia społeczeństwa na „nas” i „ich”. Dlatego tak ważną rolę pełni w faszyzmie zadanie wykreowania wroga, którym dziś stają się intelektualne elity, uchodźcy, feministki, mniejszości seksualne. Kolejną istotną cechą faszyzmu jest konstruowanie przeszłości mitycznej, której zadaniem jest podpieranie odrealnionej wizji teraźniejszości, w której teorie spiskowe i fake newsy zastępują racjonalną debatę. Do jej wytworzenia polityka faszystowska wypacza pojęcia przez propagandę i antyintelektualizm, z zasady pozostaje w sprzeczności z wiedzą ekspercką, nauką i prawdą i zwraca się przeciwko intelektualnym i artystycznym elitom. W ten sposób tworzy podatny grunt dla niebezpiecznych fałszywych przekonań i wrogich postaw. W silnie podzielonym społeczeństwie strach zastępuje wzajemne zrozumienie pomiędzy grupami, a władza kreuje się na obrońcę jego  „uciśnionej” „prawdziwej, lepszej, zdrowej, szlachetnej” części.

Współczesny faszyzm może nie przypominać do końca tego z lat 30., niemniej jest faszyzmem. Oskarżenie o faszyzm zawsze będzie wydawało się na wyrost. Pojawia się dziś wiele głosów podnoszących, że dopóki nie istnieją obozy koncentracyjne, a rządy państw nie posuwają się do wojny, to nie możemy mówić o faszyzmie. Takie opinie próbują rozmyć, rozwodnić problem współczesnego faszyzmu, którego ogniska możemy znaleźć dziś niemal na każdym kontynencie. Neofaszyzm, neonazizm, post faszyzm są również faszyzmem. Te nowe odmiany faszyzmu na ogół nie wyrosły z bezpośredniego nawiązania do ideologii Hitlera czy Mussoliniego, lecz wyrosły z populizmu, który miał być popłuczyną po wielkich ideologiach XX w. Tyle, że ta popłuczyna zaczęła gęstnieć i gęstnieć, zatruwając kolejne lokalne demokracje. Jason Stanley pokazuje na czym polega ten proces i szczegółowo analizuje jego mechanizmy, przede wszystkim w USA, na Węgrzech i w Polsce.

Autor polskiego wstępu konkluduje, że Polak musi czytać tę książkę ze wstydem, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość i Jarosław Kaczyński są jednymi z jej głównych negatywnych bohaterów, a Polska weszła do żelaznego repertuaru badaczy patologii władzy. Ale by z nią walczyć, trzeba przeżyć ten wstyd i odsłonić ten ropiejący wrzód na ciele polskiego społeczeństwa i poddać się bezwzględnej diagnozie obnażającej toczącą nasze społeczeństwo chorobę.

JERZY KRUK

A może odwiedzisz mój sklep?

Sakrament obłudy

Wyższe Seminarium Duchowne. Nie idź tam. — To dwa ostatnie zdania z książki Roberta Samborskiego Sakrament obłudy.

Dlaczego? — Na to pytanie autor udziela w swojej książce bardzo wyczerpującej odpowiedzi.

Pewnie myślicie sobie, że wyższe seminarium duchowne to rodzaj studiów, podczas których zgłębia się tajniki teologii, filozofii i nauk o duchu: psychologii, socjologii, historii, kulturoznawstwa i logiki? A na seminariach, jak w świeckim uniwersytecie, analizuje się teksty, dyskutuje się, wymienia poglądy? Nic bardziej błędnego. Owszem, mają tam miejsce wykłady, nawet po pięć dziennie, ale to są czterdziestopięciominutowe lekcje. Jak w szkole. Tam nie ma żadnych dyskusji. I żeby je uniemożliwić między zajęciami, oddzielają je tylko pięciominutowe przerwy. Nie ma czasu i miejsca, by swobodnie porozmawiać.

Seminarium ma kształtować „pracowników winnicy Pańskiej”; nie myślicieli, lecz niemyślicieli, posłusznych rozkazom władzy żołnierzy chrystusowych, pracowników korporacji „Kościół”. Do tego służą długie i skrupulatne spowiedzi, które przeradzają się w psychoanalityczne seanse. Robert Samborski opisuje proces, w którym rok po roku w seminarium flaczeją nie tylko ciała, ale i dusze kleryków.

By ukształtować księdza wymoczka, klerykom odbiera się albo ogranicza do minimum czas wolny, a całe dni wypełnia modlitwami, medytacjami, wykładami, pracą fizyczną, sprzątaniem, śpiewaniem pieśni, przygotowywaniem sztuk teatralnych.

Bo ksiądz ma być BMW — bierny, mierny, ale wierny. W seminarium, tak samo zresztą jak w Kościele w ogóle, nieważne są nauczanie Jezusa, wiara, miłość czy cokolwiek podobnego. Ważne, żeby za żadną cenę się nie wychylać, nie odstawać. Każda głowa wystająca ponad poziom zostanie ścięta.

Autor opisuje zawiść duchownych, mściwość i pamiętliwość, walkę o wpływy, cynizm, hipokryzję, arogancję, agresję, lenistwo i tępotę kleryków, które przecież nie znikają, gdy zostają księżmi.

W seminarium duchownym na porządku dziennym jest szpiclowanie, donoszenie do wychowawców, szantaż, a wszystko po to— mówią przełożeni — by przyszłych księży zahartować przed złem świata na zewnątrz. Ale tak naprawdę kleryków hartuje się do zginania karku. Bo w Kościele najważniejsza jest hierarchia, czyli podległość. Kto ją neguje, zostaje uciszony i odsunięty od przywilejów. Wszelki indywidualizm budzi podejrzenia przełożonych. W seminarium nawet jeśli jesteś prymusem, zwłaszcza jeśli jesteś prymusem i najlepiej zdajesz egzaminy, stajesz się głównym podejrzanym. Nie znoszą tam też świętoszków. Tacy delikwenci nie nadają się na księdza, bo nie rozumieją, czym jest Kościół, korporacja „Kościół”. Być może nadają się do klasztoru, ale nie do pracy z ludźmi i reprezentowania interesów Kościoła. Spośród kleryków, którzy zaczynają naukę w seminarium duchownym, wyrzucona zostaje więcej niż połowa.

Oni, oni, oni. Klerycy, przełożeni. Autor opisuje ten świat, jakby był niezaangażowanym obserwatorem. Słowo „ja” pojawia się w książce rzadko, co musi budzić wątpliwości czytelnika, bo przecież podtytuł książki Roberta Samborskiego, który spędził w seminarium sześć lat i został z niego wyrzucony na cztery miesiące przed święceniami kapłańskimi, sugeruje, że będzie ona miała charakter konfesyjny. Długo się nie dowiadujemy dlaczego i w jaki sposób autor został wyrzucony z seminarium, bo najbardziej bolesne wspomnienia i najintymniejsze wyznania pojawiają się dopiero w ostatnim rozdziale. Autor buduje napięcie jak w najlepszej powieści kryminalnej. Co i jak się stało? Tego nie mogę napisać w recenzji. Ale jeśli chcesz się tego dowiedzieć, sięgnij po tę niezwykle ciekawą i ważną książkę, lecz nie zaczynaj jej od końca (wszak nikt w ten sposób nie czyta kryminałów ani horrorów), lecz przeczytaj ją od A do Z. Najlepiej jednym tchem, bo to niespełna 2o0 stron tekstu, ale ciarki i dreszcze przechodzą po plecach co chwila.

JERZY KRUK

A może sięgniesz po moja ksiazkę?

Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Rzeczy, których nie wyrzuciłem to nie jest opowieść o rzeczach, to jest opowieść o matce. Wprawdzie opowiadana z perspektywy jej rzeczy, przedmiotów, których używała, ale jednak jest to opowieść o człowieku. Jednakże i perspektywa samych rzeczy jest myląca, bo kto opowiada tę historię, kto ogląda te rzeczy? Syn; syn jako mały chłopiec i dorosły mężczyzna. Nie ma tu wspomnień młodzieńca, które mogłyby zawierać naturalny dla tego wieku konflikt pomiędzy matką a synem. Takiego konfliktu tu jednak nie ma, co nie znaczy, że relacja pomiędzy nimi jest przesłodzoną bajką o synowsko-matczynej miłości. Powieść Marcina Wichy (klasyfikowana przez niektórych jako esej) w ogóle nie jest lukrowana. Relację pomiędzy matką a synem można by określić jako relację dwóch jednostek autonomicznych. O tę podwójną autonomię dbała szczególnie matka.

Rzeczy, które zostają synowi po śmierci matki, to przede wszystkim książki, i to właśnie one, oprócz ludzi, stają się bohaterami opowieści. Książki, które matka kochała i książki, które kocha jej syn. Opis księgozbioru rodziców należy do jednego z najwspanialszych opisów książek, którego nie powstydziłby się nawet autor Alchemii słowa. Marcin Wicha też jest alchemikiem, miłośnikiem, mistrzem słowa. Jego polszczyzna powinna być wzorem do naśladowania dla uczniów i przedmiotem nauczania w szkołach. Może i tak się kiedyś stanie, ale na pewno nie dziś, bo dzisiejszym władzom oświatowym z pewnością będzie przeszkadzał jeden element narracji, a jest nim żydowskość matki.

Żydowskość, choć już mocno rozmyta w od pokoleń spolonizowanej rodzinie, silnie jednak uwiera polskość, zarówno w osobistym, jak i społecznym wymiarze, ale nie posuwa się do oskarżeń. „Było, minęło” — można by powiedzieć, co nie znaczy jednak, że można i należy zapomnieć. Nie potrafią tego zrobić obie strony. Polacy o korzeniach żydowskich – bo to, co się wydarzyło jest zbyt bolesne i niemożliwe do zapomnienia, i „prawdziwi” Polacy, prawicowcy, którzy znów (w pełnym poczuciu bezkarności i za przyzwoleniem władzy) podnoszą kwestię „kto Żyd, a kto nie-Żyd”.

Przegląd książek z gromadzonego od powojnia księgozbioru rodziców staje się świetnym pretekstem do opowiedzenia za ich pomocą historii Polski: stalinizmu, odwilży, małej stabilizacji, epoki Gierkowskiej, stanu wojennego i transformacji. I znów ta sama metoda. Autor, mówiąc o książkach, opowiada o ludziach i ich losach.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem, to krótka książeczka, niewiele ponad sto stron, więc trzy-cztery godziny czytania lub słuchania. Najlepiej do pochłonięcia bez przerwy, jednym tchem. Tak to właśnie zrobiłem i odstawiłem książkę na półkę z najlepszymi dziełami literatury polskiej.

We want Miles!

Pamiętacie taką zabawę z Facebooka? Przez dziesięć dni mam pokazywać okładki płyt, które kształtowały mój gust muzyczny. Nie potrzeba recenzji, wystarczą same okładki. Chętnie je pokaże, ale też pozwolę sobie napisać kilka słów wspomnień, jakie mi się w związku z nimi lub artystą nasuwają.

Oczywiście najsłynniejszą płytą Milesa Davisa jest Kind of Blue, najpopularniejsza w historii płyta jazzowa. Ja też ją uwielbiam, zwłaszcza ekscytujące So What z ekscytującym duetem (dialogiem?) kontrabasu (Paul Chambers) i fortepianu (Bill Evans) na tle szczotkowania po talerzu (Jimmi Cobb). A potem wchodzą Miles Davis, John Coltrane i Bill Evans ze swoimi solówkami, przekazując sobie melodię płynnie jak pałeczkę sztafetową. Ah! Słuchałem tego ze sto razy!

Poznałem tę płytę w całości, gdy już byłem osłuchanym jazzfanem. Jednak pierwszym utworem Milesa, w którym się zakochałem, była kompozycja Teo z płyty Someday My Prince Will Come. A poznałem go dzięki Trzem kwadransom jazzu Jana Ptaszyna Wróblewskiego. To były wspaniałe audycje. Od 22.15 do 23.00, w których Ptaszyn jak wytrawny profesor wprowadzał słuchaczy, zwłaszcza takich młodych jak ja wtedy, w tajniki jazzu. Audycja leciała oczywiście w Trójce. Teraz, gdy Trójka upada, możemy uświadomić sobie, jak wielką rolę odgrywała w polskim życiu kulturalnym, tworzona przez „komunistyczne i postkomunistyczne elity”. Program zamykał i otwierał ten sam ekscytujący utwór z rytmem plumkanym na fortepianie, a potem wystukiwanym na grzechotkach i wybijanym na talerzach. Nie wiem skąd ubzdurałem sobie, że to gra Eroll Garner. W dobie internetu postanowiłem odszukać wszystkie utwory, które zapadły mi w serce. Przesłuchałem dziesiątki płyt Erolla Garnera, i nic. Aż postanowiłem napisać do Ptaszyna i zapytać go o to wprost, a on mi odpisuje, że to nie Eroll Garner, tylko Gil Evans (nie mylić z Billem) w utworze La Nevada. Najadłem się trochę wstydu. W każdym razie odkryciem otwierającym przede mną szeroko bramy jazzu były prezentowane w Trzech kwadransach jazzu cool jazzowe utwory Milesa Daviesa. Pierwszy to Teo z Someday My Prince Will Come, a tytułu drugiego zapomniałem, ale było to nagranie z Village Vanguard. Miles Davis i John Coltrane tworzą historię, a na pierwszym planie słychać szczęk szklanek i rozmowy publiczności przy stoliku.

Ale i ja osobiście miałem swój mały wkład w tworzenie historii światowego jazzu. To był rok osiemdziesiąty trzeci. Sam dół depresji stanu wojennego. Wziąłem sobie dziekankę i przez rok mieszkałem w Szczecinie, nie wykupiłem więc karnetu na Jazz Jamboree, ale gdy okazało się, że do Warszawy przyjeżdża Miles Davis, nie mogłem wysiedzieć na miejscu. W przeddzień jego występu postanowiłem pojechać do stolicy, choć nie miałem biletu na koncert. Pamiętam jak dziś: Idę dworcowym tunelem, na ziemi wielkie śmierdzące kałuże, zimno i ciemno. Co tak śmierdzi? – pomyślałem. Głębsze wciągnięcie powietrza w nozdrza nie pozostawiało wątpliwości. To był mocz. Ten smród i te kałuże. Lawiruję w tunelu, żeby nie wdepnąć w coś jeszcze gorszego i widzą, że podchodzi do mnie mój znajomy. Darek miał na imię. Dokąd jedziesz – pytam, a on: Tam gdzie ty. Masz bilet – pytam go znowu, a on: Nie. A ty? Też nie mam – odpowiadam.

Darka znałem z koncertów jazzowych. Odbywały się u nas w zamku. Co miesiąc? Co tydzień? W każdym razie regularnie. Pamiętam tamtą atmosferę, jak przed koncertem czekamy na otwarcie sali i siedzimy na podłodze, na schodach, na murkach. Wszyscy chłopacy z długimi włosami, dziewczyny w dżinsach i sweterkach. Latem w koszulkach bez stanika. Nawet pamiętam, jakie swetry nosiła Ela, dziewczyna moich marzeń, która potem została kobietą mego życia. I te koszulki też pamiętam. To były świetne koncerty. W kinach Wajda, Zanussi i Visconti, a na koncertach Namysłowski, Szukalski, Ptaszyn. Makowicz i Śmietana. Któregoś razu miał przyjechać Osjan przefarbowany na Maanam. Marek Jackowski, Milo Kurtis – wszystko OK, ale Jackowski przywiózł swoją muzę, którą na siłę lansował. Co to było? – pytaliśmy po koncercie oburzeni. Nie była to ani muzyka indyjska, której się spodziewaliśmy, ani jazz, tylko jakieś la, la la w stylu „Chryzantemy złociste”. Ta muza potem została Korą i to ona zaczęła grać pierwsze skrzypce w zespole swojego męża, który przestawił zwrotnicę na banalne rockowe tory.

W pociągu Darek mówi, że ma plan. Następnego dnia na Jazz Jamboree miały się odbyć dwa koncerty. W południe jakiegoś modnego jazz-rockowego zespołu z USA, a wieczorem Milesa (też z USA). Na pierwszy koncert na pewno się dostaniemy; schowamy się gdzieś w Kongresowej i przeczekamy do wieczora – rozwijał swój plan Darek. Ale niestety, po koncercie wyproszono nas z widowni. Dziś myślę sobie, że głupio zrobiliśmy, bo trzeba było się schować w jednej z lóż na galerii, a w foyer porządkowi przepędzali nas coraz bliżej wyjścia. W końcu Darek mówi: Do piwnicy! I zbiegliśmy w dół schodami. Niestety drzwi do piwnicy były zamknięte i przycupnęliśmy na dole klatki schodowej, skąd wyrzucono nas już po piętnastu minutach. Każdy z nas pojechał do swoich znajomych, ale umówiliśmy się przed Kongresową na godzinę przed wieczornym koncertem.

Spotykamy się, a na placu przed Pałacem Kultury – tłumy. W dodatku wstępu na podest przed wejściem chroni milicja, a przy samych drzwiach przy każdym bileterze stoi kolejnych dwóch milicjantów. Na pytanie, czy ktoś ma może bilet do odsprzedania, ludzie wybuchają głośnym śmiechem. I nagle nachodzi mnie złota myśl. Masz bilet z południowego koncertu? – pytam Darka. Mam – odpowiada. To weź go do ręki i chodź za mną – komenderuję. I przedzieramy się przez tłum, wymachując w górze nieważnymi biletami. Milicjanci też nas przepuszczają. Milicjant potrafi wyciągnąć pałę i komuś przywalić (jak dziś), ale na biletach się przecież nie zna. Dla niego bilet, to bilet. )Dlatego nie został konduktorem ani kanarem tylko milicjantem). Przy samym wejściu wciskam się pomiędzy biletera a milicjanta tak, że jednego mam z przodu, a drugiego za plecami. Niemal się przytulam do bramkarza i podsuwam mu stary bilet, a on zaczyna się jąkać: Ale, ale… Wtedy spod biletu wysuwam pięć dych i szepcę mu do ucha: Bierz, kurwa, i nie marudź. Więc on te pięć dych bierze i dyskretnie wsuwa sobie do kieszeni. No co? Wszyscy brali w łapę. Milicjanci też, ale tym razem mogli tylko obejść się smakiem. Mówię do bramkarza: „Kolega jest ze mną” i wciągam Darka za sobą.

No i znaleźliśmy się w foyer. A tam: festiwalowa atmosfera. Towarzystwo do jakiego byliśmy przyzwyczajeni i na innych koncertach. Ludzie z Czechosłowacji i Węgier opowiadali, że na granicy jazzfani byli zatrzymywani, żeby nie oglądać tego bezeceństwa, jakie miało miejsce w Polsce. Co parę metrów stoisko z pamiątkami, z plakatami, ale niestety nie było płyt Milesa. Zresztą gdyby były i tak nie byłoby mnie na nie stać. Cztery lata wcześniej byłem w Wiedniu i w jednym z domów towarowych natknąłem się na dział z płytami. W sektorze z jazzem pod literą D znalazłem Kind of Blue. Wziąłem ją sobie do ręki, żeby chociaż przez chwilę potrzymać. Zapamiętałem, że była taka… niebieska. A potem okazało się, że jest czarna, ale z niebieskim tytułem i na zdjęciu Miles też jest w niebieskiej marynarce.

W foyer Kongresowej kupiłem sobie beżowy znaczek z czarnym napisem „We want Miles”, żeby mi pasował do beżowej pikowanej kurtki, w której w tamtych latach, a właściwie zimach, chodziłem. Idziemy na widownię, a tam kolejna kontrola biletów. Tym razem babcie biletowe bez milicji. Wypatrzyliśmy sobie taką najmniej mobilną i przyczailiśmy się w pobliżu. Nagle ktoś zapalił papierosa i babcia z okrzykiem „Tutaj palenie zabronione” rzuciła się do niego, a my: czmych do środka. I bach na fotel.

Sala powoli zaczęła się zapełniać publicznością. Oczywiście przyszli widzowie z biletami na nasze miejsca, ale wszyscy wokół ich zakrzyczeli, żeby się nie przeciskali i cieszyli, że mogą usiąść na schodach. Sala Kongresowa liczy dwa i pół tysiąca miejsc. Ponoć na koncercie było cztery tysiące widzów. Siedzieli na schodach, wisieli na murkach, na balustradach. Stali nawet na scenie, ale tacy znani: Jaroszewski, Ptaszyn, Rodowicz, Karolak, Dąbrowski. Ludzi: masa krytyczna. I atmosfera bliska wybuchu. Oczywiście, gdy Miles, w czarnej koszuli, w czerwonej kurtce i w czarnym kapeluszu, wyszedł na scenę, entuzjazm był nie z tej ziemi. Ludzie reagowali jak nastolatki na koncercie Beatlesów.

Nie miałem pojęcia, co Miles będzie grał. Od czasów Kind of Blue wykonał co najmniej dwa zwroty. Od cool jazzu do jazz-rocka i free jazzu. Okazało się, że jego zespół z (wiem to dziś, bo wtedy te nazwiska nie były znane) Johnem Scofieldem, Billem Evansem (to już trzeci Evans, ale inny niż dwaj poprzedni), Alem Fosterem i Mino Cinelu gra także jazz-rock, ale zupełnie inny od tego z lat siedemdziesiątych. Bardziej dynamiczny i z nowymi, wyraźnie brudnymi dźwiękami. Dirty jazz? Ale dużo też było momentów z trąbką solo przy bardzo dyskretnym akompaniamencie zespołu.

Cały czas Miles w centrum uwagi zespołu. Widać było, jak się w niego wpatrują i reagują na najdrobniejsze gesty. Czuło się, że to jest muzyka nie tylko wykonywana, ale i tworzona na żywo. Publiczność na szczęście też okazała się rozumieć gesty giganta, który, zaczynając łagodne solówki, pokazywał, że okrzyki z widowni mu przeszkadzają. Drżałem w takich chwilach, bo kilka tygodni wcześniej w Paryżu Miles, zniecierpliwiony zachowaniem publiczności, która zamiast słuchać mistrza, zagłuszała jego grę bezmyślnym wrzaskiem, po prostu zszedł ze sceny i przerwał koncert po dziesięciu minutach. Na szczęście w tych momentach zalegała cisza jak makiem zasiał, a publiczność słuchała w skupieniu, by z końcem utworu wybuchnąć jak gejzer, jak wulkan.

Grali przez półtorej godziny, a potem zagrali jeszcze dwa bisy. Wiadomo było, że to już koniec. Aplauz był niesamowity. Zbliżyłem usta do ucha Darka i spytałem, co to znaczy, pokazując na swój znaczek, bo wtedy angielskiego nie znałem ni w ząb. „My chcemy Milesa” – przetłumaczył mi kolega. Złożyłem dłonie w tubę i ryknąłem mu do ucha: We want Miles! A potem puknąłem w ramię tych z niższego rzędu i wykrzyczałem nie zwijając tuby: We want Miles! I to samo do tyłu. I po pół minucie krzyczała cała Sala Kongresowa, a w zasadzie półtorej Sali Kongresowej: We want Miles! We want Miles! We want Miles! We want Miles! I Miles wyszedł raz jeszcze na scenę, gestem ręki pokazał, żebyśmy się tak nie darli, bo zgra coś jeszcze. Zdjął kurtkę, rozpiął koszulę na piersiach i zagrał trzeci bis. I to był mój osobisty wkład w historię jazzu. Jeśli chcecie posłuchać, ten fragment koncertu jest tutaj:

A tutaj jest sklep z moimi książkami:

Pin It on Pinterest