Manicure, pedicure

Marika wychodzi do łazienki i przynosi napełniony ciepłą wodą gumowy pojemnik z pięcioma komorami. Jaka ładna miseczka! To moczydełko — precyzuje. Najpierw plastikowym pilnikiem z papierem ściernym skraca i kształtuje paznokcie mojej lewej ręki, a potem zanurza je w moczydełku z wodą i mydłem i spiłowuje mi paznokcie prawej ręki. Wyjmuje moją lewą dłoń z moczydełka i osusza ją ręcznikiem. Zanurza w nim prawą i powraca do pielęgnacji lewej. Palec po palcu drewnianym patyczkiem podważa porastające paznokcie skórki, by je następnie dokładnie wyciąć małymi cążkami. Gdy mi podważa skórki, czuję lekkie szczypanie. To boli — mówię pieszczotliwie. Trzeba trochę pocierpieć, jeśli chce się być pięknym — odpowiada mimochodem Marika, nie odrywając się od pracy.

Obserwuję ją uważnie. Wyraźnie wytęża wzrok, co chwila marszczy w momentach głębszego skupienia czoło, a w chwilach maksymalnego wysiłku wysuwa z ust język. Marika, jakiej nie znam. Od czasu do czasu rzucam spojrzenie na jej bawełnianą koszulkę układającą się na krągłościach jej piersi i próbujących ją przebić sutkach. Ma takie duże piersi? — dziwię się. Nagie wydają się mniejsze. Chodzisz tak latem po ulicy, bez stanika? Czuję, jak to, co zakryte, podnieca mnie bardziej niż jej zwyczajna nagość. Może dlatego — myślę sobie — że częściej widzę ją nagą niż ubraną? Czasami — odpowiada od niechcenia, wciąż mocno skupiona na swej pracy.

Księga życia Mariki niepostrzeżenie dla niej samej się otwiera i, jakby pod podmuchem wiatru, jedna kartka odwraca się na drugą stronę. Chcę ją mieć. Taką. Inną. Autentyczną. Wzbiera we mnie pożądanie. Pozwalam jej jeszcze wypolerować moje paznokcie gumową polerką z drobniutkim papierem ściernym i nasmarować je oliwką. Gdy mi osusza ręcznikiem prawą rękę, chwytam ją delikatnie za dłoń, wyjmuję z niej ręcznik i odkładam na stół. Marika spogląda na mnie pytającym wzrokiem. Niczego jej nie wyjaśniam. Ujmuję ją za łokcie i pomagam jej wstać z krzesła. Przysuwam się do niej i przywieram ustami do jej ust. Rozwieram je swoimi wargami i wchodzę językiem, szukając w jej ustach drugiego. Marika chwyta w lot moją potrzebę i oddaje mi się bez najmniejszego oporu. Sięgam dłońmi do brzegu jej koszulki i ściągam ją jej przez głowę. Całkiem nagą układam moją kosmetyczkę na łóżku i sam kładę się na niej. Opieram się łokciami na materacu, by jej nie przygnieść, i kolanami rozpycham na boki jej uda. Marika oddaje mi się, zapierając się stopami o materac łóżka i unosząc lekko kolana. Przywieram biodrami do jej bioder. Mój przyjaciel puka do drzwi jej przyjaciółki. Nie pomagam mu. Niech poradzi sobie sam. Ona, nieco zdziwiona jego niezapowiedzianą wizytą, wita go jednak z radością i zaprasza do środka. Patrzę w jej oczy i niczego nie mówię. Niech sama zrozumie. Marika wpatruje się w moje oczy z kamienną twarzą. Ja też mam odgadnąć, czy ona rozumie, co się między nami dzieje? Mój przyjaciel i jej przyjaciółka całkowicie ignorują te nasze intelektualne dylematy. Pozbawieni naszej kontroli, cieszą się zabawą jak małe dzieci. Pokaż mi, że rozumiesz, co się stało — mówię do niej swym nieruchomym wzrokiem. Twarz Mariki pozostaje kamienna, ale jej ręka wędruje do mego karku i głaszcze go delikatnie. To mi wystarcza, bym wzniósł się na szczyt rozkoszy. Wycofuję się i rozlewam ją na brzuchu Mariki. Najpierw spoczywam na niej całym swoim ciężarem, a potem przewracam się na wznak i zabieram ją na siebie, a ona swoimi ustami muska moje usta, palcami prawej dłoni smyra moje włoski na pejsach, a brzuchem wyciska z mojego przyjaciela ostatnie krople rozkoszy. Moje dłonie szukają dopełnienia tej cudownej pieszczoty. Jedna ją znajduje na gładkości jej pośladka, a druga na twardej krawędzi jej łopatki. Chwilo, trwaj wiecznie! Oddaję się jej bez kontroli. Zapadam się. Odlatuję, odpływam. W błogi półsen postosunkowy.

Niestety tylko na chwilę, bo zaraz budzi mnie jej śmiech: Chrapałeś! — śmieje się jak mała dziewczynka. Wyciąga mnie z łóżka pod prysznic. Namydlamy się nawzajem, rozprowadzając pianę po swych ciałach i ich zakamarkach. Czyścioszki. Wycieram ją ręcznikiem, a ona mnie. To co? — pyta Marika. Skończymy drugą rękę? Znów siadamy przy stole osłonięci koszulką i ręcznikiem i Marika oddaje się pielęgnacji mojej prawej dłoni. Potem kładzie mnie na łóżku, przystawia do niego krzesło, bierze moją stopę na kolana i specjalnym strugiem ścina zrogowaciałą skórę pięty, a potem skraca nożyczkami i modeluje pilnikiem moje paznokcie. Zrobiwszy to samo z moją drugą nogą, w końcu olejkiem namaściła mi obie.

Obserwuję z dołu jej zaangażowanie i delikatność. Gdy kończy, mówię do niej z najwyższą powagą: Możesz mi je wytrzeć? Włosami? Marika odpowiada mi powagą swojego spojrzenia, spokojnym ruchem swoich dłoni robi plecionkę długą z włosów blond, pochyla głowę i ściera nią z moich stóp nadmiar olejku, a na koniec żartobliwie cmoka ustami mój duży palec. Od początku wiedziałem, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się mnie dotyka, ale w tym momencie zrozumiałem, że dopiero teraz poznałem ją tak, jak i ja zostałem poznany.

A może zajrzysz do naszego sklepu?



James Balwin – GDYBY ULICA BEALE UMIAŁA MÓWIĆ

Seks i religia to dwa stale przeplatające się motywy w twórczości Jamesa Baldwina. Ich połączenie znajdujemy w każdej z jego książek. Przypatrzmy się, jak wygląda to w „Gdyby ulica Beale umiała mówić”.

Seks i religia

Zadawałam sobie pytanie, czy rodzice Fonny’ego śpią ze sobą. Kiedyś nawet zapytałam o to Fonny’ego wprost, a on powiedział: – Tak. Ale nie jak ty i ja. Czasem słyszałem, co się u nich działo. Bywało, że wracała z kościoła spocona jak mysz i pokorna jak trusia. Zachowywała się, jakby była tak zmęczona, że nie może się w ogóle ruszyć, i padała na łóżko w ubraniu. Może starczyło jej sił, żeby tylko zdjąć pantofle. No i kapelusz. Zawsze gdzieś rzucała swoją torebkę. Wciąż jeszcze słyszę ten odgłos padającej torebki, tak jakby znajdował się w niej jakiś przedmiot ze srebra. No i słyszę, jak mówi: „Pan nasz błogosławił mą duszę dziś rano. Kochanie, kiedy powierzysz swoją Panu?”. A on, mówię ci, na pewno czuł wzbierającą w nim żądzę, i wybacz mi, że tak to powiem, ale z nią nie było wcale inaczej, bo widzisz, oni zachowywali się jak dwa koty. Ona jak ta kotka, co nie przestanie miauczeć, dopóki nie dopnie swego, bo musi mieć tego kota, będzie uganiać się za nim po wszystkich dachach, aż ją capnie za kark. Prawdę powiedziawszy, on marzy tylko o tym, żeby się wyspać, ale ona nie przerywa swego kociego koncertu, a jemu nie pozostaje nic innego, jeśli chce mieć spokój, jak tylko capnąć ją za ten kark. Ona właśnie tego chce, bo wtedy on jest jej. Tak więc ojciec leży sobie w łóżku, nagi jak nowo narodzone dziecko, a żądza w nim wzbiera. I mówi: „Już czas najwyższy, żeby Pan powierzył swoją duszę mnie”. A ona na to: „Frank, pozwól, że cię zaprowadzę do Pana”. A on: „Nie gadaj głupstw, kobieto. To ja przyprowadzę Pana do ciebie. Ja jestem Panem”. A wtedy ona zaczyna płakać i wzdychać: „Panie, spraw, żebym mogła pomóc temu człowiekowi. Oddaj mi go. Nic nie mogę uczynić dla niego. O Panie, pomóż mi!”. A on na to: „Pan ci pomoże, moja słodka, jak tylko staniesz się znów małą dziewczynką, nagusieńką jak nowo narodzone dziecię. Chodź do Pana swego”. A ona znów zalewa się łzami i zaczyna wzywać Jezusa, podczas gdy on rozbiera ją do naga. Potem słyszałem jakieś odgłosy szamotaniny, syków, rozdzieranej odzieży rzucanej na podłogę. Czasem potykałem się o porozrzucane na ziemi przedmioty, kiedy z rana przechodziłem przez ich pokój, idąc do szkoły. A gdy już była rozebrana, przygniatał ją swoim ciałem, a ona nie przestawała jęczeć: „Jezusie, pomóż mi”. A mój ojciec mówił: „Chciałaś Pana, masz Pana! Chcesz błogosławieństwa? Gdzie mam cię błogosławić? Gdzie cię boli? A gdzie chciałabyś, by cię dotykały ręce twego Pana? Tu? Tu? A może tu? A gdzie ma być jego język? A gdzie twój Pan ma wejść w ciebie, ty głupie czarne ścierwo? Ty suko! Ty suko!”. No i bił ją, mocno, głośno, aż się rozlegało. A ona mówiła: „Panie, pomóż mi, żebym mogła udźwignąć swój krzyż”. A on na to: „Nie bój się, kochanie, już ja wiem, że go udźwigniesz. Twój Pan cię kocha, a ja ci powiem, kiedy on przyjdzie. Pierwszy raz. Może będzie i drugi raz, ale o tym potem”. A łóżko aż trzęsło się, a ona wzdychała, wzdychała, wzdychała. A rano zachowywała się tak, jakby się nic nie zdarzyło. Była taka jak zawsze. Należała do Pana Jezusa, a Frank wychodził z domu, żeby pójść do warsztatu.

Z angielskiego przełożyła Maria Zborowska

Rozkosz

Odwróć się — mówi Marika spokojnie i pomaga mi odwrócić ciało tak, by nogi skierowane były do wezgłowia, a głowa — do zanóża łóżka. Pokażę ci coś. Powinno być przyjemnie. Klęka u zanóża i wyjmuje z kuferka kolejne rekwizyty. Nawilża jakimś płynem chusteczkę i przeciera mi poszczególne części twarzy: czoło, powieki, nos, policzki, wąsy i brodę. Ładnie pachnie — komentuję z przyjemnością. To tonik do demakijażu, żeby oczyścić skórę — wyjaśnia Marika i wyciera mi ją do sucha suchą chusteczką, a następnie nakłada mi na twarz nowy środek. Pachnie jeszcze ładniej. — Uśmiecham się z jeszcze większą przyjemnością. To mleczko z odżywką. — Oczy, uśmiech i palce Mariki prześcigają się w delikatności. Podoba ci się zapach? Taak — mówię, wciągając go głęboko w nozdrza. Taki ożywczy i… łagodny. To zielona herbata. Rzeczywiście, podobny. A teraz ci wetrę olejek do masażu. Nie otwieraj oczu. Marika rozprowadza mi olejek całą dłonią po czole, a następnie palcami przywodzącymi zatacza powolne kręgi, masując mi skórę na czołowej części czaszki. Następnie symetrycznie dwoma palcami wskazującymi znajduje wgłębienia skroni i delikatnie mi je w nie wciska, wykonując okrężne ruchy na krawędziach zagłębień. To mogłabyś powtórzyć — mówię, gdy nakłada sobie na dłonie kolejną porcję olejku. Tutaj powinienem się od czasu do czasu puknąć. Wszyscy powinniśmy się tu puknąć od czasu do czasu — stwierdza Marika z autoironicznym uśmiechem i powtarza pieszczotę skroni, a następnie przechodzi do nosa. Wymacuje jego nasadę, uciska krawędź palcem wskazującym, a jej boki, tuż przy oczodołach — kciukiem i środkowym palcem. To wygląda jak badanie palpacyjne — komentuję z zamyśleniem. Zgadza się. Najpierw muszę wymacać miejsce, które chcę rozmasować. I milimetr po milimetrze masuje mój nos aż do samego czubka, który wyraźnie ugniata i wygina na boki. A potem masuje moje zamknięte powieki i całe oczodoły. Suchą serwetką wyciera oliwkę, żeby nie dostała mi się do oczu, i przechodzi do policzków, rozciągając i uciskając poszczególne mięśnie długimi ruchami, aż do całej brody. Hmmm… — mruczę z przyjemności. Przyjemne? — pyta Marika. Więcej niż przyjemne — odpowiadam z zachwytem. To prawdziwa rozkosz. Nie wiedziałem, że na twarzy mam tyle stref erogennych. To podniecające. Marika przenosi wzrok od mojej twarzy w kierunku lędźwi. Nie widać żadnej reakcji — komentuje żartobliwie. Nie widać, ale czuć — mówię z rozmarzeniem. Tu też — potwierdzam, gdy przechodzi do masażu brody, warg i okolicy wąsów. Ja tego nie wytrzymam — mówię, gdy rozpoczyna masaż szyi, łopatek i dekoltu, ugniatając każdą krawędź i wymacując każde zagłębienie. Wytrzymasz, wytrzymasz — odpowiada mi już prawie na granicy śmiechu. Kiedy zsuwa dłonie do piersi, opuszkami palców masuje moje sutki, mięśnie piersiowe, a następnie bierze w dłonie całe piersi, tak, jak się chwyta piersi kobiety, ja protestuję ponownie: Nie wytrzymam. Chcę się pozbyć swojej męskości. Chcę być kobietą. Całuj, dotykaj, pieść moje piersi.

Marika niespodziewanie wchodzi na łóżko, przekłada prawą dłoń z mojej prawej piersi na lewą, a lewą z lewej na prawą i nie przestając ich masować, kładzie się pomiędzy moimi nogami i zsuwa głowę w okolice lędźwi. Obejmuje wargami mojego chyba jeszcze bardziej niż ja zrelaksowanego przyjaciela i pyta z pełnymi ustami: To co wolisz? Być kobietą czy mężczyzną? Jedno i drugie. Naraz czy po kolei? — bełkoce z pełnymi ustami Marika. Naraz — odpowiadam z zapartym tchem. Oj, chyba po kolei — mówi, wypluwając z ust ślimaka, w którego przemienił się mój przyjaciel. Męskość nie reaguje.

Zdecydowanie wstaje z łóżka i zabiera się za sprzątanie swoich rekwizytów. Podobało się? — pyta. Było zachwycająco — odpowiadam. Bosko. Przez chwilę kontempluję przyjemność, która z twarzy spłynęła mi do reszty ciała, a następnie zdecydowanym ruchem podnoszę się z łóżka. Tylko nie za szybko, żeby ci się w głowie nie zakręciło — upomina mnie ze słodkim uśmiechem. Dobrze. — Zwalniam ruchy. Skąd ty znasz takie rzeczy? Jak to „skąd”? — odpowiada pytaniem na moje pytanie Marika. Ze studiów. Wiele razy ćwiczyliśmy masaż twarzy. Wstaję i podchodzę do szafy. Sięgam do kieszeni marynarki i wyjmuję z niej portfel, a z niego stuzłotowy banknot. Dziękuję — mówię. Reszta to napiwek. Czemu to robisz? — pyta z jeszcze bardziej chmurnym czołem Marika. Nie wiesz? Chcę cię mieć poza naszym układem. Taką, jaka jesteś. W realnym świecie.

A może przeczytasz Marikę w całości?
Papierowy egzemplarz lub e-book dostaniesz tutaj:

W stanie nieważkości

Wchodząc do mojego mieszkania, Marika reaguje jak większość nowych gości, którzy nigdy jeszcze w nim nie byli. Jak tu pięknie! Ile miejsca! Ile słońca! Otwarte pomieszczenie, wysokie prawie na dwa piętra na wszystkich robi wrażenie. Wielkie okna przepuszczają mnóstwo światła, które układa się na ścianach w ciepłych kolorach o trzech różnych odcieniach piasku, których różnicę da się wypatrzyć tylko w jednym punkcie, tam gdzie właśnie wszystkie trzy się zbiegają. Bukowe meble i bukowa podłoga też chłoną promienie i dodają ciepła całemu pomieszczeniu. A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie. Pachnący i słoneczny — śpiewaliśmy przy ognisku i gitarze w młodości. I kominek — zachwyca się Marika. Prawdziwy ogień. Nie trzeba się zbliżać, wystarczy spojrzeć, by poczuć jego ciepło. Gdy ona rozgląda się dookoła i odkrywa kolejne intrygujące szczegóły, ja przygotowuję coś do picia. W końcu sadzam ją na stołku przy barze, pozwalam rozejrzeć się po kuchni i obejmuję swym ramieniem. Przysuwam usta do jej ust i delikatnie ją całuję. Natychmiast mi odpowiada najdelikatniejszą pieszczotą swoich warg i języka. Wsuwam lewą dłoń pod jej bluzkę i głaszczę ją po brzuchu, po czym delikatnie zdejmuję Marikę ze stołka i stawiam na podłodze. Rozbieramy się nawzajem, nie przestając się całować. Gdy jesteśmy zupełnie nadzy, siadam na wielkim fotelu i sadzam ją na swoich biodrach. Marika rewanżuje się za moją gościnność — swoją. Obejmuję ją szeroko ramionami i przytulam jej piersi do moich. Nie przestajemy się całować. Na moment odchylam się do tyłu, by rozprostować plecy. Układam je na oparciu fotela i przytulam jej głowę do mojej piersi. Z lewej strony jest serce, posłuchaj — mówię cicho. Marika przykłada ucho, a ja wsuwam palce w jej włosy i głaszczę ją po potylicy. Nasze pocałunki stopniowo tracą subtelność dotyku motyla i przemieniają się w chłeptanie spragnionych bestii. W pewnym momencie Marika staje stopami na podłokietnikach, obiema rękami przytrzymuje się mojego karku i z wielką intensywnością zaczyna ćwiczyć przysiady, doprowadzając mnie i mojego przyjaciela do stanu najwyższego napięcia. Gdy już nie mogę go znieść, przyciskam biodra Mariki do swoich. Poczekaj — mówię z zapartym tchem. Lewą ręką chwytam prawą nogę Mariki tuż nad kostką i nad swoją głową przekładam ją sobie do prawej dłoni. Marika łączy stopy i usadawia się w poprzek mojego ciała. Podtrzymuję ją jedną ręką za plecy, a drugą — pod kolanami. Ona prawą ręką obejmuje mnie za szyję i spogląda mi w oczy. Boże drogi! Jak maleństwo, trzymam i tulę w ramionach swoje maleństwo! Marika łączy się ze mną w tym wzruszeniu najczulszą pieszczotą swoich ust. Jednak mój przyjaciel nic sobie nie robi z tej naszej czułości. Za wszelką cenę chce się lepiej dobrać do jej przyjaciółki. Co chwila to się wspina, to wycofuje, szamoce. Marika sięga lewą dłonią do tyłu, bierze w nią moją sakiewkę i sprawdza jej zawartość. Nie, nie! Nie wytrzymam tego! Co oni chcą ze mną zrobić?! Przecież w ten sposób za chwilę wyeliminują mnie z gry!

Wstaję z fotela, wciąż trzymając swoją kruszynę w ramionach jak niemowlę. Mój przyjaciel jest bardzo zadowolony, że ma trochę więcej swobody, ale w pewnym momencie moja kruszyna wysuwa mi się z rąk i nogami opada na podłogę. Całe szczęście, że wciąż ramieniem obejmuje mnie za szyję. Zgrabnym ruchem odbija się stopami od podłogi, podciąga się na mojej szyi dwoma rękami, rozkłada nogi na boki i zawiesza się na mych biodrach. Podtrzymuję ją za jej małe pośladki i pomagam nam obojgu w uzyskaniu stabilnej równowagi. Mam ją wreszcie w swojej przestrzeni. Życiowej. Marika unosi się w niej, nie dotykając podłoża. Jak astronautka. Jej uda wspierają się na moich biodrach, a stopy swobodnie kiwają się w powietrzu. Lekko przykucam, a mój przyjaciel wraca do jej przyjaciółki na poszukiwanie wspólnego środka ciężkości naszych ciał. Moja załogantka płynnymi ruchami bioder rozgrzewa wszystkie silniki mojej rakiety. W pewnym momencie przytrzymuje się mojej szyi prawą ręką, odchyla się do tyłu i lewą ręką ponownie wyszukuje centrum dowodzenia. Przerzuca w nim gałki i zaczyna się końcowe odliczanie. W naszych oczach wybuchają fajerwerki, przestajemy kontrolować hałas, jaki wydają nasze gardła. Nasze języki splatają się ze sobą w podwójnym skafandrze ust i razem odlatujemy w kosmos. Dopiero po kilku chwilach odnajdujemy na pobliskiej sofie nasze splecione ze sobą ciała, nad którymi wciąż jeszcze unoszą się nasze umysły w stanie nieważkości.

Zapraszam do mojego sklepu

Do czego zmierzam?

Cel mam jasny: chciałbym zostać pisarzem. A nie jestem? Sprawa nie jest taka prosta, bo co to znaczy „być pisarzem”? Na swoim koncie mam jedną wydaną powieść, parę opublikowanych reportaży i felietonów, parę napisanych opowiadań, dwie sztuki teatralne, trochę wierszy i piosenek i sporo rozgrzebanych tekstów. Czy to za mało na dorobek pisarza? Moim zdaniem tak. Jednak nie o ilość tu chodzi, bo gdybym pomnożył swój dorobek przez dziesięć, nic by to nie zmieniło. To nie objętość napisanych tekstów czyni z autora pisarza, lecz uznanie czytelników i krytyków. Oczywiście, najlepiej jednych i drugich na raz. Nie wydrukuję więc sobie wizytówki z etykietką: „Pisarz”, lecz cierpliwie i pokornie będę robił wszystko, by na nią w Waszych oczach zasłużyć.

Smooth operator

Na twarzy Mariki rysuje się wyraz zachwytu i wzruszenia. Znów jest pod wrażeniem tego, jak mit splata się z rzeczywistością. Wyciąga dłoń do mojej twarzy i delikatnie głaszcze mnie po policzku. Piękne — komentuje krótko. Lubię opowiadać ten mit moim znajomym, gdy są wśród nich mężczyźni. Wtedy pytam jednego z nich, jaki z tego morał. Marika się uśmiecha, domyślając się, że mam w zanadrzu przygotowany jakiś fortel. No jaki? — pytam ją. Wygina usta w podkówkę, unosi brwi i gestem ramion pokazuje, że nie wie. Jeśli jakaś kobieta chce, żebyś ją przeleciał, nie opieraj się i bez żadnych ceregieli zrób, o co cię prosi, bo inaczej możesz popaść w poważne tarapaty. Marika wybucha głośnym, radosnym śmiechem. Rzucamy się sobie w ramiona i turlamy po materacu. Gdy się uspokajamy, Marika poważnie patrzy w moje oczy i pyta: Ty chyba nie chciałbyś popaść w żadne tarapaty? Nie — odpowiadam krótko. To przeleć mnie jeszcze raz — mówi takim tonem, że natychmiast wraca do mnie fala pożądania, która wezbrała we mnie już wcześniej. Wstaję z materaca i podchodzę do komputera, a mój niecierpliwy przyjaciel pyta ze zdziwieniem: Nie słyszałeś?

Chciałbym ci coś jeszcze pokazać — mówię do niej, nie do niego. Że opera nie musi być nudna. — Włączam arię Je crois entendre encore z Poławiaczy pereł. Lubię, gdy nasz dom wypełnia się taką monumentalną muzyką. Z głośników wydobywa się cudowny śpiew w jidysz Salvatore Licitry z filmu Człowiek, który płakał. Do głowy przychodzi mi tyle skojarzeń związanych z Bizetem, Sally Potter, Kronos Quartet, że otwiera mi się szeroka brama do sztuki, dla której nieustannie noszę w sobie bezgraniczny zachwyt. Chciałbym przez nią powędrować, poszła ze mną by na oślep, wiem, bo przecież mi tak ufa, lecz dotknąłem już jej ciała myślą swą. Podchodzę do Mariki, przyklękam u jej stóp, zginam jej nogi w kolanach, unoszę i lekko rozsuwam na boki. Lewą ręką przytrzymuję jej prawą, obutą w srebrny pantofelek stopę, a prawą głaszczę jej wewnętrzną kostkę. Powoli przesuwam dłoń po wewnętrznej stronie jej łydki, kolana i uda, aż docieram do chropowatości koronki u zakończenia pończochy. Pokonuję ją szybko, by cieszyć się gładkością i ciepłem jej uda, ale nie na długo, bo jakaś siła (Jakaś! Tak się mówi) popycha mnie dalej. Moje palce wsuwają się pod koronkę jej majtek, pod którą znajdują lekko otwartą muszlę jej perłopława. Zagłębiają się w jej śliskim i wilgotnym wnętrzu, by oddać się poszukiwaniu perełki. Czuję, jak z lewej strony, od kominka bije ciepło żywego ognia. Na playliście umieściłem kolejne wykonania tej mojej ulubionej arii: przez orkiestrę symfoniczną, solo na skrzypcach i śpiew z akompaniamentem samego fortepianu. Mój przyjaciel czeka w gotowości i aż się rwie do pomocy. Zakładam sobie nogi Mariki na ramiona, podciągam na jej brzuch dół mojej białej koszuli, w którą jest ubrana, i ponownie odciągam na bok koronkę jej majtek. Mój przyjaciel znalazłby drogę nawet po ciemku, a cóż dopiero w świetle dnia i bijącego z kominka blasku mojego ogniska domowego. Czuję na bokach swojej szyi lekką szorstkość oblekających jej nogi pończoch, a kątem oka widzę delikatnie poruszające się tuż przy mojej głowie czubki jej grafitowo-srebrnych pantofelków. Opieram się dłońmi o materac obok bioder Mariki, a ona chwyta moje ręce wysoko w ramionach. Leży pode mną nieruchomo, swoim wzrokiem świdruje moje oczy, a palcami pieści moje ręce, jakby trzymała drążek sterowy szybowca, by go w razie potrzeby odchylić, pochylić lub przechylić. Nie odbieram jednak żadnego z tych sygnałów. Może już nauczyłem się, jak być jej pilotem? Autopilotem? Smooth operator? Przejmuję stery. Marika leży pode mną i wciąż nieruchomo, ale z czułością wpatruje mi się w oczy, a ja bezszelestnie lecę nad nią — ziemią — i przez nią — niebo. Ona — szybowcem, ja — pilotem. Ja — szybowcem, ona — niebem. Ja — niebem, ona — ziemią. Ja, Uranos, widzę z góry cudną twarz Gai z makijażem w odcieniach błękitu wody i nieba znad Riwiery Olimpijskiej, gdzie w lazurowej wodzie gaśnie gwiazda ognista w kolorze burgundu. Gdybym był malarzem, wiedziałbym, jak to namalować.

A może sięgniesz po Marikę w całości?

Szalejcie aorty, ja idę na korty

Publiczność na koncercie Maryli Rodowicz w Żyrardowie w 2017 r.

Zastanawiam się, czy ktoś z tych tłumów wiwatujących na finansowanych z pieniędzy podatników koncertach polskiej królowej obciachu kiedykolwiek wsłuchał się w słowa. Już pierwsza zwrotka, powinna wzbudzić czujność słuchaczy.

Życie kochanie trwa tyle co taniec,
fandango, bolero, be-bop,
manna, hosanna, różaniec i szaniec,
i jazda, i basta, i stop.

Niech żyje bal!

Wygląda to na pijacki bełkot tekściary. Prawdopodobnie ciepły jeszcze tekst Krajewski wyrwał z rąk Osieckiej, nim ta zdążyła go poprawić, by dopisać do niego tę wiekopomną muzykę, naśladującą kompozycje zespołu Queen. Piosenka okazała się sztandarowym osiągnięciem Polish Queen of Shame.

Pierwsze słowa piosenki czujności słuchaczy jednak nie budzą, bo ci zwykle przekrzykują artystkę w wiwatach zachwytu, że na żywo mogą zobaczyć zombie polskiej sceny i usłyszeć jej zazombiastą piosenkę. Tak przerażającą, że już chyba nikt się nie zastanawia nad jej słowami. A ja czytam i własnym oczom nie wierzę.

Szalejcie aorty, ja idę na korty,
Roboto ty w rękach się pal.
Miasta nieczułe mijajcie jak porty,
Chłopo-robotnik i boa grzechotnik
Sucha kostucha
Pchajmy więc taczki obłędu, jak Byron

To powinni pokazywać na kursach kreatywnego pisania jako przykład, jak pisać nie należy. Jako przykład tego, co skandalicznie złe. I na kursach historii jako zagadkę, jakim cudem można się było, pisząc podobne bzdety, utrzymać na fali polskiej kultury i muzyki estradowej w latach stalinowskich, gomułkowskich i gierkowskich, u schyłku komuny i po jej upadku. I jakim cudem ta cudaczna wykonawczyni wzbudza tą piosenką entuzjazm zwolenników Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Dudy i Kaczyńskiego.

Jak co dzień rano bułkę maślaną popijam kawą nad gazety plamą

Grzegorz Markowski i Zbigniew Hołdys, grupa Perfect

Jak co dzień rano, bułkę maślaną
Popijam kawą, nad gazety plamą
Nikt mi nie powie, wiem co mam robić
Szklanką o ścianę rzucam, chcę wychodzić
Na klatce stoi cieć, co się boi
Nawet odkłonić, miotłę ściska w dłoni
Ortalion szary chwytam za bary


Trzymam się ściany, niczym pijany
Tłum wkoło tańczy tangiem opętany
Stopy zmęczone depczą koronę
Król balu zwleka, oczy ma szalone
Magda w podzięce, chwyta me ręce
I nie ma sprawy, ślicznie jej w sukience
Po co się spieszysz, po co się spieszysz
Przecież do końca życia mamy na to czas!


To chyba jest najgorszy tekst, jaki czytałem w życiu. W piosence, być może, jego kiczowatość, jego grafomania, jego nieporadność są nieco zakamuflowane pod makijażem rytmu i pudrem melodii, ale czytany czarno na białym ujawnia swą prostacką gębę. Czyja to gęba? Zbigniewa Hołdysa. Aż się nie chce wierzyć, że po latach przywdziała maskę felietonisty „Newsweeka”.

Gdyby jakiś debiutant wyskoczył dziś z podobnym tekstem, pewnie zostałby przez krytyków wdeptany w ziemię. Ale nie twórca tej miary co tekściarz Perfectu. Jemu ten obciach uchodzi, bo on jest z tego świata, ze świata celebrytów, gdzie ręka rękę myje.

Ale masz książek!

Marika oznajmia: Będę musiała powoli się zbierać. Obiecałeś mnie odwieźć na szesnastą. Zdejmuje z siebie moją koszulę i zbiera z podłogi swoje ubrania. Ale masz książek — mówi, podchodząc do największego regału. Arendt, Arendt, Arendt, Arendt, Arystoteles… O rety, ile tego Arystotelesa! Na pewno coś bym tu dla siebie znalazła. Tutaj niekoniecznie. Czemu nie tutaj? To filozofia. Myślisz, że to dla mnie za trudne? Nie obraź się, ale myślę, że tak. Ludziom się wydaje, że wszystko, po co mogą sięgnąć ręką jak po towary w supermarkecie, jest dla nich dostępne. Te same książki stoją w bibliotekach i myślisz, że ktoś je czyta? Nie. Ale nie dlatego, że są za nudne, lecz dlatego, że są za trudne. To nie jest tak, że możesz sobie pójść do biblioteki, wziąć Kartezjusza albo Hegla i czytać. Prawie nikt tak nie robi. Podobnie z muzyką. Nie wystarczy sięgnąć po instrument, by na nim grać. Do tego są potrzebne lata pracy. Tak samo z językami. Naiwni kupują cudowne urządzenia do nauki języków obcych, okulary sprzężone z czujnikiem oddechu, specjalne kaski albo wyświetlacze rzekomo oddziałujące na podświadomość i wierzą, że dzięki nim w ich mózgu wgra się nowy język. Jak program w komputerze: ściągnij i uruchom. Ale tak to nie działa. Z jednej strony bronimy się przed dehumanizacją, ale z drugiej — marzymy, żeby funkcjonować tak łatwo i sprawnie jak roboty. Dokujesz się do jakiegoś urządzenia na noc i rano budzisz się ze znajomością trzech nowych języków obcych albo masz w głowie cały atlas anatomii, albo się budzisz jako wirtuoz skrzypiec. Albo aplikujesz sobie odpowiednią dawkę energii, przyjemności, euforii, przyjaźni, miłości. Tabletka na ból głowy, tabletka na uspokojenie, tabletka na sen, tabletka na erekcję, tabletka na szczęście.

Ale sama praca też nie wystarczy. Jeśli nie masz w sobie talentu, to choćbyś się zaharowywała od rana do nocy, nie zostaniesz wirtuozem żadnego instrumentu: skrzypiec, pędzla czy piłki. Owszem, talent można kształtować, ale i on nie wystarcza do sukcesu. Bo co z tego, że masz talent i chęci do pracy, jeśli się rodzisz w społeczeństwie od lat zmagającym się z głodem? Albo gdy wyrzucają cię ze studiów za to, że spod chusty wysunął ci się kosmyk włosów. Albo gdy trafiasz na dwadzieścia lat do łagru za opowiedzenie dowcipu albo za jakiś głupi wybryk, albo — co najgorsze — za to, że okazałaś się przyzwoitym człowiekiem. Potrzebny jest jeszcze sprzyjający czas i miejsce, w którym żyjesz, ale przede wszystkim — ludzie, których spotykasz w swoim życiu, od rodziców począwszy. Jeśli chodzi o czytanie, to uważam, że miałem wielkie szczęście, że to był duży przywilej, że na studiach mogliśmy z profesorami analizować Kanta, Nietzschego albo Heideggera zdanie po zdaniu. Do dziś myślę sobie, że to był dla mnie wielki dar od losu. Dużo zdobyłem sam, na własną rękę, ale też dużo zawdzięczam rodzicom, nauczycielom, przyjaciołom. Swoim dzieciom też próbowałem dać, ile tylko mogłem. I czuję żal, że ty nie dostałaś ode mnie tego, co mogłem dać im. No co ty — mówi Marika. Nie możesz się czuć za to odpowiedzialny. Nie byłeś przecież moim krewnym, nie znaliśmy się nawet…

A masz tę książkę, o której mi opowiadałeś? O tym mędrcu, co się zakochał w młodym mężczyźnie i stracił dla niego głowę? Jest pod „P”. Marika robi kilka kroków w prawo. Platon? Tak. Uczta. Marika wyciąga książkę z regału, otwiera na chybił trafił, czyta przez kilkanaście sekund, po czym odkłada na miejsce. Chyba rzeczywiście to nie jest dla mnie. Znajdę dla ciebie coś odpowiedniego. Marika ubiera się do końca, pakuje swoje prezenty w firmowe reklamówki i wychodzimy z salonu. Prowadzę ją do swojego gabinetu, w którym na trzech ścianach książki stoją na półkach od podłogi do sufitu. O rety! — mówi podekscytowana. Prawdziwa biblioteka. Czytałeś to wszystko? Proszę cię, owieczko, nie zadawaj takich pytań. Na jej twarzy rysuje się grymas zawstydzenia. Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie ciekawe. — Sięgam po książkę w kolorowej obwolucie. Bóg rzeczy małych. To piękna książka o miłości. W sensie platońskim. O miłości jako zasadzie wiążącej ludzi i rzeczy. Dla mnie to jest współczesna wersja Uczty. To ponoć książka kultowa dla twojego pokolenia. Marika przyjmuje prezent bez zbytniego entuzjazmu. Dostałem od moich dzieci książki kilku autorów, po których sam nigdy bym nie sięgnął. Z Japonii, z Indii, z Iranu, z Afganistanu, z Nigerii, z Egiptu, z Turcji i… jestem pod wielkim wrażeniem. To naprawdę świetna literatura.

Marika chowa lekturę do torby i wychodzimy z domu do samochodu. Gdy ruszam, odzywa się: Mówiłeś, że chciałeś mi pokazać swoje zabawki. Nie starczyło dziś czasu? Jakie zabawki? — pytam i odgaduję w oczach Mariki sens jej pytania. Pokazałem ci. Książki, obrazy, ogród, muzyka, wiersze… to, co potrafię ugotować… To są moje zabawki. Marika spogląda na mnie z przestrachem. A ty myślałaś, że to będzie coś innego? — pytam tonem rozczarowania. Nie, Jerzy, nie… Naprawdę? Myślałaś, że cię zaprowadzę do jakiegoś pokoju bólu, jak Grey? Tego byś chciała? Nie, Jerzy, przepraszam. I że ci zadam ból? Zbiję cię czymś albo wsadzę ci w coś jakiś plastikowy przedmiot? Chciałabyś tak? Nie, naprawdę… Wydaje mi się, że jednak tak. Daj spokój, Jerzy. Jest mi przykro. Lubisz takie rzeczy? Mówisz mi o dotyku motyla, a marzysz o czymś innym? Ja ci recytuję wiersze, a ty marzysz sobie, że chciałabyś być w łóżku z jakimś draniem, który by cię potraktował jak szmatę? Powiedz mi: czy wszystkie kobiety są takie same? — Czuję, jak się we mnie mieszają złość, smutek i rozczarowanie. Jerzy, nie mów tak. Znów coś sobie ubzdurałeś i niepotrzebnie się smucisz. Marika wysuwa z papierowej torby głowę pluszowej owieczki, podsuwa mi ją do twarzy i pyta słodko, robiąc dziecinną minkę: Lubisz mnie jeszcze? Obejmuję moją owieczkę — tę żywą, nie pluszową — prawym ramieniem i przytulam do siebie. Kocham cię — mówię smutno i prowadzę dalej samochód, trzymając kierownicę jedną ręką.

Wjeżdżamy na piętrowy parking galerii handlowej w samym centrum. Wybieram poziom, na którym prawie nie ma samochodów. Tutaj jest fajnie — mówi Marika — przynajmniej jakoś normalnie można się pożegnać. Wypinamy się z pasów bezpieczeństwa i wreszcie jakoś normalnie się żegnamy — długim, namiętnym pocałunkiem, który na nowo budzi we mnie ogień pożądania. Całuję Marikę w zapamiętaniu i przez bluzkę i stanik obmacuję jej piersi. Bezwstydnie, obleśnie. Mam chęć włożyć jej rękę w majtki. Mam erekcję, ale zostają mi jeszcze resztki rozsądku, by jej tego nie pokazywać. Wypuszczam Marikę z objęć ze wstydu przed samym sobą. Nagle spostrzegam, że kilka metrów od nas, z przodu samochodu przechodzą dwie kobiety z dzieckiem. Zapewne matka, babcia i wnuczka. Tak wyglądają. Matka i córka wyraźnie się spieszą do samochodu, a starsza kobieta zwalnia, odwraca się i patrzy na nas z pogardą. Zastanawiam się, czy gdyby teraz zobaczyli nas: Anna, moje dzieci, mąż i przyjaciel Mariki, jej rodzice, jej znajomi, moje znajome, całe miasto, wszyscy ci obywatele godni czci, to czy patrzyliby na nas takim samym wzrokiem pełnym pogardy? Ciekawe, co oni wszyscy mają na myśli — czy w ogóle cokolwiek mają na myśli — powtarzając wyświechtany frazes, że miłość niejedno ma imię. Czy naprawdę cały świat byłby przeciwko nam? Przecież ludzie tak ochoczo wspierają zakochanych. A nasza miłość jest miłością zakazaną? Czemu?

Muszę się trochę poprawić — mówi Marika i rozpuszcza sobie włosy. Powinnam się uczesać, ale nie chciałabym ci zostawić tu swoich włosów. Rozejrzyj się jeszcze w domu, czy nic nie zostało. Twoja żona jest naturalną czy farbowaną brunetką? Skąd wiesz, że jest brunetką? Poznałaś po tym zdjęciu z młodości? Nie — odpowiada — widziałam długi włos w łazience.

Zostawiam jej pytanie bez odpowiedzi. Marika zaplata swoje włosy w zwykły warkocz, wyjmuje szminkę i w małym lusterku karminuje sobie usta na jasnoczerwony kolor; taki, jaki lubię u niej najbardziej. Wygląda pięknie, młodzieńczo, ożywczo. Dla Daniela — myślę z zazdrością. Czemu nie maluje się tak dla mnie? — pytam się w myślach. Żeby mieć usta gotowe do pocałunku — odpowiadam sobie z satysfakcją.

Muszę gdzieś upchnąć tę owieczkę — mówi Marika. Nie musisz, ten sklep —wskazuję wzrokiem wydrukowane na papierowej torbie logo — znajduje się tutaj. Na pierwszym piętrze. I ten od butów też. Nawet ten od pończoch. Uśmiechamy się do siebie.

Marika wysiada, posyła mi na pożegnanie słodkiego buziaka, wesoły uśmiech i tęskne spojrzenie. Zabierzesz mnie jeszcze kiedyś w to cudowne miejsce? — pyta, schylając się do otwartych drzwi, które, zanim zdążam jej odpowiedzieć, zamykają się z głuchym: łup!

Siedzę z pustą głową, patrząc pustym wzrokiem na pusty parking. Za dużo dziś było tego wszystkiego — myślę — bym mógł tak sobie powrócić do normalnego stanu rzeczy. Zauważam jeszcze, jak Marika wsiada do windy, a mnie przypominają się męki Tantala, przed którym umykała gałąź winorośli, ilekroć zbliżył swe spragnione usta do wiszącego tuż, tuż grona, za to, że wobec bogów przedmiotowo potraktował ciało człowieka. Włączam silnik i stromą serpentyną wyjeżdżam z parkingu. Na skrzyżowaniu zatrzymuję się na czerwonym świetle. Na moim pasie stoją przed przejściem dla pieszych jeszcze dwa inne samochody. Gdy zapala się zielone dla przechodniów, grupa ludzi wchodzi na jezdnię szybkim krokiem. Widzę wśród nich roześmianą Marikę, podskakującą jak pchełka obok gburowatego, wysokiego, młodego blondyna. Marika wyjmuje z torby pluszową owieczkę i próbuje go rozweselić, podsuwając mu ją z uśmiechem do ust, ale Daniel chyba nie zapałał do mojej owieczki zbytnią sympatią, bo jakby urażony odsuwa od niej głowę do tyłu. Zapala się zielone światło. Ruszam i myślę sobie: Co ja robię tu? Co-ja-tu-taj-ro-bię?

Może sięgniesz po Marikę w całości?

Pin It on Pinterest