W stanie nieważkości

Wchodząc do mojego mieszkania, Marika reaguje jak większość nowych gości, którzy nigdy jeszcze w nim nie byli. Jak tu pięknie! Ile miejsca! Ile słońca! Otwarte pomieszczenie, wysokie prawie na dwa piętra na wszystkich robi wrażenie. Wielkie okna przepuszczają mnóstwo światła, które układa się na ścianach w ciepłych kolorach o trzech różnych odcieniach piasku, których różnicę da się wypatrzyć tylko w jednym punkcie, tam gdzie właśnie wszystkie trzy się zbiegają. Bukowe meble i bukowa podłoga też chłoną promienie i dodają ciepła całemu pomieszczeniu. A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie. Pachnący i słoneczny — śpiewaliśmy przy ognisku i gitarze w młodości. I kominek — zachwyca się Marika. Prawdziwy ogień. Nie trzeba się zbliżać, wystarczy spojrzeć, by poczuć jego ciepło. Gdy ona rozgląda się dookoła i odkrywa kolejne intrygujące szczegóły, ja przygotowuję coś do picia. W końcu sadzam ją na stołku przy barze, pozwalam rozejrzeć się po kuchni i obejmuję swym ramieniem. Przysuwam usta do jej ust i delikatnie ją całuję. Natychmiast mi odpowiada najdelikatniejszą pieszczotą swoich warg i języka. Wsuwam lewą dłoń pod jej bluzkę i głaszczę ją po brzuchu, po czym delikatnie zdejmuję Marikę ze stołka i stawiam na podłodze. Rozbieramy się nawzajem, nie przestając się całować. Gdy jesteśmy zupełnie nadzy, siadam na wielkim fotelu i sadzam ją na swoich biodrach. Marika rewanżuje się za moją gościnność — swoją. Obejmuję ją szeroko ramionami i przytulam jej piersi do moich. Nie przestajemy się całować. Na moment odchylam się do tyłu, by rozprostować plecy. Układam je na oparciu fotela i przytulam jej głowę do mojej piersi. Z lewej strony jest serce, posłuchaj — mówię cicho. Marika przykłada ucho, a ja wsuwam palce w jej włosy i głaszczę ją po potylicy. Nasze pocałunki stopniowo tracą subtelność dotyku motyla i przemieniają się w chłeptanie spragnionych bestii. W pewnym momencie Marika staje stopami na podłokietnikach, obiema rękami przytrzymuje się mojego karku i z wielką intensywnością zaczyna ćwiczyć przysiady, doprowadzając mnie i mojego przyjaciela do stanu najwyższego napięcia. Gdy już nie mogę go znieść, przyciskam biodra Mariki do swoich. Poczekaj — mówię z zapartym tchem. Lewą ręką chwytam prawą nogę Mariki tuż nad kostką i nad swoją głową przekładam ją sobie do prawej dłoni. Marika łączy stopy i usadawia się w poprzek mojego ciała. Podtrzymuję ją jedną ręką za plecy, a drugą — pod kolanami. Ona prawą ręką obejmuje mnie za szyję i spogląda mi w oczy. Boże drogi! Jak maleństwo, trzymam i tulę w ramionach swoje maleństwo! Marika łączy się ze mną w tym wzruszeniu najczulszą pieszczotą swoich ust. Jednak mój przyjaciel nic sobie nie robi z tej naszej czułości. Za wszelką cenę chce się lepiej dobrać do jej przyjaciółki. Co chwila to się wspina, to wycofuje, szamoce. Marika sięga lewą dłonią do tyłu, bierze w nią moją sakiewkę i sprawdza jej zawartość. Nie, nie! Nie wytrzymam tego! Co oni chcą ze mną zrobić?! Przecież w ten sposób za chwilę wyeliminują mnie z gry!

Wstaję z fotela, wciąż trzymając swoją kruszynę w ramionach jak niemowlę. Mój przyjaciel jest bardzo zadowolony, że ma trochę więcej swobody, ale w pewnym momencie moja kruszyna wysuwa mi się z rąk i nogami opada na podłogę. Całe szczęście, że wciąż ramieniem obejmuje mnie za szyję. Zgrabnym ruchem odbija się stopami od podłogi, podciąga się na mojej szyi dwoma rękami, rozkłada nogi na boki i zawiesza się na mych biodrach. Podtrzymuję ją za jej małe pośladki i pomagam nam obojgu w uzyskaniu stabilnej równowagi. Mam ją wreszcie w swojej przestrzeni. Życiowej. Marika unosi się w niej, nie dotykając podłoża. Jak astronautka. Jej uda wspierają się na moich biodrach, a stopy swobodnie kiwają się w powietrzu. Lekko przykucam, a mój przyjaciel wraca do jej przyjaciółki na poszukiwanie wspólnego środka ciężkości naszych ciał. Moja załogantka płynnymi ruchami bioder rozgrzewa wszystkie silniki mojej rakiety. W pewnym momencie przytrzymuje się mojej szyi prawą ręką, odchyla się do tyłu i lewą ręką ponownie wyszukuje centrum dowodzenia. Przerzuca w nim gałki i zaczyna się końcowe odliczanie. W naszych oczach wybuchają fajerwerki, przestajemy kontrolować hałas, jaki wydają nasze gardła. Nasze języki splatają się ze sobą w podwójnym skafandrze ust i razem odlatujemy w kosmos. Dopiero po kilku chwilach odnajdujemy na pobliskiej sofie nasze splecione ze sobą ciała, nad którymi wciąż jeszcze unoszą się nasze umysły w stanie nieważkości.

Zapraszam do mojego sklepu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *