W Polsce fanatycy religijni palą książki

Najsłynniejsza książka współczesnego świata spłonęła na stosie w Gdańsku. Dzięki „Harremu Potterowi” dzieci na całym świecie znów zaczęły czytać. Fani młodego czarodzieja z Hogwartu pochłaniają grube tomiszcza z większym apatytem niż hamburgery z McDonaldsa. To źle, że dzieci czytają? Rodzice na całym świecie cieszą się, że ich na ogół stroniące od słowa pisanego pociechy znalazły coś, co je wciąga. Ale nie w Polsce. Tutaj książki o Harrym Potterze się pali.

Na czym polega fenomen Harrego Pottera? To świetna zabawa, trzymające w napięciu historie i rozbudzające wyobraźnię opowiadania. Czy ktoś z czytelników, nawet tych najmłodszych, bierze to na poważnie? Nie. Przecież to czysta fantazja. Czary nie istnieją. Ale nie w Polsce. Tu ciemny lud nie zna się na żartach. Tu ludzie wciąż wierzą, że czarownice latają na miotłach, spółkują z diabłem, sprowadzają choroby, opętanie, niepłodność i inne nieszczęścia, na przykład gradobicie, bo ożywczy deszcz zsyła Pan Bóg, i to na prośbę księdza, który w tej intencji odprawia mszę zwykle opłaconą przez najbogatszego rolnika lub najbardziej zagorzałą dewotkę we wsi. Ale co tam we wsi. W Polsce mszę o deszcz zamawiają posłowie! Polityczna elita kraju! Czy można się więc dziwić, że księża publicznie palą książki i maskotki, które uważają za atrybuty czarnej magii?

Publiczne palenie książek, to już nie są żarty. Polski fundamentalizm religijny powoli sięga… no właśnie czego? Zenitu czy dna?

Szukający poklasku proboszcz wygrzebuje fragment z Pisma sprzed trzech tysięcy lat, mówiący o tym, że kobieta nie powinna się ubierać jak mężczyzna ani na odwrót, bo to nie jest miłe Panu Bogu, wiec przejęta jego nauką bogobojna dziewczynka powinna pobiec do spowiedzi i wyznać grzech ciężki: Chodziłam w spodniach. Obraza Boska! Jak można! Kto to widział, żeby kobieta ubierała się w strój mężczyzny. Właśnie do czegoś takiego prowadzi szatańskie gender – argumentuje proboszcz. Ale tego, że Jezus chodził w sukni nie zauważa? I że rzymscy żołnierze grali w kości o tę Jego suknię, też nie? To właśnie jest gender, proszę księdza! To, jak kobieta i mężczyzna ubierają się w danej epoce i kulturze, jakie role pełnią w rodzinie i społeczeństwie, jak budują własną tożsamość i relacje pomiędzy sobą. Dlaczego w Kościele ewangelickim kobieta może być kapłanem, a w katolickim nie? Bo tu zakazuje, a tam zezwala na to gender! Nie trzeba czytać książek, żeby to zrozumieć, wystarczy sprawdzić znaczenie słowa w internecie. Jednak katolickie klechy nie wiedzą, czym jest gender, po części dlatego, że książki z dziedziny gender uważają za zakazane, a po części z nieuctwa i lenistwa. Za to wiedzą z góry, że gender to nowe oblicze szatana. Zatem? Cała literatura genderystyczna, feministyczna, pedalska na stos! A niech ją ogień pochłonie! A tymczasem gender to dziedzina socjologii i kulturoznawstwa. I kierunek studiów na zachodnich uczelniach. Tego nie da się spalić ani zniszczyć w inny sposób.

Tak samo z marksizmem, który, owszem, odpowiedzialny jest za komunizm i gułag, ale któremu zawdzięczamy także dzisiejsze państwo opiekuńcze, które polityka PiS tak żarliwie wspiera. Oni głoszą, że to przedłużenie chrześcijańskiego miłosierdzia, efekt społecznej nauki Kościoła, ale w Biblii nie ma słowa o ubezpieczeniach społecznych, systemie emerytalnym, bezpłatnej edukacji i służbie zdrowia. To spadek, który odziedziczyliśmy po myśli socjalistycznej. A fuj! Socjalizm? Marksizm? Ohyda! To przecież dziedzictwo tego podżegacza z Trewiru, który mówił, że religia to opium ludu! Jak śmiał! Zatem myśl socjalistyczna… Na stos!

Podobnie jak nauka. Biologia, antropologia, która uczy, że człowiek pochodzi od małpy. Dla Polaków, którzy uważają się za Boże dzieci, to obraza. Wystarczy otworzyć Pismo Święte, by już na pierwszej stronie przeczytać, jak było naprawdę. Adam – z gliny, a Ewa – z jego żebra. Należałoby więc zakazać nauczania tych herezji o ewolucji w szkole. Szkoła ma wychowywać, a nie deprawować nasze dzieci. A medycyna? Antykoncepcja, aborcja, zapłodnienie in vitro, eutanazja, słowem: cywilizacja śmierci. Na śmietnik z takim postępem.

Zepsucie na każdym kroku. I szkalowanie Kościoła. Pedofilię jakąś wśród księży sobie wymyślili. I szkalują niewinnych duchownych. A temu wszystkiemu winni są przecież rodzice. Gdyby relacje pomiędzy rodzicami były zdrowe, wielu molestowań udałoby się uniknąć – poucza arcybiskup. Zresztą iluż molestowań? Kilkudziesięciu w ciągu trzydziestu lat, jak podaje specjalna komisja Episkopatu. Ale gazety każdy przypadek rozdmuchują do nie wiadomo jakich rozmiarów. Gazety z Wyborczą na czele. Czy można im wierzyć? Prasa kłamie. Gazety Wyborczej nie biorę do ręki, musiałbym się myć – wyznaje ojciec dyrektor największego katolickiego radia i największej katolickiej telewizji, powszechnie znany ze swych czystych rąk. Zatem co z Wyborczą? Na stos! I najlepiej na sam początek, na podpałkę.

W Gdańsku na pierwszy ogień poszedł „Harry Potter”, potem „Zmierzch”, a zaraz za nim „Tajemnice starożytnej magii i medycyny”. Ciekawe, jakie będą następne tytuły. W Watykanie wciąż aktualny jest Indeks Ksiąg Zakazanych. Co prawda stracił swoją sankcję karną, ale pozostaje moralnym wyznacznikiem treści szkodliwych dla wiary i dobrych obyczajów. Długa lista, 4126 pozycji, a w wśród nich: Kopernik, Galileusz, Giordano Bruno. Kartezjusz, Hume, Kant, Locke, Marks, Wolter i Rousseau. Luter i Kalwin. Balzac, Defoe, Diderot, Flaubert i Dumas – ojciec i syn. Victor Hugo, Émile Zola, Jean-Paul Sartre. Mikołaj Rej, Andrzej Frycz Modrzewski, Andrzej Towiański, Adam Mickiewicz.

Tylko patrzeć, aż ich książki zaczną wynosić z bibliotek.

JERZY KRUK

Mój 4 czerwca

Przyłożyłem do tego ręki. To było ciekawe doświadczenie. W naszym Okapie nie było nas za wielu, może jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób, ale wszyscy świetnie się dogadywaliśmy. Jedni odbierali telefony, drudzy gadali, trzeci pisali, czwarci jeździli na prowincję, a inni tylko robili dobre wrażenie. Najprzebieglejsi już wtedy kombinowali, jak tu się zrobić wojewodą, prezydentem, prezesem czy dyrektorem dużej państwowej firmy. I, o dziwo – a może wręcz przeciwnie: zgodnie z logiką socjotechniki – większości z nich to się udało. Zostali milionerami. Niektórzy przy okazji trafili za kratki, a niektórym udało się wywinąć spod każącej ręki mocno przymykającej wtedy oko Temidy.

Nieliczni, bardzo nieliczni nosili Matkę Boską w klapie. Najważniejsi jeździli do Warszawy i spotykali się z naszym biskupem na miejscu. – Przychodzimy do niego pierwszy raz, a tu wszyscy na kolana i całują go w pierścień, byłem w szoku – opowiadał mi mój przyjaciel, późniejszy poseł i minister, ale szybko przeanalizowałem sytuację – mówił – i doszedłem do wniosku, że polityk musi mieć giętki kark, więc też przyklęknąłem i buchnąłem go w pierścień. Bo biskup, według klucza, miał przydział na jednego posła i jednego senatora. „Solidarność” – na dwóch robotników, a na resztę podziemie związane z KK. Wszyscy pojechali do Warszawy zrobić sobie z Wałęsą zdjęcie do plakatu.

Dwa lata wcześniej wyrzucili mnie z Uniwersytetu za kolportowanie nielegalnie wydawanych książek, byłem więc bez pracy. Założyłem już rodzinę i musiałem sobie radzić, jak mogłem. Głównie tłumaczyłem książki z niemieckiego, a jak ktoś z przyjaciół załatwił mi kontakt, to jeździłem na Zachód sprzątać, przenosić meble przy przeprowadzkach albo zmywać gary w restauracjach. W osiemdziesiątym ósmym roku dobrze wiedziałem, co się kroi. Czytałem nie tylko Orwella. Sołżenicyna, Havla, Kornay’a, Hayek’a i Michnika, ale i Wojewódzką Radę Narodową, którą podsunął mi mój przyjaciel. Drukowano w niej materiały z konsultacji, jak rozwiązać ten impas. Prosiłem o gazetę w kiosku, kioskarz rozcinał sznurek nierozpakowanego pliku, bo przecież nikt tego nie kupował i wręczał mi egzemplarz, a ja czułem, że należę do wąziutkiego grona wybrańców, którzy wiedzą, co się święci.

Gdy zaraz po Sylwestrze wyjechałem do Niemiec, opowiedziałem o tych sensacjach moim przyjaciołom. Że komuniści szykują wybory, że gwarantują sobie 65 procent miejsc, ale 35 procent pozostawiają do dyspozycji w wolnych wyborach. Zdrada! Oszustwo! – przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nie wolno wierzyć komunistom, znów chcą nas oszukać! Tylko jeden z nich, który zawsze zachowywał trzeźwy umysł, nawet w stanie najgłębszej nietrzeźwości, powiedział spokojnie: Policzmy. Mamy w Sejmie 460 miejsc. Jedna trzecia z tego daje ponad 150. Załóżmy, że uda nam się zdobyć z tego choćby połowę. Ba! Jedną trzecią. To jest 50 osób! Wyobrażacie sobie w Sejmie pięćdziesięciu Stommów albo Mazowieckich?! Takiego tłumu nie da się uciszyć. Tym argumentem gasił sceptyków.

Gdy wróciłem z Niemiec w marcu, prosto od zmywaka, na zapytanie, co jest grane, mój przyjaciel powiedział mi, że powstał OKP. Przyjdź jutro, jest mnóstwo roboty. Byłem jednym z nielicznych bez pracy, więc od razu chcieli mnie posadzić na całe dni przy biurku, ale gdy zobaczyli, jak tonę w stosach fiszek, papierów, karteczek, zapisków, zrozumieli, że buchalteria nie jest moją domeną. Posadzili przy biurku prostego chłopaka po zawodówce, który po dwudziestu kilku latach wysiedział fotel wojewody.

Ale zanim zrobiłem mu miejsce, musiałem zorganizować pierwszy przedwyborczy wiec. Pamiętam swoje przerażenie. Był piątek, piętnasta zero zero i wszyscy, ale to wszyscy, poszli sobie na weekend, a ja zostałem sam w biurze. A tu nic nie załatwione! Ani amfiteatr, ani nagłośnienie, ani zezwolenie na imprezę. Jeździłem więc taksówką – bo przecież samochodu nie miałem – od urzędu do telewizji i amfiteatru i załatwiałem sprawy. Dobrze, że wszędzie ktoś tam jeszcze został po godzinach. Jakoś się udało. Jakieś kwity? Podpisy? Nie pamiętam. Wszystko na gębę.

Perspektywa wystąpień publicznych zaskoczyła wszystkich. Starsi – byli nauczyciele, urzędnicy, radcy, prokuratorzy mieli jakieś garniturki, ale młodsi śmigali w tenisówkach i sweterkach. I tu nagle: na scenę. Skąd tu wziąć garnitur? Skąd pantofle? W mięsnym – same haki, a w odzieżowym – puste wieszaki. Weź szybki ślub – szydzili szydercy (bo dla par młodych były przydziały) albo pożycz od szwagra – doradzali życzliwi doradcy.

Przyszła niedziela, kasztany kwitły, pamiętam jak dziś. Amfiteatr pękał w szwach, na widowni szmer, pod sceną nyska z konsolą i kablami, konferansjer w garniturze od szwagra, kandydaci – w swoich: do kościoła, do urzędu, do sądu. – Jak się zacznie, mówię do pana w nysce, niech pan to włączy i daję mu zdezelowaną, rozkalibrowaną kasetę z powyciąganą taśmą. Tylko niech pan strony nie pomyli. Teraz! – pokazuję, gdy konferansjer zaprasza kandydatów na scenę. Wuu… wuu.. wuu… wyje w głośnikach. Co to jest? – pyta głośno mój przyjaciel, kandydat na posła. Ukrawacony, upantoflony, wygarniturowany, jakby znów szedł samego biskupa pocałować w pierścień. I nagle kaseta się naciąga, Janda się nadyma i zdecydowanie wchodzi w tango. Nie wiem, czy to odtwarzacz tak chrypi, czy jej w gardle zaschło: Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni, dzisiaj policja użyła broni. Żywi bohaterowie wkraczają w rytmie marsza na scenę, a mój przyjaciel zaciska pięść i symuluje uderzenia w podbródek: Jak to się skończy, to dam ci w zęby. Gęsiego człapią na scenę w tych swoich wyglansowanych, lśniących w słońcu pantoflach, a publiczność wyje, jakby sami Stonsi albo Bitelsi do nas przyjechali. Lecą petardy, ścielą się gazy, mdleją dzieci, starcy, kobiety. Nie płaczcie matki to nie na darmo. Nad sceną sztandar z czerwoną kokardą.Za chleb i wolność i nową Polskę. Oj, dałem do pieca.

Oddałem ten uwierający mnie stołek gryzipiórka i wreszcie mogłem się oddać prawdziwemu pisaniu. Założyliśmy gazetę wyborczą. Byłem jednym z najmłodszych, trzydziestolatków. Najlepsze pióro, otwarty umysł, fontanna pomysłów – bechtały moją próżność stare żurnalistki. Miło mi było być ich pupilkiem. Kawka, herbatka, ciasteczko, czekoladka – rozpieszczały mnie przy każdej okazji. Wysyłały mnie na pierwszy ogień, gdy jakieś tępe pióro schrzaniło robotę. Najfajniejszy był ostatni numer. Miał być na luzie. O zainteresowaniach, hobby i czasie wolnym naszych kandydatów. Pojedź do kandydata biskupa, prosiły, bo to, co dostaliśmy, to kompletna kupa. Oczywiście nie wyrażały się ordynarnie i jako eufemizmów, używały niemieckich odpowiedników. Biskupi kandydat okazał się klocem nawet nie z gruba ciosanym. Fascynacje? Zainteresowania? Pasje? Nic. To może literatura? – chwytam się, jak tonący brzytwy. Taaak! Rozpromienia się kandydat. Lubię Sołżnicyna i tego… tego drugiego. Pasternaka? Właśnie. I robię z niego konesera literatury rosyjskiej. Świetne – komentują stare dziennikarki. Z klucza przypadła mi przyjemność zrobienie wywiadu z moim przyjacielem. Co zrobisz po wyborach? Pojadę z żoną i córką w góry. Oczywiście wolałbym z dwoma kochankami, z których przynajmniej jedna byłaby długonogą Mulatką – śmieje się stary satyr. Tylko nie pisz tego. Oczywiście, że nie napisałem. Rodzina, honor, ojczyzna – to był zestaw obowiązkowy.

Wynik przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Wzięliśmy wszystko, co było do wzięcia. Dziewięćdziesiąt dziewięć i pół procenta głosów! Straciliśmy tylko jeden, ale nie przeciw komunistom, tylko przeciw hochsztaplerowi, który na swoich wiecach poił publiczność piwem i karmił kiełbasą wyborczą. Zignorowaliśmy go wtedy, nie przypuszczając, że za niespełna trzydzieści lat wybory przekształcą się w taką właśnie farsę: w prześciganie się, kto da więcej kiełbasy wyborczej, kto więcej obieca.

I jeszcze jedną rzecz zignorowaliśmy: frekwencję. 62 % wydawało się realną korektą dziewięćdziesięciu procent podawanych po każdych wyborach przez komunistyczną propagandę, ale zapomnieliśmy o tych prawie czterdziestu procentach nieobecnych. Dokonywał się polityczny przełom, który miał zmienić życie nas wszystkich, przestawialiśmy losy świata na nowe tory, a prawie połowa wyborców miała to w nosie. Na całym świecie uważano polskie społeczeństwo za polityczną elitę Europy Wschodniej, a tymczasem połowa z nas z punktu widzenia wartości obywatelskich już wtedy okazała się zwykłym motłochem. A dziś? Dziś już nas nikt nie uważa za elitę. W jakimkolwiek sensie.

Wygraliśmy wszystko, a jednak nie triumfowaliśmy. Wystraszyliśmy się tego triumfu. Co teraz? – pytaliśmy. Wiem, że sukces ma ojców wielu. Wiedziałem, przewidziałem! – powtarzają dziś – gdy odwaga staniała – różne bohatery, ale tak naprawdę, co dalej, nie wiedział nikt, nawet Adam czy Jacek, nawet prezydent USA i pierwszy sekretarz KP ZSRR. No, może w wyjątkiem naszego robotniczego herszta, który nigdy długo się nie zastanawiał nad żadnym pytaniem i walił prosto z mostu, co mu ślina na język przyniosła. Ale on też nie wiedział, co z tego będzie, wiedział tylko, że z desperacją będzie brnąć dalej, do zwycięstwa, do katastrofy albo ośmieszenia.

Pamiętam, że rozważaliśmy to w Okapie. Wypowiadali się wszyscy, jak jeden. Głosy były podzielone. Jedni mówili: Oni chcą nas skompromitować. Wciągną nas do władzy, a potem obciążą za niepowodzenia. Inni mówili, że skoro tak daleko zaszliśmy, to nie możemy odrzucić oferty współpracy. Ale nikt nie mówił, że władza leży na ulicy, że wystarczy ją podnieść.

Zrobiła to jednak pewna aktoreczka, naiwna, śmieszna, lekko pretensjonalna, która w kilka dni po wyborach podczas wywiadu w głównym wydaniu wiadomości spytała, czy mogłaby zabawić się w dziennikarkę i wygłosić wiadomość. Pozwolono jej. Proszę Państwa, powiedziała, czwartego czerwca osiemdziesiątego dziewiątego roku skończył się w Polsce komunizm. – Boże! Jakież to było naiwne! Jakie niebezpieczne! Partia kontrolowała wszystkie szczeble władzy i wszystkie jej formy: Sejm, samorządy, wojsko, milicję, sądy. W Polsce i innych krajach Układu Warszawskiego stacjonowały wojska Armii Czerwonej. Jakież to było głupie! A jednak to ona miała rację.

Komunizm rzeczywiście upadł. Kto go obalił? Robotniczy herszt wciąż jeździ po świecie z suto opłacanymi wykładami i opowiada, że to on. Lud twierdzi, że JP 2. Nowi historiografowie mówią, że to jednak Lech Kaczyński. A ja? Mnie tam nie było?

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Nie z dnia na dzień, ale zmieniało się dzień po dniu. Partia komunistyczna oddała władzę, Armia Czerwona się wycofała, upadł Mur Berliński, rozpadł się Związek Radziecki, rozwiązano Układ Warszawski, zniesiono cenzurę, dostaliśmy paszporty do ręki, przyjęto nas do NATO i Unii Europejskiej. A konsumpcja? Pamiętacie te kaszlaki, do których nie mieliśmy nawet benzyny? Te haki bez mięsa, te puste półki, gołe manekiny? Te kolejki bez końca? Te lata bez nadziei?

Dziś trzydziesta rocznica. Nie mamy czego świętować?

JERZY KRUK

Dlaczego Jurek Owsiak i Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy są tacy ważni dla Polski?

„Róbta, co chceta” to znienawidzone przez PiS i Kościół hasło lansowane przez liberalny ruch Jerzego Owsiaka, który – zdaniem jego krytyków – pragnie wmówić młodym ludziom, że wszystko im wolno. I jakie są tego konsekwencje? – pytają. Wiadomo: rock and roll, a wraz z nim narkotyki, alkohol, nieskrępowany seks. Jednym słowem: zepsucie. Kto nie wierzy, niech pojedzie na „Woodstock” – argumentują oponenci – a na własne oczy zobaczy, co się dzieje w, pod i pomiędzy namiotami. Dlatego partia i Kościół zwarły szyki, by chronić naród przed upadkiem.

Jak chcą tego dokonać? W pierwszym rzędzie próbują podważyć fundamenty liberalizmu. Wszem i wobec więc głoszą, że liberalizm to dzieło szatana. Za pomocą swojej tuby propagandowej mówi to wprost i dosłownie naczelny ojciec redaktor. Jego zwolennikom tego kłamstwa nie trzeba powtarzać tysiąc razy, by przyjęli je za prawdę. Dla słuchaczy Radia Maryja i Telewizji trwam, ale także i TVPiS, „liberał” to epitet jakim obrzucają nie tylko opozycyjnych polityków, ale także niechodzących do kościoła sąsiadów czy krewnych odmawiających swoim dzieciom dobrodziejstwa sakramentu chrztu, komunii świętej, bierzmowania, a sobie samym – ślubu kościelnego. Kobiety broniące się przed fundamentalistycznym uprzedmiotowieniem swego ciała i osoby to dla nich aborcjonistki, tak samo jak aborcjonistami są rodzice starający się o potomstwo metodą zapłodnienia in vitro. Środowisko LGBT to dla nich pedofile, którzy chcieliby uzyskać prawo do adopcji dzieci, by je móc seksualnie deprawować i wykorzystywać. Jedynym ratunkiem przed tym upadkiem – zdaniem katolickich fundamentalistów – może być powrót do religijnych korzeni. Tak czy owak, liberalny diabeł tkwi w szczegółach. Seksualnych. Choć nie tylko.

Przejawia się także w międzynarodowej tolerancji i otwartości, która – zdaniem prawdziwych Polaków – prowadzi do zdrady i pohańbienia własnego narodu. Dlatego liberalny diabeł przybiera postać kseno – obcego: imigranta, uchodźcy, Żyda, a nawet sąsiada zza miedzy. I w tym momencie pałeczkę przejmują politycy z wiadomym przywódcą, który zorientowane na dobrosąsiedzkie układy rządy liberalne nazywa kondominium niemiecko-rosyjskim, a polityków zorientowanych na integrację europejską – brukselskimi elitami. Tych zagranicznych, bo o rodzinnych mówi, że to zdrajcy narodu. I znów jedynym środkiem pozwalającym nam zachować suwerenność ma być tradycja narodowo-katolicka. Stąd rodzi się potrzeba konstruowania nowych mitów: o mesjanistycznym powołaniu narodu polskiego do obrony Europy przed islamizacją oraz do rechrystianizacji kontynentu, o żołnierzach wyklętych, o zamachu smoleńskim, o Lechu Kaczyńskim.

Najlepszym wzorem patriotyzmu staje się matka Polka, wychowująca swe dzieci do cierpienia w walce z okupantem i zaborcą oraz ojciec Polak, oczywiście – katolik. Każdy, kto te wzory odrzuca i próbuje budować swą tożsamość w oparciu o wartości międzynarodowe, europejskie, liberalne – według nacjonalistów – jest zdrajcą.

Diabeł przejawia się też we władzy, a mianowicie, tkwi w szczegółach liberalnej demokracji. Dlatego trzeba ją zastąpić demokracją nieliberalną, czyli takim modelem władzy, który przejmie ją na stałe, wyeliminuje opozycję i potrzebę wyborów. Bo po co wybory, skoro władzę przejęła dobra zmiana?

Właśnie temu wszystkiemu przeciwstawia się Jerzy Owsiak, zgromadzony wokół niego ruch i skumulowana dzięki niemu dobra energia milionów Polaków.

Naprawdę?! Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ma aż takie znaczenie? Działalność, której kwintesencją jest finał, czyli jednodniowa impreza? Tak! Już wyjaśniam dlaczego.

Po pierwsze. WOŚP pokazuje, że możliwe jest budowanie sensu ludzkiego życia i społecznej aktywności w oparciu o wartości humanistyczne, zatem świeckie, i że nie jest do tego niezbędny ani Kościół, ani religia. Stąd niechęć, a nawet nienawiść, większości przedstawicieli Kościoła do WOŚP.

Po drugie, WOŚP pokazuje także, że w oparciu o wartości humanistyczno-liberalne można zbudować wielki ruch społeczny, którego zasadą działania jest pomoc drugiemu, współodpowiedzialność, solidarność społeczna, co zaprzecza poglądom katolickich fundamentalistów, że pomoc drugiemu może wyrastać jedynie z chrześcijańskiego miłosierdzia. WOŚP pokazuje także, że Polaków może jednoczyć zabawa, zainteresowania, pasje, odmienność, bez odwoływania się do nacjonalistycznych nastrojów czy charakterystycznych dla imprez sportowych manifestacji skierowanego przeciw całemu światu szowinizmu. Stąd nienawiść do WOŚP środowisk nacjonalistycznych.

Po trzecie. Zepsucie młodzieży. Widzieliście te tłumy co roku zaangażowanych w kwestowanie i akcje WOŚP dzieci i młodych ludzi na ulicach, koncertach i w telewizji? To jest zdegenerowana przez seks, narkotyki i rock and roll młodzież? Życzyłbym sobie i wszystkim, żeby taka była cała nasza młodzież. Nie tylko od święta, ale i na co dzień.

I po czwarte. Niemożliwe jest, żeby w Polsce była choć jedna osoba, która nie widziałaby fragmentu finału WOŚP na własne oczy lub w telewizji, żeby nie dostrzegła tego entuzjazmu i radości, który przepełnia każdą imprezę. Przecież tam są wszyscy! Artyści, aktorzy, politycy, urzędnicy, tancerze, muzykanci, śpiewacy, sportowcy, kucharze, kolekcjonerzy, biegacze, akrobaci, sztukmistrze, pływacy, morsy, nurkowie, jeźdźcy, rowerzyści, motocykliści, automobiliści, piloci, spadochroniarze, indianie, kowboje, wikingowie, rycerze, księżniczki i zapaleńcy wszelkiej maści. Do niedawna byli też żołnierze, strażacy i policjanci, ale warczący wielkorządca zakazał im opuszczania koszar, posterunków i wychodzenia z domów w mundurach. Prezydentowi – też. WOŚP pokazuje, że podział na Polskę liberalną i solidarną jest fałszywy, że Polacy mogą się jednoczyć w pomocy, radości, zabawie i dumie z tego, co robią. W dodatku bezpiecznie i odpowiedzialnie, bez potrzeby otaczania imprez policyjnym kordonem.

Dlatego właśnie WOŚP jest tak ważny. Bo WOŚP to inna Polska. To Polska pomocna, odpowiedzialna, aktywna, radosna, otwarta, tolerancyjna, pełna pomysłów. Jeśli WOŚP ma być alternatywą dla czegokolwiek, to jest alternatywą dla egoizmu i partykularnych interesów, dla wrogości i agresji, dla ksenofobii, dla zamknięcia, dla zaściankowości, dla lenistwa i gnuśności.

WOŚP jest tak ważny, ponieważ może być iskrą, która przywróci Polakom ich dawny zapał i sprawi, że taka właśnie będzie cała Polska. Już jutro.

JERZY KRUK