Empatia, ciepło, serce, życzliwość

Jaki on jest słodki. To chłopczyk czy dziewczynka?
Stan wyjątkowy. Andrzej Duda i Agata Duda sadzą drzewa i karmią łosie
Chyba obie dziewczynki, bo nie mają… rogów.
Para Prezydencka odwiedziła Leśny Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt
Nie wierzę. To jeże?
Para Prezydencka odwiedziła Leśny Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt
Jaki ten orzeł piękny!
Rzadko kto w tak dobrej stylizacji zbiera śmieci. Agata Duda jak księżna  Kate! FOTO - Dziennik.pl
Zbieranie śmieci po uchodźcach
Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda sprzątają świat. Co robili w lesie?
To świństwo, żeby zostawić po sobie taki syf. Tego nie mogli zrobić prawdziwi Polacy
Andrzej Duda wziął udział w akcji sprzątania śmieci. Przeczesywał las z  czarnym workiem | Polityka - Wiadomości Gazeta.pl
Koło drutów kręci się dziewczynka w czerwonym płaszczyku, w ręku trzyma misia

Para prezydencka zachęca do sadzenia drzew i sprzątania lasów
Wracajcie do Afganistanu!
EZG24 - Wiadomości Zgierz - Wiadomości - Andrzej Duda przyjeżdża sadzić  drzewka! Jaki jest plan prezydenckiej wizyty w Piotrkowie Trybunalskim?  Będą utrudnienia?
Tu staną słupy, na których zostanie rozciągnięty drut kolczasty
PiS przegrywa spór o uchodźców. Eskaluje sprawę Frasyniuka czy  Sterczewskiego
Panie Kaczyński, dziękujemy za empatię
Michałowo. Dzieci migrantów odesłane na granice za pomocą procedury push  back - TVN24
Dziękujemy wam, Polacy. Wysłaliście nas tylko do lasu, a przecież mogliście zabić.
Chroniczny stan wyjątkowy. Kolejnych 60 dni i co dalej? - Polityka.pl
Thank you, Mister President.
Usnarz Górny. Przedstawiciele Biura RPO spotkali się z uchodźcami.  "Korzystają z wody z rzeki"
Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!

Blaski życia w ciemności

Gdy się wejdzie na jedno z pobliskich wzgórz, w pełni widać, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Szeroka wstęga fiordu wije się aż po horyzont, jej odnogi głęboko wcinają się w niemal pionowe zbocza przez cały rok ośnieżonych gór. Z tej perspektywy wszystko  wydaje się zastygłe i nieruchome, ale to tylko pozory, w głębi doliny płynie życie w powolnym, typowym dla Norwegii, rytmie.

Hommelstø to miejscowość, jakich w Norwegii jest wiele. Leży 380 km na północ od Trondheim, , otulona górami, ukryta w cichej zatoczce fiordu Velfjord. Wśród skał i drzew porozrzucane kolorowe domy z lekko stromymi dachami. Jedne tuż nad brzegiem fiordu, drugie nieco wyżej – na wzgórzach, jeszcze inne zawieszone wprost nad wodą: jednym końcem przytwierdzone do skały, a drugim wsparte na sięgających dna fiordu palach. Każdy w stosownej odległości od sąsiada. Pomiędzy domami nie ma żadnych ogrodzeń. Ani murków, ani płotów. Każdy dobrze wie, gdzie kończy się jego działka i gdzie zaczyna się teren sąsiada.

W 400-osobowej społeczności Velfjordu nie ma bezrobocia. Największym pracodawcą w okolicy jest kopalnia kredy, zatrudniająca 90 osób. Kilkadziesiąt osób pracuje w odległym o 30 km Bronnoysund – 4-tysięcznym miasteczku, w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 500 miejscami pracy, obsługujące instytucje administracyjne z całej Norwegii. Działa tu parę małych firm budowlanych, kilka osób pracuje na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest szkoła, dom opieki, supermarket z mini pocztą i mini bankiem, stacja benzynowa, restauracja, pensjonat. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych.

Beate

Beate i Arnt kilka lat temu postanowili założyć firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg. Każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają 6 osób, do tego pracują sami. Arnt jest szefem, ale też sam potrafi obsługiwać wszystkie maszyny. Beate nie ustępuje mu pola. Ona także jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. Ale przede wszystkim prowadzi księgowość. Oprócz tego jest zastępczym nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, dyrektor wzywa Beate do pomocy. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. Ich dochody są nieco wyższe od przeciętnych, dlatego mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i w miarę nowego mercedesa. Byli raz w Afryce i raz w Indiach – odwiedzić znajomych, ale jakoś nie ciągnie ich w świat.

Od kilku lat każdy urlop spędzają w Velfjordzie, gdzie kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Kompletna ruina: dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co tylko się da, by gospodarstwo wyglądało jak dawniej. Uszczelnili już dach, teraz ocieplają ściany, remontują stare okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat.

Choć w Hommelstø mieszkają na uboczu, dopiero tutaj czują się naprawdę dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate.  – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund

Sigmund nie wygląda na swoje 65 lat. Od rana do wieczora krząta się po swoim pensjonacie: sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez ponad 20 lat był nauczycielem w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu parcelę ze starym domem i nieczynnym tartakiem, wziął w banku kredyt  i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Sigmund wynajmuje im apartamenty i łodzie, na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy,. łososi morskich i halibutów. Aarstrand Pensjonat dysponuje 45 lóżkami, ale Sigmund nikogo nie zatrudnia. Radzi sobie zupełnie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą w pensjonacie ruch zamiera, a Sigmund wyjeżdża  na 4 miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Norwegia się zmienia – mówi – Pieniądze z ropy nas psują. Tutaj zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Rząd pompuje ogromne pieniądze w rolnictwo i rybołówstwo, ale ludzie, mimo dotacji, nie chcą być rolnikami i rybakami. Kto dziś pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą wygodne życie i czystą pracę w biurze. To jeszcze nie jest takie złe, bo, niestety, coraz więcej ludzi wybiera życie bez pracy. Nic dziwnego, jeśli na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron. Zawsze się szczyciliśmy, że jesteśmy najzdrowszym społeczeństwem w Europie, ale ostatnio coraz więcej ludzi korzysta ze zwolnień lekarskich. Czy można się dziwić, jeśli zasiłek chorobowy wynosi 100% pensji, już od pierwszego dnia zwolnienia, a zwolnienie na 3 dni można sobie wypisać samemu, bez wizyty u lekarza?

W tym roku Sigmund nie pracuje sam. Ponieważ zimowe rezerwacje były lepsze niż w poprzednich latach, uznał, że tym razem musi mieć kogoś do pomocy na stałe. Z kłopotu  wybawił go Walter, jego niemiecki klient i przyjaciel.

Walter

Walter  od 20 lat zajmuje się w Niemczech sprzedażą programów komputerowych do obsługi firm. Dorobił się mocnej pozycji na rynku, wybudował dom z kilkoma mieszkaniami na wynajem i sporo odłożył na przyszłość. Od lat wraz z żoną każdy urlop spędza w Norwegii. Zatrzymują się w Aarstrand Pensjonat, z którego właścicielem bardzo się zaprzyjaźnili. Walter, słysząc o czekającym Sigmunda nawale pracy, zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie gotów jest pracować u niego przez całe lato. – Zawsze podobała mi się Norwegia – mówi – zawsze byłem jej ciekaw, chciałem sprawdzić, jak się żyje z dala od miejskiego hałasu. Ale na urlopie nie doświadczysz prawdziwego życia w obcym kraju. Żeby je poznać, trzeba tu mieszkać, pracować, spotykać się z ludźmi, którzy tu żyją. Teraz Walter sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, wykonuje drobne naprawy i dogląda łodzi. W wolnych chwilach wypływa na wędkowanie w fiordzie, zbiera grzyby, ale najchętniej urządza przyjęcia nad brzegiem fiordu. Jest świetnym kucharzem.

Przez dwadzieścia lat siedziałem za biurkiem – mówi – zajmowałem się marketingiem, pisałem maile, wysyłałem oferty, przygotowywałem umowy. Rozmawiałem z klientami przez telefon, ale rzadko spotykałem się z ludźmi osobiście. Efekt mojej pracy sprowadzał się do stanu mojego konta, na które wpływały prowizje. Tutaj uzyskałem nową perspektywę. To, co zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, na sprzątnięty pokój, na przybitą deskę czy pomalowaną ścianę. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy. Być może, za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland

Vieland – także Niemiec – już to zrobił. Norwegia zafascynowała go 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Od tego czasu marzył, by się tu przenieść. Nauczył się norweskiego i parę lat temu spróbował odnowić swoją przyjaźń z sympatią z dawnych lat. Okazało się, że uczucie nie wygasło. Vieland zwinął swój interes w Niemczech i przeniósł się do Norwegii. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał trudności ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył. Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Pomysł wydaje się trafiony, bo Norwegowie masowo wycofują się z podobnego stylu życia. Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale kobiet chętnych do takiego życia jest już naprawdę niewiele. Chcą na co dzień korzystać z miejskich wygód i atrakcji, gdzie pod ręką mają restauracje, kina, butiki.

– Już dwa razy znalazłem gospodarstwo, o jakim marzyłem. Dawni właściciele zmarli, a dzieci nie były zainteresowane pracą na roli. Ale kiedy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie potrzebują tych pieniędzy i nie chcą pozbywać się rodzinnej własności.

Alexander

Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje tu od 4 lat. Swoją żonę, Helenę poznał dwa lata temu przez Internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – mówi z uśmiechem młody pastor. Po miesiącu ”klikania” Helena przyjechała do Hommelstø. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Wkrótce urodziła się im córeczka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu zbyt wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest też całkiem przyzwoita, a w takim miejscu jak Hommelstø rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. – Częściej by się nie opłacało – mówi. – Żeby odbyło się nabożeństwo, do Hommelstø musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku… żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za ich pracę i podróż. Największe koszty są w zimie. Żeby można było odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół musi być ogrzewany przez tydzień wcześniej. Na mszę przychodzi 3 do 6 osób.

-Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Nigdy nie wygraża z ambony palcem, że ludzie tak rzadko zjawiają się w kościele, za to angażuje się w lokalne życie. Założył klub młodzieżowy, sędziuje piłkarskie mecze, regularnie odwiedza dom opieki.

Starsi ludzie potrzebują, by z nimi porozmawiać, czasami nie ma z nimi kontaktu i mogę tylko potrzymać ich za rękę lub popatrzeć głęboko w oczy. Zdarza się, że trafiam na czyjeś urodziny. Każdy chce, bym wypił z nim kieliszek za jego zdrowie. Nie mogę odmawiać, dlatego do domu opieki zawsze chodzę piechotą. Na co dzień Alexander jeździ motocyklem.

W zeszłym roku odbyły się 3 śluby, 4 chrzty i 8 pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre

Sindre jest świeżo upieczonym konfirmantem. Właściwie nie chciał być konfirmowany w Kościele, wolał przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, ale 100 km na północ i południe prócz niego chętna była tylko jedna dziewczyna i nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre zdecydował się więc na zwykłą, czyli kościelną konfirmację, bo – jak mówi –Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, w czasie których przez tydzień swoją twórczość prezentują lokalni artyści. Na tarasie małego baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Po nich na scenę wchodzą kolejne, coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje sie coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa, żadnej agresji, żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie: w tłumie ludzi wyczuwa się jakiś naturalny porządek. Koło jedenastej nastolatki znikają, na imprezie zostają sami dorośli. Na stołach rosną stosy pustych puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża z ich sprzątaniem. I wtedy pojawia się Åge.

Åge

Po twarzy Åge’go wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Mężczyzna próbuje zaprowadzić trochę porządku. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, tiszircie,  bejsbolówce, z finką przy pasie i pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale Åge nie jest dozorcą, on jest tu gospodarzem: jest właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów stąd, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Systematycznie urządzają tu koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelstø i kamping w Nevernes to swoiste hobby Åge’go, by utrzymać kontakt z ludźmi i miejscem, z którego pochodzi jego żona. Do Velfjord przyjeżdżają na lato. W Nevernes mają dom, który specjalnie nie różni się od zabudowań sąsiadów. A mógłby, ponieważ Åge, będąc właścicielem flotylli tankowców gazowych jest jednym z najbogatszych ludzi w Norwegii. Jego ubiór, dom, sposób spędzania wolnego czasu niczym go nie wyróżniają spośród mieszkańców fiordu i całego kraju. Epatowanie bogactwem zawsze tu było w złym guście.

Ingrid

Ingrid jest zapaloną sportsmenką. Świetnie chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Gdy odbywa się bieg narciarski w Hommelstø, jego dawni mieszkańcy zjeżdżają się z całej Norwegii. W zeszłym roku biegło ponad 300 osób w wieku od 7 do 70 lat.

Ingrid uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje dla Hurtigruten jako przewodnik turystyczny. Hurtigruten to system połączeń kabotażowych, który kiedyś zapewniał łączność pocztową, dziś firma jest wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. Codziennie inny liniowiec Hurtigruten wyrusza z Bergen w liczącą 1250 Mm trasę przez krąg polarny i Przylądek Północny do Kirkenes przy granicy z Rosją, po drodze zawija do 34 portów. Rejs trwa 6 dni i zaliczany jest do jednej z najpiękniejszych podróży morskich na świecie.  – Pasażerowie – mówi Ingrid – to na ogół starsi ludzie z całego świata. Wśród nich jest wielu bogatych turystów, ale też i wiele osób, dla których jest to urlop życia, na który musieli długo oszczędzać.

Grethe i Ronald

Grethe i Ronald mieszkają w Bergen. Ona jest pracownikiem opieki społecznej, a on – dekarzem. Poznali się zaledwie trzy miesiące temu i postanowili wspólnie spędzić urlop. Wybrali się w podróż do Kirkenes i z powrotem. Na północ płynęli luksusowym statkiem Hurtigruten, na południe wracają motocyklem. W Hommelstø zatrzymali się na kilkudniowy odpoczynek. Mają za sobą 1800 km jazdy, zostało im jeszcze 1200.

Przez tydzień mieliśmy luksusowe życie – mówi Ronald –świetne jedzenie, basen, kręgle, dancingi, jacuzzi na górnym pokładzie. Codziennie wpływaliśmy do jakiegoś  fiordu i podziwialiśmy piękne widoki… Straszna nuda! Nie mogłem się doczekać, aż wsiądę na swoją yamachę i będę mógł jechać, jechać, jechać…

Amber

Amber właśnie skończyła pierwszą klasę. Ona także przyjechała tu na wakacje, do swojego dziadka. Amber ma czworo dziadków, ale w trzech miejscach. Jej kolega Snorre ma ich aż ośmioro. Wszyscy jego dziadkowie są rozwiedzieni i każdy z nich ma nowego partnera.

Także rodzice Sindre są rozwiedzieni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na 4 miesiące z odległego o 600 km Kristiansund. Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe 3 lata przenosi się więc do matki i jej przyjaciela. By odpowiedzieć na pytanie, ile ma rodzeństwa, musi się trochę zastanowić.: starsza siostra, która z nim mieszkała przez kilka lat – to jasne, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw, dwoje mamy, to w sumie będzie… pięcioro.

Anders, kolega Sindre mieszka z mamą i trójką rodzeństwa, ale dzieci wolą przebywać z ojcem, mieszkającym kilka kilometrów od nich. Gdy nie wracają na noc, matka jest spokojna, bo wie, że zostały u niego.

Jeszcze bliżej do swojego taty ma Ragnvald, inny kolega Sindre. Mieszka z bratem i siostrą u mamy, a tata z nową żoną i dzieckiem mieszkają w sąsiednim domu.

Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać ze sobą razem?

Decyzję o tym, kto zajmuje się dziećmi, ułatwia państwo, przyznając każdemu rodzicowi po 1000 koron miesięcznie. Rodzic, wychowujący dziecko samotnie dostaje podwójny zasiłek.

Spośród dorosłych bohaterów reportażu rozwiedziony nie był tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku rozwodów innym.

Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Trebah Garden

Odwiedziłem jw w tym roku

Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Pojezierze Drawskie to kraina urzekająca pięknem i spokojem, kusząca masą letnich atrakcji. Jeśli ktoś chce uciec od wielkiego miasta, tłumu i cywilizacji, potrafi czerpać radość z przebywania na łonie przyrody i lubi aktywny wypoczynek, nie może trafić lepiej.

Każdy kto jechał w kierunku Szczecina trasą A 10 lub A 20 musiał zauważyć gdzieś za Piłą lub Szczecinkiem ciągnące się przez dziesiątki kilometrów wspaniałe lasy. Droga wije się wśród jezior, wznosi się na pagórki i spokojnie z nich opada, a co chwila odsłania się panorama z pofałdowanymi łąkami i polami, z widocznymi w oddali lasami i jeziorami. Pełne uroku są również małe, senne miasteczka, położone często nad dwoma lub trzema jeziorami. A gdy zobaczymy z mostu grupę kajakarzy lub miniemy grupę rowerzystów, trudno nam będzie oprzeć się pokusie, by nie wrócić tu kiedyś i nie skręcić w bok od szosy głównej.

Wśród jezior i lasów

Polodowcowy krajobraz Pojezierza Drawskiego pofałdowany jest łagodnymi wzniesieniami, których zbocza często rozdzierają jary i wąwozy. O jego pięknie decydują jednak setki jezior, wypełniających malownicze doliny. Króluje wśród nich jezioro Drawsko, dwunaste pod względem powierzchni i drugie pod względem głębokości w Polsce. Inne duże jeziora regionu to: Wielimie, Lubie, Pile, Siecino, Komorze, Wierzchowo. Nad każdym z nich znajdują się kąpieliska, ośrodki sportów wodnych, kampingi i leśne pola biwakowe. Co krok spotykamy też małe jeziora wytopiskowe, tzw. oczka, z wolna zarastające i zanikające. Jest ich kilka tysięcy. Ciekawostką krainy są dość liczne jeziora lobeliowe, o piaszczystych dnach, w których uboga w związki mineralne woda zachowuje bardzo dużą przeźroczystość. Ich nazwa pochodzi od niezwykle rzadkiej, występującej tylko w tych warunkach rośliny – lobelii wodnej. Znajdujemy tu liczne rezerwaty przyrody, do których prowadzą szlaki turystyczne i ścieżki dydaktyczne.

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego rozpościera się Puszcza Drawska, na terenie której utworzono Drawieński Park Narodowy. Obydwa obszary łączy w jedną turystyczną całość rzeka Drawa. Szlak kajakowy Drawy nosi imię ks. kardynała Karola Wojtyły, który nim kilkakrotnie spływał. Kajakarzom dobrze znane są również Gwda i Piława. Wszystkie trzy płyną z północy na południe, tocząc swe czyste wody wśród łąk i lasów.

Po całym Pojezierzu rozsiane są małe miasteczka, liczące na ogół nie więcej niż 10 tys. mieszkańców. Najstarszym miastem regionu jest Drawsko Pomorskie, w którym zaczynają się ciekawe trasy rowerowe: wokół jeziora Lubie lub do „wodospadów” przepięknej rzeki Brzeźnicka Węgorza. Złocieniec może być świetnym punktem wypadowym do pobliskich rezerwatów oraz nad bajecznie piękne jezioro Siecino – jedno z najczystszych jezior w Polsce. Połczyn-Zdrój to znane uzdrowisko z przepięknym parkiem zdrojowym.

Leżący pomiędzy dwoma jeziorami uroczy Czaplinek z pięknym kompleksem staromiejskim jest najważniejszym centrum turystycznym regionu. Nad jeziorem Drawsko znajduje się kilka ośrodków wczasowych, plaża i przystanie żeglarskie. W okolicy rozpoczynają się szlaki kajakowe Drawy i Piławy, a z rynku wyrusza kilka wspaniałych tras rowerowych.

Borne Sulinowo pierwotnie stanowiło zaplecze wielkiego niemieckiego poligonu artyleryjskiego, a po wojnie było tajną bazą wojsk radzieckich. Do ich wycofania z Polski w 1992 roku miasta nie było na mapie. Po zwróceniu go polskiej administracji sukcesywnie przekształcane jest w centrum wypoczynkowe.

Największe miasto Pomorza Drawskiego – Szczecinek liczy ponad 40 tys. mieszkańców. To leżące pomiędzy jeziorami Trzesiecko i Wielimie miasto z licznymi obiektami sportowymi już przed wojną było znanym ośrodkiem turystycznym. Drawno, rozpostarte nad jeziorami Grażyna i Adamowo, leży kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego, ale jako ważny punkt spływu Drawą, pod względem turystycznym ściśle łączy się z miejscowościami położonego na północ od siebie regionu. Znajduje się tu punkt informacyjny Drawieńskiego Parku Narodowego oraz duża stanica wodna PTTK.

W miasteczkach oraz na szlakach turystycznych często napotykamy pojedyncze zabytkowe obiekty, stanowiące relikty przeszłości: małe urokliwe kościółki, ruiny zamków, pałace i parki dworskie. Można spotkać tu też liczne przykłady XIX-wiecznej architektury wiejskiej z domami budowanymi z czerwonej cegły.

Na turystów czekają liczne ośrodki wczasowe, położone nad dużymi jeziorami. Ale można też wybrać się tu z własnym namiotem lub przyczepą kempingową i zaszyć się głęboko w lesie na malowniczo położonym polu biwakowym lub zamieszkać w gospodarstwach agroturystycznych, pensjonatach, hotelach, a nawet w pałacach, przystosowanych do potrzeb ruchu turystycznego.

Atrakcje dla aktywnych

Największą atrakcją regionu są wspaniałe możliwości aktywnego wypoczynku. Rower, żagle, kajaki, konie na ogół kojarzą się z latem, ale wcale nie muszą. Rozważmy, czy – jeśli nie latem – nie warto wybrać się tu na przedłużony weekend jesienią lub wiosną.

Na rowerze. By się nie pogubić w plątaninie licznych szlaków turystycznych Pojezierza Drawskiego – pieszych, rowerowych, kajakowych i konnych, dobrze jest się zaopatrzyć w specjalistyczne mapy i atlasy. Warunki do uprawiania turystyki rowerowej są tu wspaniałe, a łączna długość tras – przeogromna. Przez całe Pojezierze Drawskie ciasno meandruje ekologiczny szlak rowerowy Greenway – Naszyjnik Północy, przebiegający przez wszystkie ważniejsze miejscowości i nie omijający niemal żadnej atrakcji przyrodniczej – najpiękniejszych lasów, jezior, rezerwatów. Naszyjnik Północy biegnie na obszarze czterech województw i zagląda w najciekawsze zakamarki Ziemi Krajeńskiej, Pomorza Drawskiego i Borów Tucholskich. Jego łączna długość wynosi 850 km, z czego aż 460 km przypada na Pojezierze Drawskie.

Prócz Naszyjnika Północy, znajdziemy tu ponad 40 oznakowanych lokalnych szlaków pętlowych, tzn. rozpoczynających i kończących się w tym samym punkcie. Ich tajemnicze nazwy: „Zaklęty Trójkąt”, „Lobeliowe Jeziora”, „Zaczarowane Pejzaże” trafnie oddają klimat czekającej nas na szlaku przygody. Trasy rozpoczynające się w Czaplinku, Połczynie, Drawsku, Złocieńcu, Szczecinku czy w Bornem Sulinowie mają podobny do siebie charakter. Mają od 30 do 60 km długości i przewidziane są na kilka godzin jazdy. Wiodą na ogół rzadko uczęszczanymi bocznymi drogami asfaltowymi, ale równie często w terenie, drogami gruntowymi. Pofałdowanie terenu zmusza do forsownych podjazdów, ale wynagradza je frajdą szalonych zjazdów. Szlaki prowadzą nas do rezerwatów i pomników przyrody, wspaniałych punktów widokowych, zabytków i ciekawych miejsc historycznych oraz malowniczych miejscowości. Przebiegają przez puszcze i lasy, wzdłuż rzek i jezior, pośród łąk, pól i zdziczałych sadów. Po drodze spotykamy stare kościółki, pałace, parki, stare młyny i browary. Ale przede wszystkim podziwiać możemy przyrodę. Często można zobaczyć wielkie ptaki: czarne bociany, samotne czaple czy pary żurawi. W pobliżu jezior możemy spotkać dzikie kaczki, perkozy i łabędzie. Lasy rozbrzmiewają śpiewem kosów, drozdów i rudzików. W przestworzach majestatycznie szybują myszołowy, jastrzębie, kanie, a nawet orły.

Pod żaglami. Na Pojezierzu Drawskim istnieją bardzo dobre warunki do uprawiania żeglarstwai windsurfingu. Umożliwiają to duże jeziora, ich urozmaicona linia brzegowa i korzystne wiatry. Żegluje się po jeziorze Drawsko, Lubie, Siecino i Trzesiecko oraz w mniejszym stopniu po jeziorze Krosino i Pile. Żaglówki można wypożyczyć nad jeziorem Siecino oraz w Lubieszewie, Czaplinku i Szczecinku. Na jeziorze Drawsko zakosztujemy żeglarstwa podobnego jak na Mazurach. Jezioro ma bardzo rozbudowaną linią brzegową, której długość wynosi 76 km. Jego brzegi na wielu odcinkach mają charakter klifów, ich wysokość dochodzi do 40 metrów ponad poziom lustra wody. W Czaplinku wynajmiemy zarówno lekkie żaglówki sportowe, jak i łodzie kabinowe z pełnym wyposażeniem turystycznym, by na kilka dni wybrać się w rejs po jezierze i spenetrować jego wspaniałe zatoki i wyspy.

Kajakiem. Jeśli nasze doświadczenia w pływaniu kajakiem ograniczają się jedynie do krótkich wypadów na jezioro dla urozmaicenia monotonii plażowania, to ledwo możemy przeczuwać uroki spływów kajakowych. Meandrowanie po rozlewiskach lub pokonywanie ostrych zakoli, zmieniające się krajobrazy, a wraz z nimi warunki żeglugi dostarczają podczas spływu niezapomnianych wrażeń. Płyniemy przez odkryte jezioro, potem gęste trzcinowisko, innym razem przez łąki grążeli lub skrzypu, raz niesie nas leniwy nurt, innym razem wpadamy w porywające kajak bystrza.  Największą atrakcją jest jednak pokonywanie przewróconych w poprzek rzeki drzew, gdy trzeba umiejętnie sterować kajakiem wśród gałęzi, czasem błyskawicznie się w nim położyć, by się zmieścić pomiędzy lustrem wody i kłodą. Czasem trzeba wyjść z kajaka na pień drzewa i przeciągnąć go ponad nim. Temu wszystkiemu towarzyszy niepowtarzalna atmosfera na biwakach i bindugach: ognisko, gitara, śpiew.

Szlaki kajakowe prowadzą po wodach aż siedmiu rzek Pojezierza Drawskiego, nie licząc ich małych dopływów z bocznych jezior. Najpopularniejsze z nich to: Drawa, Piława i Gwda. Znany, aczkolwiek rzadziej uczęszczany jest szlak jeziorny „Pętla Szczecinecka”. Najpiękniejszy jest odcinek Drawy pomiędzy Drawnem a Głuskiem. Rzeka ma tutaj wybitnie górski charakter. Płynie wartkim nurtem przez puszczę na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego. Wysokie na kilkadziesiąt metrów brzegi porasta wspaniały las bukowy, a przeszkody w postaci zwalonych w poprzek rzeki drzew pojawiają się jedna za drugą.

– „Daleko jeszcze?” – to najczęściej zadawane pytanie przez tych, co na spływ wybrali się po raz pierwszy. Zwykle jest daleko. Na typowym spływie codziennie płynie się 5 do 7 godzin, by pokonać 10 do 20 kilometrów. Na pokonanie całej Gwdy potrzebować będziemy sześć dni. Na pokonanie Drawy – co najmniej dziesięć. Ale możemy też wybrać krótszy odcinek na jeden dzień lub weekend. Kajaki wypożyczyć można w miejscach rozpoczęcia spływu: w Czaplinku, Szczecinku, Bornem Sulinowie i w Drawnie.

Konno. Po całym Pojezierzu i na obrzeżach Puszczy Drawskiej rozsianych jest kilkadziesiąt stadnin, do których możemy przyjechać na weekend lub wczasy w siodle. Ale konno możemy uprawiać również turystykę. W Szczecinku, Łobzie i Drawsku Pomorskim znajdziemy oznakowane kilkukilometrowe lokalne szlaki konne. Bardziej doświadczeni jeźdźcy mogą tu przeżyć prawdziwą przygodę. Z Łobza do Białego Boru wiedzie szlak konny Pojezierza Drawskiego. Długość szlaku, oznakowanego pomarańczowym kołem, wynosi 186 km. Podzielony jest na 5 odcinków o długości od 16 do 69 km, z których każdy rozpoczyna się i kończy przy dużym ośrodku jeździeckim. Szlak przebiega mało uczęszczanymi drogami gruntowymi i ścieżkami w wyjątkowo malowniczym krajobrazie przez rozległe pola, łąki, nieużytki i lasy.

Raj wędkarzy i grzybiarzy

Tutejsze jeziora to prawdziwe eldorado dla wędkarzy. Ich trofeami mogą być szczupaki, których waga dochodzi do 25 kg, węgorze, sandacze, okonie, tony płoci, linów, leszczy, a nawet potężny, liczący 2 m sum. Spokój, zupełne odludzie i kompletny brak konkurencji. Wprawny wędkarz w godzinę zapełni swoje wiaderko, a później będzie się…słodko nudził.

Od końca lata aż do późnej jesieni tutejsze bory i puszcze obfitują w kurki, podgrzybki i prawdziwki. Minęły już czasy, gdy rozdeptywane były przez tłumy przyjeżdżające z zakładowymi wycieczkami z Poznania i Szczecina. Jesienią wcale tu nie ma tłoku i przyjeżdżając w te strony na pewno doświadczymy kojącej ciszy i samotności. Dobrze jest przyjechać na weekend i zatrzymać się w jednym z gospodarstw agroturystycznych, we wsi letniskowej lub w kwaterach należących do leśników. Ich właściciele na pewno szepną nam słówko, dokąd się udać, by w mig napełnić grzybami całe kosze. Nie martwmy się, jak poradzimy sobie z ich nadmiarem. Miejsca dla turystów-grzybiarzy zazwyczaj wyposażone są w specjalne suszarnie. Jeśli po trudach zbierania grzybów starczy nam siły na ich obranie, rano będziemy mieli gotowe zapasy na Wigilię.

Klęska urodzaju

Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa – pisali jeden przez drugiego na naszych forach grzybiarskich pod zdjęciami borowików szlachetnych. Na jednych – grzyby wciąż jeszcze żywe, niezerwane, na tle suchych liści albo zielonego  mchu i paproci. Na innych – już zerwane  – w garści, w koszyku, w wiaderku, na stole, na ławie, ale też jak żywe. Sto! Sto pięćdziesiąt, dwieście, dwieście dziewięćdziesiąt osiem! – licytowali się jeden przez drugiego grzybiarze-internauci. Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch takich, co rozłożyli na stole dwieście prawdziwków i dopisali , że  sto kozaków już im się nie zmieściło. No i taka jedna damulka. 15 minut spacerku z pieskiem – napisała pod zdjęciem, na którym lewą ręką przytula cztery dorodne prawdziwki do swych dorodnych piersi, a prawą – domyślam się – strzela sweetfocię. Piękne, piękne! – szeptałem nie mogąc oderwać wzroku.

Puszczę Bukową znam dość dobrze.  Co najmniej od trzydziestu lat biegam po niej, spaceruję, jeżdżę rowerem, oprowadzam gości. Uwielbiam jej krajobraz o każdej porze roku. Te buki, te strumyki, wzgórza i wąwozy! Ale grzyba w niej nie znalazłem żadnego, co najwyżej hubę. Aż tu  nagle: Prawdziwki! Skąd te prawdziwki? – myślałem. Jadę, jadę, jutro jadę – postanowiłem.

Rankiem zerwałem się skoro świt, jeszcze przed południem. Postanowiłem, że wypuszczę się w puszczę głęboko w jej paszczę, w same trzewia jej się wgryzę w pobliżu kamiennego Serca. Przy drodze – samochodów tyle, że pomyślałem, czy tu czasem autogiełdy nie przenieśli. Zaparkowałem. Idę, idę, idę i na początku niby to nie patrzę, ale od razu patrzę, czy czegoś nie wypatrzę. Sucho. Tak sucho, że od razu w gardle sucho mi się zrobiło, a woda – w samochodzie, ale co tam, idę. Nie wracam się, tylko dalej idę i upajam się marzeniami o prawdziwkach. Tak się śpieszyłem, żeby zdążyć na słońce w zenicie, że nawet śniadania nie zjadłem. Nic dziwnego, że mi kiszki marsza grają. A z muzyką – wiadomo – piechurowi łatwiej. Rozwijam się więc w marszu, w dumaniu robię pauzę. Lewa, lewa, lewa! Idę, ale wzrok mi sokoli nie gaśnie. Liście szeleszczą, gałązki trzeszczą. Dziś wszystkie kwiaty, wszystkie ptaki, wszystkie drzewa, cała przyroda o prawdziwkach mi śpiewa. Prysznica też nie wziąłem. Zresztą po co? Przecież na kąpiel leśną idę. Shinrin-Yoku – jak mówią Japończycy. Więc chłonę przyrodę w zachwycających okolicznościach przyrody. Wszystkimi sześcioma zmysłami, bo po matce odziedziczyłem też ten szósty – kobiecy. Ale nie pomaga mi wywąchać ni wypatrzeć żadnego prawdziwka.

Po kiego grzyba tu się wybrałem? – zaczynają się we mnie budzić pierwsze wątpliwości. Ale idę. Idę i idę. Może jednak za szybko idę? I dlatego nic nie widzę? Dobrze, wolniej, wolniej, powoli… powoli, jak żółw ociężale, lecz prawdziwków jak nie było, tak nie ma. A już myślałem, że jak zające czmychały mi spod nóg, gdy szedłem za szybko.

Aa, już wiem, czemu ich nie widzę! – oświeca mnie nagle. Bo pod słońce idę, a prawdziwków przecież pod słońce się nie zbiera! Trzeba więc ze słońcem iść. Ale, jak to? Tak po prostu mam się odwrócić, w dodatku do tyłu? A jak się w słup soli przemienię? Zerkam więc tylko w bok ukradkiem. Rzeczywiście, widać lepiej niż pod słońce. A ze słońcem, to dopiero by mi się wzrok wyostrzył! A może i rozum wraz ze wzrokiem? Może i słuch by mi się poprawił? I inne zmysły? Oj, żonka by się ucieszyła, gdybym tak prosto z lasu jak ten myśliweczek-kochaneczek zaczął się do  niej przystawiać, świeżo jak Kanada pachnący żywicą. Może by mi dała chleba z masłem, a nie sama by jadła?

A jak tak idę i idę pod słońce i oczy coraz bardziej mrużę, to mi się skośne robią, jak u Kitajca jakiegoś. Ale idę. Idę i oczy mrużę, a to nuży, więc pytam: I po co ja tak w znużeniu idę? Myślę, myślę, myślę. Ale ciężko mi się myśli, kiedy tak idę, i ciężko mi się idzie, kiedy tak oczy muszę mrużyć. Rozum mam prosty i wszystkie operacje wykonuję jedna po drugiej, jak Atari, a nie jak MacBook jakiś multimedialny i wielofunkcyjny. Więc może się zatrzymam, żeby pomyśleć, po co w tym znużeniu idę? Myślę, że jak bym się zatrzymał, to bym mógł lepiej pomyśleć. Myślę więc, że lepiej się zatrzymać. I nagle: buch, para w ruch, myśl moja zostaje wprowadzona w czyn, a ciało w bezruch. Proszę bardzo! Nie każdy tak potrafi: zrobić coś z niczego.

Stoję na stacji jak lokomotywa. Ciężko ogromnie, pot ze mnie spływa, bo słońce wciąż świeci mi w oczy. Stoję tak sobie i stoję,  zrazu bezmyślnie, ale czuję, jak myśl prosta mnie nachodzi. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, snuje mi się po mózgu ospale i nagle przeskakuje mi po synapsach i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej. I dudni, i stuka, łomoce i pędzi: A dokąd? A dokąd? A dokąd tak gnasz? No, wreszcie jestem w domu! Poznaję samego siebie i wiem znów, kim jestem. Na grzyby! – odpowiadam sam sobie. Na grzyby! A grzybów nie ma albo ich nie widać, a nie widać ich bo pod słońce idę. Więc: W tył zwrot! – mój centralny ośrodek dowodzenia wydaje komendę, a korpus mój grzybiarski wykonuje wtyłzwrot. I co widzę? Nic nie widzę. Grzybów jak nie było, tak nie ma. Tylko las. Nie będzie nas, a będzie las. Ale rzeczywiście: widzę teraz lepiej, ostrzej, jaśniej. Robię parę kroków, żeby się upewnić, czy nie przeoczyłem jakiegoś prawdziwka. Ale nie – utwierdzam się w swoich przypuszczeniach – nic nie przeoczyłem. Uff, jaka ulga, bo gdybym teraz znalazł jakiegoś grzybka, albo choćby i podgrzybka, wyszedłbym na fajtłapę, a ja przecież grzybiarz jestem, wytrawny jak wino i z wiekiem coraz lepszy.

Ale skoro teraz tak dobrze widać, to może teraz pójść ze słońcem, a nie pod? No, ale jak pójdę ze słońcem, to pójdę do domu, a ja chcę przecież iść na grzyby. To może jednak, skoro tak lepiej widać, lepiej poruszać się tyłem? Jak rak. No, skoro rak potrafi, to Polak przecież też. Idę, idę, tyłem idę i nagle: łup! Drzewo czy słup? Pieniek. I o ziemię: Dup! W tył zwrot, padnij, powstań! – jak w wojsku. Aż koszyk mi wypadł z ręki i potoczył się po stoku. Dobrze, że jeszcze grzybów nie uzbierałem, bo by mi się wszystkie wysypały. No, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Zbieram więc koszyk do kupy, ale: pusty. Kozik zgubił, fajtłapa. Może znajdę? Ale gdzie tam! Znajdź tu kozik w lesie wielkim jak puszcza. Odpuszczam, bo to jak szukanie igły w stogu siana. Trudno. Jak już znajdę te prawdziwki, będę wykręcał. Jak żarówkę, tylko odwrotnie. To znaczy: nie z góry na dół, tylko z dołu do góry. Ależ mnie wkręcili w te prawdziwki! A najbardziej to ta pani z borowikami przy piersi. Gdybym ją teraz spotkał, to bym jej pokazał. Co bym jej pokazał? No, pusty koszyk bym jej pokazał.

No dobra, nie ma co narzekać. Uszy do góry i: Do przodu. Jak zając pod miedzą. Iść, ciągle iść w stronę słońca. Ale nagle: Co to? Górka. Góra nawet, oj jaka góra! Przysłaniam oczy dłonią i co widzę? Zamiast gładkich srebrnych pni bukowych szorstkie szare. Dęby? Dęby? Dęby. A wiadomo, co rośnie pod dębami! Prawdziwki! Borowiki. Szlachetne. Najszlachetniejsze z naszych grzybów, bo te, co wywąchują świnie przecież się nie liczą. No, górko! Chodź tu do mnie! Chodź, chodź! Nie chcesz? To chyba ja się będę musiał do ciebie pofatygować. I Idę. Znów idę. Ale już nie tak dziarsko, jak z góry, bo pod górę. Ale co mi tam  – pocieszam się. Jak wejdę na górę to potem będę miał z górki. Żeby tylko nie na pazurki. Koszyczka swego pilnuję, jak Czerwony Kapturek. Tylko ciasta i wina w nim brak. Babci też już nie mam. I kozika. Ale co tam, zaraz napełnię go borowikami. Tu pod dębami, tu pod bukami, między sosnami. Idę więc, choć niełatwo, bo pod górę, ale idę.

Chyba nikt  ich tu mi nie wyzbierał, bo żywego ducha nie spotkałem. Aż tu nagle… Co widzę? No, co widzę? Co ja widzę? Liście zbite w wystającą kupkę, ziemia odsłonięta i lekko przeorana. Dzika świnia? Więc może trufle? Nie! To nie dzika świnia. Ludzka! Pacnęła obok puszkę po piwie! Boże! Dzięki Ci Boże! Nie jestem sam na tej bezludnej wyspie, co samotnie ponad zielony przestwór oceanu się wynurza! Już miałem całować ślad swego bliźniego, już miałem świecę w biały dzień zapalać, by znaleźć człowieka, ale przypomniało mi się, po co idę. Na grzyby! Na grzyby przecież idę. Dalej więc, dalej! Maszeruję dzielnie, maszeruję, a przede mną drzewa salutują. Idę, idę, idę, a w słońcu kołysze się kosz. Co tam taka górka!

I oto jestem na szczycie. Wciąż bez grzyba, prawie bez siły, bez tchu niemalże i niemal bez nadziei. Usiąść, odpocząć, przycupnąć. O! Tu jest pieniek. Dębowy. Przynajmniej się nie załamie pode mną. Siadam więc i siedzę. Siedzę więc  i patrzę. Patrzę więc i widzę: Dookoła stoją dęby jak chłopy, za nimi buki jak… buki. Z prawej – sosny wysmukłe, ale też niczego sobie, postawne, jak matrioszki, tylko nie takie pękate jak matrioszki, a wysmukłe jak mówiłem. Słoneczko świeci, wiaterek zawiewa, ptaszęta śpiewają, dzięcioły stukają, sarenki skakają, cuda się zapowiadają. Idylla, idylliczna idylla, tylko prawdziwków brakuje, aż się chce je domalować.

Ale prawdziwków ani widu, ani słychu. Żeby jakiś znak! Jakiś sygnał, nadzieja, jej cień, a tu: nic. Żeby chociaż ktoś na srebrnej korze buka nożem wyrył: Kocham cię, Lesie! I zamiast serca rysunek grzyba z trzonkiem i kapeluszem wyciął, a tu: nic. Gdybym chociaż kozik miał, to sam bym wyrył napis: Tu byłem. Ale nawet kozika nie mam. Moja więc wyprawa nie przejdzie do historii. O, lesie, lesie! O, losie! Do domu trzeba by wrócić się.

Tylko w którą stronę? Zaraz, zaraz, bez paniki. Jako że szybko potrafię liczyć w pamięci, kalkuluję: Szedłem cały czas w stronę słońca, a koło południa było, więc na azymut 180. Ale ponieważ mamy czas letni, trzeba odjąć godzinę, a godzina to 360  przez 24, równa się 15 stopni na godzinę, więc: 165. Ale  – patrzę na zegarek  – jest druga, więc słońce jest na 195. Jeśli się obrócę przez lewe ramię, to będzie 195 minus 180, równa się 15, czyli godzinka w prawo od mchu na drzewach po północnej stronie i paproci w poszyciu. Ustawiam się w odpowiednim kierunku i idę. Idę, idę i idę.  Na azymut teraz idę. I wychodzę. Na co? No zgadnijcie, na co ja wychodzę? Prosto na samochód ja wychodzę! Jak w mordę strzelił. Ma się tego grzybiarskiego nosa! Szkoda tylko, że z tymi prawdziwkami wyszedłem  jak Zabłocki na mydle. O, mydło! Dobry pomysł. Wiecie, czemu wędkarz bierze mydło, gdy idzie na ryby? Żeby móc ręce umyć, jak gówno złapie. Mnie też przydałoby się.

Wsiadłszy do samochodu wzdycham ciężko: Klęska… urodzaju. Łi, łi – potwierdził po francusku pan samochodzik, a ja zamruczałem pod nosem, grzybiarskim: Nic nie znalazłem. Wrrr! – odburknął pan samochodzik i pojechaliśmy w stronę domu. Żegnaj Puszczo Bukowa, naprawdę masz serce z kamienia. A w domu żonka moja czeka. Stęskniona i głodna. Dlaczego stęskniona? Wiadomo: myśliweczka-kochaneczka wyczekuje. Mógłby wpaść, kiedy mąż na grzybach. A dlaczego głodna? Bo od ust sobie odejmuje smakołyki wszelakie, którymi wypełniona jest spiżarnia i lodówka nasza. A dlaczego sobie odejmuje? Bo na grzybki czeka. A grzybki gdzie? W lesie! Wracać?

Nie. Obiecałem przecież zrobić obiad. Jadę na rynek. A tam: prawdziwki, podgrzybki i kurki nawet. Ale przecież nie kupię. Jakem grzybiarz, nie-ku-pię! Sprzedać co najwyżej mógłbym, ale kupić? Nie kupię! Zresztą brzydziłbym się wziąć cudzego grzyba do ust. To nie to co własny. Własnoręcznie oczyszczony, uzbierany, wyszukany, wypatrzony,  wychodzony, wymarzony.

Idę więc do Lidla i kupuję  paczkę pieczarek – 500 gram za 4 złote – polędwiczkę wieprzową, śmietanę, talarki z ziemniaków i gotowane buraczki. Na obiad będą medaliony w sosie pieczarkowo-śmietanowym, czyli grzybki, jak obiecałem. I medal za wytrwałość.

JERZY KRUK

Zdjęcie prawdziwków z własnego zbioru – Karolina Kinga Grudzińska

Jeśli spodobało Ci się, jak operuję piórem, to może sprawdzisz, jak robię to na poważnie, kupując moją pierwszą powieść i wspierając tym samym mój debiut?

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę:

Po prawdziwki nad Drawę.

Już sam dojazd dębowymi, klonowymi, lipowymi, jesionowymi tunelami wywołuje przyspieszone bicie serca. Dwa dni na grzybach, dwieście prawdziwków, dziesięć kilo podgrzybkowego drobiazgu do marynowania, kozaki, zajączki, maślaki na patelnię grzybów różnych, kanie zamiast schabowego. Cztery kąpiele w trzech jeziorach, każde o innym zapachu i kolorze wody, wieczorem cieplutkiej, z rana wyraźnie rześkiej. Jedna noc na bindudze. Ptasie radio na dobranoc. Wieczór i kolacja przy ognisku. Zero innych turystów z wyjątkiem nocnych gości, co nam porozrzucali buty i woreczki z chusteczkami w promieniu stu metrów. Kiełbaska z rusztu zostawiona na śniadanie też im smakowała. Tak jak nam konserwa turystyczna, której w domu nie jemy, tylko – jak nazwa wskazuje – na wyjazdach. W plener. Drugi koncert zaczął się dopiero koło trzeciej. Na dwie tuby porykujących jeleni i chichot puszczyka solo. Puchacz, którego tak lubię, niestety tym razem się nie odezwał. Może zaspał, skoro wieczór taki piękny, a noc taka ciepła? Żurawiom też nie chciało się latać ani klangorzyć. Ani gęsiom gęgać. Chyba zbierają siły przed odlotem. Za to noc bezksiężycowa i bezchmurna, więc: miriady gwiazd, których w mieście nie widać. To była chyba jedna z ostatnich ciepłych nocy, więc sen pod gołym niebem. Poszum liści na wietrze i cichutkie bulgotanie rzeki. Aż żal było zasypiać. A wyjeżdżać? To już nie mówię.

JERZY KRUK

Puszcza Bukowa

Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa, Puszcza Bukowa – pisali jeden przez drugiego na naszych forach grzybiarskich pod zdjęciami borowików szlachetnych. Na jednych – grzyby wciąż jeszcze żywe, niezerwane, na tle suchych liści albo zielonego  mchu i paproci. Na innych – już zerwane  – w garści, w koszyku, w wiaderku, na stole, na ławie, ale też jak żywe. Sto! Sto pięćdziesiąt, dwieście, dwieście dziewięćdziesiąt osiem! – licytowali się jeden przez drugiego grzybiarze-internauci. Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch takich, co rozłożyli na stole dwieście prawdziwków i dopisali , że  sto kozaków już im się nie zmieściło. No i taka jedna damulka. 15 minut spacerku z pieskiem – napisała pod zdjęciem, na którym lewą ręką przytula cztery dorodne prawdziwki do swych dorodnych piersi, a prawą – domyślam się – strzela sweetfocię. Piękne, piękne! – szeptałem nie mogąc oderwać wzroku.

Puszczę Bukową znam dość dobrze.  Co najmniej od trzydziestu lat biegam po niej, spaceruję, jeżdżę rowerem, oprowadzam gości. Uwielbiam jej krajobraz o każdej porze roku. Te buki, te strumyki, wzgórza i wąwozy! Ale grzyba w niej nie znalazłem żadnego, co najwyżej hubę. Aż tu  nagle: Prawdziwki! Skąd te prawdziwki? – myślałem. Jadę, jadę, jutro jadę – postanowiłem.

Rankiem zerwałem się skoro świt, jeszcze przed południem. Postanowiłem, że wypuszczę się w puszczę głęboko w jej paszczę, w same trzewia jej się wgryzę w pobliżu kamiennego Serca. Przy drodze – samochodów tyle, że pomyślałem, czy tu czasem autogiełdy nie przenieśli. Zaparkowałem. Idę, idę, idę i na początku niby to nie patrzę, ale od razu patrzę, czy czegoś nie wypatrzę. Sucho. Tak sucho, że od razu w gardle sucho mi się zrobiło, a woda – w samochodzie, ale co tam, idę. Nie wracam się, tylko dalej idę i upajam się marzeniami o prawdziwkach. Tak się śpieszyłem, żeby zdążyć na słońce w zenicie, że nawet śniadania nie zjadłem. Nic dziwnego, że mi kiszki marsza grają. A z muzyką – wiadomo – piechurowi łatwiej. Rozwijam się więc w marszu, w dumaniu robię pauzę. Lewa, lewa, lewa! Idę, ale wzrok mi sokoli nie gaśnie. Liście szeleszczą, gałązki trzeszczą. Dziś wszystkie kwiaty, wszystkie ptaki, wszystkie drzewa, cała przyroda o prawdziwkach mi śpiewa. Prysznica też nie wziąłem. Zresztą po co? Przecież na kąpiel leśną idę. Shinrin-Yoku – jak mówią Japończycy. Więc chłonę przyrodę w zachwycających okolicznościach przyrody. Wszystkimi sześcioma zmysłami, bo po matce odziedziczyłem też ten szósty – kobiecy. Ale nie pomaga mi wywąchać ni wypatrzeć żadnego prawdziwka.

Po kiego grzyba tu się wybrałem? – zaczynają się we mnie budzić pierwsze wątpliwości. Ale idę. Idę i idę. Może jednak za szybko idę? I dlatego nic nie widzę? Dobrze, wolniej, wolniej, powoli… powoli, jak żółw ociężale, lecz prawdziwków jak nie było, tak nie ma. A już myślałem, że jak zające czmychały mi spod nóg, gdy szedłem za szybko.

Aa, już wiem, czemu ich nie widzę! – oświeca mnie nagle. Bo pod słońce idę, a prawdziwków przecież pod słońce się nie zbiera! Trzeba więc ze słońcem iść. Ale, jak to? Tak po prostu mam się odwrócić, w dodatku do tyłu? A jak się w słup soli przemienię? Zerkam więc tylko w bok ukradkiem. Rzeczywiście, widać lepiej niż pod słońce. A ze słońcem, to dopiero by mi się wzrok wyostrzył! A może i rozum wraz ze wzrokiem? Może i słuch by mi się poprawił? I inne zmysły? Oj, żonka by się ucieszyła, gdybym tak prosto z lasu jak ten myśliweczek-kochaneczek zaczął się do  niej przystawiać, świeżo jak Kanada pachnący żywicą. Może by mi dała chleba z masłem, a nie sama by jadła?

A jak tak idę i idę pod słońce i oczy coraz bardziej mrużę, to mi się skośne robią, jak u Kitajca jakiegoś. Ale idę. Idę i oczy mrużę, a to nuży, więc pytam: I po co ja tak w znużeniu idę? Myślę, myślę, myślę. Ale ciężko mi się myśli, kiedy tak idę, i ciężko mi się idzie, kiedy tak oczy muszę mrużyć. Rozum mam prosty i wszystkie operacje wykonuję jedna po drugiej, jak Atari, a nie jak MacBook jakiś multimedialny i wielofunkcyjny. Więc może się zatrzymam, żeby pomyśleć, po co w tym znużeniu idę? Myślę, że jak bym się zatrzymał, to bym mógł lepiej pomyśleć. Myślę więc, że lepiej się zatrzymać. I nagle: buch, para w ruch, myśl moja zostaje wprowadzona w czyn, a ciało w bezruch. Proszę bardzo! Nie każdy tak potrafi: zrobić coś z niczego.

Stoję na stacji jak lokomotywa. Ciężko ogromnie, pot ze mnie spływa, bo słońce wciąż świeci mi w oczy. Stoję tak sobie i stoję,  zrazu bezmyślnie, ale czuję, jak myśl prosta mnie nachodzi. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, snuje mi się po mózgu ospale i nagle przeskakuje mi po synapsach i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej. I dudni, i stuka, łomoce i pędzi: A dokąd? A dokąd? A dokąd tak gnasz? No, wreszcie jestem w domu! Poznaję samego siebie i wiem znów, kim jestem. Na grzyby! – odpowiadam sam sobie. Na grzyby! A grzybów nie ma albo ich nie widać, a nie widać ich bo pod słońce idę. Więc: W tył zwrot! – mój centralny ośrodek dowodzenia wydaje komendę, a korpus mój grzybiarski wykonuje wtyłzwrot. I co widzę? Nic nie widzę. Grzybów jak nie było, tak nie ma. Tylko las. Nie będzie nas, a będzie las. Ale rzeczywiście: widzę teraz lepiej, ostrzej, jaśniej. Robię parę kroków, żeby się upewnić, czy nie przeoczyłem jakiegoś prawdziwka. Ale nie – utwierdzam się w swoich przypuszczeniach – nic nie przeoczyłem. Uff, jaka ulga, bo gdybym teraz znalazł jakiegoś grzybka, albo choćby i podgrzybka, wyszedłbym na fajtłapę, a ja przecież grzybiarz jestem, wytrawny jak wino i z wiekiem coraz lepszy.

Ale skoro teraz tak dobrze widać, to może teraz pójść ze słońcem, a nie pod? No, ale jak pójdę ze słońcem, to pójdę do domu, a ja chcę przecież iść na grzyby. To może jednak, skoro tak lepiej widać, lepiej poruszać się tyłem? Jak rak. No, skoro rak potrafi, to Polak przecież też. Idę, idę, tyłem idę i nagle: łup! Drzewo czy słup? Pieniek. I o ziemię: Dup! W tył zwrot, padnij, powstań! – jak w wojsku. Aż koszyk mi wypadł z ręki i potoczył się po stoku. Dobrze, że jeszcze grzybów nie uzbierałem, bo by mi się wszystkie wysypały. No, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Zbieram więc koszyk do kupy, ale: pusty. Kozik zgubił, fajtłapa. Może znajdę? Ale gdzie tam! Znajdź tu kozik w lesie wielkim jak puszcza. Odpuszczam, bo to jak szukanie igły w stogu siana. Trudno. Jak już znajdę te prawdziwki, będę wykręcał. Jak żarówkę, tylko odwrotnie. To znaczy: nie z góry na dół, tylko z dołu do góry. Ależ mnie wkręcili w te prawdziwki! A najbardziej to ta pani z borowikami przy piersi. Gdybym ją teraz spotkał, to bym jej pokazał. Co bym jej pokazał? No, pusty koszyk bym jej pokazał.

No dobra, nie ma co narzekać. Uszy do góry i: Do przodu. Jak zając pod miedzą. Iść, ciągle iść w stronę słońca. Ale nagle: Co to? Górka. Góra nawet, oj jaka góra! Przysłaniam oczy dłonią i co widzę? Zamiast gładkich srebrnych pni bukowych szorstkie szare. Dęby? Dęby? Dęby. A wiadomo, co rośnie pod dębami! Prawdziwki! Borowiki. Szlachetne. Najszlachetniejsze z naszych grzybów, bo te, co wywąchują świnie przecież się nie liczą. No, górko! Chodź tu do mnie! Chodź, chodź! Nie chcesz? To chyba ja się będę musiał do ciebie pofatygować. I Idę. Znów idę. Ale już nie tak dziarsko, jak z góry, bo pod górę. Ale co mi tam  – pocieszam się. Jak wejdę na górę to potem będę miał z górki. Żeby tylko nie na pazurki. Koszyczek swój pilnuję, jak Czerwony Kapturek. Tylko ciasta i wina w nim brak. Babci też już nie mam. I kozika. Ale co tam, zaraz napełnię go borowikami. Tu pod dębami, tu pod bukami, między sosnami. Idę więc, choć niełatwo, bo pod górę, ale idę.

Chyba nikt  ich tu mi nie wyzbierał, bo żywego ducha nie spotkałem. Aż tu nagle… Co widzę? No, co widzę? Co ja widzę? Liście zbite w wystającą kupkę, ziemia odsłonięta i lekko przeorana. Dzika świnia? Więc może trufle? Nie! To nie dzika świnia. Ludzka! Pacnęła obok puszkę po piwie! Boże! Dzięki Ci Boże! Nie jestem sam na tej bezludnej wyspie, co samotnie ponad zielony przestwór oceanu się wynurza! Już miałem całować ślad swego bliźniego, już miałem świecę w biały dzień zapalać, by znaleźć człowieka, ale przypomniało mi się, po co idę. Na grzyby! Na grzyby przecież idę. Dalej więc, dalej! Maszeruję dzielnie, maszeruję, a przede mną drzewa salutują. Idę, idę, idę, a w słońcu kołysze się kosz. Co tam taka górka!

I oto jestem na szczycie. Wciąż bez grzyba, prawie bez siły, bez tchu niemalże i niemal bez nadziei. Usiąść, odpocząć, przycupnąć. O! Tu jest pieniek. Dębowy. Przynajmniej się nie załamie pode mną. Siadam więc i siedzę. Siedzę więc  i patrzę. Patrzę więc i widzę: Dookoła stoją dęby jak chłopy, za nimi buki jak… buki. Z prawej – sosny wysmukłe, ale też niczego sobie, postawne, jak matrioszki, tylko nie takie pękate jak matrioszki, a wysmukłe jak mówiłem. Słoneczko świeci, wiaterek zawiewa, ptaszęta śpiewają, dzięcioły stukają, sarenki skakają, cuda się zapowiadają. Idylla, idylliczna idylla, tylko prawdziwków brakuje, aż się chce je domalować.

Ale prawdziwków ani widu, ani słychu. Żeby jakiś znak! Jakiś sygnał, nadzieja, jej cień, a tu: nic. Żeby chociaż ktoś na srebrnej korze buka nożem wyrył: Kocham cię, Lesie! I zamiast serca rysunek grzyba z trzonkiem i kapeluszem wyciął, a tu: nic. Gdybym chociaż kozik miał, to sam bym wyrył napis: Tu byłem. Ale nawet kozika nie mam. Moja więc wyprawa nie przejdzie do historii. O, lesie, lesie! O, losie! Do domu trzeba by wrócić się.

Tylko w którą stronę? Zaraz, zaraz, bez paniki. Jako że szybko potrafię liczyć w pamięci, kalkuluję: Szedłem cały czas w stronę słońca, a koło południa było, więc na azymut 180. Ale ponieważ mamy czas letni, trzeba odjąć godzinę, a godzina to 360  przez 24, równa się 15 stopni na godzinę, więc: 165. Ale  – patrzę na zegarek  – jest druga, więc słońce jest na 195. Jeśli się obrócę przez lewe ramię, to będzie 195 minus 180, równa się 15, Czyli godzinka w prawo od mchu na drzewach po północnej stronie. Ustawiam się w odpowiednim kierunku i idę. Idę, idę i idę.  Na azymut teraz idę. I wychodzę. Na co? No zgadnijcie, na co ja wychodzę? Prosto na samochód ja wychodzę! Jak w mordę strzelił. Ma się tego grzybiarskiego nosa! Szkoda tylko, że z tymi prawdziwkami wyszedłem  jak Zabłocki na mydle. O, mydło! Dobry pomysł. Wiecie, czemu wędkarz bierze mydło, gdy idzie na ryby? Żeby móc ręce umyć, jak gówno złapie. Mnie też przydałoby się.

Wsiadłszy do samochodu wzdycham ciężko: Klęska… urodzaju. Łi, łi – potwierdził po francusku pan samochodzik, a ja zamruczałem pod nosem, grzybiarskim: Nic nie znalazłem. Wrrr! – skwitował pan samochodzik i pojechaliśmy w stronę domu. Żegnaj Puszczo Bukowa, naprawdę masz serce z kamienia. A w domu żonka moja czeka. Stęskniona i głodna. Dlaczego stęskniona? Wiadomo: myśliweczka-kochaneczka wyczekuje. Mógłby wpaść, kiedy mąż na grzybach. A dlaczego głodna? Bo od ust sobie odejmuje smakołyki wszelakie, którymi wypełniona jest spiżarnia i lodówka nasza. A dlaczego sobie odejmuje? Bo na grzybki czeka. A grzybki gdzie? W lesie! Wracać?

Nie. Obiecałem przecież zrobić obiad. Jadę na rynek. A tam: prawdziwki, podgrzybki i kurki nawet. Ale przecież nie kupię. Jakem grzybiarz, nie kupię! Sprzedać co najwyżej mógłbym, ale kupić? Nie kupię! Zresztą brzydziłbym się wziąć cudzego grzyba do ust. To nie to co własny. Własnoręcznie oczyszczony, uzbierany, wyszukany, wypatrzony,  wychodzony, wymarzony.

Idę więc do Lidla i kupuję  paczkę pieczarek – 500 gram za 4 złote – polędwiczkę wieprzową, śmietanę, talarki z ziemniaków i gotowane buraczki. Na obiad będą medaliony w sosie pieczarkowo-śmietanowym, czyli grzybki, jak obiecałem. I medal za wytrwałość.

JERZY KRUK

A może kupisz moją książkę i sprawdzisz, jak operuję piórem na poważnie?

Fado curvo

Zobaczyć to tajemnicze miasto malowniczo położone na wysokich wzgórzach nad brzegiem Tagu i otwartym Atlantykiem, pełne wspaniałych zabytków, parków i ogrodów, po którego krętych i stromych uliczkach jeżdżą słynne żółte tramwaje, a ogromne windy – elewatory – w secesyjnych żeliwnych konstrukcjach pozwalają przemieszczać się w pionie z jednej dzielnicy do drugiej – od lat było naszym marzeniem. Ale przede wszystkim chcieliśmy posłuchać na żywo fado – pieśni Lizbony.

Fado jest rzewną pieśnią, której styl narodził się jakieś 150 lat temu wśród miejskiego proletariatu Lizbony.  Pieśni fado opowiadają o losie prostych ludzi. Wyrażają smutek za tym, co beznadziejnie utracone i tęsknotę za tym, co nieosiągalne. Przedmiotem wielu utworów jest ojczyzna: Portugalia, Lizbona, rodzinne strony, dom oraz sama pieśń – fado meu. Sposób wykonywania fado niewiele się zmienił na przestrzeni lat. Chwyta za serce, wyciska z oczu łzy, pobudza emocje, nawet jeśli słuchacz nie rozumie słów. W klasycznym fado występują tylko dwa instrumenty: guitarra – przypominający mandolinę instrument ze stalowymi strunami, wzmacniający linię melodyczną  śpiewu, często łkający z wokalistą,  i viola, przypominająca hiszpańską gitarę, pełniąca funkcję rytmiczną. Instrumenty perkusyjne występują w fado bardzo rzadko. W nowoczesnych wykonaniach czasami pojawia się fortepian i kontrabas. Jednak najważniejszy jest fadista –  wokalista (lub wokalistka) który silnym, pewnym i wyraźnym głosem, pełnym emocji i zaangażowania wykonuje rzewną  pieśń o ludzkim losie.

Azulejos z kopią obrazu Jose Malhoa O fado

Fado w Lizbonie – to miał być nasz wspólny prezent z okazji rocznicy ślubu. Z lotniska docieramy autobusem do bulwarów nad Tagiem. Powoli wspinamy się po stromych uliczkach Alfamy, poprzewieszanych sznurami z susząca się bielizną. Serpentyny uliczek przecinają przejścia po stromych schodach, często wąskie zaledwie na szerokość ramion  Wynajęliśmy tu mały apartament. Z jednej strony okno wychodzi na ulicę i mały skwer z placem zabaw dla dzieci i sklepem, który wieczorem zamienia się w tawernę. Z drugiej rozpościera się wspaniały widok na szerokie na kilkanaście kilometrów ujście Tagu i położoną na przeciwległym brzegu dzielnicę Lizbony. Na szafce leży kilka płyt, znajduję wśród nich „Fado Curvo” Marizy. – Co to znaczy? – pytam  gospodarza.   Ciągle fado, na okrągło fado. Fado curvo.

Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Fado, to tylko kilka ulic w dół. Po drodze mijamy senne tawerny. Przy stolikach okoliczni mieszkańcy przy południowym winie. Od razu widać, że nikomu się tu nie spieszy. Co chwila rozpoznajemy miejsca z kultowego filmu Wima Wendersa „Lisabon story”. Ale widziane z bliska piękne mozaiki z biało-niebieskich  azulejos napawają smutkiem. Zaniedbane płytki odpadają jedna po drugiej. Wspaniałe  fontanny, ławki, murki i fasady domów sypią się jak cała Alfama. Część budynków próbuje się ratować, ale gołym okiem widać, że prace prowadzone są tu bez ładu i składu. Stare, zdezelowane rusztowania obwieszone są starymi szmatami pobrudzonymi zaprawą. Żaden z sennie snujących  się robotników nie jest ubrany w porządny kombinezon roboczy. Wszyscy noszą  jakieś zniszczone ciuchy codziennego użytku. Gruz wynoszony w plastikowych wiadrach po farbie wysypują na kupę wprost na ulicę. Żadnego kubła, żadnego kontenera. Coś tu próbuje się klecić, klajstrować, ale to niezwykłe miejsce wymaga programu ratunkowego za wielkie pieniądze.

Muzeum Fado też  w remoncie, czynny jest tylko sklep z pamiątkami. Szybko nawiązujemy kontakt z Anną, miłą panią po sześćdziesiątce i z jej przynajmniej o połowę młodszą asystentką. Pytamy, dokąd warto pójść posłuchać fado. Wymieniamy nazwę najstarszego klubu w Lizbonie. Donna Anna dyskretnie kreci głową. – Nie?… Tam przecież śpiewała legendarna Amalia Rodriguez, najsłynniejsza śpiewaczka fado, prawdziwa świętość dla Portugalczyków? Asystentka też dyskretnie pokazuje, że nie. –A „Parrelinha de Alfama”, klub, który prowadzi Agentina Santos?  – Arżentina Santusz – poprawia moją wymowę asystentka. – Tam warto. Mówimy, że chcieliśmy jeszcze pójść do …., gdzie spiewa Anna Moura,  ale okazało się, że wyjechała na tournee za granicę.    Rzeczywiście – potwierdzają obie panie – ostatnio stała się sławna. – A „Club de Fado? – dopytuję się dalej. – Mają tam świetnego gitarzystę –Anna z aprobatą utwierdza nas w dobrym wyborze. -Mario Pacheko –daję do zrozumienia, że wiem, o kogo chodzi. – Paszeko – znów poprawia moja wymowę asystentka i obie panie porozumiewawczo spoglądają na siebie:  facet wie, o co chodzi. Pękają lody. Rozkładamy na stole plan Lizbony i zaznaczamy miejsca, w które warto się udać. Już wiemy, gdzie sprzedaje się kiczowate show dla zagranicznych turystów, a gdzie pulsuje żywa tradycja, gdzie występują zawodowcy, a gdzie śpiewają amatorzy. Poznajemy nazwy lokali  odwiedzanych przez samych lizbończyków, o których jednak nie wspomina żaden przewodnik.

Rezerwujemy miejsce na kolację w Club de fado. Idziemy tam piechotą. Mieszkamy w sercu Alfamy, więc wszędzie mamy blisko. Po drodze zaczepia nas starsza kobieta ubogo ubrana w czarną ortalionową kurtkę. Kierując się polskim doświadczeniem, spodziewamy się, że poprosi nas o pieniądze, ale ona zaprasza nas do pobliskiego lokalu na koncert fado. Przechodząc, nawet go nie zauważyliśmy. W ukrytym zaułku w słabo oświetlonej witrynie wisi narysowany kredką szyld „El Fermentacion”. W drzwiach stoi smutny starszy mężczyzna w marynarce sprzed co najmniej trzydziestu lat. Sąsiednia ściana obstawiona jest zardzewiałymi rusztowaniami, poobwieszanymi zachlapanymi zaprawą szmatami. Pod nimi kupki gruzu. W rogu na zdezelowanym krześle siedzi starszy tęgi mężczyzna w bordowej polarowej bluzie. Całość robi mało zachęcające wrażenie. Kolacja tutaj? To chyba nienajlepszy pomysł. Wymawiamy się starszej pani, że już mamy zarezerwowany stolik u Mario Pacheco. Zrezygnowana smutno kiwa głową. Z czym ma konkurować? Club de Fado, to jeden z najpopularniejszych celów zagranicznych wycieczek. Uprzejmie się żegnamy i idziemy dalej, aż nagle… za naszymi plecami rozlega się krótka przygrywka i cudowny, pełen smutku i tęsknoty  śpiew. Odwracamy się i stajemy jak wryci. To śpiewa ten starszy mężczyzna, który stał w drzwiach baru. Na violi i gitarze akompaniuje mu dwóch jeszcze starszych muzyków. Muzyka niesie się po kątach zaułka, jej echo świetnie tłumią rozwieszone na rusztowaniach szmaty. Nawet się nie domyślaliśmy, że przypadkiem znaleźliśmy sie w naturalnej sali koncertowej o wspaniałej akustyce.

Do Club de Fado możemy przecież wpaść na ostatnia chwilę, mamy więc jeszcze prawie godzinę. Postanawiamy zostać na kieliszek wina. Starsza pani z radością odsuwa nam krzesła przy jednym z zaledwie dwóch stojących na zewnątrz stolików. Wino nie jest najlepsze, ale muzyka – cudowna. Śpiew starego człowieka ściska nam serce Jesteśmy jedynymi gośćmi. Boże! Ci ludzie grają i śpiewają tylko dla nas! Po krótkim występie starszego śpiewaka, w drzwiach staje dużo młodszy mężczyzna, ale ubrany także ubogo. I śpiewa  już nie smutnie i tęsknie, jak poprzedni, lecz lamentująco i rozpaczliwie, jakby chciał rozerwać nasze serca. Gdyby się urodził w Hiszpanii, zapewne byłby świetnym śpiewakiem flamenco. Oboje mamy w oczach łzy wzruszenia i trafnie odgadujemy, co będzie dalej. Tan siedzący nieruchomo w kącie tęgi mężczyzna, to prawdopodobnie również śpiewak, czekający na swoją kolej. I tak właśnie było. I on, i występująca po nim śpiewaczka też pokazali klasę. Na pożegnanie starsza pani, która nas tu ściągnęła, przyniosła album ze zdjęciami, pokazując, że i ona kiedyś śpiewała  na scenie.

Kim są ci ludzie? Murarz, piekarz, tapicer, kierowca? Na pewno nie są urzędnikami ani nauczycielami. To można rozpoznać po ludziach. W ich spojrzeniach i nieporadnych gestach przebija jakaś prostota. Na pewno tez żaden z nich nie był taksówkarzem czy kelnerem, mającym na co dzień do czynienia z zagranicznymi turystami. Takie doświadczenia dodają ludziom swobody i pewności siebie. „El Fermantacion”. Obiecujemy sobie, że będziemy tu wracać i każdy wieczór rozpoczynać w tym magicznym miejscu, ale następnego i kolejnego dnia zastajemy drzwi lokalu na głucho zamknięte, a światła – pogaszone. Nawet z witryny zniknął narysowany kredką szyld. Przechodzący obok turyści szybko mijają ten zaniedbany zaułek, nie wiedząc, że czasami można tu usłyszeć pieśń Lizbony w jej najautentyczniejszym wydaniu.

Śpiewak fado w malutkiej restauracji A Baiuca

Przy wejściu do Clube de Fado stoi sam Mario Pacheco, wirtuoz gitary portugalskiej, kierownik muzyczny i właściciel lokalu. Nic a nic nie dziwi go ani to, że go rozpoznaliśmy, ani to, że przyjechaliśmy tu z Polski, specjalnie, by posłuchać na żywo jego i innych portugalskich artystów. Szybko nawiązujemy miły i serdeczny kontakt. Taka jest zresztą atmosfera na sali, wypełnionej do ostatniego miejsca przez międzynarodowy tłum turystów. Luz i ożywienie. Może nawet za duże, bo po każdej przerwie, gdy rozpoczyna się występ, przez salę kilkakrotnie musi przelecieć przeciągłe: „Szszszy…”, zupełnie jak trzy dzwonki w teatrze.

Słynne casas de fado to wielkie restauracje, oferujące świetną kuchnię regionalną i, niemal wyłącznie, portugalskie wino. Jednak niespotykane jest, by podczas koncertów słychać było szczęk sztućców. Artyści oczekują od publiczności wysłuchania występu w skupieniu. Ich celem jest porwanie słuchających, by – tak samo jak oni – oddali się mistycznej muzyce. Ten podniosły i tajemniczy nastrój wzmacnia się, przygaszając światło. Zostaje tylko mała lampka, oświetlająca miejsce występu, które udekorowane jest zwykle rozwieszoną na ścianie czarną chustą – podobno na cześć Amalii Rodriguez,  która miała zwyczaj w niej występować. Występ odbywa się kilka razy w ciągu wieczoru. W mniejszych lokalach kolejno śpiewają wszyscy artyści, wykonując po cztery, pięć pieśni. W większych całą rundę, która trwa ok. 20 minut, zwykle wypełnia  jeden śpiewak. Fado śpiewane jest do zamknięcia lokalu między 1.00 w nocy a 4.00 nad ranem.

Clube de Fado – jeden z najlepszych klubów fado w Lizbonie

Mario Pachecko podczas występu – ku entuzjazmowi słuchaczy – daje częste dowody, że jest  jednym z największych wirtuozów swego instrumentu. Występujący z nim instrumentaliści i śpiewacy to zwykle zawodowi muzycy. Często dołączają do niego wielkie gwiazdy, koncertujące na scenach całego świata:  Mariza, Misia, Dulche Pontes czy Kamane. Ale tego wieczoru , nawet bez nich występ jest wspaniały, a atmosfera w lokalu bardzo przyjazna. Miło nam, że maestro, przechodząc obok naszego stolika, za każdym razem uśmiecha się do nas i coś zagaduje.

Około północy, po skończonej kolacji goście powoli się rozchodzą. Do pustych stolików  wokół „sceny” przesiadają się chcący wciąż jeszcze uczestniczyć w tej muzycznej uczcie. Przychodzą też nowi, bardziej zainteresowani muzyką niż jedzeniem. Atmosfera robi się bardziej intymna. Artyści grają teraz specjalnie dla nich, aż do ostatniego występu koło 4.00 nad ranem, gdy wokół sceny pozostanie garstka najwytrwalszych. Na pożegnanie ściskamy się z mistrzem jak starzy przyjaciele.

Następnego dnia zwiedzamy zabytki Lizbony. Z miejsca na miejsce przemieszczamy się nowoczesnym tramwajem, podmiejskim pociągiem i słynnymi elewatorami. Najciekawsza jest jednak jazda starym żółtym tramwajem, wspinającym się na strome zbocza Alfamy i Bairro Alto. To jest dopiero jazda! W ciasnych, krętych uliczkach, by tramwaj mógł nimi przejechać, często muszą się wycofywać jadące z naprzeciwka samochody, a przechodnie –  chronić się w drzwiach kamieniczek. Nie zapomnę obrazu, jak motorniczy cierpliwie czekał, by przechodzeń wszedł do niszy wejściowej jednego z domów i raczył złożyć parasol, bo akurat padał deszcz.

Na wieczór zaplanowaliśmy kolację w Perelilinha de Alfama, której właścicielką jest nasza ulubiona falista Argentina Santos. Wiemy, że już nie występuje, ale co dzień trzyma pieczę nad funk wieczornym występem. Możemy więc osobiście przekazać jej nasze wyrazy sympatii.  Wizyta w jej klubie okazuje się jednak największym rozczarowaniem naszego pobytu w Lizbonie. Ściany lokalu wyłożone  biało-niebieskimi  kafelkami i poruszające się na ich tle kelnerki, starsze panie w białych fartuszkach z falbankami, nałożonych na niemodne kolorowe sweterki, budzą w nas skojarzenia z polskim sklepem mięsnym z czasów PRL-u. Obsługa, choć mająca od dawna do czynienia z zagranicznymi gośćmi, nie zna ani słowa po angielsku. Próba dopytania się o szczegóły menu wzbudza w kelnerkach zakłopotanie i irytację. Nawet wymienienie numeru potrawy po angielsku jest dla starszych pań zbyt kłopotliwe. Każde zamówienie kończy się ich prośbą, by ostatecznie wybraną pozycję wskazać na karcie palcem. Atmosfera napięcia udzielała się także gościom i artystom, których występ nie zachwycił. Wszyscy sprawiali wrażenie, że chcieliby, by wieczór jak najszybciej się skończył.

Na szczęście mieliśmy dalsze plany. Wiedzieliśmy, że całkiem niedaleko, w zaułku Alfamy raczej nie odwiedzanym przez turystów występ zaczyna się dopiero  o 23.00. Fasada całkiem zwyczajnej kamienicy nie wskazuje, że dawniej mieściła się w niej kaplica. Nieznający miasta turysta też się nie domyśli, że niepozorny szyld „MESA DE TRADES” zaprasza do maleńkiej casa de fado. Na ścianach świetnie zachowały się żółto-niebieskie azulejos ze scenami z życia Jezusa. W lokalu miła atmosfera i przyjemny tłok, choć trudno przecisnąć się do baru stojącego w miejscu , które wcześniej musiał zajmować ołtarz. Wszystkie stoliki zajęte, ale da się jeszcze znaleźć kawałek wolnej ściany, o którą można się oprzeć. W małym bocznym pomieszczeniu – wszystko wskazuje na dawną zachrystię – młodzi artyści ćwiczą chwyty na violi. W pewnym momencie drzwi wejściowe zamykają się z trzaskiem i całkowicie gaśnie światło. Jest tak ciemno, że artystów nie można zobaczyć. Przez tłum gości przesącza się tylko skąpe światło świec stojących na stolikach. Muzycy nie mają więcej niż 20 lat, ale grają i śpiewają z taką samą żarliwością, co ich rodzice i dziadkowie. Widać, że fado nie umrze jeszcze w tym pokoleniu.

Próba w „zakrystii” Mesa de Trades

Następnego dnia postanawiamy nie opuszczać Alfamy. Szybko się tu zadomowiliśmy. Na ulicy rozpoznajemy już wielu mieszkańców:  a to kelnerów z restauracji, a to właścicieli sklepiku, w którym robimy zakupy, a to panią, którą pytaliśmy o drogę. Wszystko nas intryguje: stary warsztat, przed którym stary stolarz piecze na grillu kiełbaski, publiczna pralnia, łaźnia, sklepiki warzywne. Zagadnięci ludzie  chętnie nawiązują z nami kontakt. A ponieważ  angielskiego nie znają ni w ząb, podobnie jak my portugalskiego, od rozmowy aż bolą ręce.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

W Alfamie trudno znaleźć kawałek płaskiego terenu, ale to nie przeszkadza dzieciom grać w piłkę. Kopią ja nawet w ciasnych stromych uliczkach, biegając pomiędzy rusztowaniami.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Po kątach stoją jeszcze barwne ozdoby, niesprzątnięte  po procesji w Boże Ciało, ale mieszkańcy dzielnicy zawieszają już sznury żarówek i kolorowe girlandy na fiestę św. Antoniego. Do Alfamy przybywają wtedy tłumy turystów, a oni, niemal na każdym rogu, tradycyjnie grillują sardynki. Dla ubogich mieszkańców dzielnicy to świetna okazja, by trochę zarobić. Wieszanie oświetlenia idzie jakoś nieskładnie. Zwykle jedna osoba stoi wysoko na drabinie lub na rusztowaniu i ma kilku pomocników. Wspomagają ich też sąsiedzi, zasiadający na murkach i krawężnikach i podpowiadający co i jak poprawić.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Spacerując, gubimy się w gąszczu kolejnych zaułków. Nagle słyszymy, jak z jednego nich sączy się śpiew kobiety, wyraźne nucącej przy pracy. Idziemy jego tropem. Gdy śpiew cichnie, próbuję go naśladować. Śpiewająca kobieta w mig chwyta sens zabawy. Odśpiewuje jakąś inną frazę, którą i ja próbuję zaśpiewać. Zbliżamy się, nawołując się wzajemnie śpiewem. Wreszcie odkrywamy starszą panią, która sprząta mieszkanie przy otwartym oknie. Witamy się z uśmiechem i mówimy sobie, że fado jest piękne. Oczywiście, na migi. Fado curvo.

Szyld na ścianie baru A Baiuca

Został nam ostatni wieczór. Chcielibyśmy odwiedzić Bairro Alto, ale znów utknęliśmy w Alfamie, zaglądając do kolejnych casas de fado . Naszym głównym celem jest „A Baiuca”, w której odbywają się bardzo dobre występy amatorów. Knajpka jest maleńka, mieści się w niej zaledwie 6 stołów przy których goście siedzą na ławkach upchani niczym sardynki w puszce. Nie mamy jednak gdzie usiąść, wszystkie miejsca zajęte, tłok, że nie ma gdzie szpilki wetknąć. Wycofujemy się więc zawiedzeni, ale na zewnątrz rozpoznaje muzyków. Widzieliśmy ich jakiś czas wcześniej taszczących instrumenty. Licząc, że zaraz skończy się przerwa i będą wchodzić do środka, postanawiamy wcisnąć się razem z nimi. Udaje się. Znajdujemy trochę miejsca, by przysiąść na schodach tuż za drzwiami. Artyści wciśnięci są w ciasny kąt przy barze. By ich zobaczyć, musimy wstać z miejsca. Za to słychać ich świetnie. Choć goście siedzą przy kolacji, nie słychać nawet szczęku widelca. Światła, oczywiście, zgaszone, ale lokal rozświetla otwarte wejście do kuchni, w którym, jak na wielkim  telebimie, stąpając na paluszkach krząta się obsługa. Kobiety w białych czepkach i fartuchach pucują stalowe naczynia i zawieszają je wysoko nad głową. Nagle jednej upada rondel, niczym gong dzwoniąc o kamienną posadzkę. Sytuacja jest śmieszna, ale nikt nie reaguje. Goście jak zahipnotyzowani słuchają rzewnego śpiewu wokalistki. Fado curvo.

Ciasny kącik dla artystów w A Baiuca

Zbliża się północ, ostatnim tramwajem docieramy do Bairro Alto, gdzie zabawa trwa na całego. Na ulicach tłumy turystów mieszają się z mieszkańców Lizbony. Z małych knajpek wydobywa się muzyka: rock, techno i jazz mieszają się z fado i muzyką afrykańską. Zaglądamy do „Cafe Luzo”, najstarszej i chyba najbardziej nobliwej casa de fado w Lizbonie. Na scenie trwa występ folklorystycznego zespołu tanecznego, przy stołach nakrytych białymi obrusami panowie pod krawatami, panie w wieczornych toaletach. Wśród nich krzątają się kelnerzy w białych liberiach z czarnymi guzikami. Nie takiej atmosfery szukamy.

Rozczarowuje nas, że nic nie wychodzi z naszych planów, by przejść spacerkiem po kilku lokalach, zatrzymując się w każdym na jedna turę występu. Wszędzie żądają minimalnej konsumpcji za 20 do 40 euro. W końcu lądujemy w „Cabo Verde”, do którego  przychodzi wielu Portugalczyków. Reagują na fado inaczej niż zagraniczni turyści. Znają śpiewane pieśni, często wstają ze swoich miejsc i przyłączają się śpiewem do solistów, zwłaszcza, gdy śpiewane jest wesołe fado. Fado curvo.

Magiczna atmosfera Caldo Verde

Do mieszkania wracamy nad ranem, pieszo przecinając opustoszałe place i ulice Chiado. Złote światło eleganckich sklepów odbija się od wilgotnych, świeżo zmytych przez polewaczki trotuarów. Musimy wstać wcześnie, by zdążyć na samolot. Niedzielny poranek rozświetla radosne słońce. Gasimy pierwszy dzwonek budzika, by zakosztować jeszcze chwili drzemki. I nagle… nie wierzymy własnym uszom, gdzieś z sąsiedztwa dociera do na silny męski głos śpiewający tęskne fado. Patrzymy na siebie ze wzruszeniem. Moja żona  mówi ze łzami w oczach: – Wracam tu choćby za tydzień.

Tekst i zdjęcia: JERZY KRUK

Uczniowie zjednoczonego świata

Najtrudniejsze jest pożegnanie. W ostatnią noc nikt nie śpi. Uczniowie i nauczyciele zbierają się razem. Trzymają się za ręce, tulą się do siebie, padają sobie w ramiona, wycierają załzawione oczy. Nad ranem odjeżdżają pierwsze autokary na lotnisko. I wtedy przychodzi moment nie do zniesienia – pożegnanie naprawdę. I – być może – na zawsze. Trzeba uściskać wszystkich: kolegów, nauczycieli, opiekunów, kie-rowców, kucharzy, bo przecież wszyscy byli częścią tego niezapomnianego kawałka życia. – Najgorzej jest wyjeżdżać na końcu. Zostajesz wtedy prawie sama i płaczesz kilkanaście razy – mówi Agata.

Co roku ponad tysiąc młodych ludzi z całego świata dostaje szansę przeżycia niesamowitej przygody – nauki w jednej ze Szkół Zjednoczonego Świata (United World Colleges). Przez dwa lata wspólnie się uczą, dyskutują, pracują. Ale łączy ich nie tylko nauka. Te dwa lata to okres wspólnego dojrzewania. I wspaniałej zabawy. Szkoły UWC zostały ulokowane w miejscach zachwycających pięknymi krajobrazami i bliskością przyrody, z dala od większych miejscowości. Wszystko, co jest potrzebne do nauki, uprawiania sportu i rozwijania uzdolnień artystycznych jest na miejscu: sale wykładowe, laboratoria, basen, boiska, teatr. Niektóre szkoły mają własną przystań żeglarską, naturalne ścianki do wspinaczki czy obserwatoria astronomiczne. Uczniowie mieszkają na miejscu w kilkuosobowych pokojach.

UWC Pearson-College – Obraz Render Rud

– Tu nie ma możliwości zrobienia sobie przerwy, zaszycia się w pokoju na kilka dni – mówi Asia. – Skazani jesteśmy na siebie nawzajem 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu. Chcąc nie chcąc – dzielimy ze sobą życie.

Odmienność i bliskość

Uczniowie Pearson College (Kanada) na festynie otwierającym nowy rok szkolny


W Szkołach Zjednoczonego Świata uczy się młodzież z różnych zakątków globu, bez względu na różnice kulturowe, religijne, rasowe czy majątkowe. Dzięki temu, że wszyscy są stypendystami, obok uczniów z bogatych krajów zachodnich mogą się uczyć także uchodźcy z Birmy, Palestyny, Czeczenii czy Afganistanu oraz dzieci z azjatyckich lub afrykańskich rodzin, które żyją za 5 dolarów tygodniowo. W każdej ze szkół uczy się ok. 200 uczniów z 70-90 krajów. – Ta różnorodność – wspomina Jędrek – na początku była oszałamiająca. Trzeba było zapamiętać wiele trudnych imion, wrażenie wywierał też różny wygląd uczniów. Ale po pewnym czasie nie było to nic wielkiego. Nie było już istotne, że ktoś jest z Burkina Faso czy Wenezueli. Zauważałeś człowieka, twojego przyjaciela, część ciebie samego.

John przeżył masakrę mieszkańców swojej wioski podczas walk plemiennych w Ruandzie. Trafił do obozu dla uchodźców, gdzie pracownicy ONZ odkryli jego zdolności i pomogli w dostaniu się do Pearson College w Kanadzie. Zanim Michael Dusman, dezerter z ugandyjskiej szkoły dla kilkunastoletnich rekrutów dostał się do Atlantic College w Wielkiej Brytanii, musiał dotrzeć na proces aplikacyjny do Kampali. Na jego bilet autobusowy złożyła się cała wioska.

Sarę, by mogła się kształcić, rodzice wywieźli do Pakistanu, gdy była małą dziewczynką. Kilka lat ukrywała się w przebraniu chłopca. Dziewczęta z jej afgańskiej wioski chodziły w burkach. Zetknięcie z liberalnym światem w USA było dla niej niezwykle trudne.



Waleed i Majid, którzy trafili do szkoły w Kanadzie, współpracowali z telewizją iracką oraz z BBC przy ujawnianiu tajemnic działania wojsk amerykańskich w ich kraju. Anita z Gwatemali pochodzi z biednej indiańskiej rodziny. Ma dwanaścioro rodzeństwa. By mogła opanować angielski w stopniu pozwalającym na zdanie matury, jej naukę w Pearson College wydłużono do trzech lat. Podobne biografie uczniów w UWC można by mnożyć w tysiące.

Uczniowie Pearson College (Kanada) w grupach regionalnych


W Szkołach Zjednoczonego Świata na co dzień żyją obok siebie również przedstawiciele pozostających w konflikcie państw. Budowanie wzajemnego zrozumienia i porozumienia między nimi jest jedną z misji UWC.

– Nigdy nie zapomnę jednego z najbardziej wzruszających pożegnań, jakich byłam świadkiem – opowiada Asia. – Jest już po uroczystym wręczeniu świadectw – wspomina – i wszyscy powoli rozjeżdżają się do domu. Jednym z uczniów drugiej klasy, a więc wyjeżdżającym na zawsze, jest Nikhil z Indii – wysoki, dobrze zbudowany chłopak, na którego czekają już rodzice i cała kolejka przyjaciół, którzy chcą się pożegnać. Nikhil ściska wszystkich, stara się rozweselić pochlipujące towarzystwo. Przytula swoją roześmianą dziewczynę, która żartobliwie prosi, żeby zabrał ją ze sobą. I wtedy, na samym końcu, podchodzi drobny San-vaal z Pakistanu, na którego wszyscy mówią Paki. W objęciach swojego najlepszego przyjaciela wybucha straszliwym płaczem. Po chwili dołączają do nich wszyscy z subkontynentu indyjskiego: Hindusi, Nepalczycy, Pakistańczycy. Co z tego, że są obywatelami wrogich sobie państw? Dlaczego nie mieliby się przyjaźnić? To po prostu chłopcy, których łączy język i kultura. Wtedy, w tym indyjsko-pakistańskim szlochającym uścisku, runęły granice niemożliwego.

Nie zawsze przyjaźń jest łatwa, często trzeba do niej dojrzeć. – Jedna z moich przyjaciółek jest hinduistką – opowiada Kinga. – Jej współlokatorką była muzułmanka. Nie odzywały się do siebie przez pół roku i dopiero jak im to uświadomiłam, zaczęły rozmawiać ze sobą i teraz są najlepszymi przyjaciółkami.

Miejsce medytacji i modlitwy w Pearson College, Kanada.
Bez żadnych symboli religijnych.

Niemal w każdej szkole rzuca się w oczy determinacja i zaangażowanie, z jakim uczniowie z Palestyny i Izraela podchodzą do sprawy pokoju i porozumienia. Często mieszkają razem, wspólnie prezentują swoje utwory na scenie, organizują debaty na temat dzielącego ich kraj konfliktu, chętnie się ustawiają do wspólnej fotografii. – Dziewczyny z obu tych państw dzieliły ze sobą pokój. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie, gdy zastałam je uczące się nawzajem arabskiego i hebrajskiego – wspomina Agata.

Nauka, aktywność, odpowiedzialność

Szkoły Zjednoczonego Świata realizują program międzynarodowej matury – International Bacalaureate (IB). Każdy uczeń wybiera sześć przedmiotów, których uczy się przez dwa lata, ale przynajmniej jeden wybrany przedmiot musi być z zakresu nauk przyrodniczych, społecznych, matematyki i – ewentualnie – sztuki. Pozostałe – to dwa dowolne języki.

Zajęcia z systemów środowiskowych w Mahindra College, India.


– Moja edukacyjna przygoda z UWC nie da się porównać z tym, czego uczyłam się w Polsce – mówi Agata. – Godziny pamięciówki zastąpione zostały wymagającymi wiele samodzielności i kreatywności pracami badawczymi, eksperymentami i projektami. W polskiej szkole rzadko wymagano ode mnie naprawdę twórczego myślenia, rzadko pytano o zdanie. Tutaj mam okazję się wykazać: sama wybieram, o czym będzie moja praca badawcza, jak zorganizuję projekt. UWC naprawdę ceni i rozwija pomysłowość.

Wspinaczka w Nordic, sporty wodne w Pearson i football w Li Po Chun College


Nauka zajmuje pięć godzin. Resztę dnia wypełniają zajęcia artystyczne, sport i praca społeczna. Uczniowie mogą wybierać wśród kilkunastu aktywności sportowych. Jeśli szkoła położona jest nad morzem, proponuje się im uprawianie żeglarstwa, nurkowanie czy kajakarstwo. Jeśli w pobliżu są góry, oczywiste jest uprawianie wspinaczki. Nie są to tylko zajęcia sportowe. Zwykle łączy się je z kursami ratownictwa, przewodnictwa oraz ze zdobywaniem obowiązujących w danym kraju uprawnień.

Li Po Chun College, Hong Kong. Zespól muzyczny podczas dni otwartych .

Artystyczne zainteresowania uczniów rozwijane są w zespołach tańców regionalnych, w chórach, zespołach wokalnych i muzycznych. Chętni mogą uczyć się haftu, garncarstwa, zajmować się malarstwem, rzeźbą, fotografią czy filmem. Wiele zajęć organizują i prowadzą sami uczniowie. Latynosi dzielą się swoimi umiejętnościami tanecznymi, Azjaci – znajomością sztuki walk wschodnich, a Afrykanie poczuciem rytmu i zamiłowaniem do gry na bębnach. Mimo że w wielu zajęciach nie uczestniczą nauczyciele, odbywają się one regularnie, a po ich zakończeniu uczniowie potrafią zaprezentować efekty swej pracy. Ci ze starszego rocznika przekazują swe umiejętności młodszym. I tak rok po roku. Ten system nazywa się „pass down”, czyli „przekaż w dół”. – W tym zaufaniu do naszej samodzielności – mówi Maciek – wyraża się idea UWC: Zanim zaczniesz zmieniać świat, zmień siebie i bądź odpowiedzialny za to, co robisz.

Dni kultury chińskiej w UWC Li Po Chun College, Hong Kong


Zaangażowanie i pomoc

O specyfice Szkół Zjednoczonego Świata decydują jednak nie piękne krajobrazy czy wspaniałe warunki nauki, lecz szeroko rozwinięty program działań społecznych, realizowany w ścisłej współpracy z lokalnymi społecznościami. Uczniowie zajmują się ludźmi starszymi, niepełnosprawnymi, chorymi umysłowo. Pracują w szkołach, hospicjach, szpitalach, ośrodkach dla uchodźców. Przy UWC działa program, w ramach którego chętni uczniowie poświęcają cały rok w trakcie lub po skończeniu szkoły na pracę jako wolontariusze w społecznościach dotkniętych klęską biedy, epidemii, walczących z problemem zacofania. Wyjeżdżają do Indii, Etiopii, Ugandy, Ekwadoru.

Debata na temat globalnego ocieplenia w Li Po Chun College, Honh Kong


Jedną z najpopularniejszych form aktywności o charakterze politycznym jest tzw. model ONZ. Zajęcia mają na celu odzwierciedlenie organizacji, zasad, form i przebiegu prac prowadzonych w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczniowie reprezentują przydzielone sobie kraje (z wyjątkiem własnego) w różnych komisjach tematycznych. Przygotowania do głównej debaty i wypracowanie rezolucji trwają tygodniami. W tym czasie zbiera się informacje, przygotowuje przemowy, przeprowadza lobbing wśród głosujących. Uczniowie bardzo angażują się w pracę, a debaty i głosowania budzą wśród nich wielkie emocje.

Raz do roku uczniowie przygotowują w grupach Project Week, podczas którego wyjeżdżają do miejsc często odległych od szkoły. Jego celem jest poznanie lokalnej kultury, przyrody, gospodarki. Uczniowie Mahindra College (India) podjęli współpracę z mieszkańcami prowincji Aksara. 5 kobiet, które wcześniej doznały przemocy domowej i seksualnej zostało włączonych do wyprawy w Himalaje, gdzie grupa miała zdobyć dwa sześciotysięczniki. Przygotowania do wyprawy trwały przez pięć miesięcy  i miały na celu nie tylko przygotowanie uczestników pod względem kondycyjnym i  fizycznym, ale także  i pod względem umysłowym, wyrabiając  u nich poczucie pewności siebie, wiarę we własne siły i umiejętność współpracy w grupie. Po zakończeniu wyprawy mieszkanki Aksary potrafiły przekazać zdobyte umiejętności we własnych społecznościach, stając się liderkami działań na rzecz społecznego i politycznego uświadomienia kobiet, wzmocnienia ich i samokontroli, poczucia własnej wartości, pewności siebie i wiary w możliwość realizacji marzeń. Sukces projektu zachęcił uczniów i nauczycieli Mahindra College do podjęcia dalszych podobnych projektów współpracy z lokalną społecznością.

Wieczorami odbywają się spotkania poświęcone jednej z aktualnych spraw na świecie. Często zaprasza się działaczy społecznych i polityków. Czasami zwykły towarzyski spór przeradza się w oficjalną kilkudniową dyskusję. Debaty, prelekcje, pisanie petycji i protestów są tutaj na porządku dziennym. – Któregoś dnia mieliśmy spotkanie na temat pokoju – opowiada Agata.

– To było magiczne wydarzenie. Gdy kilka dziewczyn zaintonowało Imagine Lennona, natychmiast wszyscy zaczęli śpiewać z nimi. Uczniowie z różnych krajów mówili, czym jest dla nich pokój. Kiedy na środek wyszedł Muamer z Bośni, wszyscy zamilkli. Zaczął od słów: „Co może powiedzieć o pokoju chłopak, który całe swoje dzieciństwo przeżywał podczas wojny, który stracił rodziców, nigdy nie bawił się zabawkami (oprócz gry w karty w ciemnościach), nie mógł normalnie jeść i pić wody bez obawy, że jest zatruta?”. Dla niego pokój to rodzice, możliwość swobodnego wyjścia z domu, normalny posiłek. Nie skończył swojej przemowy, rozpłakał się. A razem z nim płakał ze wzruszenia cały świat, nasz świat…

Świat bez granic

Życie jest tu bardzo intensywne. Mnóstwo zajęć, projektów, imprez, wykładów. Czasami to trudno pogodzić: plakaty na przedstawienie teatralne, esej na angielski, badanie z ekosystemów. A przecież wieczorem będzie świetny film dokumentalny o Kolumbii… W tym samym czasie kolega z Izraela czyta książkę dla dzieci, którą sam napisał, a koleżanka z Włoch zaprasza cię na kawę… A przecież potrzebny jest czas na naukę. Wszystko trzeba robić „w międzyczasie” – tyle rzeczy dzieje się naraz.

Po maturze o absolwentów zabiegają renomowane uczelnie: Oxford, Cambridge, Harvard, MIT, Princeton i wiele innych. Ale UWC to nie szkoły dla geniuszy. – Przy postępowaniu kwalifikacyjnym ważne jest, by uczeń, poza dobrymi wynikami w nauce, miał jeszcze jakąś pasję – mówi przewodnicząca Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata w Polsce, Krystyna Troszczyńska. – Sprawdzamy też jego dojrzałość do wyjazdu daleko od rodziny – dodaje Marzena Reich, wiceprzewodnicząca Towarzystwa. – Ważne jest także, żeby uczeń sam chciał wyjechać. Jeśli nie jest to jego osobisty pomysł, lecz wynik ambicji rodziców, w postępowaniu kwalifikacyjnym widać to jak na dłoni.

UWC Mahindra College (India) – spotkanie organizacyjne

– UWC zmieniło moje życie o 180 stopni – mówi Agata. – Chociaż po szkole wróciłam do „normalnego świata”, to ten świat nie jest już taki sam. Teraz czuję, że żyję w świecie bez granic. I nie mam tu na myśli granic politycznych czy ekonomicznych, możliwości pracy i podróży po Europie bez paszportu, którą ma każdy z nas. Chodzi mi o granice, które mamy w swojej głowie, których w każdym społeczeństwie uczymy się od dziecka. Czuję, że świat należy do mnie i że jestem częścią olbrzymiej społeczności, do której nie mają zastosowania pojęcia „my” i „oni”. Gdziekolwiek jestem, podczas moich podróży i rozmów z ludźmi, czuję się u siebie.

Szkoły Zjednoczonego Świata


Pomysł na Szkoły Zjednoczonego Świata (United World Colleges) narodził się w latach 50. Kurt Hahn, znany niemiecki pedagog, wygłaszając wykład w Akademii Obrony NATO, gdzie spotkał uczących się razem studentów z do niedawna wrogich państw, uświadomił sobie, że umożliwienie młodym ludziom z różnych krajów kształcenia się i dojrzewania w jednakowych warunkach sprzyjałoby przezwyciężeniu wrogości na świecie. Wyobraził sobie szkołę dla uczniów w wieku 16-18 lat, uczących się wspólnie, lecz zakorzenionych w swoich własnych kulturach. Uczniowie, pochodzący z różnych stron świata, mieli być wybierani wyłącznie na podstawie swoich osiągnięć i zdolności, niezależnie od rasy, religii, narodowości i statusu materialnego. Idea Kurta Hahna ziściła się w 1962 r. W Walii otwarto pierwszą szkołę UWC – Atlantic College. W 1967 r. przewodniczącym UWC został lord Mountbatten, autorytet na arenie polityki międzynarodowej, który podjął szerokie działania zachęcające głowy państw, polityków i osobistości z całego świata do wspierania Ruchu. Przewodniczącymi UWC byli książę Karol, Nelson Mandela i królowa Jordanii Noor. Szkołę w Norwegii założyły wspólnie rządy wszystkich państw skandynawskich. Dziś istnieje na świecie 12 szkół UWC, ulokowanych w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Włoszech, Indiach, Singapurze, Hongkongu, RPA, Wenezueli, USA i Kanadzie. W zeszłym roku otwarto szkoły w Kostaryce i w Bośni. Od 1962 r. Szkoły Zjednoczonego Świata ukończyło ponad 34 tys. osób ze 189 krajów.

Li po Chun College, Hong Kong – uczniowie z regionu Afryka – Karaiby
Uczniowie Atlantic College, Wielka Brytania
Uczniowie Norcic Ciollege, Norwegia
Uczniowie UWC College na słynnym moście w Mostarze, Bośnia i Hercegowina


Jak się ubiegać o stypendium

Wszyscy uczniowie UWC są stypendystami. Ich stypendia fundują rządy państw, instytucje samorządowe, fundacje i indywidualni donatorzy, a o ich przyznaniu decydują narodowe komitety kwalifikacyjne. Polski dysponuje dziewięcioma stypendiami dla uczniów pierwszej klasy liceum. Muszą oni legitymować się wysokim wynikiem egzaminu gimnazjalnego, średnią z ocen minimum 4,5 oraz wybitnymi osiągnięciami pozaszkolnymi. Rekrutację do United World Colleges przeprowadza Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata przy współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Kandydaci składają osobiście napisany list motywacyjny wraz ze świadectwami, dyplomami i zaświadczeniami do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Spośród nadesłanych zgłoszeń komisja kwalifikacyjna wybiera ok. 60 osób do drugiego etapu, który odbywa się w Warszawie. Kandydaci piszą esej na zadany temat, uczestniczą w rozmowie kwalifikacyjnej oraz biorą udział w zajęciach, podczas których członkowie komisji oceniają ich zdolności, dojrzałość i przydatność do szkół UWC. Proces kwalifikacyjny przebiega w języku angielskim. Do ostatniego etapu zostaje zakwalifikowanych 20 uczniów, spośród których od 6 do 9 osób uzyskuje pełne stypendium UWC. Komisja przyznaje także 6-8 nagród pocieszenia, którymi są stypendia do renomowanych prywatnych szkół brytyjskich. Stypendia te obejmują 90 proc. kosztów nauki i pobytu ucznia w szkole, pozostałe 10 proc. pokrywają rodzice.Informacje o szkołach UWC
i pracy Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata można znaleźć w internecie na stronach: www.uwc.org.pl.

W reportażu wykorzystane zostały wspomnienia polskich uczniów kształcących się w United World Colleges w latach 2001-2007: Joanny Bronowickiej, UWC-USA; Małgorzaty Mietkiewicz, UWC Costa Rica; Magdy Wierzbickiej, Adriatic College, Włochy; Macieja Czosa, Atlantic College, Wielka Brytania; Piotra Faby, Red Cross Nordic United World College, Norwegia; Jędrzeja Zieleniaka, Agaty Patyny, Pearson College, Kanada; Pawła Zagórskiego, Kingi Skomsy, Anety Gąsiorek, Aleksandry Kaszkowskiej, Mahindra College, Indie.

Tekst: JERZY KRUK

Zdjęcia: materiały UWC