Blaski życia w ciemności

Gdy się wejdzie na jedno z pobliskich wzgórz, w pełni widać, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Szeroka wstęga fiordu wije się aż po horyzont, jej odnogi głęboko wcinają się w niemal pionowe zbocza przez cały rok ośnieżonych gór. Z tej perspektywy wszystko  wydaje się zastygłe i nieruchome, ale to tylko pozory, w głębi doliny płynie życie w powolnym, typowym dla Norwegii, rytmie.

Hommelstø to miejscowość, jakich w Norwegii jest wiele. Leży 380 km na północ od Trondheim, , otulona górami, ukryta w cichej zatoczce fiordu Velfjord. Wśród skał i drzew porozrzucane kolorowe domy z lekko stromymi dachami. Jedne tuż nad brzegiem fiordu, drugie nieco wyżej – na wzgórzach, jeszcze inne zawieszone wprost nad wodą: jednym końcem przytwierdzone do skały, a drugim wsparte na sięgających dna fiordu palach. Każdy w stosownej odległości od sąsiada. Pomiędzy domami nie ma żadnych ogrodzeń. Ani murków, ani płotów. Każdy dobrze wie, gdzie kończy się jego działka i gdzie zaczyna się teren sąsiada.

W 400-osobowej społeczności Velfjordu nie ma bezrobocia. Największym pracodawcą w okolicy jest kopalnia kredy, zatrudniająca 90 osób. Kilkadziesiąt osób pracuje w odległym o 30 km Bronnoysund – 4-tysięcznym miasteczku, w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 500 miejscami pracy, obsługujące instytucje administracyjne z całej Norwegii. Działa tu parę małych firm budowlanych, kilka osób pracuje na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest szkoła, dom opieki, supermarket z mini pocztą i mini bankiem, stacja benzynowa, restauracja, pensjonat. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych.

Beate

Beate i Arnt kilka lat temu postanowili założyć firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg. Każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają 6 osób, do tego pracują sami. Arnt jest szefem, ale też sam potrafi obsługiwać wszystkie maszyny. Beate nie ustępuje mu pola. Ona także jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. Ale przede wszystkim prowadzi księgowość. Oprócz tego jest zastępczym nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, dyrektor wzywa Beate do pomocy. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. Ich dochody są nieco wyższe od przeciętnych, dlatego mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i w miarę nowego mercedesa. Byli raz w Afryce i raz w Indiach – odwiedzić znajomych, ale jakoś nie ciągnie ich w świat.

Od kilku lat każdy urlop spędzają w Velfjordzie, gdzie kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Kompletna ruina: dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co tylko się da, by gospodarstwo wyglądało jak dawniej. Uszczelnili już dach, teraz ocieplają ściany, remontują stare okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat.

Choć w Hommelstø mieszkają na uboczu, dopiero tutaj czują się naprawdę dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate.  – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund

Sigmund nie wygląda na swoje 65 lat. Od rana do wieczora krząta się po swoim pensjonacie: sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez ponad 20 lat był nauczycielem w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu parcelę ze starym domem i nieczynnym tartakiem, wziął w banku kredyt  i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Sigmund wynajmuje im apartamenty i łodzie, na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy,. łososi morskich i halibutów. Aarstrand Pensjonat dysponuje 45 lóżkami, ale Sigmund nikogo nie zatrudnia. Radzi sobie zupełnie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą w pensjonacie ruch zamiera, a Sigmund wyjeżdża  na 4 miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Norwegia się zmienia – mówi – Pieniądze z ropy nas psują. Tutaj zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Rząd pompuje ogromne pieniądze w rolnictwo i rybołówstwo, ale ludzie, mimo dotacji, nie chcą być rolnikami i rybakami. Kto dziś pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą wygodne życie i czystą pracę w biurze. To jeszcze nie jest takie złe, bo, niestety, coraz więcej ludzi wybiera życie bez pracy. Nic dziwnego, jeśli na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron. Zawsze się szczyciliśmy, że jesteśmy najzdrowszym społeczeństwem w Europie, ale ostatnio coraz więcej ludzi korzysta ze zwolnień lekarskich. Czy można się dziwić, jeśli zasiłek chorobowy wynosi 100% pensji, już od pierwszego dnia zwolnienia, a zwolnienie na 3 dni można sobie wypisać samemu, bez wizyty u lekarza?

W tym roku Sigmund nie pracuje sam. Ponieważ zimowe rezerwacje były lepsze niż w poprzednich latach, uznał, że tym razem musi mieć kogoś do pomocy na stałe. Z kłopotu  wybawił go Walter, jego niemiecki klient i przyjaciel.

Walter

Walter  od 20 lat zajmuje się w Niemczech sprzedażą programów komputerowych do obsługi firm. Dorobił się mocnej pozycji na rynku, wybudował dom z kilkoma mieszkaniami na wynajem i sporo odłożył na przyszłość. Od lat wraz z żoną każdy urlop spędza w Norwegii. Zatrzymują się w Aarstrand Pensjonat, z którego właścicielem bardzo się zaprzyjaźnili. Walter, słysząc o czekającym Sigmunda nawale pracy, zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie gotów jest pracować u niego przez całe lato. – Zawsze podobała mi się Norwegia – mówi – zawsze byłem jej ciekaw, chciałem sprawdzić, jak się żyje z dala od miejskiego hałasu. Ale na urlopie nie doświadczysz prawdziwego życia w obcym kraju. Żeby je poznać, trzeba tu mieszkać, pracować, spotykać się z ludźmi, którzy tu żyją. Teraz Walter sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, wykonuje drobne naprawy i dogląda łodzi. W wolnych chwilach wypływa na wędkowanie w fiordzie, zbiera grzyby, ale najchętniej urządza przyjęcia nad brzegiem fiordu. Jest świetnym kucharzem.

Przez dwadzieścia lat siedziałem za biurkiem – mówi – zajmowałem się marketingiem, pisałem maile, wysyłałem oferty, przygotowywałem umowy. Rozmawiałem z klientami przez telefon, ale rzadko spotykałem się z ludźmi osobiście. Efekt mojej pracy sprowadzał się do stanu mojego konta, na które wpływały prowizje. Tutaj uzyskałem nową perspektywę. To, co zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, na sprzątnięty pokój, na przybitą deskę czy pomalowaną ścianę. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy. Być może, za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland

Vieland – także Niemiec – już to zrobił. Norwegia zafascynowała go 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Od tego czasu marzył, by się tu przenieść. Nauczył się norweskiego i parę lat temu spróbował odnowić swoją przyjaźń z sympatią z dawnych lat. Okazało się, że uczucie nie wygasło. Vieland zwinął swój interes w Niemczech i przeniósł się do Norwegii. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał trudności ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył. Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Pomysł wydaje się trafiony, bo Norwegowie masowo wycofują się z podobnego stylu życia. Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale kobiet chętnych do takiego życia jest już naprawdę niewiele. Chcą na co dzień korzystać z miejskich wygód i atrakcji, gdzie pod ręką mają restauracje, kina, butiki.

– Już dwa razy znalazłem gospodarstwo, o jakim marzyłem. Dawni właściciele zmarli, a dzieci nie były zainteresowane pracą na roli. Ale kiedy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie potrzebują tych pieniędzy i nie chcą pozbywać się rodzinnej własności.

Alexander

Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje tu od 4 lat. Swoją żonę, Helenę poznał dwa lata temu przez Internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – mówi z uśmiechem młody pastor. Po miesiącu ”klikania” Helena przyjechała do Hommelstø. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Wkrótce urodziła się im córeczka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu zbyt wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest też całkiem przyzwoita, a w takim miejscu jak Hommelstø rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. – Częściej by się nie opłacało – mówi. – Żeby odbyło się nabożeństwo, do Hommelstø musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku… żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za ich pracę i podróż. Największe koszty są w zimie. Żeby można było odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół musi być ogrzewany przez tydzień wcześniej. Na mszę przychodzi 3 do 6 osób.

-Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Nigdy nie wygraża z ambony palcem, że ludzie tak rzadko zjawiają się w kościele, za to angażuje się w lokalne życie. Założył klub młodzieżowy, sędziuje piłkarskie mecze, regularnie odwiedza dom opieki.

Starsi ludzie potrzebują, by z nimi porozmawiać, czasami nie ma z nimi kontaktu i mogę tylko potrzymać ich za rękę lub popatrzeć głęboko w oczy. Zdarza się, że trafiam na czyjeś urodziny. Każdy chce, bym wypił z nim kieliszek za jego zdrowie. Nie mogę odmawiać, dlatego do domu opieki zawsze chodzę piechotą. Na co dzień Alexander jeździ motocyklem.

W zeszłym roku odbyły się 3 śluby, 4 chrzty i 8 pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre

Sindre jest świeżo upieczonym konfirmantem. Właściwie nie chciał być konfirmowany w Kościele, wolał przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, ale 100 km na północ i południe prócz niego chętna była tylko jedna dziewczyna i nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre zdecydował się więc na zwykłą, czyli kościelną konfirmację, bo – jak mówi –Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, w czasie których przez tydzień swoją twórczość prezentują lokalni artyści. Na tarasie małego baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Po nich na scenę wchodzą kolejne, coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje sie coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa, żadnej agresji, żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie: w tłumie ludzi wyczuwa się jakiś naturalny porządek. Koło jedenastej nastolatki znikają, na imprezie zostają sami dorośli. Na stołach rosną stosy pustych puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża z ich sprzątaniem. I wtedy pojawia się Åge.

Åge

Po twarzy Åge’go wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Mężczyzna próbuje zaprowadzić trochę porządku. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, tiszircie,  bejsbolówce, z finką przy pasie i pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale Åge nie jest dozorcą, on jest tu gospodarzem: jest właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów stąd, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Systematycznie urządzają tu koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelstø i kamping w Nevernes to swoiste hobby Åge’go, by utrzymać kontakt z ludźmi i miejscem, z którego pochodzi jego żona. Do Velfjord przyjeżdżają na lato. W Nevernes mają dom, który specjalnie nie różni się od zabudowań sąsiadów. A mógłby, ponieważ Åge, będąc właścicielem flotylli tankowców gazowych jest jednym z najbogatszych ludzi w Norwegii. Jego ubiór, dom, sposób spędzania wolnego czasu niczym go nie wyróżniają spośród mieszkańców fiordu i całego kraju. Epatowanie bogactwem zawsze tu było w złym guście.

Ingrid

Ingrid jest zapaloną sportsmenką. Świetnie chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Gdy odbywa się bieg narciarski w Hommelstø, jego dawni mieszkańcy zjeżdżają się z całej Norwegii. W zeszłym roku biegło ponad 300 osób w wieku od 7 do 70 lat.

Ingrid uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje dla Hurtigruten jako przewodnik turystyczny. Hurtigruten to system połączeń kabotażowych, który kiedyś zapewniał łączność pocztową, dziś firma jest wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. Codziennie inny liniowiec Hurtigruten wyrusza z Bergen w liczącą 1250 Mm trasę przez krąg polarny i Przylądek Północny do Kirkenes przy granicy z Rosją, po drodze zawija do 34 portów. Rejs trwa 6 dni i zaliczany jest do jednej z najpiękniejszych podróży morskich na świecie.  – Pasażerowie – mówi Ingrid – to na ogół starsi ludzie z całego świata. Wśród nich jest wielu bogatych turystów, ale też i wiele osób, dla których jest to urlop życia, na który musieli długo oszczędzać.

Grethe i Ronald

Grethe i Ronald mieszkają w Bergen. Ona jest pracownikiem opieki społecznej, a on – dekarzem. Poznali się zaledwie trzy miesiące temu i postanowili wspólnie spędzić urlop. Wybrali się w podróż do Kirkenes i z powrotem. Na północ płynęli luksusowym statkiem Hurtigruten, na południe wracają motocyklem. W Hommelstø zatrzymali się na kilkudniowy odpoczynek. Mają za sobą 1800 km jazdy, zostało im jeszcze 1200.

Przez tydzień mieliśmy luksusowe życie – mówi Ronald –świetne jedzenie, basen, kręgle, dancingi, jacuzzi na górnym pokładzie. Codziennie wpływaliśmy do jakiegoś  fiordu i podziwialiśmy piękne widoki… Straszna nuda! Nie mogłem się doczekać, aż wsiądę na swoją yamachę i będę mógł jechać, jechać, jechać…

Amber

Amber właśnie skończyła pierwszą klasę. Ona także przyjechała tu na wakacje, do swojego dziadka. Amber ma czworo dziadków, ale w trzech miejscach. Jej kolega Snorre ma ich aż ośmioro. Wszyscy jego dziadkowie są rozwiedzieni i każdy z nich ma nowego partnera.

Także rodzice Sindre są rozwiedzieni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na 4 miesiące z odległego o 600 km Kristiansund. Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe 3 lata przenosi się więc do matki i jej przyjaciela. By odpowiedzieć na pytanie, ile ma rodzeństwa, musi się trochę zastanowić.: starsza siostra, która z nim mieszkała przez kilka lat – to jasne, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw, dwoje mamy, to w sumie będzie… pięcioro.

Anders, kolega Sindre mieszka z mamą i trójką rodzeństwa, ale dzieci wolą przebywać z ojcem, mieszkającym kilka kilometrów od nich. Gdy nie wracają na noc, matka jest spokojna, bo wie, że zostały u niego.

Jeszcze bliżej do swojego taty ma Ragnvald, inny kolega Sindre. Mieszka z bratem i siostrą u mamy, a tata z nową żoną i dzieckiem mieszkają w sąsiednim domu.

Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać ze sobą razem?

Decyzję o tym, kto zajmuje się dziećmi, ułatwia państwo, przyznając każdemu rodzicowi po 1000 koron miesięcznie. Rodzic, wychowujący dziecko samotnie dostaje podwójny zasiłek.

Spośród dorosłych bohaterów reportażu rozwiedziony nie był tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku rozwodów innym.

Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Trebah Garden

Odwiedziłem jw w tym roku

Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Pojezierze Drawskie to kraina urzekająca pięknem i spokojem, kusząca masą letnich atrakcji. Jeśli ktoś chce uciec od wielkiego miasta, tłumu i cywilizacji, potrafi czerpać radość z przebywania na łonie przyrody i lubi aktywny wypoczynek, nie może trafić lepiej.

Każdy kto jechał w kierunku Szczecina trasą A 10 lub A 20 musiał zauważyć gdzieś za Piłą lub Szczecinkiem ciągnące się przez dziesiątki kilometrów wspaniałe lasy. Droga wije się wśród jezior, wznosi się na pagórki i spokojnie z nich opada, a co chwila odsłania się panorama z pofałdowanymi łąkami i polami, z widocznymi w oddali lasami i jeziorami. Pełne uroku są również małe, senne miasteczka, położone często nad dwoma lub trzema jeziorami. A gdy zobaczymy z mostu grupę kajakarzy lub miniemy grupę rowerzystów, trudno nam będzie oprzeć się pokusie, by nie wrócić tu kiedyś i nie skręcić w bok od szosy głównej.

Wśród jezior i lasów

Polodowcowy krajobraz Pojezierza Drawskiego pofałdowany jest łagodnymi wzniesieniami, których zbocza często rozdzierają jary i wąwozy. O jego pięknie decydują jednak setki jezior, wypełniających malownicze doliny. Króluje wśród nich jezioro Drawsko, dwunaste pod względem powierzchni i drugie pod względem głębokości w Polsce. Inne duże jeziora regionu to: Wielimie, Lubie, Pile, Siecino, Komorze, Wierzchowo. Nad każdym z nich znajdują się kąpieliska, ośrodki sportów wodnych, kampingi i leśne pola biwakowe. Co krok spotykamy też małe jeziora wytopiskowe, tzw. oczka, z wolna zarastające i zanikające. Jest ich kilka tysięcy. Ciekawostką krainy są dość liczne jeziora lobeliowe, o piaszczystych dnach, w których uboga w związki mineralne woda zachowuje bardzo dużą przeźroczystość. Ich nazwa pochodzi od niezwykle rzadkiej, występującej tylko w tych warunkach rośliny – lobelii wodnej. Znajdujemy tu liczne rezerwaty przyrody, do których prowadzą szlaki turystyczne i ścieżki dydaktyczne.

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego rozpościera się Puszcza Drawska, na terenie której utworzono Drawieński Park Narodowy. Obydwa obszary łączy w jedną turystyczną całość rzeka Drawa. Szlak kajakowy Drawy nosi imię ks. kardynała Karola Wojtyły, który nim kilkakrotnie spływał. Kajakarzom dobrze znane są również Gwda i Piława. Wszystkie trzy płyną z północy na południe, tocząc swe czyste wody wśród łąk i lasów.

Po całym Pojezierzu rozsiane są małe miasteczka, liczące na ogół nie więcej niż 10 tys. mieszkańców. Najstarszym miastem regionu jest Drawsko Pomorskie, w którym zaczynają się ciekawe trasy rowerowe: wokół jeziora Lubie lub do „wodospadów” przepięknej rzeki Brzeźnicka Węgorza. Złocieniec może być świetnym punktem wypadowym do pobliskich rezerwatów oraz nad bajecznie piękne jezioro Siecino – jedno z najczystszych jezior w Polsce. Połczyn-Zdrój to znane uzdrowisko z przepięknym parkiem zdrojowym.

Leżący pomiędzy dwoma jeziorami uroczy Czaplinek z pięknym kompleksem staromiejskim jest najważniejszym centrum turystycznym regionu. Nad jeziorem Drawsko znajduje się kilka ośrodków wczasowych, plaża i przystanie żeglarskie. W okolicy rozpoczynają się szlaki kajakowe Drawy i Piławy, a z rynku wyrusza kilka wspaniałych tras rowerowych.

Borne Sulinowo pierwotnie stanowiło zaplecze wielkiego niemieckiego poligonu artyleryjskiego, a po wojnie było tajną bazą wojsk radzieckich. Do ich wycofania z Polski w 1992 roku miasta nie było na mapie. Po zwróceniu go polskiej administracji sukcesywnie przekształcane jest w centrum wypoczynkowe.

Największe miasto Pomorza Drawskiego – Szczecinek liczy ponad 40 tys. mieszkańców. To leżące pomiędzy jeziorami Trzesiecko i Wielimie miasto z licznymi obiektami sportowymi już przed wojną było znanym ośrodkiem turystycznym. Drawno, rozpostarte nad jeziorami Grażyna i Adamowo, leży kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego, ale jako ważny punkt spływu Drawą, pod względem turystycznym ściśle łączy się z miejscowościami położonego na północ od siebie regionu. Znajduje się tu punkt informacyjny Drawieńskiego Parku Narodowego oraz duża stanica wodna PTTK.

W miasteczkach oraz na szlakach turystycznych często napotykamy pojedyncze zabytkowe obiekty, stanowiące relikty przeszłości: małe urokliwe kościółki, ruiny zamków, pałace i parki dworskie. Można spotkać tu też liczne przykłady XIX-wiecznej architektury wiejskiej z domami budowanymi z czerwonej cegły.

Na turystów czekają liczne ośrodki wczasowe, położone nad dużymi jeziorami. Ale można też wybrać się tu z własnym namiotem lub przyczepą kempingową i zaszyć się głęboko w lesie na malowniczo położonym polu biwakowym lub zamieszkać w gospodarstwach agroturystycznych, pensjonatach, hotelach, a nawet w pałacach, przystosowanych do potrzeb ruchu turystycznego.

Atrakcje dla aktywnych

Największą atrakcją regionu są wspaniałe możliwości aktywnego wypoczynku. Rower, żagle, kajaki, konie na ogół kojarzą się z latem, ale wcale nie muszą. Rozważmy, czy – jeśli nie latem – nie warto wybrać się tu na przedłużony weekend jesienią lub wiosną.

Na rowerze. By się nie pogubić w plątaninie licznych szlaków turystycznych Pojezierza Drawskiego – pieszych, rowerowych, kajakowych i konnych, dobrze jest się zaopatrzyć w specjalistyczne mapy i atlasy. Warunki do uprawiania turystyki rowerowej są tu wspaniałe, a łączna długość tras – przeogromna. Przez całe Pojezierze Drawskie ciasno meandruje ekologiczny szlak rowerowy Greenway – Naszyjnik Północy, przebiegający przez wszystkie ważniejsze miejscowości i nie omijający niemal żadnej atrakcji przyrodniczej – najpiękniejszych lasów, jezior, rezerwatów. Naszyjnik Północy biegnie na obszarze czterech województw i zagląda w najciekawsze zakamarki Ziemi Krajeńskiej, Pomorza Drawskiego i Borów Tucholskich. Jego łączna długość wynosi 850 km, z czego aż 460 km przypada na Pojezierze Drawskie.

Prócz Naszyjnika Północy, znajdziemy tu ponad 40 oznakowanych lokalnych szlaków pętlowych, tzn. rozpoczynających i kończących się w tym samym punkcie. Ich tajemnicze nazwy: „Zaklęty Trójkąt”, „Lobeliowe Jeziora”, „Zaczarowane Pejzaże” trafnie oddają klimat czekającej nas na szlaku przygody. Trasy rozpoczynające się w Czaplinku, Połczynie, Drawsku, Złocieńcu, Szczecinku czy w Bornem Sulinowie mają podobny do siebie charakter. Mają od 30 do 60 km długości i przewidziane są na kilka godzin jazdy. Wiodą na ogół rzadko uczęszczanymi bocznymi drogami asfaltowymi, ale równie często w terenie, drogami gruntowymi. Pofałdowanie terenu zmusza do forsownych podjazdów, ale wynagradza je frajdą szalonych zjazdów. Szlaki prowadzą nas do rezerwatów i pomników przyrody, wspaniałych punktów widokowych, zabytków i ciekawych miejsc historycznych oraz malowniczych miejscowości. Przebiegają przez puszcze i lasy, wzdłuż rzek i jezior, pośród łąk, pól i zdziczałych sadów. Po drodze spotykamy stare kościółki, pałace, parki, stare młyny i browary. Ale przede wszystkim podziwiać możemy przyrodę. Często można zobaczyć wielkie ptaki: czarne bociany, samotne czaple czy pary żurawi. W pobliżu jezior możemy spotkać dzikie kaczki, perkozy i łabędzie. Lasy rozbrzmiewają śpiewem kosów, drozdów i rudzików. W przestworzach majestatycznie szybują myszołowy, jastrzębie, kanie, a nawet orły.

Pod żaglami. Na Pojezierzu Drawskim istnieją bardzo dobre warunki do uprawiania żeglarstwai windsurfingu. Umożliwiają to duże jeziora, ich urozmaicona linia brzegowa i korzystne wiatry. Żegluje się po jeziorze Drawsko, Lubie, Siecino i Trzesiecko oraz w mniejszym stopniu po jeziorze Krosino i Pile. Żaglówki można wypożyczyć nad jeziorem Siecino oraz w Lubieszewie, Czaplinku i Szczecinku. Na jeziorze Drawsko zakosztujemy żeglarstwa podobnego jak na Mazurach. Jezioro ma bardzo rozbudowaną linią brzegową, której długość wynosi 76 km. Jego brzegi na wielu odcinkach mają charakter klifów, ich wysokość dochodzi do 40 metrów ponad poziom lustra wody. W Czaplinku wynajmiemy zarówno lekkie żaglówki sportowe, jak i łodzie kabinowe z pełnym wyposażeniem turystycznym, by na kilka dni wybrać się w rejs po jezierze i spenetrować jego wspaniałe zatoki i wyspy.

Kajakiem. Jeśli nasze doświadczenia w pływaniu kajakiem ograniczają się jedynie do krótkich wypadów na jezioro dla urozmaicenia monotonii plażowania, to ledwo możemy przeczuwać uroki spływów kajakowych. Meandrowanie po rozlewiskach lub pokonywanie ostrych zakoli, zmieniające się krajobrazy, a wraz z nimi warunki żeglugi dostarczają podczas spływu niezapomnianych wrażeń. Płyniemy przez odkryte jezioro, potem gęste trzcinowisko, innym razem przez łąki grążeli lub skrzypu, raz niesie nas leniwy nurt, innym razem wpadamy w porywające kajak bystrza.  Największą atrakcją jest jednak pokonywanie przewróconych w poprzek rzeki drzew, gdy trzeba umiejętnie sterować kajakiem wśród gałęzi, czasem błyskawicznie się w nim położyć, by się zmieścić pomiędzy lustrem wody i kłodą. Czasem trzeba wyjść z kajaka na pień drzewa i przeciągnąć go ponad nim. Temu wszystkiemu towarzyszy niepowtarzalna atmosfera na biwakach i bindugach: ognisko, gitara, śpiew.

Szlaki kajakowe prowadzą po wodach aż siedmiu rzek Pojezierza Drawskiego, nie licząc ich małych dopływów z bocznych jezior. Najpopularniejsze z nich to: Drawa, Piława i Gwda. Znany, aczkolwiek rzadziej uczęszczany jest szlak jeziorny „Pętla Szczecinecka”. Najpiękniejszy jest odcinek Drawy pomiędzy Drawnem a Głuskiem. Rzeka ma tutaj wybitnie górski charakter. Płynie wartkim nurtem przez puszczę na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego. Wysokie na kilkadziesiąt metrów brzegi porasta wspaniały las bukowy, a przeszkody w postaci zwalonych w poprzek rzeki drzew pojawiają się jedna za drugą.

– „Daleko jeszcze?” – to najczęściej zadawane pytanie przez tych, co na spływ wybrali się po raz pierwszy. Zwykle jest daleko. Na typowym spływie codziennie płynie się 5 do 7 godzin, by pokonać 10 do 20 kilometrów. Na pokonanie całej Gwdy potrzebować będziemy sześć dni. Na pokonanie Drawy – co najmniej dziesięć. Ale możemy też wybrać krótszy odcinek na jeden dzień lub weekend. Kajaki wypożyczyć można w miejscach rozpoczęcia spływu: w Czaplinku, Szczecinku, Bornem Sulinowie i w Drawnie.

Konno. Po całym Pojezierzu i na obrzeżach Puszczy Drawskiej rozsianych jest kilkadziesiąt stadnin, do których możemy przyjechać na weekend lub wczasy w siodle. Ale konno możemy uprawiać również turystykę. W Szczecinku, Łobzie i Drawsku Pomorskim znajdziemy oznakowane kilkukilometrowe lokalne szlaki konne. Bardziej doświadczeni jeźdźcy mogą tu przeżyć prawdziwą przygodę. Z Łobza do Białego Boru wiedzie szlak konny Pojezierza Drawskiego. Długość szlaku, oznakowanego pomarańczowym kołem, wynosi 186 km. Podzielony jest na 5 odcinków o długości od 16 do 69 km, z których każdy rozpoczyna się i kończy przy dużym ośrodku jeździeckim. Szlak przebiega mało uczęszczanymi drogami gruntowymi i ścieżkami w wyjątkowo malowniczym krajobrazie przez rozległe pola, łąki, nieużytki i lasy.

Raj wędkarzy i grzybiarzy

Tutejsze jeziora to prawdziwe eldorado dla wędkarzy. Ich trofeami mogą być szczupaki, których waga dochodzi do 25 kg, węgorze, sandacze, okonie, tony płoci, linów, leszczy, a nawet potężny, liczący 2 m sum. Spokój, zupełne odludzie i kompletny brak konkurencji. Wprawny wędkarz w godzinę zapełni swoje wiaderko, a później będzie się…słodko nudził.

Od końca lata aż do późnej jesieni tutejsze bory i puszcze obfitują w kurki, podgrzybki i prawdziwki. Minęły już czasy, gdy rozdeptywane były przez tłumy przyjeżdżające z zakładowymi wycieczkami z Poznania i Szczecina. Jesienią wcale tu nie ma tłoku i przyjeżdżając w te strony na pewno doświadczymy kojącej ciszy i samotności. Dobrze jest przyjechać na weekend i zatrzymać się w jednym z gospodarstw agroturystycznych, we wsi letniskowej lub w kwaterach należących do leśników. Ich właściciele na pewno szepną nam słówko, dokąd się udać, by w mig napełnić grzybami całe kosze. Nie martwmy się, jak poradzimy sobie z ich nadmiarem. Miejsca dla turystów-grzybiarzy zazwyczaj wyposażone są w specjalne suszarnie. Jeśli po trudach zbierania grzybów starczy nam siły na ich obranie, rano będziemy mieli gotowe zapasy na Wigilię.

Rozdział III (18 minut czytania)

Żegnając się z Mariką, mówię: Następnym razem opowieści waginy. Co masz na myśli? – pyta zdezorientowana Marika. Twoje opowieści. Ze mną nie jest tak łatwo, ja nie potrafię opowiadać tak jak ty – a zresztą – nie mam o czym. Nieprawda. Nie wierzę w to. Każdy człowiek jest ciekawą księgą. Jeśli tak, to moja jest zamknięta. I niech na razie taka zostanie. Ja ją rzadko otwieram, nawet sama przed sobą. Chciałbym móc do niej zajrzeć. Może kiedyś…. Ale nie naciskaj, ja sama muszę chcieć ją otworzyć. Najlepiej razem z udami. Ułożę się między nimi, wtulę się głową i będę słuchał monologów twojej waginy. Nie podoba mi się to określenie. Czemu tak to nazywasz? Nie czytałaś Monologów waginy? Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałam. To tytuł książki Eve Ensler, amerykańskiej pisarki, raczej słabej, która zebrała w niej wypowiedzi różnych kobiet na temat ich kobiecości, wygłaszane właśnie z perspektywy ich waginy, ich wręcz fizjologicznej seksualności. Znam ją, bo przez jakiś czas leżała u nas w domu niewstawiona na półkę, czytana przez moją żonę i dorastające córki.

Wieczorem znajduję książkę w Internecie i wysyłam Marice fragment o tym, jak pewnej nastolatce elegancka i podziwiana przez nią trzydziestoletnia sąsiadka pomogła odnaleźć jej seksualną, lesbijską tożsamość. Marika jest pod wrażeniem. Ciekawe – odpisuje.

Na następnym spotkaniu mam dla niej niespodziankę. Podczas wypoczynku na pierwszej przełęczy naszych uniesień wyciągam książkę Eve Ensler, kładziemy się na brzuchu i wspólnie czytamy wybrane przeze mnie fragmenty. Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła? – powtarzam pytanie autorki. Jedwabne pończochy – wybiera Marika z listy odpowiedzi. Suknię wieczorową – pada mój wybór. Dżinsy, tak jak lubię – dodaje od siebie Marika. Czarną, przezroczystą bieliznę, tak jak ja lubię – pieczętuję swój wybór krótkim cmoknięciem ust Mariki, a ona odpowiada mi uśmiechem, że zrozumiała aluzję. Maseczkę karnawałową – Marika zagląda mi w oczy z szelmowskim uśmiechem. Fioletową piżamę z aksamitu. Czerwoną muchę. Jedwabne kimono. Spodnie dresowe. Wysokie obcasy. Okulary przeciwsłoneczne. Koronki. Tatuaże. Kapelusze. Bikini. Kabaretki. Listek figowy. Wieniec laurowy – przekrzykujemy się, rzucamy się na siebie ze śmiechem i turlamy od jednego do drugiego końca łóżka. Gdy się uspokajamy, Marika mówi do mnie: Nie znam bardziej zwariowanego mężczyzny. A ja drugiej takiej kobiety, na punkcie której mógłbym tak zwariować.

Sięgam po książkę, która spadła na podłogę i czytam pytanie do kolejnej litanii: Gdyby twoja pochwa umiała mówić, to co by powiedziała w kilku słowach? Marika wybiera z listy: Pobawmy się. Przytul mnie. Obejmij. Powolutku. Delikatnie. Taaak, taaak. Wyliż mnie. Nie przestawaj. Pragnę. Nakarm mnie. Błagam, jeszcze. Za mocno. Teraz dobrze. Jeszcze, jeszcze. Kołysz mnie. Tak, tutaj. O matko! O Boże!

Przechodzi mnie dreszcz podniecenia. Rozkładam szeroko na boki nogi Mariki i próbuję odegrać wszystko, o co prosiła. Czy poeta to właśnie miał na myśli, pisząc: Oby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa? Nie trwa długo, by Marikę przeszyły dwa kolejne skurcze, ale tym razem dodaje do nich długi i głęboki pomruk ulgi. Odczekuję moment i ponownie przywieram do niej ustami, ale jej ciało wygina się w obronnym odruchu. Podciągam się lekko ku górze i kładę głowę na jej brzuchu. Opuszkami palców wyczuwam na jej mons pubis ostrą tarkę odrastających włosków. Zapada cisza. Wyraźnie słyszę przez czaszkę szelest włosów na mojej głowie, uginających się pod delikatnym dotykiem jej dłoni, zupełnie jak poszum wiatru pośród drzew w lesie. Oczyma wyobraźni widzę, jak moją głowę pokrywa skóra jej brzucha. Ten cud życia, pulsujący pod tą napiętą kopułą, czekający na swe ponowne narodziny, to ja.

Mein Schnuckel – mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle, co owieczka. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja – w kołysce jej stóp, a ona – w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko – szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Ona zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, co chwila to przyciskając, to odrywając od niej usta. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi delikatnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje się przyssać, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla swoje usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni ustami, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, ona odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki przenosząc się z grzbietu dłoni poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje ustami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je dłonią i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.

Próbuję przez jej źrenice wypatrzeć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me, czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w jej szmaragdowe źrenice, a wtedy ona wysuwa swą lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak?! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży – nie protestuje. W środkowy – też nie. W malutki – także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy już się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z arbuza. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.

Widzę, że Marika traci równowagę swojego spojrzenia i co chwila przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta spojrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że znów mamy sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka i biorąc ją pod pachy stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling. I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, swiatyj Gieorgij gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłaniające okno zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji – myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika, oczywiście, nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami tak, że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby, prócz podwiązki, zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, by wyzionął ducha, wydając przez usta Mariki ochrypłe charczenie. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.

Lanca świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt, to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taaak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen – mówię, głaszcząc ją po włosach.

Lubisz niemiecki? Język tak, ale swojej pracy – nie. Czemu? Kiedyś ją lubiłem. Zaraz po studiach tłumaczyłem książki, nawet dwie mi wydali. Ale prawie nic na nich nie zarobiłem. Rok pracy za darmo. A przecież trzeba jakoś zarobić na życie. Gdy jeszcze wszyscy myśleli, że komputer to taka zabawka dla dzieci, zainwestowałem w swoją pierwszą maszynę. I to był strzał w dziesiątkę. Moi koledzy przepisywali każde tłumaczenie na maszynie do pisania, a ja miałem gotowe schematy. Dowody osobiste, paszporty, akty małżeństwa, akty urodzenia…. Akty nierządne – zdobywa się na żart Marika, wywołując we mnie delikatny uśmiech. W każdym razie miałem gotowe schematy, zmieniałem tylko daty i nazwiska. Trzaskałem tłumaczenia setkami i zarabiałem krocie. Wtedy postanowiłem przejąć od rodziny nasz wielki dom, myślałem, że będę mógł zrobić z niego hotel czy coś takiego. Wziąłem w banku duży kredyt i wykończyłem go tak, by dawał jakiś dochód. Hotel z tego nie wyszedł, ale trzy mieszkania i lokal użytkowy. A potem każdy mógł sobie kupić komputer i cudowne źródełko wyschło. Zresztą tłumaczenia dokumentów przestały być potrzebne. Nie starczało mi na spłatę raty i ratowałem się kolejnymi kredytami, aż pętla zacisnęła się tak mocno, że myślałem, że mnie udusi. Ale wtedy bardzo mocno zaczęły się rozwijać nasze kontakty handlowe z zagranicą i okazało się, że można zarobić na tłumaczeniach dla firm. Umowy handlowe, instrukcje obsługi i warunki gwarancji wiertarek, mikserów, maszyn. Ekspertyzy, kosztorysy, opisy projektów, analizy. I tak to trzepię do dziś. Kokosów z tego nie ma, ale da się wyżyć.

A pomógłbyś mi coś napisać? Może… a co takiego? Mam do napisania pracę semestralną. Kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać. Taka trudna? Może nie, ale… wiesz, mój niemiecki jest szczątkowy. Prześlę ci zadanie na e-mail, jak chcesz. Dobrze. Wieczorem dostaję e-mail z zadaniem. Poziom: pierwsza klasa liceum w zakresie podstawowym. Oba zadania mają początek i koniec, trzeba je tylko uzupełnić. Wystarczy napisać cztery zdania – nawet z błędami, byle komunikatywnie – a tekst będzie brzmiał, jakby egzaminowany naprawdę znał język. Odpowiadam Marice, że mógłbym to napisać w pięć minut, ale nie będę tego robił za nią. Mogę się z nią spotkać w dodatkowym terminie i z nią nad tym popracować, a najlepiej by było, żebyśmy spotykali się regularnie dwa razy w tygodniu. Raz na nasze spotkanie, a raz na korepetycje z niemieckiego, ale Marika mi odpowiada, że nie ma tyle wolnego czasu. Spotykamy się więc w naszym normalnym czasie.

Rozdział V (ok. 30 minut czytania)

Na początku następnego spotkania Marika wsiadając do mojego samochodu wita mnie promiennym uśmiechem. Zwykle wsiada jakby zafrasowana, a może i nawet trochę wystraszona, i mówi: Jedziemy! Albo: Uciekamy stąd!

Wiesz, że dziś po raz pierwszy przywitałaś się ze mną z uśmiechem? Cudny. Marika gasi ten uśmiech radości i zastępuje go uśmiechem zakłopotania pomieszanego z zawstydzeniem, jakbym przyłapał ją na czymś, co robi bez kontroli. Wtedy wciąż jeszcze tego nie wiem, ale jest to ostatni radosny uśmiech, jaki dostaję od niej na powitanie. I nie wiem też, że w zanadrzu ma jeszcze jedną niespodziankę. Czyżby nagroda za tamtą lekcję?

Gdy wchodzimy do pokoju, w hotelu, Marika mnie przeprasza i wychodzi do łazienki. Rozbieram się i czekam na nią w łóżku przykryty do pasa kołdrą. Marika wraca, ostrożnie stawiając nogi i lekko stukając o podłogę obcasami czarnych szpilek. Jest o kilka centymetrów wyższa niż boso. Nogi w czarnych kabaretkach przypiętych paskami do obcisłego jedwabnego gorsetu, również czarnego, ze złotą lamówką. Teraz rozumiem, do czego był potrzebny ten ostry złoto-czarny makijaż, który zwrócił moją uwagę podczas naszej rozmowy w samochodzie. „Czarna madonna, czarny anioł – rozlegają mi się w głowie słowa piosenki – za każdym razem ten sam dreszcz. Jedna jedyna w swym rodzaju niedościgniona złodziejka serc”. Marika staje tyłem u szczytu łóżka, widzę jej cudnie zaokrąglone pośladki, prawie całe odkryte. Dopiero teraz spostrzegam, że pod gorsetem ma jeszcze czarne jedwabne majtki, które szerokim klinem zbiegają się z jej bioder, by zniknąć wąskim paskiem w zakamarku jej krocza. Mój niecierpliwy przyjaciel też chce wszystko widzieć. Pręży się tak mocno, jak tylko potrafi. Marika odwraca do nas twarz i pyta: Znasz ten strój? Tak. W to byłaś ubrana na pierwszym zdjęciu, które mi przysłałaś. Jak dziwka? Leżę na wznak z rękami pod głową. Pierś mi faluje i głośno przez nozdrza wypuszczam powietrze. Nie. Czarna madonna, czarny anioł. Anioł chyba nie. Dziś moje diabelskie wcielenie.

Marika wchodzi w butach na łóżko i siada mi na piersi. Chcę wyciągnąć rękę zza głowy, by ją pogłaskać, ale ona mówi: Ręce przy sobie. I podsuwa mi do ust wewnętrzną stronę nagiego kawałka swojego uda. Całuję je, gdzie tylko uda mi się sięgnąć. Próbuję unieść głowę w kierunku jej pachwiny, ale ona mówi zdecydowanie: Nie podnoś głowy. W ogóle się nie ruszaj. Mam cię przywiązać? Wstaje i obraca się do mnie tyłem. Znów siada na mojej piersi i tym razem podsuwa mi do całowania nieosłonięte części swoich pośladków. Całuję je ustami, pieszczę językiem i pożeram wzrokiem. Mój przyjaciel też się domaga pieszczot, ale Marika wita się z nim na razie tylko kurtuazyjnym podaniem dłoni. W końcu znajduje trochę litości i wita się wylewnie i po przyjacielsku z nami dwoma. Najpierw ze mną – cudownym pocałunkiem swych szeroko otwartych ust i lizaniem językiem obu moich policzków, od wewnątrz. Wita mnie długo i czule. Co ja mówię! Wylewnie i wyuzdanie. Gdy znów chcę nieco unieść głowę, by moje usta i język miały trochę więcej swobody w tym powitalnym uścisku, Marika powtarza zdecydowanie: Nie podnoś głowy. Żadnych ruchów. Po czym udaje się na powitanie mojego przyjaciela, który z daleka wyciąga do niej szyję i mruga z radości swym jedynym oczkiem. Marika bierze go czule w objęcia swoich ust, jakby się nie widzieli co najmniej od roku. Następnie ściąga z siebie jedwabie, przysiada tyłem do mojej twarzy i wsuwa sobie mojego przyjaciela między nogi, ale ani on, ani ja nie jesteśmy zachwyceni. Marika przysiada pewnie na odzianych w buty stopach, opiera się dłońmi o moje kolana i ćwiczy przysiady, ale tylko do połowy. Coraz szybciej i szybciej. Usiądź, proszę, do końca. Nie, sorry, dziś ja rządzę. Proszę, błagam – mówię, ale Marika pozostaje nieubłagana i zamiast tego robi coś zupełnie odwrotnego. Wstaje i dwoma kopnięciami zrzuca na podłogę swoje pantofelki. Odwraca się twarzą w moja stronę, rozsuwa na boki moje nogi i siada pośladkami pomiędzy moimi udami. Zapiera się z tyłu rękami i znów bierze mojego przyjaciela w objęcia. Tym razem – swych zwinnych stóp. Pieści go, biorąc raz po raz pomiędzy palce, pomiędzy śródstopia, pomiędzy pięty albo kostki. Nie mogę się nadziwić zwinności jej stóp, gdy jedną podkłada od spodu, a drugą gładzi mojego przyjaciela z góry. W pewnym momencie moja zwinna artystka podnosi ręce i bierze w nie swoje stopy, zaciskając mojego przyjaciela w kleszczach ostatecznej rozkoszy. Spomiędzy jej stóp wytryska mała fontanna. Nie taka, jak przed laty, ale na tyle radosna, byśmy obydwoje wybuchnęli śmiechem spowodowanym poczuciem ulgi i przyjemności.

Pomoczyłam sobie pończochy – śmieje się Marika – będę musiała je zaprać. Zdejmuje je, rzuca na podłogę obok łóżka i układa się koło mnie. Pragnę cię coraz bardziej – mówię do niej, a ona dotyka wnętrzem dłoni mojego policzka i głaszcze mnie po nim, a potem składa na mych ustach słodkie cmoknięcie swych ust i patrzy mi w oczy z radosnym uśmiechem. To chyba dobrze – mówi. Za pierwszym razem myślałam, że się tobie nie podobam. Czemu tak pomyślałaś? Nie wiesz? Nie byłeś taki gotowy jak dziś. Och, przepraszam. Chyba byłem trochę stremowany. Stremowany? Nie wierzę. Chyba trochę rozczarowany. Pamiętam twoje zaskoczenie, gdy mi zdjąłeś stanik i zobaczyłeś kolczyki w sutkach. A potem majtki, i jak cię przeraził kolczyk w mojej łechtaczce. Wykręciłam je dla ciebie. Przepraszam, że nie oponowałem. Nie ma sprawy. Nie mogłam ich sobie z powrotem wsadzić i musiałam iść do kosmetyczki, żeby mi na nowo przekłuła dziurki. Przepraszam cię, owieczko. Ale za drugim razem, gdy chciałaś je wyjąć, powiedziałem, żebyś je zostawiła. Marika uśmiecha się do mnie słodko. I chyba byłem już trochę twardszy? Tak – mówi Marika. Czasem nawet za twardy i za duży. Nie wierzę, jak mógłbym być za twardy lub za duży. Przecież każda kobieta… Nie masz racji – przerywa mi Marika. Duży penis nie zawsze jest atutem. Najważniejsze, że się uczysz, jak być delikatnym. Uczę się? A jeszcze nie potrafię? Oooo…. – śmieje się Marika. Starasz się, ale ci jeszcze dużo brakuje. Ale przecież nie jestem gruboskórnym draniem? Oczywiście, że nie. Jesteś bardzo czuły i opiekuńczy, ale czasem ruszasz się w łóżku jak słoń w składzie porcelany. Przepraszam cię, moja krucha chińska filiżanko, zwrócę na to uwagę.

Przysuwam sobie jej dłoń do ust i składam kilka czułych pocałunków po jej grzbietowej stronie. Mogę się napić? Oczywiście – odpowiada mi zdziwiona Marika. – Czemu pytasz? Bo chciałbym to zrobić z chińskiej filiżanki. Wstaję i przynoszę do łóżka butelkę z wodą mineralną. Układam dłoń Mariki w kształt miseczki i mówię: Zaciśnij, żeby się nie wylało – i nalewam w nią po same brzegi wodę, a potem się schylam i wypijam wszystko, wysysając na koniec ostatnie kropelki. Ja też chcę – mówi Marika z jakąś niezwykłą powagą w głosie. Pochylam butelkę z wodą i czekam, aż mi nadstawi dłoń, ale ona mówi: Nie mam miseczki.

Przechodzi mnie dreszcz zachwytu. Układam swoją dłoń w kształt miseczki, napełniam wodą z butelki, a Marika przysuwa ją sobie ostrożnie do ust. Nie chcąc uronić ani kropli, musi ją lekko wykręcić, co sprawia mi niewielki ból. Następnie wypija jej zawartość patrząc mi w oczy z najwyższą powagą.

Na następnym spotkaniu pytam: Wiesz, po czym rozpoznaję swój stan prawdziwego zakochania? Po czym? Po tym, że piszę wiersze. Chciałbym ci przeczytać, co napisałem dla ciebie. Naprawdę? – pyta Marika. Tak. Napisałem wiersz dla ciebie. O rety, aż się boję. Nie ma czego, posłuchaj:

Jeszcze jedna taka wiosna
Choćby jeden maj
Jedna noc do brzasku


Jeszcze jeden świt
Chłód poranka
Ptaków śpiew
I akacji zapach

Jeszcze jedno rozmarzenie
Jeszcze jedno pożądanie
I marzeń spełnienie

Jeszcze jedno przewieszenie
Sukienki na krześle
Jeszcze jedno łopotanie
Firanek na wietrze

Jeszcze jeden deszcz ożywczy
Jedna błyskawica grzmot
Jeszcze jedna tęcza

Jeszcze jedno pobłądzenie
W lesie twoich włosów
Jeszcze jedno zasłuchanie
W szum twego oddechu

Jeszcze jedno kołysanie
Rytmem twego serca
Jeszcze jedno falowanie
Po morzu twych piersi

Jeszcze jedno zamyślenie
Jeszcze jedno zapatrzenie
W twoje ciało po horyzont

Marika długo nic nie mówi, tylko patrzy mi w oczy z czułością i zachwytem. Jej policzki promienieją uśmiechem ufności. Piękne – odzywa się wreszcie. Chciałabym to zapamiętać. Nie musisz – sięgam do kieszeni leżących na podłodze spodni i podaję jej złożoną na cztery kartkę papieru z napisanym odręcznie wierszem. Marika kładzie się na wznak, podnosi kartkę na wysokość twarzy i czyta ponownie wiersz w milczeniu. Składa kartkę i mówi: Jerzy, ja nie zasługuję na wiersze. Leżę na lewym boku i patrzę na jej profil. Udając smutek, z kamienną twarzą odpowiadam innym wierszem, tym razem nie moim własnym: Za smutek mój, a pani wdzięk, ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii, a pani cóż, nie chce tych róż, że takie brzydkie i że z kolcami… Jerzy, jest piękny. Zachowam go. Będę musiała tylko schować, żeby go czasem mój mąż nie znalazł. A jak wam się układa? Coraz gorzej. Przykro mi to słyszeć. Czemu tak się dzieje? Po prostu przestaliśmy się kochać. Coś we mnie pękło w ostatniego Sylwestra. Łukasz się upił i zrozumiałam, że od dłuższego czasu czuję do niego niechęć. Z powodu upicia się? I to w Sylwestra? Gdyby Anna miała mnie zostawić z powodu upicia się, zrobiłaby to już ze sto razy. Nie o to chodzi. On nic złego nie zrobił. Wszyscy mieliśmy mocno w czubie, zwłaszcza panowie, ale wszyscy świetnie się przy tym bawili. Tańczyli, wygłupiali się. A on zapadł się w sobie, a potem zasnął na siedząco. Wystraszyłam się, że takie może być całe nasze życie. Przemilczane, przespane. Jak u moich rodziców.

A jak było u rodziców? Widzę, że Marika albo się zastanawia, jak mi to opowiedzieć, albo waha się, czy mi to w ogóle powiedzieć. Nie lubiłam swojego domu. Od zawsze, od kiedy tylko pamiętam. Moi rodzice się nie kochali. Traktowali siebie nawzajem jak powietrze. Powietrze, którego nie widać, ale którym się oddycha, by żyć. Pobrali się, ponieważ mama zaszła w ciążę. Ze mną. Ona była ładną kobietą, tata też nie był najbrzydszy, ale ona chyba liczyła w życiu na coś więcej. Była urzędniczką, po liceum ekonomicznym, a ojciec pracował jako monter w gazowni. Gdy mnie spłodzili, mieli po dwadzieścia lat. Nie mieli mieszkania i wprowadzili się do babci, która miała dwupokojowe mieszkanie. Akurat rok wcześniej umarł dziadek i jeden pokój był wolny. W zasadzie to był pokój mojej mamy, bo ona nigdy nie wyprowadzała się z domu. Mieszkała w tym pokoju od dziecka z siostrą, ale jej siostra poznała pewnego Włocha i wyprowadziła się do niego, więc moja mama miała pokój tylko dla siebie. Tata się do niej wprowadził i mieszkali tam we dwoje, a potem była nas trójka, chociaż ja nie pamiętam, żebyśmy mieszkali we trójkę w jednym pokoju. Pamiętam tylko, że zawsze spałam z babcią w małym pokoju. Mama spała sama w dużym pokoju, a tata rozkładał sobie na noc łóżko polowe w kuchni. Mama go tam wysyłała, bo strasznie chrapał, przez co mama nie mogła spać. Ona go całkowicie stłamsiła. On nie miał własnej woli ani swojego zdania. Pamiętam, że, gdy byłam już większa, widziałam, jak dwa razy w miesiącu przynosił wypłatę. Kładł przed nią na stole odcinek i pieniądze, co do grosza. Mama przyjmowała to z obojętnością i mówiła do niego z pogardą,… może nie z pogardą, ale z lekceważeniem: Nawet na piwo nie poszedłeś z kolegami? A on na to odpowiadał, że nie jest z tych, co wystają pod budką z piwem. Gdy tylko zjadł obiad, który gotowała babcia, zaraz uciekał do klubu brydżowego. Wracał dopiero wieczorem, gdy mama oglądała telewizję. Ale on nigdy nie dotykał pilota. Nawet jak był jakiś mecz, a mama chciała oglądać coś innego, mówił, że wystarczy mu, że pozna wynik. Mama też zwykle znikała na plotki z koleżankami. Szły na kawę albo do „kina na obcasach”. W pokoju zawsze stała szachownica z poustawianymi figurami, a w regale tata miał swoją półkę na czasopisma brydżowe i szachowe. Najgorsze były niedziele, bo wszyscy byliśmy razem. Ojciec siedział sobie cichutko i analizował partie szachów albo brydża, a mama przeglądała czasopisma dla kobiet albo rozwiązywała krzyżówkę. Ja siedziałam jak mysz pod miotłą. Gdy tylko odezwałam się głośniej, albo spróbowałam pobiegać, mama zawsze mówiła: Marika, nie szalej, przeszkadzasz tatusiowi się skupić. Nie lubiłam wychodzić na podwórko, bo tam dzieci bawiły się głośno, biegały, krzyczały. Cały czas to słyszałam, bo jedno okno mieliśmy od podwórza.

Jak byłam mała, babcia codziennie odprowadzała mnie do szkoły, a kiedy była wywiadówka, mama próbowała wypchnąć na nią tatę, ale tata mówił, że on by się tam źle czuł, bo na pewno będą same mamy. Wtedy babcia mówiła, że ona pójdzie. Gdy babcia umarła, byłam w piątej klasie. I wtedy nie miał kto chodzić na wywiadówki. Czasami chodziła mama, ale najczęściej coś jej wypadało. Mówiła, że nic się nie stało, bo przecież ze mną nie ma żadnych problemów, bo jestem w szkole grzeczna i mam całkiem dobre stopnie. A gdy zabrakło babci, to z kim zostawałaś? Jak to z kim? Sama. Przecież byłam już duża. Czasami przychodziła do mnie moja siostra i zostawała na kilka nocy. Okazało się, że ten Włoch, jej ojciec był żonaty. Wrócił do siebie do kraju, ale przynajmniej zostawił im mieszkanie. Moja ciotka była strasznie głupia. Uganiała się za mężczyznami, a córeczka jej w tym przeszkadzała, przywoziła ją więc czasem na kilka dni do babci, a potem już tylko do mnie. Byłyśmy ze sobą po południu i wieczorami, bo ona chodziła do innej szkoły. Po śmierci babci miałam pokój tylko dla siebie, mama spała w salonie, a ojciec ciągle w kuchni. Czasami widziałam, jak ojciec w kuchni podchodzi od tyłu do mamy, przekłada jej ręce pod pachami, łapie ją za piersi i próbuje pocałować w kark. Wtedy ona zwykle mówiła: Daj spokój, dostałeś już nagrodę. Byłam już na tyle duża, żeby wiedzieć, że to seks był w nagrodę. Musieli to robić, gdy wychodziłam z babcią na spacer albo do kościoła, a jak już nie było babci – to do kina. Gdy mu się trafiła jakaś fucha i zarobił dodatkowe pieniądze, przynosił jej je jak pies w zębach i mówił: Kup sobie jakiś płaszczyk albo buty.

Nie mogłam tego znieść. Gdy miałam szesnaście lat, wyprowadziłam się z domu. Dzięki temu on zaczął sypiać w pokoju, jak człowiek. I dokąd się wyprowadziłaś? Mieszkałam z różnymi ludźmi. Wynajmowaliśmy mieszkanie w kilka osób. Miałaś pieniądze na czynsz? Oczywiście. Od razu zaczęłam pracować. Co robiłaś? Sprzedawałam kebab, kurczaki, czasem gotowałam w jakimś barze, zmywałam… Takie prace. A co ze szkołą? Chodziłam do technikum gastronomicznego, ale mi się nudziło. Nie miałam czasu ani chęci na naukę i przeniosłam się do zawodówki. O jakim profilu? To samo. Handel i gastronomia. Nauczyciele mi mówili, że nie pasuję do tej szkoły, że powinnam robić coś lepszego, ale mi to odpowiadało. A rodzice? Co na to? Nic. Matka tylko powiedziała: Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

A jak zostałaś modelką? Przypadkiem. Poszliśmy z Łukaszem po ślubie zrobić sobie zdjęcia. Bardzo fajnie wyszły. Fotograf od razu zauważył, że mam talent do pozowania i zaproponował mi sesję. Rozbieraną? Niee. Glamour. Chcesz zobaczyć? Jasne. Marika sięga po komórkę. Widzę, że przerzuca jakieś kolorowe zdjęcia i zatrzymuje się na kilku w kolorze sepii. Leży na nich w skromnej, ale eleganckiej sukience i tęsknym wzrokiem wpatruje się w obiektyw. Ładne – mówię. Lubię je najbardziej, chociaż wyglądam na nich jak klucha, bo to było parę miesięcy po urodzeniu Elizy. Potem dostałam inne propozycje i trafiłam do studia, w którym kręcimy łaskotki.

Ale czemu ci o tym opowiadam? Mówiłaś o Sylwestrze. No tak. Kiedy zobaczyłam Łukasza takiego sflaczałego, pomyślałam sobie o moim ojcu. Nie chciałam mieć takiego życia jak moi rodzice. Łukasz to dobry człowiek, zwłaszcza świetny ojciec. Dużo czasu poświęcał Elizie, ale myślał, że jak zarobi na rodzinę i trochę się zajmie dzieckiem, gdy jest w domu, to wystarczy. A ja chciałam czegoś więcej. Gdzieś wyjść, pogadać o czymś. Pomyślałam sobie, że jestem za młoda, żeby tak przedreptać przez życie, bez rozmowy, bez uczucia i zaproponowałam mu, żebyśmy się rozwiedli. On nie chciał o tym słyszeć. Był bardzo zdziwiony, bo myślał, że wszystko jest w porządku, ale potem mi przyznał rację, że nic nie jest w porządku. Zaczęliśmy spać osobno. Ja z Elizą, a on sam. Mimo to poprosił mnie, żebyśmy dali sobie jeszcze przez pół roku szansę. I że jeśli przez ten czas nic się nie zmieni, to pomyślimy o rozwodzie. Ale po pół roku było tylko gorzej. Wtedy on mi zaproponował kolejne trzy miesiące, do końca roku, po których zrobiło się kompletnie źle. Już prawie nie rozmawiamy ze sobą. Rozmowy ograniczają się tylko do wymiany informacji o dziecku. On jest stale w warsztacie i wpada czasem do domu znienacka. Więcej chyba zdarzy mi się porozmawiać z sąsiadką niż z nim. Ostatnio nawet całe noce spędza w warsztacie, bo mają dużo zleceń. Jest coraz więcej bolesnych słów i gestów. Nawet jakbyśmy chcieli, nie da się już tego posklejać. Wczoraj w ciągu całego dnia były dwa zwroty akcji. W jednym – chciałam się do niego przytulić, ale on mnie odepchnął, w drugim – podszedł do mnie, przytulił się i kiedy chciał mnie pocałować, odwróciłam głowę w drugą stronę. To nie było kontrolowane. Raczej samoistne. Już takie mam odruchy.

Zgoda, to są odruchy, może i niekontrolowane, ale – jak widzę – pojawiają się zarówno te negatywne, jak i pozytywne, może więc coś z tego będzie, może się rozwiną. Może to są pączki, które muszą przetrwać zimę, z których rozwiną się piękne kwiaty? Sprawę załatwiłby seks. Przywraca równowagę, bliskość, wymazuje błędy. Ran może nie leczy, ale goi małe zadraśnięcia. No, ale jeśli on nie podejmuje akcji… Nie mówię, że ma wziąć cię siłą, ale powinien wykorzystać siłę seksu. Wystarczy położyć się razem do łóżka, nawet jeśli będziecie zwróceni każde w inną stronę, i zasnąć. Pożądanie przyjdzie samo. Od przypadkowych dotknięć, delikatnych muśnięć. Mężczyzna w wieku twojego męża powinien mieć erekcję w wyniku samej obecności tak pięknej, bliskiej i prawdopodobnie wciąż jeszcze kochanej kobiety. Wystarczy, żeby ci ją pokazał, przytulając się mocniej. Ty przecież też nie jesteś z drewna. Twoje ciało musi reagować na takie bodźce, zwłaszcza w półśnie, gdy nie jest chronione tarczą świadomości. Seks jest jak syreni śpiew, któremu nie można się oprzeć, a wy przywiązujecie się jak Odys do masztu, by mu nie ulec.

Problem w tym że moja świadomość, podświadomość i nadświadomość tworzą blokadę przed Łukaszem. Już kilka razy starał się w czasie mojego snu dotrzeć do mnie intymnie, ale efekt był zawsze taki, że automatycznie się budziłam i po jego zagrywkach czułam niesmak. To już kompletna klapa. Co on takiego ci zrobił? Nic. Prawdopodobnie wszystko potoczyło się za szybko: dziecko, ślub, mieszkanie, wcześniej wypadek samochodowy, w którym straciłam pierwsze dziecko. I to wszystko w ciągu dwóch lat. I wiesz, czego zabrakło w tym wszystkim? Pewności, że prawdziwe uczucie jest…

Chyba rzeczywiście powinnaś postawić sprawę jasno. Ale jemu potrzebne jest racjonalne wyjaśnienie, żeby to zaakceptować. Musi wiedzieć, czemu musicie się rozstać. On już zrozumiał, że nic na siłę. Zgoda, ale on musi jeszcze wiedzieć dlaczego. Dlaczego nie. Jeśli racjonalnie nie pojmie przyczyny waszego rozstania, będzie miał irracjonalne poczucie krzywdy, z którym nie będzie wiedział, co zrobić. I, żeby je przezwyciężyć, skieruje je przeciwko tobie. To atawistyczna logika, która drzemie w każdym z nas: oko za oko, ząb za ząb. Ale nie wiem, czy wiesz, że to tylko największy skrót, bo idąc dalej za tą logiką, kodeks Hammurabiego mówi także: dziecko za dziecko. I jego irracjonalne poczucie krzywdy może go do tego punktu doprowadzić.

Nie, mój mąż to dobry człowiek. Nigdy nie zrobi mi krzywdy, chociażby ze względu na Elizę. A zwłaszcza jej. Owieczko, wciąż się o ciebie martwię. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie trudności cię czekają? Załóżmy wariant najgorszy. On akceptuje wasze rozstanie i całkowicie się od ciebie odwraca. Zatrzymuje sobie mieszkanie, nie daje ci pieniędzy na życie. I co wtedy? Jak sobie poradzisz? Jerzy, uwierz we mnie, potrafię sobie poradzić. Mariko, nie znam waszej sytuacji, nie znam was, a zwłaszcza jego. Ale jeśli on was kocha i chce, żebyście byli razem jako rodzina, gdzieś popełnia błąd. Może jest zbyt leniwy, może nie jest wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że o związek trzeba dbać stale. Jeśli chce mieć rodzinę, to powinien z nią być, organizować jej ciekawie czas, stwarzać miłe sytuacje, do których chce się wracać. Może on tego nie wie, bo dostał wszystko za darmo. Musiał o ciebie walczyć, zalecać się do ciebie, zabiegać o twoje względy czy po prostu ty sama wpadłaś mu w ramiona? Czy on się o was troszczy, jest szczęśliwy, gdy jest z wami, czy może myśli, że po prostu wystarczy być i dać pieniądze na życie? Mówisz, że nie ma już czego ratować, że nie warto, bo żadne z was nie chce. Ty mówisz otwarcie, że nie chcesz i dążysz do rozwodu. On – rzekomo – nie, ale czemu spędza tyle czasu poza domem. Noce w warsztacie? Naprawdę? Pół roku bez seksu? Ja w to nie wierzę.

Jerzy, gdybym z nim sypiała, nie spotykałabym się z tobą. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o niego. Żaden mężczyzna, zwłaszcza młody, nie wytrzyma pół roku bez seksu. Nie chciałbym w tobie budzić nieuzasadnionych podejrzeń, ale… może on kogoś ma? Nie. Wyczułabym to. Wiem, jak na niego działam. Wystarczy, że się do niego zbliżę. To może chodzi na dziwki? Przecież musi sobie jakoś radzić. Och, nie! Nie zdobyłby się na to. OK. Nie chcę ci podsuwać fałszywych myśli. Wydaje mi się, że znam męską naturę, ale może ty znasz go lepiej. Ale jeśli on musi radzić sobie z tym sam, mieszkając z tobą pod jednym dachem, to musi być to dla niego strasznie upokarzające. Nic na to nie poradzę – mówi Marika z nieznaną mi do tej pory obojętnością, w której wyczuwam lekki cień okrucieństwa. Ja nie potrafię kochać ani z obowiązku, ani z litości.

Rozdział VI (ok. 14 minut czytania)

Ale ostatnio się rozgadałam – mówi Marika podczas następnego spotkania, gdy wreszcie ze spokojem wtulamy się w siebie po osiągnięciu szybkiego rozładowania. Jeszcze nigdy nie wypowiedziałam tylu słów bez przerwy. Eee, chyba żartujesz – podaję w wątpliwość to, co mówi. Naprawdę. Nikt ze mną nie rozmawia tak jak ty. Wszyscy tylko mówią: Cześć, co słychać, co robisz, dokąd idziesz, jak ci się podobał film? I odpowiadają: Wszystko w porządku, idę na zakupy, świetny był. A jak się spotykacie w jakimś większym gronie? To trochę świrujemy, śmiejemy się, niektórzy opowiadają dowcipy, ale to nie są rozmowy. Ty też opowiadasz dowcipy? Ja? – pyta Marika podnosząc wysoko brwi. I lekko kręcąc głową odpowiada: – Nie.

A ze mną lubisz rozmawiać? Marika spogląda mi w uczy z czułością, lekko napręża policzki w wyrażającym ufność uśmiechu i mówi: Bardzo. Przytula głowę do mojej piersi i szepce tak, że czuję na swojej skórze tchnienie jej ust. Czuję się przy tobie taka bezpieczna. Nie obawiam się niczego, niczego się nie wstydzę. To dobrze, kochana owieczko. Przytul się mocniej. Okryję nas kołdrą, żebyś nie zmarzła. Jesteś taki opiekuńczy. Na pewno byłeś świetnym ojcem.

Nie do końca, choć rzeczywiście, przez dwadzieścia lat byłem tatusiem i byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy. Lubiłem bawić się z dziećmi w odkrywanie świata. Podnosiliśmy kamienie, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w lesie rozgarnialiśmy krzaki, żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie kryje. Gdy wybieraliśmy się samochodem w dłuższą trasę, którą już znaliśmy, ja szukałem jakichś skrótów drugorzędnymi drogami, żeby zobaczyć dokąd nas zaprowadzą, gdy skręcimy w bok od szosy głównej. Zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego, ale najbardziej się cieszyliśmy, gdy zabrnąłem w jakąś ślepą uliczkę, kończącą się wjazdem do chłopskiego gospodarstwa z kupą gnoju na podwórzu. Dzieci się ze mnie śmiały: Tatuś-odkrywca, dzisiaj odkrył kupę gnoju. Lubiliśmy te nasze włóczęgi. Najpierw po kraju, potem trochę po świecie. Nie było w nich chwili nudy, nawet gdy przemierzaliśmy jakąś trasę przez kilka godzin. Lubiliśmy grać w „Kto to jest?”. Po kolei jedno z nas wymyślało jakąś postać, a reszta zgadywała, zadając pytania, na które odpowiadało się tylko „tak” lub „nie”. Tak się w tym wyspecjalizowaliśmy, że wystarczało nam kilka pytań, by odgadnąć o kogo chodzi, nawet jeśli to były najbardziej absurdalne pomysły, na przykład, rowerzysta, którego właśnie minęliśmy albo osiołek, na którym Maryja z Dzieciątkiem i Józefem uszli do Egiptu przed prześladowaniami Heroda. Każdy z nas zabierał ze sobą zestaw kaset, których słuchaliśmy po kolei. I nie było żadnego marudzenia. Jak jazz, to jazz, jak Michael Jackson, to Michael Jackson, jak ballady, to ballady. Przeszliśmy razem wszystkie nasze góry ze wschodu na zachód i z powrotem. Każdego lata przynajmniej tydzień albo dwa spędzaliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi na żaglach i na kajakach. Lubiłem to najbardziej, bo to była najlepsza szkoła dla małych dzieci. Uczyły się obowiązku, ostrożności, pracy, przewidywania, zasad bezpieczeństwa. No i niezapomniane noce w środku lasu, przy ognisku, z opowieściami i piosenkami. Często sen na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem, liczenie meteorów. Gdyby nie te nasze wyjazdy, one, mieszkając w mieście, nie znałyby smaku deszczu i wiatru, śniegu i mrozu. Nie wiedziałyby, jak rozgwieżdżone może być niebo. Nie wiedziałyby, kiedy księżyc się cofa, a kiedy dopełnia. Gdy miały dwanaście lat, mówiły płynnie trzema językami, a gdy czternaście – miały patenty żeglarskie, jeździły konno, na nartach – super, coś tam potrafiły zagrać na pianinie i na gitarze, ale żadna z nich nie potrafiła jeździć na rowerze. Przeze mnie. Próbowałem je nauczyć, gdy miały cztery lata czy pięć, ale im nie wychłodziło. Złościłem się na nie tak, że obie się zraziły tak bardzo, że przez całe lata nie dawały się namówić, by wsiąść na rower. Strasznie mnie to martwiło, że takie duże dzieci, które wszystko potrafią, nie potrafią jeździć na rowerze i wyrzucałem sobie, że to przeze mnie. Ale gdy miały pojechać na obóz survivalowy, przełamały się. Nie chciały, żeby inne dzieci się z nich śmiały i nauczyły się. W jeden dzień. Odetchnąłem z ulgą, ale ten rower ciążył mi przez całe lata.

A ty potrafiłaś jeździć na rowerze jako dziecko? Tak – uśmiecha się Marika. Dostałam na pierwszą komunię piękny rower od chrzestnego. Z różową ramą i białymi oponami. Nawet nim jeździłam przez miesiąc. Czemu tylko przez miesiąc? Przebiłam oponę. I nie miał mi kto naprawić. No, a tata? Ciągle zapominał kupić łatki i klej. A mama nie mogła go przycisnąć? Mama mówiła, że ze mną są ciągle jakieś kłopoty, chociaż nie było żadnych. A jak już się jakiś pojawił naprawdę, to mówiła, że ze mną nie ma żadnych kłopotów. A babcia? Wybacz, babcia nie naprawiała rowerów. Naprawił mi go tata mojego kolegi w następnym roku. Gdy zauważył, że nie jeżdżę, spytał, dlaczego. Wziął bez pytania mój rower, który stał w wózkowni i oddał mi go po godzinie. Dziura zaklejona, koła napompowane, łańcuch nasmarowany, możesz śmigać – powiedział. Miły pan. Tak, mieszkał dwa piętra pod nami. Jego syn chodził ze mną do klasy. Tak samo nieśmiały jak ja, ale gdy jego tata oddawał mi naprawiony rower, on stał obok niego dumny jak paw i wyprężony jak struna. Bardzo się ośmielił. Potem często podbiegał do mnie, ściągał mi z włosów frotkę i uciekał. Następnego dnia znajdowałam ją założoną na klamkę od naszego mieszkania. Ja niby się na to złościłam, ale w głębi duszy cieszyłam się, że ktoś się do mnie zbliżył, że coś się koło mnie dzieje. Do dziś jego tata, kiedy mnie spotyka, gdy przychodzę odwiedzić moich rodziców, zagaduje mnie i mówi: Marika, jaka ty jesteś piękna. Tyle razy mówiłem swojemu Danielowi, żeby się koło ciebie zakręcił, a on przegapił taką okazję.

Poprawiam ułożenie mojej owieczki w objęciach i całuję ją w czubek głowy. Gdzie spędzasz Święta? – pyta mnie Marika. W cyrku, jak co roku – odpowiadam jej z figlarnym uśmiechem. Marika zwraca twarz ku mojej i odpowiada mi swoim rozbrajającym uśmiechem: Znów te twoje tajemnicze żarty. Nie, żadna tajemnica. Co roku urządzamy cyrk bożonarodzeniowy, Christmas Circus. My wszyscy bardzo lubimy tradycję. Walentynki, urodziny, malowanie jajek na Wielkanoc, śmigus-dyngus, odwiedzanie grobów na Zaduszki, prezenty na Mikołaja, no i cały ten cyrk na Gwiazdkę. Mamy wielki salon. To właściwie jedno wielkie studio, wysokie prawie na dwa piętra, mnóstwo przestrzeni, jak w jakimś lofcie. Mamy gdzie się pomieścić, więc od lat wszystkie większe imprezy rodzinne organizujemy u nas. Na Wigilię przychodzi do nas ze dwadzieścia osób. Nie tylko najbliższa rodzina. Starsza generacja powoli się wykrusza, więc zapraszamy tych, co zostają sami. Czasem przyjedzie ktoś z przyjaciół naszych dzieci, kto nie udaje się do domu, bo ma za daleko: do Ameryki, Japonii czy Australii. Przygląda się z zaintrygowaniem tym wszystkim naszym dziwnym zwyczajom, bo oczywiście musi być sianko pod obrusem, łuska z karpia pod talerzem, dwanaście potraw, kompot z suszonych owoców, uszka, pierogi i tak dalej. I wszystko robione własnoręcznie w domu.

Na dwadzieścia osób, to musicie mieć naprawdę dużo pracy. Nie jest tak źle, każdy bierze coś na siebie i przynosi jedną gotową potrawę: pierogi, uszka, karpia, kluski z makiem. No i mamy dużo młodzieży, więc miło popatrzeć, jak śmigają przy stole, obsługując dziadków. Dziewczyny i chłopaki. A potem śpiewamy kolędy. Dzieci grają na pianinie, a reszta śpiewa. Oczywiście, znamy tylko pierwsze zwrotki, ale każdy może dostać śpiewnik ze słowami, jeśli potrzebuje. Nawet goście z zagranicy próbują z nami śpiewać, choć nie rozumieją słów. Ale każdy i tak dostaje swoją szansę, bo na koniec śpiewamy Cichą Noc we wszystkich językach, jakie znamy: po naszemu, po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku. To musi niesamowicie brzmieć. Tak, lubimy to bardzo. Po naszemu śpiewają prawie wszyscy, po angielsku tylko połowa, po niemiecku trzy lub cztery osoby, po francusku i hiszpańsku – też dwie lub trzy. Najfajniejsza jest ostatnia zwrotka, którą śpiewamy wszyscy, każdy w języku, jaki zna. No a potem prezenty. Do znudzenia, bo pod choinką leży ich cała góra. Na szczęście nie każdy kupuje każdemu, bo inaczej byłoby dwadzieścia do kwadratu. Patrzę na Marikę. Uśmiecha się. Moja uczennica chyba wie, jak to obliczyć, ale nie zgłasza się do odpowiedzi.

Magiczna atmosfera. Dobrze mówisz, bo na pewno nie religijna. Do kościoła chodzą tylko dziadkowie, a z następnych generacji chyba nikt nie jest wierzący. A ty jak spędzasz Święta? – pytam Marikę. Idziemy do rodziny Łukasza, do mojej – też, chociaż chyba nie powinniśmy. Czemu? Matka powiedziała do mnie: Są Święta. Adres znasz. Jeśli chcesz, możesz nas odwiedzić. Miłe zaproszenie. Właśnie. I co mam z tym zrobić? Obrazić się? Nie. To byłoby najgorsze. A Sylwester? Wyjeżdżamy do znajomych na wieś. Właśnie jutro się z nimi spotykamy, żeby ustalić szczegóły.

I jak się udał świąteczny cyrk? – pyta mnie Marika podczas następnego spotkania. Świetnie. Doszły nam trzy nowe języki do Silent Night, bo okazało się, że nasi Anglicy są Brytyjczykami z Walii, a dzieci zaczęły uczyć się arabskiego i japońskiego. A jak u ciebie? Niespecjalnie. Moja rodzina się mnie czepiała. Zostawiłam ich i poszłam odwiedzić sąsiadów. Ja się u nich czuję lepiej niż we własnym domu. Rodziców Daniela? Tak – odpowiada mi Marika z łagodnym uśmiechem wzruszenia na twarzy. A Daniel też był? No taak – Marika potwierdza jakby z uśmiechem zawstydzenia. Idę z nim na Sylwestra. Jego znajomi organizują u siebie imprezę.

A co z wyjazdem? – pytam ją z surowym wzrokiem. Nic. Łukasz wyjeżdża sam. Pokłóciliśmy się. Niedobrze. Nie cieszy mnie to, a martwi. Nie, Jerzy, nie martw się o mnie. Tak jest dobrze. Musimy to zakończyć. Martwię się o ciebie, owieczko. Twoja łódeczka taka maleńka, a ocean życia ogromny. Dokąd ty się wybierasz, mała dziewczynko? Sama w świat? Jerzy, tylko ty jeden myślisz o mnie jak o małej dziewczynce, a ja nią już od dawna nie jestem. Jestem dorosłą kobietą, jestem mamą. Z tym większą troską myślę o tobie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić – Marika głaszcze mnie wnętrzem dłoni po policzku. Ja się o nią martwię, a ona mnie pociesza, żebym się o nią nie martwił. Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty.

Fado curvo

Zobaczyć to tajemnicze miasto malowniczo położone na wysokich wzgórzach nad brzegiem Tagu i otwartym Atlantykiem, pełne wspaniałych zabytków, parków i ogrodów, po którego krętych i stromych uliczkach jeżdżą słynne żółte tramwaje, a ogromne windy – elewatory – w secesyjnych żeliwnych konstrukcjach pozwalają przemieszczać się w pionie z jednej dzielnicy do drugiej – od lat było naszym marzeniem. Ale przede wszystkim chcieliśmy posłuchać na żywo fado – pieśni Lizbony.

Fado jest rzewną pieśnią, której styl narodził się jakieś 150 lat temu wśród miejskiego proletariatu Lizbony.  Pieśni fado opowiadają o losie prostych ludzi. Wyrażają smutek za tym, co beznadziejnie utracone i tęsknotę za tym, co nieosiągalne. Przedmiotem wielu utworów jest ojczyzna: Portugalia, Lizbona, rodzinne strony, dom oraz sama pieśń – fado meu. Sposób wykonywania fado niewiele się zmienił na przestrzeni lat. Chwyta za serce, wyciska z oczu łzy, pobudza emocje, nawet jeśli słuchacz nie rozumie słów. W klasycznym fado występują tylko dwa instrumenty: guitarra – przypominający mandolinę instrument ze stalowymi strunami, wzmacniający linię melodyczną  śpiewu, często łkający z wokalistą,  i viola, przypominająca hiszpańską gitarę, pełniąca funkcję rytmiczną. Instrumenty perkusyjne występują w fado bardzo rzadko. W nowoczesnych wykonaniach czasami pojawia się fortepian i kontrabas. Jednak najważniejszy jest fadista –  wokalista (lub wokalistka) który silnym, pewnym i wyraźnym głosem, pełnym emocji i zaangażowania wykonuje rzewną  pieśń o ludzkim losie.

Azulejos z kopią obrazu Jose Malhoa O fado

Fado w Lizbonie – to miał być nasz wspólny prezent z okazji rocznicy ślubu. Z lotniska docieramy autobusem do bulwarów nad Tagiem. Powoli wspinamy się po stromych uliczkach Alfamy, poprzewieszanych sznurami z susząca się bielizną. Serpentyny uliczek przecinają przejścia po stromych schodach, często wąskie zaledwie na szerokość ramion  Wynajęliśmy tu mały apartament. Z jednej strony okno wychodzi na ulicę i mały skwer z placem zabaw dla dzieci i sklepem, który wieczorem zamienia się w tawernę. Z drugiej rozpościera się wspaniały widok na szerokie na kilkanaście kilometrów ujście Tagu i położoną na przeciwległym brzegu dzielnicę Lizbony. Na szafce leży kilka płyt, znajduję wśród nich „Fado Curvo” Marizy. – Co to znaczy? – pytam  gospodarza.   Ciągle fado, na okrągło fado. Fado curvo.

Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Fado, to tylko kilka ulic w dół. Po drodze mijamy senne tawerny. Przy stolikach okoliczni mieszkańcy przy południowym winie. Od razu widać, że nikomu się tu nie spieszy. Co chwila rozpoznajemy miejsca z kultowego filmu Wima Wendersa „Lisabon story”. Ale widziane z bliska piękne mozaiki z biało-niebieskich  azulejos napawają smutkiem. Zaniedbane płytki odpadają jedna po drugiej. Wspaniałe  fontanny, ławki, murki i fasady domów sypią się jak cała Alfama. Część budynków próbuje się ratować, ale gołym okiem widać, że prace prowadzone są tu bez ładu i składu. Stare, zdezelowane rusztowania obwieszone są starymi szmatami pobrudzonymi zaprawą. Żaden z sennie snujących  się robotników nie jest ubrany w porządny kombinezon roboczy. Wszyscy noszą  jakieś zniszczone ciuchy codziennego użytku. Gruz wynoszony w plastikowych wiadrach po farbie wysypują na kupę wprost na ulicę. Żadnego kubła, żadnego kontenera. Coś tu próbuje się klecić, klajstrować, ale to niezwykłe miejsce wymaga programu ratunkowego za wielkie pieniądze.

Muzeum Fado też  w remoncie, czynny jest tylko sklep z pamiątkami. Szybko nawiązujemy kontakt z Anną, miłą panią po sześćdziesiątce i z jej przynajmniej o połowę młodszą asystentką. Pytamy, dokąd warto pójść posłuchać fado. Wymieniamy nazwę najstarszego klubu w Lizbonie. Donna Anna dyskretnie kreci głową. – Nie?… Tam przecież śpiewała legendarna Amalia Rodriguez, najsłynniejsza śpiewaczka fado, prawdziwa świętość dla Portugalczyków? Asystentka też dyskretnie pokazuje, że nie. –A „Parrelinha de Alfama”, klub, który prowadzi Agentina Santos?  – Arżentina Santusz – poprawia moją wymowę asystentka. – Tam warto. Mówimy, że chcieliśmy jeszcze pójść do …., gdzie spiewa Anna Moura,  ale okazało się, że wyjechała na tournee za granicę.    Rzeczywiście – potwierdzają obie panie – ostatnio stała się sławna. – A „Club de Fado? – dopytuję się dalej. – Mają tam świetnego gitarzystę –Anna z aprobatą utwierdza nas w dobrym wyborze. -Mario Pacheko –daję do zrozumienia, że wiem, o kogo chodzi. – Paszeko – znów poprawia moja wymowę asystentka i obie panie porozumiewawczo spoglądają na siebie:  facet wie, o co chodzi. Pękają lody. Rozkładamy na stole plan Lizbony i zaznaczamy miejsca, w które warto się udać. Już wiemy, gdzie sprzedaje się kiczowate show dla zagranicznych turystów, a gdzie pulsuje żywa tradycja, gdzie występują zawodowcy, a gdzie śpiewają amatorzy. Poznajemy nazwy lokali  odwiedzanych przez samych lizbończyków, o których jednak nie wspomina żaden przewodnik.

Rezerwujemy miejsce na kolację w Club de fado. Idziemy tam piechotą. Mieszkamy w sercu Alfamy, więc wszędzie mamy blisko. Po drodze zaczepia nas starsza kobieta ubogo ubrana w czarną ortalionową kurtkę. Kierując się polskim doświadczeniem, spodziewamy się, że poprosi nas o pieniądze, ale ona zaprasza nas do pobliskiego lokalu na koncert fado. Przechodząc, nawet go nie zauważyliśmy. W ukrytym zaułku w słabo oświetlonej witrynie wisi narysowany kredką szyld „El Fermentacion”. W drzwiach stoi smutny starszy mężczyzna w marynarce sprzed co najmniej trzydziestu lat. Sąsiednia ściana obstawiona jest zardzewiałymi rusztowaniami, poobwieszanymi zachlapanymi zaprawą szmatami. Pod nimi kupki gruzu. W rogu na zdezelowanym krześle siedzi starszy tęgi mężczyzna w bordowej polarowej bluzie. Całość robi mało zachęcające wrażenie. Kolacja tutaj? To chyba nienajlepszy pomysł. Wymawiamy się starszej pani, że już mamy zarezerwowany stolik u Mario Pacheco. Zrezygnowana smutno kiwa głową. Z czym ma konkurować? Club de Fado, to jeden z najpopularniejszych celów zagranicznych wycieczek. Uprzejmie się żegnamy i idziemy dalej, aż nagle… za naszymi plecami rozlega się krótka przygrywka i cudowny, pełen smutku i tęsknoty  śpiew. Odwracamy się i stajemy jak wryci. To śpiewa ten starszy mężczyzna, który stał w drzwiach baru. Na violi i gitarze akompaniuje mu dwóch jeszcze starszych muzyków. Muzyka niesie się po kątach zaułka, jej echo świetnie tłumią rozwieszone na rusztowaniach szmaty. Nawet się nie domyślaliśmy, że przypadkiem znaleźliśmy sie w naturalnej sali koncertowej o wspaniałej akustyce.

Do Club de Fado możemy przecież wpaść na ostatnia chwilę, mamy więc jeszcze prawie godzinę. Postanawiamy zostać na kieliszek wina. Starsza pani z radością odsuwa nam krzesła przy jednym z zaledwie dwóch stojących na zewnątrz stolików. Wino nie jest najlepsze, ale muzyka – cudowna. Śpiew starego człowieka ściska nam serce Jesteśmy jedynymi gośćmi. Boże! Ci ludzie grają i śpiewają tylko dla nas! Po krótkim występie starszego śpiewaka, w drzwiach staje dużo młodszy mężczyzna, ale ubrany także ubogo. I śpiewa  już nie smutnie i tęsknie, jak poprzedni, lecz lamentująco i rozpaczliwie, jakby chciał rozerwać nasze serca. Gdyby się urodził w Hiszpanii, zapewne byłby świetnym śpiewakiem flamenco. Oboje mamy w oczach łzy wzruszenia i trafnie odgadujemy, co będzie dalej. Tan siedzący nieruchomo w kącie tęgi mężczyzna, to prawdopodobnie również śpiewak, czekający na swoją kolej. I tak właśnie było. I on, i występująca po nim śpiewaczka też pokazali klasę. Na pożegnanie starsza pani, która nas tu ściągnęła, przyniosła album ze zdjęciami, pokazując, że i ona kiedyś śpiewała  na scenie.

Kim są ci ludzie? Murarz, piekarz, tapicer, kierowca? Na pewno nie są urzędnikami ani nauczycielami. To można rozpoznać po ludziach. W ich spojrzeniach i nieporadnych gestach przebija jakaś prostota. Na pewno tez żaden z nich nie był taksówkarzem czy kelnerem, mającym na co dzień do czynienia z zagranicznymi turystami. Takie doświadczenia dodają ludziom swobody i pewności siebie. „El Fermantacion”. Obiecujemy sobie, że będziemy tu wracać i każdy wieczór rozpoczynać w tym magicznym miejscu, ale następnego i kolejnego dnia zastajemy drzwi lokalu na głucho zamknięte, a światła – pogaszone. Nawet z witryny zniknął narysowany kredką szyld. Przechodzący obok turyści szybko mijają ten zaniedbany zaułek, nie wiedząc, że czasami można tu usłyszeć pieśń Lizbony w jej najautentyczniejszym wydaniu.

Śpiewak fado w malutkiej restauracji A Baiuca

Przy wejściu do Clube de Fado stoi sam Mario Pacheco, wirtuoz gitary portugalskiej, kierownik muzyczny i właściciel lokalu. Nic a nic nie dziwi go ani to, że go rozpoznaliśmy, ani to, że przyjechaliśmy tu z Polski, specjalnie, by posłuchać na żywo jego i innych portugalskich artystów. Szybko nawiązujemy miły i serdeczny kontakt. Taka jest zresztą atmosfera na sali, wypełnionej do ostatniego miejsca przez międzynarodowy tłum turystów. Luz i ożywienie. Może nawet za duże, bo po każdej przerwie, gdy rozpoczyna się występ, przez salę kilkakrotnie musi przelecieć przeciągłe: „Szszszy…”, zupełnie jak trzy dzwonki w teatrze.

Słynne casas de fado to wielkie restauracje, oferujące świetną kuchnię regionalną i, niemal wyłącznie, portugalskie wino. Jednak niespotykane jest, by podczas koncertów słychać było szczęk sztućców. Artyści oczekują od publiczności wysłuchania występu w skupieniu. Ich celem jest porwanie słuchających, by – tak samo jak oni – oddali się mistycznej muzyce. Ten podniosły i tajemniczy nastrój wzmacnia się, przygaszając światło. Zostaje tylko mała lampka, oświetlająca miejsce występu, które udekorowane jest zwykle rozwieszoną na ścianie czarną chustą – podobno na cześć Amalii Rodriguez,  która miała zwyczaj w niej występować. Występ odbywa się kilka razy w ciągu wieczoru. W mniejszych lokalach kolejno śpiewają wszyscy artyści, wykonując po cztery, pięć pieśni. W większych całą rundę, która trwa ok. 20 minut, zwykle wypełnia  jeden śpiewak. Fado śpiewane jest do zamknięcia lokalu między 1.00 w nocy a 4.00 nad ranem.

Clube de Fado – jeden z najlepszych klubów fado w Lizbonie

Mario Pachecko podczas występu – ku entuzjazmowi słuchaczy – daje częste dowody, że jest  jednym z największych wirtuozów swego instrumentu. Występujący z nim instrumentaliści i śpiewacy to zwykle zawodowi muzycy. Często dołączają do niego wielkie gwiazdy, koncertujące na scenach całego świata:  Mariza, Misia, Dulche Pontes czy Kamane. Ale tego wieczoru , nawet bez nich występ jest wspaniały, a atmosfera w lokalu bardzo przyjazna. Miło nam, że maestro, przechodząc obok naszego stolika, za każdym razem uśmiecha się do nas i coś zagaduje.

Około północy, po skończonej kolacji goście powoli się rozchodzą. Do pustych stolików  wokół „sceny” przesiadają się chcący wciąż jeszcze uczestniczyć w tej muzycznej uczcie. Przychodzą też nowi, bardziej zainteresowani muzyką niż jedzeniem. Atmosfera robi się bardziej intymna. Artyści grają teraz specjalnie dla nich, aż do ostatniego występu koło 4.00 nad ranem, gdy wokół sceny pozostanie garstka najwytrwalszych. Na pożegnanie ściskamy się z mistrzem jak starzy przyjaciele.

Następnego dnia zwiedzamy zabytki Lizbony. Z miejsca na miejsce przemieszczamy się nowoczesnym tramwajem, podmiejskim pociągiem i słynnymi elewatorami. Najciekawsza jest jednak jazda starym żółtym tramwajem, wspinającym się na strome zbocza Alfamy i Bairro Alto. To jest dopiero jazda! W ciasnych, krętych uliczkach, by tramwaj mógł nimi przejechać, często muszą się wycofywać jadące z naprzeciwka samochody, a przechodnie –  chronić się w drzwiach kamieniczek. Nie zapomnę obrazu, jak motorniczy cierpliwie czekał, by przechodzeń wszedł do niszy wejściowej jednego z domów i raczył złożyć parasol, bo akurat padał deszcz.

Na wieczór zaplanowaliśmy kolację w Perelilinha de Alfama, której właścicielką jest nasza ulubiona falista Argentina Santos. Wiemy, że już nie występuje, ale co dzień trzyma pieczę nad funk wieczornym występem. Możemy więc osobiście przekazać jej nasze wyrazy sympatii.  Wizyta w jej klubie okazuje się jednak największym rozczarowaniem naszego pobytu w Lizbonie. Ściany lokalu wyłożone  biało-niebieskimi  kafelkami i poruszające się na ich tle kelnerki, starsze panie w białych fartuszkach z falbankami, nałożonych na niemodne kolorowe sweterki, budzą w nas skojarzenia z polskim sklepem mięsnym z czasów PRL-u. Obsługa, choć mająca od dawna do czynienia z zagranicznymi gośćmi, nie zna ani słowa po angielsku. Próba dopytania się o szczegóły menu wzbudza w kelnerkach zakłopotanie i irytację. Nawet wymienienie numeru potrawy po angielsku jest dla starszych pań zbyt kłopotliwe. Każde zamówienie kończy się ich prośbą, by ostatecznie wybraną pozycję wskazać na karcie palcem. Atmosfera napięcia udzielała się także gościom i artystom, których występ nie zachwycił. Wszyscy sprawiali wrażenie, że chcieliby, by wieczór jak najszybciej się skończył.

Na szczęście mieliśmy dalsze plany. Wiedzieliśmy, że całkiem niedaleko, w zaułku Alfamy raczej nie odwiedzanym przez turystów występ zaczyna się dopiero  o 23.00. Fasada całkiem zwyczajnej kamienicy nie wskazuje, że dawniej mieściła się w niej kaplica. Nieznający miasta turysta też się nie domyśli, że niepozorny szyld „MESA DE TRADES” zaprasza do maleńkiej casa de fado. Na ścianach świetnie zachowały się żółto-niebieskie azulejos ze scenami z życia Jezusa. W lokalu miła atmosfera i przyjemny tłok, choć trudno przecisnąć się do baru stojącego w miejscu , które wcześniej musiał zajmować ołtarz. Wszystkie stoliki zajęte, ale da się jeszcze znaleźć kawałek wolnej ściany, o którą można się oprzeć. W małym bocznym pomieszczeniu – wszystko wskazuje na dawną zachrystię – młodzi artyści ćwiczą chwyty na violi. W pewnym momencie drzwi wejściowe zamykają się z trzaskiem i całkowicie gaśnie światło. Jest tak ciemno, że artystów nie można zobaczyć. Przez tłum gości przesącza się tylko skąpe światło świec stojących na stolikach. Muzycy nie mają więcej niż 20 lat, ale grają i śpiewają z taką samą żarliwością, co ich rodzice i dziadkowie. Widać, że fado nie umrze jeszcze w tym pokoleniu.

Próba w „zakrystii” Mesa de Trades

Następnego dnia postanawiamy nie opuszczać Alfamy. Szybko się tu zadomowiliśmy. Na ulicy rozpoznajemy już wielu mieszkańców:  a to kelnerów z restauracji, a to właścicieli sklepiku, w którym robimy zakupy, a to panią, którą pytaliśmy o drogę. Wszystko nas intryguje: stary warsztat, przed którym stary stolarz piecze na grillu kiełbaski, publiczna pralnia, łaźnia, sklepiki warzywne. Zagadnięci ludzie  chętnie nawiązują z nami kontakt. A ponieważ  angielskiego nie znają ni w ząb, podobnie jak my portugalskiego, od rozmowy aż bolą ręce.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

W Alfamie trudno znaleźć kawałek płaskiego terenu, ale to nie przeszkadza dzieciom grać w piłkę. Kopią ja nawet w ciasnych stromych uliczkach, biegając pomiędzy rusztowaniami.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Po kątach stoją jeszcze barwne ozdoby, niesprzątnięte  po procesji w Boże Ciało, ale mieszkańcy dzielnicy zawieszają już sznury żarówek i kolorowe girlandy na fiestę św. Antoniego. Do Alfamy przybywają wtedy tłumy turystów, a oni, niemal na każdym rogu, tradycyjnie grillują sardynki. Dla ubogich mieszkańców dzielnicy to świetna okazja, by trochę zarobić. Wieszanie oświetlenia idzie jakoś nieskładnie. Zwykle jedna osoba stoi wysoko na drabinie lub na rusztowaniu i ma kilku pomocników. Wspomagają ich też sąsiedzi, zasiadający na murkach i krawężnikach i podpowiadający co i jak poprawić.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Spacerując, gubimy się w gąszczu kolejnych zaułków. Nagle słyszymy, jak z jednego nich sączy się śpiew kobiety, wyraźne nucącej przy pracy. Idziemy jego tropem. Gdy śpiew cichnie, próbuję go naśladować. Śpiewająca kobieta w mig chwyta sens zabawy. Odśpiewuje jakąś inną frazę, którą i ja próbuję zaśpiewać. Zbliżamy się, nawołując się wzajemnie śpiewem. Wreszcie odkrywamy starszą panią, która sprząta mieszkanie przy otwartym oknie. Witamy się z uśmiechem i mówimy sobie, że fado jest piękne. Oczywiście, na migi. Fado curvo.

Szyld na ścianie baru A Baiuca

Został nam ostatni wieczór. Chcielibyśmy odwiedzić Bairro Alto, ale znów utknęliśmy w Alfamie, zaglądając do kolejnych casas de fado . Naszym głównym celem jest „A Baiuca”, w której odbywają się bardzo dobre występy amatorów. Knajpka jest maleńka, mieści się w niej zaledwie 6 stołów przy których goście siedzą na ławkach upchani niczym sardynki w puszce. Nie mamy jednak gdzie usiąść, wszystkie miejsca zajęte, tłok, że nie ma gdzie szpilki wetknąć. Wycofujemy się więc zawiedzeni, ale na zewnątrz rozpoznaje muzyków. Widzieliśmy ich jakiś czas wcześniej taszczących instrumenty. Licząc, że zaraz skończy się przerwa i będą wchodzić do środka, postanawiamy wcisnąć się razem z nimi. Udaje się. Znajdujemy trochę miejsca, by przysiąść na schodach tuż za drzwiami. Artyści wciśnięci są w ciasny kąt przy barze. By ich zobaczyć, musimy wstać z miejsca. Za to słychać ich świetnie. Choć goście siedzą przy kolacji, nie słychać nawet szczęku widelca. Światła, oczywiście, zgaszone, ale lokal rozświetla otwarte wejście do kuchni, w którym, jak na wielkim  telebimie, stąpając na paluszkach krząta się obsługa. Kobiety w białych czepkach i fartuchach pucują stalowe naczynia i zawieszają je wysoko nad głową. Nagle jednej upada rondel, niczym gong dzwoniąc o kamienną posadzkę. Sytuacja jest śmieszna, ale nikt nie reaguje. Goście jak zahipnotyzowani słuchają rzewnego śpiewu wokalistki. Fado curvo.

Ciasny kącik dla artystów w A Baiuca

Zbliża się północ, ostatnim tramwajem docieramy do Bairro Alto, gdzie zabawa trwa na całego. Na ulicach tłumy turystów mieszają się z mieszkańców Lizbony. Z małych knajpek wydobywa się muzyka: rock, techno i jazz mieszają się z fado i muzyką afrykańską. Zaglądamy do „Cafe Luzo”, najstarszej i chyba najbardziej nobliwej casa de fado w Lizbonie. Na scenie trwa występ folklorystycznego zespołu tanecznego, przy stołach nakrytych białymi obrusami panowie pod krawatami, panie w wieczornych toaletach. Wśród nich krzątają się kelnerzy w białych liberiach z czarnymi guzikami. Nie takiej atmosfery szukamy.

Rozczarowuje nas, że nic nie wychodzi z naszych planów, by przejść spacerkiem po kilku lokalach, zatrzymując się w każdym na jedna turę występu. Wszędzie żądają minimalnej konsumpcji za 20 do 40 euro. W końcu lądujemy w „Cabo Verde”, do którego  przychodzi wielu Portugalczyków. Reagują na fado inaczej niż zagraniczni turyści. Znają śpiewane pieśni, często wstają ze swoich miejsc i przyłączają się śpiewem do solistów, zwłaszcza, gdy śpiewane jest wesołe fado. Fado curvo.

Magiczna atmosfera Caldo Verde

Do mieszkania wracamy nad ranem, pieszo przecinając opustoszałe place i ulice Chiado. Złote światło eleganckich sklepów odbija się od wilgotnych, świeżo zmytych przez polewaczki trotuarów. Musimy wstać wcześnie, by zdążyć na samolot. Niedzielny poranek rozświetla radosne słońce. Gasimy pierwszy dzwonek budzika, by zakosztować jeszcze chwili drzemki. I nagle… nie wierzymy własnym uszom, gdzieś z sąsiedztwa dociera do na silny męski głos śpiewający tęskne fado. Patrzymy na siebie ze wzruszeniem. Moja żona  mówi ze łzami w oczach: – Wracam tu choćby za tydzień.

Tekst i zdjęcia: JERZY KRUK

Uczniowie zjednoczonego świata

Najtrudniejsze jest pożegnanie. W ostatnią noc nikt nie śpi. Uczniowie i nauczyciele zbierają się razem. Trzymają się za ręce, tulą się do siebie, padają sobie w ramiona, wycierają załzawione oczy. Nad ranem odjeżdżają pierwsze autokary na lotnisko. I wtedy przychodzi moment nie do zniesienia – pożegnanie naprawdę. I – być może – na zawsze. Trzeba uściskać wszystkich: kolegów, nauczycieli, opiekunów, kie-rowców, kucharzy, bo przecież wszyscy byli częścią tego niezapomnianego kawałka życia. – Najgorzej jest wyjeżdżać na końcu. Zostajesz wtedy prawie sama i płaczesz kilkanaście razy – mówi Agata.

Co roku ponad tysiąc młodych ludzi z całego świata dostaje szansę przeżycia niesamowitej przygody – nauki w jednej ze Szkół Zjednoczonego Świata (United World Colleges). Przez dwa lata wspólnie się uczą, dyskutują, pracują. Ale łączy ich nie tylko nauka. Te dwa lata to okres wspólnego dojrzewania. I wspaniałej zabawy. Szkoły UWC zostały ulokowane w miejscach zachwycających pięknymi krajobrazami i bliskością przyrody, z dala od większych miejscowości. Wszystko, co jest potrzebne do nauki, uprawiania sportu i rozwijania uzdolnień artystycznych jest na miejscu: sale wykładowe, laboratoria, basen, boiska, teatr. Niektóre szkoły mają własną przystań żeglarską, naturalne ścianki do wspinaczki czy obserwatoria astronomiczne. Uczniowie mieszkają na miejscu w kilkuosobowych pokojach.

UWC Pearson-College – Obraz Render Rud

– Tu nie ma możliwości zrobienia sobie przerwy, zaszycia się w pokoju na kilka dni – mówi Asia. – Skazani jesteśmy na siebie nawzajem 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu. Chcąc nie chcąc – dzielimy ze sobą życie.

Odmienność i bliskość

Uczniowie Pearson College (Kanada) na festynie otwierającym nowy rok szkolny


W Szkołach Zjednoczonego Świata uczy się młodzież z różnych zakątków globu, bez względu na różnice kulturowe, religijne, rasowe czy majątkowe. Dzięki temu, że wszyscy są stypendystami, obok uczniów z bogatych krajów zachodnich mogą się uczyć także uchodźcy z Birmy, Palestyny, Czeczenii czy Afganistanu oraz dzieci z azjatyckich lub afrykańskich rodzin, które żyją za 5 dolarów tygodniowo. W każdej ze szkół uczy się ok. 200 uczniów z 70-90 krajów. – Ta różnorodność – wspomina Jędrek – na początku była oszałamiająca. Trzeba było zapamiętać wiele trudnych imion, wrażenie wywierał też różny wygląd uczniów. Ale po pewnym czasie nie było to nic wielkiego. Nie było już istotne, że ktoś jest z Burkina Faso czy Wenezueli. Zauważałeś człowieka, twojego przyjaciela, część ciebie samego.

John przeżył masakrę mieszkańców swojej wioski podczas walk plemiennych w Ruandzie. Trafił do obozu dla uchodźców, gdzie pracownicy ONZ odkryli jego zdolności i pomogli w dostaniu się do Pearson College w Kanadzie. Zanim Michael Dusman, dezerter z ugandyjskiej szkoły dla kilkunastoletnich rekrutów dostał się do Atlantic College w Wielkiej Brytanii, musiał dotrzeć na proces aplikacyjny do Kampali. Na jego bilet autobusowy złożyła się cała wioska.

Sarę, by mogła się kształcić, rodzice wywieźli do Pakistanu, gdy była małą dziewczynką. Kilka lat ukrywała się w przebraniu chłopca. Dziewczęta z jej afgańskiej wioski chodziły w burkach. Zetknięcie z liberalnym światem w USA było dla niej niezwykle trudne.



Waleed i Majid, którzy trafili do szkoły w Kanadzie, współpracowali z telewizją iracką oraz z BBC przy ujawnianiu tajemnic działania wojsk amerykańskich w ich kraju. Anita z Gwatemali pochodzi z biednej indiańskiej rodziny. Ma dwanaścioro rodzeństwa. By mogła opanować angielski w stopniu pozwalającym na zdanie matury, jej naukę w Pearson College wydłużono do trzech lat. Podobne biografie uczniów w UWC można by mnożyć w tysiące.

Uczniowie Pearson College (Kanada) w grupach regionalnych


W Szkołach Zjednoczonego Świata na co dzień żyją obok siebie również przedstawiciele pozostających w konflikcie państw. Budowanie wzajemnego zrozumienia i porozumienia między nimi jest jedną z misji UWC.

– Nigdy nie zapomnę jednego z najbardziej wzruszających pożegnań, jakich byłam świadkiem – opowiada Asia. – Jest już po uroczystym wręczeniu świadectw – wspomina – i wszyscy powoli rozjeżdżają się do domu. Jednym z uczniów drugiej klasy, a więc wyjeżdżającym na zawsze, jest Nikhil z Indii – wysoki, dobrze zbudowany chłopak, na którego czekają już rodzice i cała kolejka przyjaciół, którzy chcą się pożegnać. Nikhil ściska wszystkich, stara się rozweselić pochlipujące towarzystwo. Przytula swoją roześmianą dziewczynę, która żartobliwie prosi, żeby zabrał ją ze sobą. I wtedy, na samym końcu, podchodzi drobny San-vaal z Pakistanu, na którego wszyscy mówią Paki. W objęciach swojego najlepszego przyjaciela wybucha straszliwym płaczem. Po chwili dołączają do nich wszyscy z subkontynentu indyjskiego: Hindusi, Nepalczycy, Pakistańczycy. Co z tego, że są obywatelami wrogich sobie państw? Dlaczego nie mieliby się przyjaźnić? To po prostu chłopcy, których łączy język i kultura. Wtedy, w tym indyjsko-pakistańskim szlochającym uścisku, runęły granice niemożliwego.

Nie zawsze przyjaźń jest łatwa, często trzeba do niej dojrzeć. – Jedna z moich przyjaciółek jest hinduistką – opowiada Kinga. – Jej współlokatorką była muzułmanka. Nie odzywały się do siebie przez pół roku i dopiero jak im to uświadomiłam, zaczęły rozmawiać ze sobą i teraz są najlepszymi przyjaciółkami.

Miejsce medytacji i modlitwy w Pearson College, Kanada.
Bez żadnych symboli religijnych.

Niemal w każdej szkole rzuca się w oczy determinacja i zaangażowanie, z jakim uczniowie z Palestyny i Izraela podchodzą do sprawy pokoju i porozumienia. Często mieszkają razem, wspólnie prezentują swoje utwory na scenie, organizują debaty na temat dzielącego ich kraj konfliktu, chętnie się ustawiają do wspólnej fotografii. – Dziewczyny z obu tych państw dzieliły ze sobą pokój. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie, gdy zastałam je uczące się nawzajem arabskiego i hebrajskiego – wspomina Agata.

Nauka, aktywność, odpowiedzialność

Szkoły Zjednoczonego Świata realizują program międzynarodowej matury – International Bacalaureate (IB). Każdy uczeń wybiera sześć przedmiotów, których uczy się przez dwa lata, ale przynajmniej jeden wybrany przedmiot musi być z zakresu nauk przyrodniczych, społecznych, matematyki i – ewentualnie – sztuki. Pozostałe – to dwa dowolne języki.

Zajęcia z systemów środowiskowych w Mahindra College, India.


– Moja edukacyjna przygoda z UWC nie da się porównać z tym, czego uczyłam się w Polsce – mówi Agata. – Godziny pamięciówki zastąpione zostały wymagającymi wiele samodzielności i kreatywności pracami badawczymi, eksperymentami i projektami. W polskiej szkole rzadko wymagano ode mnie naprawdę twórczego myślenia, rzadko pytano o zdanie. Tutaj mam okazję się wykazać: sama wybieram, o czym będzie moja praca badawcza, jak zorganizuję projekt. UWC naprawdę ceni i rozwija pomysłowość.

Wspinaczka w Nordic, sporty wodne w Pearson i football w Li Po Chun College


Nauka zajmuje pięć godzin. Resztę dnia wypełniają zajęcia artystyczne, sport i praca społeczna. Uczniowie mogą wybierać wśród kilkunastu aktywności sportowych. Jeśli szkoła położona jest nad morzem, proponuje się im uprawianie żeglarstwa, nurkowanie czy kajakarstwo. Jeśli w pobliżu są góry, oczywiste jest uprawianie wspinaczki. Nie są to tylko zajęcia sportowe. Zwykle łączy się je z kursami ratownictwa, przewodnictwa oraz ze zdobywaniem obowiązujących w danym kraju uprawnień.

Li Po Chun College, Hong Kong. Zespól muzyczny podczas dni otwartych .

Artystyczne zainteresowania uczniów rozwijane są w zespołach tańców regionalnych, w chórach, zespołach wokalnych i muzycznych. Chętni mogą uczyć się haftu, garncarstwa, zajmować się malarstwem, rzeźbą, fotografią czy filmem. Wiele zajęć organizują i prowadzą sami uczniowie. Latynosi dzielą się swoimi umiejętnościami tanecznymi, Azjaci – znajomością sztuki walk wschodnich, a Afrykanie poczuciem rytmu i zamiłowaniem do gry na bębnach. Mimo że w wielu zajęciach nie uczestniczą nauczyciele, odbywają się one regularnie, a po ich zakończeniu uczniowie potrafią zaprezentować efekty swej pracy. Ci ze starszego rocznika przekazują swe umiejętności młodszym. I tak rok po roku. Ten system nazywa się „pass down”, czyli „przekaż w dół”. – W tym zaufaniu do naszej samodzielności – mówi Maciek – wyraża się idea UWC: Zanim zaczniesz zmieniać świat, zmień siebie i bądź odpowiedzialny za to, co robisz.

Dni kultury chińskiej w UWC Li Po Chun College, Hong Kong


Zaangażowanie i pomoc

O specyfice Szkół Zjednoczonego Świata decydują jednak nie piękne krajobrazy czy wspaniałe warunki nauki, lecz szeroko rozwinięty program działań społecznych, realizowany w ścisłej współpracy z lokalnymi społecznościami. Uczniowie zajmują się ludźmi starszymi, niepełnosprawnymi, chorymi umysłowo. Pracują w szkołach, hospicjach, szpitalach, ośrodkach dla uchodźców. Przy UWC działa program, w ramach którego chętni uczniowie poświęcają cały rok w trakcie lub po skończeniu szkoły na pracę jako wolontariusze w społecznościach dotkniętych klęską biedy, epidemii, walczących z problemem zacofania. Wyjeżdżają do Indii, Etiopii, Ugandy, Ekwadoru.

Debata na temat globalnego ocieplenia w Li Po Chun College, Honh Kong


Jedną z najpopularniejszych form aktywności o charakterze politycznym jest tzw. model ONZ. Zajęcia mają na celu odzwierciedlenie organizacji, zasad, form i przebiegu prac prowadzonych w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczniowie reprezentują przydzielone sobie kraje (z wyjątkiem własnego) w różnych komisjach tematycznych. Przygotowania do głównej debaty i wypracowanie rezolucji trwają tygodniami. W tym czasie zbiera się informacje, przygotowuje przemowy, przeprowadza lobbing wśród głosujących. Uczniowie bardzo angażują się w pracę, a debaty i głosowania budzą wśród nich wielkie emocje.

Raz do roku uczniowie przygotowują w grupach Project Week, podczas którego wyjeżdżają do miejsc często odległych od szkoły. Jego celem jest poznanie lokalnej kultury, przyrody, gospodarki. Uczniowie Mahindra College (India) podjęli współpracę z mieszkańcami prowincji Aksara. 5 kobiet, które wcześniej doznały przemocy domowej i seksualnej zostało włączonych do wyprawy w Himalaje, gdzie grupa miała zdobyć dwa sześciotysięczniki. Przygotowania do wyprawy trwały przez pięć miesięcy  i miały na celu nie tylko przygotowanie uczestników pod względem kondycyjnym i  fizycznym, ale także  i pod względem umysłowym, wyrabiając  u nich poczucie pewności siebie, wiarę we własne siły i umiejętność współpracy w grupie. Po zakończeniu wyprawy mieszkanki Aksary potrafiły przekazać zdobyte umiejętności we własnych społecznościach, stając się liderkami działań na rzecz społecznego i politycznego uświadomienia kobiet, wzmocnienia ich i samokontroli, poczucia własnej wartości, pewności siebie i wiary w możliwość realizacji marzeń. Sukces projektu zachęcił uczniów i nauczycieli Mahindra College do podjęcia dalszych podobnych projektów współpracy z lokalną społecznością.

Wieczorami odbywają się spotkania poświęcone jednej z aktualnych spraw na świecie. Często zaprasza się działaczy społecznych i polityków. Czasami zwykły towarzyski spór przeradza się w oficjalną kilkudniową dyskusję. Debaty, prelekcje, pisanie petycji i protestów są tutaj na porządku dziennym. – Któregoś dnia mieliśmy spotkanie na temat pokoju – opowiada Agata.

– To było magiczne wydarzenie. Gdy kilka dziewczyn zaintonowało Imagine Lennona, natychmiast wszyscy zaczęli śpiewać z nimi. Uczniowie z różnych krajów mówili, czym jest dla nich pokój. Kiedy na środek wyszedł Muamer z Bośni, wszyscy zamilkli. Zaczął od słów: „Co może powiedzieć o pokoju chłopak, który całe swoje dzieciństwo przeżywał podczas wojny, który stracił rodziców, nigdy nie bawił się zabawkami (oprócz gry w karty w ciemnościach), nie mógł normalnie jeść i pić wody bez obawy, że jest zatruta?”. Dla niego pokój to rodzice, możliwość swobodnego wyjścia z domu, normalny posiłek. Nie skończył swojej przemowy, rozpłakał się. A razem z nim płakał ze wzruszenia cały świat, nasz świat…

Świat bez granic

Życie jest tu bardzo intensywne. Mnóstwo zajęć, projektów, imprez, wykładów. Czasami to trudno pogodzić: plakaty na przedstawienie teatralne, esej na angielski, badanie z ekosystemów. A przecież wieczorem będzie świetny film dokumentalny o Kolumbii… W tym samym czasie kolega z Izraela czyta książkę dla dzieci, którą sam napisał, a koleżanka z Włoch zaprasza cię na kawę… A przecież potrzebny jest czas na naukę. Wszystko trzeba robić „w międzyczasie” – tyle rzeczy dzieje się naraz.

Po maturze o absolwentów zabiegają renomowane uczelnie: Oxford, Cambridge, Harvard, MIT, Princeton i wiele innych. Ale UWC to nie szkoły dla geniuszy. – Przy postępowaniu kwalifikacyjnym ważne jest, by uczeń, poza dobrymi wynikami w nauce, miał jeszcze jakąś pasję – mówi przewodnicząca Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata w Polsce, Krystyna Troszczyńska. – Sprawdzamy też jego dojrzałość do wyjazdu daleko od rodziny – dodaje Marzena Reich, wiceprzewodnicząca Towarzystwa. – Ważne jest także, żeby uczeń sam chciał wyjechać. Jeśli nie jest to jego osobisty pomysł, lecz wynik ambicji rodziców, w postępowaniu kwalifikacyjnym widać to jak na dłoni.

UWC Mahindra College (India) – spotkanie organizacyjne

– UWC zmieniło moje życie o 180 stopni – mówi Agata. – Chociaż po szkole wróciłam do „normalnego świata”, to ten świat nie jest już taki sam. Teraz czuję, że żyję w świecie bez granic. I nie mam tu na myśli granic politycznych czy ekonomicznych, możliwości pracy i podróży po Europie bez paszportu, którą ma każdy z nas. Chodzi mi o granice, które mamy w swojej głowie, których w każdym społeczeństwie uczymy się od dziecka. Czuję, że świat należy do mnie i że jestem częścią olbrzymiej społeczności, do której nie mają zastosowania pojęcia „my” i „oni”. Gdziekolwiek jestem, podczas moich podróży i rozmów z ludźmi, czuję się u siebie.

Szkoły Zjednoczonego Świata


Pomysł na Szkoły Zjednoczonego Świata (United World Colleges) narodził się w latach 50. Kurt Hahn, znany niemiecki pedagog, wygłaszając wykład w Akademii Obrony NATO, gdzie spotkał uczących się razem studentów z do niedawna wrogich państw, uświadomił sobie, że umożliwienie młodym ludziom z różnych krajów kształcenia się i dojrzewania w jednakowych warunkach sprzyjałoby przezwyciężeniu wrogości na świecie. Wyobraził sobie szkołę dla uczniów w wieku 16-18 lat, uczących się wspólnie, lecz zakorzenionych w swoich własnych kulturach. Uczniowie, pochodzący z różnych stron świata, mieli być wybierani wyłącznie na podstawie swoich osiągnięć i zdolności, niezależnie od rasy, religii, narodowości i statusu materialnego. Idea Kurta Hahna ziściła się w 1962 r. W Walii otwarto pierwszą szkołę UWC – Atlantic College. W 1967 r. przewodniczącym UWC został lord Mountbatten, autorytet na arenie polityki międzynarodowej, który podjął szerokie działania zachęcające głowy państw, polityków i osobistości z całego świata do wspierania Ruchu. Przewodniczącymi UWC byli książę Karol, Nelson Mandela i królowa Jordanii Noor. Szkołę w Norwegii założyły wspólnie rządy wszystkich państw skandynawskich. Dziś istnieje na świecie 12 szkół UWC, ulokowanych w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Włoszech, Indiach, Singapurze, Hongkongu, RPA, Wenezueli, USA i Kanadzie. W zeszłym roku otwarto szkoły w Kostaryce i w Bośni. Od 1962 r. Szkoły Zjednoczonego Świata ukończyło ponad 34 tys. osób ze 189 krajów.

Li po Chun College, Hong Kong – uczniowie z regionu Afryka – Karaiby
Uczniowie Atlantic College, Wielka Brytania
Uczniowie Norcic Ciollege, Norwegia
Uczniowie UWC College na słynnym moście w Mostarze, Bośnia i Hercegowina


Jak się ubiegać o stypendium

Wszyscy uczniowie UWC są stypendystami. Ich stypendia fundują rządy państw, instytucje samorządowe, fundacje i indywidualni donatorzy, a o ich przyznaniu decydują narodowe komitety kwalifikacyjne. Polski dysponuje dziewięcioma stypendiami dla uczniów pierwszej klasy liceum. Muszą oni legitymować się wysokim wynikiem egzaminu gimnazjalnego, średnią z ocen minimum 4,5 oraz wybitnymi osiągnięciami pozaszkolnymi. Rekrutację do United World Colleges przeprowadza Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata przy współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Kandydaci składają osobiście napisany list motywacyjny wraz ze świadectwami, dyplomami i zaświadczeniami do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Spośród nadesłanych zgłoszeń komisja kwalifikacyjna wybiera ok. 60 osób do drugiego etapu, który odbywa się w Warszawie. Kandydaci piszą esej na zadany temat, uczestniczą w rozmowie kwalifikacyjnej oraz biorą udział w zajęciach, podczas których członkowie komisji oceniają ich zdolności, dojrzałość i przydatność do szkół UWC. Proces kwalifikacyjny przebiega w języku angielskim. Do ostatniego etapu zostaje zakwalifikowanych 20 uczniów, spośród których od 6 do 9 osób uzyskuje pełne stypendium UWC. Komisja przyznaje także 6-8 nagród pocieszenia, którymi są stypendia do renomowanych prywatnych szkół brytyjskich. Stypendia te obejmują 90 proc. kosztów nauki i pobytu ucznia w szkole, pozostałe 10 proc. pokrywają rodzice.Informacje o szkołach UWC
i pracy Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata można znaleźć w internecie na stronach: www.uwc.org.pl.

W reportażu wykorzystane zostały wspomnienia polskich uczniów kształcących się w United World Colleges w latach 2001-2007: Joanny Bronowickiej, UWC-USA; Małgorzaty Mietkiewicz, UWC Costa Rica; Magdy Wierzbickiej, Adriatic College, Włochy; Macieja Czosa, Atlantic College, Wielka Brytania; Piotra Faby, Red Cross Nordic United World College, Norwegia; Jędrzeja Zieleniaka, Agaty Patyny, Pearson College, Kanada; Pawła Zagórskiego, Kingi Skomsy, Anety Gąsiorek, Aleksandry Kaszkowskiej, Mahindra College, Indie.

Tekst: JERZY KRUK

Zdjęcia: materiały UWC

Norwegia w jeden dzień

Jak opisać Norwegię w kilku słowach? Strome góry nad brzegami przepięknych fiordów, zachwycające potężne wodospady i rwące rzeki, przyprawiające o zawrót głowy urwiska. Liczne jeziora i porośnięte lasem doliny, ciągnące się po horyzont wyżyny, lśniące w oddali majestatyczne lodowce. Malownicze miasta i wioski z drewnianą zabudową. Otwarci, życzliwi ludzie. To wszystko możemy zobaczyć w jeden dzień podczas wycieczki „Norway in a Nutshell” (Norwegia w łupince orzecha).

Norwegia, jako najdroższy kraj w Europie może się wydawać niedostępna dla polskiego turysty, jednakże tanimi liniami lotniczym, jeśli tylko odpowiednio wcześnie kupimy bilet, do Oslo lub do Bergen możemy polecieć już za 149 zł. A jeśli weźmiemy ze sobą namiot i prowiant, możemy uniknąć wydatków na noclegi i wyżywienie, których ceny szokują nawet zachodnich turystów. Ze względów turystycznych szczególnie atrakcyjne jest połączenie z Bergen, gdzie możemy zwiedzić nie tylko to najpiękniejsze miasto Norwegii, ale także jej największą atrakcję – najwspanialsze w świecie fiordy.

Turystom proponuje się kilka jednodniowych wycieczek po fiordach Zachodniej Norwegii, spośród których najpopularniejszą jest „Norway in a Nutshell”. Podczas wycieczki podróżować będziemy jadącym nad przepaściami i znikającym co chwila w tunelach pociągiem, pokonującym serpentyny dróg na niewiarygodnie stromych zboczach autokarem i statkiem, który, widziany z górskich szczytów, pomiędzy potężnymi ścianami fiordów wygląda jak zabawka.

Wycieczkę można rozpocząć w Bergen albo w Oslo, ale także w dowolnym innym punkcie trasy. W ciągu 2 godzin z Bergen, a 5 z Oslo pociąg dowozi pasażerów do Voss lub Myrdal, w zależności od tego, w jakim kierunku zdecydujemy się pokonać pętlę wycieczki. W Voss podstawiane są autokary, które przez wąwóz Stalheim zawożą turystów do Gudvangen, gdzie czeka statek, by zabrać ich w rejs przez Nærøyfjorden i Aurlandsfjorden, dwie odnogi długiego na ponad 120 km Sognefjorden, najdłuższego fiordu na świecie. Statek przypływa do Flåm, w dolinie Flåmsdalen, przez którą brawurowo poprowadzono linię kolejową Flåmsbana. Na odcinku 20 km pociąg wjeżdża na wysokość prawie 900 m. Wycieczka kończy się w Myrdal, skąd turyści pociągiem mogą wrócić do punktu wyjścia lub udać się dalej do Oslo lub Bergen.

Latem wycieczka trwa jeden dzień, zimą trzeba ją podzielić na dwa dni. Niektóre biura turystyczne oferują przebycie trasy w ciągu 3 do 5 dni z noclegami i posiłkami w luksusowych hotelach po drodze.

W jakim kierunku zamierzamy pokonać Pętlę Myrdal – Flåm – Gudvangen – Voss należy ustalić przy kupowaniu biletu. Ale to nie jedyna możliwość elastycznego kształtowania programu. Jeśli na zwiedzanie tej części Norwegii chcemy poświęcić więcej niż jeden dzień, w ramach biletu bez trudności możemy zaplanować nawet kilkudniową przerwę w podróży, by skorzystać z dodatkowych atrakcji regionu: pływania po Nærøyfjorden kajakiem, wycieczek pieszych z Aurland, czy z Flåm, podczas których z górskich zboczy i szczytów możemy oglądać zachwycające widoki na fiordy, wędkowania w górskich rzekach i jeziorach w Voss czy z wyprawy na lodowiec, wędrówek po płaskowyżu Hardangervidda lub przejazdu rowerem po słynnej drodze budowniczych kolei, Rallarvegen z Finse. Przed lub po zakończeniu wycieczki możemy spędzić dzień lub dwa w Oslo lub Bergen.

W Bergen wycieczka rozpoczyna się przed dziewiątą rano na dworcu kolejowym. Cały czas poruszamy się publicznymi środkami lokomocji, z których korzysta – choć rzadko – także miejscowa ludność. Wycieczka nie ma pilota, ale nie martwmy się, nie sposób się tu zgubić.

Bergen, najpiękniejsze miasto Norwegii

Przewodniki opisują podróż pociągiem pomiędzy Oslo i Bergen jako jedną z najpiękniejszych w świecie, ale opinia ta jest grubo przesadzona, zwłaszcza w odniesieniu do odcinka w pobliżu Bergen. Trasa wiedzie wprawdzie wzdłuż pięknej rzeki, koło Voss możemy podziwiać piękną dolinę, ale widoki te trwają bardzo krótko, ponieważ przeważnie trasa prowadzi przez tunele, tunele, tunele… Na szczęście trwa to tylko godzinę.

Gdy na stacji Voss zobaczymy, że z pociągu wraz z nami wysiada tłum podróżnych – większość z walizkami na kółkach, z czego przynajmniej połowa to turyści japońscy – możemy być spokojni, że nie zbłądziliśmy. Na miejscu czekają dobrze oznakowane autokary.

AUTOKAREM PRZEZ WĄWÓZ

Gdy po drodze pojawiają się pierwsze potężne wodospady, atmosfera od razu się rozgrzewa. Idą w ruch aparaty japońskich turystów. Prawdziwa wycieczka rozpoczyna się jednak dopiero, gdy autokar wspina się pod górę do hotelu Stalheim.

Widok z okna autokaru na wawóz Stalheim

Z przełęczy rozpościera się wspaniały widok na długi na kilka kilometrów i głęboki na kilkaset metrów wąwóz Stahlheim. Droga, którą mamy jechać w dół wygląda jak splątana serpentyna. Gdy bierzemy kolejne zakręty i zatrzymujemy się przy przepięknych wodospadach, wśród pasażerów powstaje wyraźne poruszenie. Od tej chwili atmosfera napięcia i zachwytu towarzyszyć nam będzie do końca wycieczki.

Wawóz Stalheim widziany z dołu w miejscowosci Gudvangen

Miejscowość Gudvangen to zaledwie kilkanaście domów, restauracja, sklep z pamiątkami, wypożyczalnia kajaków i przystań, na której już czeka na nas statek. Walizki na kółkach tym razem wjeżdżają na pokład, na którym przygotowano na nie specjalny wielki regał.

Najbardziej typowe pamiątki z Norwegii to gadżety z flagą narodową

PROMEM PREZ FIORDY

Nærøyfjorden, przez który wiedzie pierwsza część rejsu jest najwęższym fiordem na świecie. W niektórych miejscach wysokość jego ścian dwukrotnie przekracza szerokość lustra wody. Fiord został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Kajaki w Nærøyfjorden

Pokonując kolejne zakręty, raz płyniemy przez skąpane w słońcu przestrzenie, to znów pogrążamy się w cieniu kilkusetmetrowych ścian fiordu. Mijamy nieliczne maleńkie miejscowości, czasami statek bez cumowania dobija do brzegu, by na pomost wyrzucić worek z pocztą. Co jakiś czas pojawiają się samotne gospodarstwa, założone w miejscach maleńkich wypłaszczeń, jedne tuż nad wodą, inne wysoko zawieszone nad pionową skałą. Do wielu dotrzeć można jedynie drogą wodną.

Klimaty fiordu Nærøyfjorden

Położone na odludziu pojedyncze gospodarstwa i wioski Nærøyfjorden uprzytamniają nam, jak od wieków wyglądało życie w Norwegii, gdy mieszkające w trudno dostępnych zakątkach pojedyncze rodziny lub niewielkie społeczności żyły z pola, lasu i morza. Norwegowie są bardzo dumni z tej chłopskiej kultury, w której mimo izolacji i wielkich odległości pomiędzy ludzkimi osiedlami, obecne były szkoły, muzyka i książki. Jej dowody zgromadzono w muzeach i skansenach, gęsto rozsianych po całym kraju.

Czy tam w ogóle można mieszkać?
Samotne gospodarstwa nad Nærøyfjorden
Do wioski Undredal nad Aurlandsfjorden można przybyć droga lądową dopiero od 20 lat, dzięki kilkukilometrowemu tunelowi

W połowie drogi zmieniamy kurs i wpływamy do Aurlandsfjorden. Aurland jest jedyną większą miejscowością w regionie. Stąd do końca fiordu zaledwie kilka kilometrów. Już z daleka widać olbrzymie transoceaniczne wycieczkowce, cumujące na przystani w miejscowości Flåm. Ich obecność uświadamia nam, jak wielkie i głębokie są fiordy Zachodniej Norwegii.

Olbrzymie wycieczkowce cumujące w pobliżu Flåm

Wielkie statki turystyczne podczas wycieczek po fiordach robią kilkugodzinne postoje, by turyści mogli zwiedzić czekające na lądzie atrakcje. Z Flåm jedni wybierają się motorówkami na „Fjordsafari”, podpływając do pionowych brzegów i spadających z nich wprost do wody wodospadów, inni udają się na przejażdżkę Flåmsbana, najbardziej niezwykłą koleją w Norwegii.

POCIĄGIEM NAD PRZEPAŚCIAMI

Flåmsbana

Na stacji urządzone jest małe muzeum Flåmsbana, w którym zgromadzono prymitywne pojazdy, urządzenia i narzędzia wykorzystywane przy budowie kolei w okresie międzywojennym, a także ciekawe stare zdjęcia, dokumenty, mundury i rekwizyty kolejowe. Patrząc na makietę doliny Flåm, trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł poprowadzenia tędy kolei.

Budowa, którą rozpoczęto w 1923 r., by połączyć miejscowości położone nad fiordem Sognefjorden z uruchomioną 14 lat wcześniej linią kolejową Bergen-Oslo, trwała 20 lat. Zbudowanie drogi kolejowej, prowadzącej z wyżyny w Myrdal po ostro opadających w dół zboczach górskiej doliny było niezwykłym wyzwaniem dla inżynierów tamtych czasów, a wydrążenie spiralnego tunelu, dzięki któremu pociąg zataczając pętle na coraz niższych poziomach to wjeżdża, to wyjeżdża ze zbocza góry, jest dowodem niezwykłej śmiałości projektantów i sztuki inżynierskiej najwyższego lotu.

Pociąg, który na pokonanie 20-kilometrowej trasy potrzebuje około godziny, jedzie przez 20 tuneli o łącznej długości 6 km. 18 z nich zostało wykopanych ręcznie. Wykopanie jednego metra tunelu kosztowało kopaczy miesiąc ciężkiej pracy. By ominąć miejsca zagrożone lawinami, trasa trzykrotnie przekracza rzekę i dno doliny. Zamiast budowania mostów ponad rzeką, poprowadzono rzekę tunelem poniżej torów.

Widok z okna pociągu na wioskę Flåm

Flåmsbana należy do najpiękniejszych i najefektowniejszych tras kolejowych w świecie. Z okien pociągu można podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na dolinę Flåmsdalen. W dole leżą malownicze wioski, pojedyncze gospodarstwa tulą się do stromych zboczy, rwąca rzeka i potoki wiją się w głębokich jarach i dolinach, wodospady spadają ze zboczy pokrytych śniegiem gór.

Widok z okna pociągu. Tylna ściana doliny Flåmsdalen. Na horyzoncie rysuje się budynek
stacji w Myrdal. Po lewej stronie u góry widać fragmenty linii kolejowej. Widoczna w środku
serpentyna to łagodniejsza cześć górnego odcinka drogi rowerowej Rallarvegen.

Wśród pasażerów mieszają się uczucia zachwytu tymi wspaniałymi widokami i rozczarowania, że znikają tak szybko. Rekompensatą za to jest przystanek przy wodospadzie Kjosfossen, na którym mogą wysiąść z wagonów i z bliska podziwiać żywioł ogromnych mas wody spadających z jeziora Reinungavatnet. To przepiękne górskie jezioro możemy oglądać na pożegnanie, gdy pociąg zatrzymuje się na przedostatniej stacji.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Wodospad Kjosfossen

Wycieczka kończy się w Myrdal, na samotnej stacyjce wśród ośnieżonych górskich szczytów. Na peronie znów tłumy turystów z walizkami na kółkach, czekających na pociąg w kierunku Bergen lub Oslo. Pomiędzy nimi ostrożnie przejeżdżają rowerzyści, którzy zjeżdżają z peronu na drogę budowniczych kolei, Rallarvegen, wiodącą po kamieniach i ubitej ziemi w dół do samego fiordu. Zjechać tędy rowerem i doświadczyć piękna doliny z bliska, to jest dopiero przeżycie!

Stacja w Myrdal. Zjazd rowerem drogą Rallarvegen (na razie bardzo łagodny)

Tekst i zdjęcia: Jerzy Kruk

Cena wycieczki „Norway in a Nutshell”: Voss – Voss – 625 NOK; Bergen – Bergen – 935 NOK; Bergen – Oslo – 1295 NOK, 1 NOK = 0,50 PLN.

Bilety można kupić na stronie www.fjordtours.com, w kasach kolei norweskich (NSB) oraz w biurach informacji turystycznej w Bergen, Oslo, Voss i Flåm.

Fragment I – Rodzice (5 minut czytania)

Rodzice jej, gdzieś tam przez dalekie i zawiłe koligacje, byli spowinowaceni, jak to na wsi, ale nie byli krewnymi. Narzeczony mieszkał ze swoją owdowiałą matką (ojciec umarł na raka kilka lat wcześniej). Odziedziczył po ojcu gospodarkę. 15 hektarów, pięć krów i małą chlewnię. Nie będę ciągnął trzech srok za ogon, zdecydował, gdy został gospodarzem. Kto to widział, wydoić krowy, wyprowadzić na pastwisko, nakarmić świnie, obsiać, zebrać, wymłócić wszystko. Trójpolówka jakaś. Założę farmę tuczników, zdecydował. Wziął kredyt i zbudował. Pole oddał w dzierżawę, za darmo. Dopłaty mi wystarczą, mówił. Paszę kupię gotową, Higiena, antybiotyki, witaminy, to dzisiaj jest ważne. Ma chłop głowę na karku, mówili o nim we wsi.

Potrzebna mu była podobna kobieta. Zdecydowana, twarda, co to po ziemi twardo stąpa i pracy się nie boi, nie tam jakaś lala z miasta, tylko czerstwa dziewucha ze wsi. I znalazł taką. Robotna była, wesoła, a w dodatku pobożna i nosa nie zadzierała, chociaż jej ojciec od lat był sołtysem.

W niespełna półtora roku po ślubie urodziła im się dziewczynka. Geny im się dobrały nad podziw udanie. Dziecię rosło szybko i nabierało mocy, napełniając się mądrością. Dziewczynka lubiła przesiadywać z dorosłymi, przysłuchiwać się im i zadawać pytania. Wszyscy zaś, którzy jej słuchali, byli zdumieni bystrością jej umysłu i odpowiedziami. Jej matka chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Weronika zaś czyniła postępy w mądrości, w latach i łasce u Boga i u ludzi.

Od najmłodszych lat była bardzo religijna. Po matce, i po ojcu chyba też. Rodzice nigdy nie zaniedbywali niedzielnej mszy świętej. Matka w każdą sobotę dokładnie sprzątała dom, od poddasza po parter i od okien do drzwi. Ojciec ogarniał obejście. Grabił, wymiatał, wyrównywał. Wieczorem matka prasowała białą koszulę ojca i jedną ze swych białych bluzek. Miała ich kilka, ale najbardziej lubiła tę lniano-bawełnianą po swej matce z dużym, koronką obszywanym kołnierzem, który zawsze krochmaliła przy praniu. Zakładała ją rzadko. Od święta albo na odpust. W zwykłą niedzielę wybierała coś z taniej konfekcji. Ojciec zajmował się butami. Czyścił je, pastował i glansował do połysku. Gdy dzieci podrosły, rodzice wciągali je w swoje prace. Weronika pomagała matce, a chłopcy – ojcu. W sobotę wieczorem na wieszakach czekały dwie białe bluzki i trzy białe koszule, trzy pary zaprasowanych na kant spodni i pięć par butów. Niosący się z sieni zapach pasty do butów mieszał się z roznoszącym się po całym domu zapachem pasty do podłogi.

Choć kobiety i mężczyźni, dziewczynki i chłopcy od lat mieszali się ze sobą w kościele, Weronika z matką siadała zawsze w prawym rzędzie ławek, a chłopcy z ojcem udawali się na lewo. Siadali z przodu, nie w pierwszym rzędzie, ale dość blisko balasków. Jeszcze zanim poszła do pierwszej komunii, objawiła swój talent muzyczny. Nasz słowik, mówił o niej stary ksiądz proboszcz, i panie z parafii też. Znała słowa wszystkich pieśni. Czy ona się uczy ich w domu na pamięć? – dopytywał się ksiądz i ludzie. Nie, mówiła matka. Wystarczy jej raz posłuchać piosenki, w radiu lub w kościele, by ją samodzielnie zaśpiewać w całości. Zdolna była, wiedzieli to wszyscy. W szkole też – prymuska. Co roku nagroda i świadectwo z paskiem.

Rodzice jej też byli pobożni, ale bez przesady. We wsi dość było prawdziwych dewotek i dewotów. Ojciec nosił baldachim w Boże Ciało,  Matka przychodziła posprzątać kościół tylko raz w roku, przed Wielkanocą. Czasami przynosiła kwiaty z własnego ogrodu. Na tacę rzucali tylko monety. Oni – grubsze, dzieci – drobniejsze. Banknot, też nie za gruby, był tylko do koperty, gdy ksiądz przychodził po kolędzie. Katolicki głos z radia rozlegał się w ich domu dość regularnie, katolicki obraz z telewizji – rzadziej, ale nie to co u teściowej: od rana do wieczora.

Ludzie ich szanowali. Pogodni byli, spokojni, zwyczajni. Ojciec szedł po mszy na piwo, wypijał dwa. Na weselach, komuniach, chrzcinach i imieninach wypijał więcej, ale bez przesady, jak wszyscy. Gdy wypił o jeden kieliszek za dużo, nie awanturował się, nie bił żony – jak inni – tylko, zmęczony, dawał się odprowadzić do domu i położyć do łóżka.

Ojciec o rolnictwie myślał nowocześnie, ale o problemach nowoczesności nie myślał w ogóle. Ja jestem chłop, a nie filozof, odpowiadał Weronice, gdy go pytała o gender, o eutanazję, o homoseksualizm, o in vitro. Świniopas, a nie chłop, zażartowała raz Weronika, a on się przez to na nią obraził. Dbał o nią, kochał, pracował dla niej, wstawał o świcie, serce by dla niej oddał, dałby się pokroić na kawałki, a ona mu wyrzucała, że w domu nie ma książek, że gazet nikt nie czyta, że do teatru nie chodzą, do kina nawet też nie. Niewdzięczną mam córkę, powtarzał ze smutkiem, a ona na to, że tata jest szorstki. I tak wykopali rów pomiędzy sobą, który się z każdym rokiem powiększał. Ojciec gorzkniał, a córka zamykała się w sobie.

Skąd o tym wiem? Weronika mi opowiedziała.