I co było potem? — Marika pilnuje, bym nie stracił wątku. Wróciłem do domu. Pamiętam, że to były andrzejki, bo byliśmy na imprezie u jej nowych znajomych ze studiów. Znaleźliśmy z Anną pusty pokój i schowaliśmy się tam przed innymi. Po raz pierwszy całowaliśmy się bez świadków. Anna ostrożnie zdjęła ze mnie koszulę i spodnie i ułożyła mnie na dywanie. Sama też rozebrała się do naga i usiadła na mnie. Do dziś pamiętam ten widok, jak wyciągam do góry zabandażowane od przegubów po pachy ręce i palcami głaszczę jej małe piersi. Anna zawsze miała ładną figurę. Znałem ją, bo przecież chodziliśmy razem na basen i na plażę. Krągłe biodra i pełne piersi, ale od momentu gdy zaczęła studiować, gwałtownie schudła. A wiesz, co się dzieje z piersiami kobiety, gdy gwałtownie chudnie? Myślałem, że jak pierwszy raz zobaczę ją nago, będę zachwycony, a mnie ogarnęła żałość. Wydała mi się taka krucha i bezbronna. Głaszcząc swoimi dłońmi moje bandaże, Anna powiedziała: „Mnie też nie jest łatwo. Nie dam rady z tymi studiami. Wiesz, że śpię z trupem w jednym pokoju?”. „Co ty mówisz?”, spytałem zaszokowany. „Musiałam zdobyć czaszkę na anatomię. Poszłam na cmentarz i kupiłam od grabarza. Wykopał ją specjalnie dla mnie. Jak ją rozwinęłam w domu, cała była zabrudzona ziemią. Miała jeszcze zęby i włosy. Trzy dni ją gotowałam i rzygałam”. To był nasz pierwszy stosunek. Bezgłośny, bez spazmów i jęków. Byliśmy jak Adam i Ewa wygnani z raju. Nadzy i samotni. Ale razem. Jak na obrazie Masaccia. I wiesz… poczułem wtedy nagły przypływ siły. Zawsze to ona była dla mnie kimś silniejszym i większym ode mnie. To ona mi imponowała, to ja ją podziwiałem i nagle dostrzegłem jej samotność i bezbronność. I zrozumiałem, że to ja mam być silny. Dla niej. Nagle moje rany wydały mi się nic a nic nieważne. Zagoją się, zabliźnią. Poczułem się mężczyzną, ale nie przez to, że wreszcie udało mi się z nią odbyć stosunek. Pomyślałem sobie, że muszę ją chronić i wspierać, że jestem za nią odpowiedzialny. I to był mój ślub, bo przecież nie ten teatr z obrączkami, welonem i Ave Maria, który odegraliśmy w kościele. Zrozumiałem, że nie mogę zachować się jak Adam wobec Ewy… Wiesz, co było pierwszym aktem, jakiego Adam dokonał wobec Ewy? – pytam Marikę. Nie – mówi z nieruchomymi, szeroko otwartymi oczami. Zdrada. Zdrada. On ją zdradził. Gdy Bóg go pyta, dlaczego zerwał zakazany owoc, on zamiast jej bronić, zrzuca na nią winę: Niewiasta, którą umieściłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. Tchórz i skarżypyta. I żarłok, jak prawie każdy pospolity mężczyzna. I gdy wtedy Anna siedziała na mnie, powoli poruszając biodrami, by zaspokoić moje łaknienie podczas naszej pierwszej komunii, pomyślałem sobie, że nigdy jej nie zdradzę. I chyba mi się udało. Naprawdę? — pyta z powątpiewaniem Marika. A teraz co robimy? To nie jest zdrada. Nigdy jej nie zdradziłem, bo nigdy nie pragnąłem, żeby jakakolwiek inna kobieta była na jej miejscu. A jeśli już ją zdradziłem, to tylko wtedy, gdy ją zawiodłem, gdy nie potrafiłem jej wesprzeć albo nie wiedziałem, jak to zrobić. Gdy nie zauważyłem, że potrzebuje pomocy. Gdy została sama, beze mnie.
Książkę możesz kupić tutaj: (przesyłka przez RUCH za 1 grosz, a przez innych przewoźników – za pół ceny)
Patrzę na zegarek. Została nam niecała godzina. Przewracam się na lewy bok, wyciągam ręce w kierunku Mariki i przyciągam do siebie jej skulone drobne ciało. Cmokam moją elfetkę delikatnie w usta i zaglądam w głąb jej oczu. Znajduję tam smutek. Patrzę długo, próbując przez źrenice dotrzeć do dna jej duszy, ale jej oczy nie zmieniają wyrazu. Przysuwam swoje usta do jej ust i muskam je delikatnie, a potem wykonuję nimi ruchy jak ryba, która podpłynęła do szyby akwarium. Coraz szersze i mocniejsze. Tym razem Marika reaguje. Trzecia zasada dynamiki sprawdza się bezbłędnie. Actioni contrariam semper et aequalem esse reactionem. Im szerzej otwierają się nasze usta, tym mocniej zamykają się nasze oczy.
Ostrożnie przewracam Marikę na plecy, zawisając nad nią podparty łokciami przy jej bokach. Ona wspiera lewą rękę na moim ramieniu, a prawą gładzi mnie po karku. Otwieram oczy i podglądam ją, jak całuje się ze mną z zamkniętymi swoimi. Delikatnie odsuwam usta od jej ust, pieszcząc je lekkimi muśnięciami, a potem przenoszę je do oczu Mariki i całuję ją po zamkniętych powiekach. Prawa, lewa. I jeszcze raz: prawa, lewa. Unoszę lekko głowę i przyglądam się, jak Marika powoli odsłania kurtynę rzęs, ukazując pod nimi najsłodszy uśmiech swoich szmaragdowych oczu, który natychmiast jej spływa na policzki i dalej — na usta. Pieścimy się teraz w objęciach naszych spojrzeń. Marika przytrzymuje się mocniej mojego karku i przewraca mnie na wznak, uważając, by nie uronić perlących się w jej oczach kropli, a ja, pomagając jej swym ciałem w zmianie pozycji, unoszę je, przenoszę, jak ramionami — wzrokiem.
Marika kładzie się całym ciałem na mnie, a potem wyciąga szyję i składa na mych oczach dwa soczyste, miłosierne pocałunki. Powoli, przez całą twarz, nos, usta, szyję, delikatnymi muśnięciami swoich ust schodzi w okolice mojego splotu słonecznego, plexus solaris, a następnie, dołączając do pieszczot warg pieszczoty języka, przenosi się do mojego lewego ramienia i przesuwa się po jego wewnętrznej stronie aż do samego nadgarstka. Naciskając swą prawą dłonią na wnętrze mojej lewej, przytwierdza ją do powierzchni łóżka. Podnosi głowę, znów przyciska swe usta w okolice plexus solaris i daje tę samą pieszczotę wnętrzu mojego prawego ramienia, przytwierdzając na końcu do łóżka naciskiem swojej lewej dłoni moją prawą. Po raz trzeci wraca ustami do plexus solaris i wędruje nimi w dół mojego ciała. Leżę z szeroko rozłożonymi rękami, a ona kończy to misterium krzyża, zakradając się do mojego ogrodu rozkoszy i swoimi czarami sprawiając, że z mojego zwiotczałego korzenia wyrasta drzewo życia, którego owoc Marika pożywa w stanie najczystszej niewinności.
Żegnając się z Mariką, mówię: Następnym razem opowieści waginy. Co masz na myśli? — pyta zdezorientowana. Twoje opowieści. Ze mną nie jest tak łatwo, ja nie potrafię opowiadać tak jak ty, a zresztą nie mam o czym. Nieprawda. Nie wierzę w to. Każdy człowiek jest ciekawą księgą. Jeśli tak, to moja jest zamknięta. I niech na razie taka zostanie. Ja ją rzadko otwieram, nawet sama przed sobą. Chciałbym móc do niej zajrzeć. Może kiedyś… Ale nie naciskaj, ja sama muszę chcieć ją otworzyć. Najlepiej razem z udami — mówię z figlarnym uśmiechem. Ułożę się między nimi, wtulę się głową i będę słuchał monologów twojej waginy. Nie podoba mi się to określenie. Czemu tak to nazywasz? Nie czytałaś Monologów waginy? Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałam. To tytuł książki Eve Ensler, amerykańskiej pisarki, raczej słabej, która zebrała w niej wypowiedzi różnych kobiet na temat ich kobiecości, wygłaszane właśnie z perspektywy ich waginy, ich wręcz fizjologicznej seksualności. Znam ją, bo przez jakiś czas leżała u nas w domu niewstawiona na półkę, czytana przez moją żonę i dorastające córki.
Wieczorem znajduję książkę w internecie i wysyłam Marice fragment o tym, jak pewnej nastolatce elegancka i podziwiana przez nią trzydziestoletnia sąsiadka pomogła odnaleźć jej seksualną, lesbijską tożsamość. Marika jest pod wrażeniem. Ciekawe — odpisuje.
Na następnym spotkaniu mam dla niej niespodziankę. Podczas wypoczynku na pierwszej przełęczy naszych uniesień wyciągam książkę Eve Ensler, kładziemy się na brzuchu i wspólnie czytamy wybrane przeze mnie fragmenty. Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła? — powtarzam pytanie autorki. Jedwabne pończochy — wybiera Marika z listy odpowiedzi. Suknię wieczorową — pada mój wybór. Dżinsy, tak jak lubię — dodaje od siebie Marika. Czarną przezroczystą bieliznę, tak jak ja lubię. — Pieczętuję swój wybór krótkim cmoknięciem ust Mariki, a ona odpowiada mi uśmiechem, że zrozumiała aluzję. Maseczkę karnawałową. — Zagląda mi w oczy z szelmowskim uśmiechem. Fioletową piżamę z aksamitu. Czerwoną muchę. Jedwabne kimono. Spodnie dresowe. Wysokie obcasy. Okulary przeciwsłoneczne. Koronki. Tatuaże. Kapelusze. Bikini. Kabaretki. Listek figowy. Wieniec laurowy — przekrzykujemy się, rzucamy się na siebie ze śmiechem i turlamy od jednego do drugiego końca łóżka. Gdy się uspokajamy, Marika mówi do mnie: Nie znam bardziej zwariowanego mężczyzny. A ja drugiej takiej kobiety, na której punkcie mógłbym tak zwariować.
Sięgam po książkę, która spadła na podłogę, i czytam pytanie do kolejnej litanii: Gdyby twoja pochwa umiała mówić, to co by powiedziała w kilku słowach? Marika wybiera z listy: Pobawmy się. Przytul mnie. Obejmij. Powolutku. Delikatnie. Taaak, taaak. Wyliż mnie. Nie przestawaj. Pragnę. Nakarm mnie. Błagam, jeszcze. Za mocno. Teraz dobrze. Jeszcze, jeszcze. Kołysz mnie. Tak, tutaj. O matko! O Boże!
Przechodzi mnie dreszcz podniecenia. Rozkładam szeroko na boki nogi Mariki i próbuję odegrać wszystko, o co prosiła. Czy poeta to właśnie miał na myśli, pisząc: oby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa? Nie trwa długo, by Marikę przeszyły dwa kolejne skurcze, ale tym razem dodaje do nich długi i głęboki pomruk ulgi. Odczekuję moment i ponownie przywieram do niej ustami, ale jej ciało wygina się w obronnym odruchu. Podciągam się lekko ku górze i kładę głowę na jej brzuchu. Opuszkami palców wyczuwam na jej mons pubis ostrą tarkę odrastających włosków. Zapada cisza. Wyraźnie słyszę przez czaszkę szelest włosów na mojej głowie, uginających się pod delikatnym dotykiem jej dłoni, zupełnie jak poszum wiatru pośród drzew w lesie. Oczyma wyobraźni widzę, jak moją głowę pokrywa skóra jej brzucha. Ten cud życia, pulsujący pod tą napiętą kopułą, czekający na swe ponowne narodziny, to ja.
Jak powszechnie wiadomo, adresatem sonetów Szekspira był tajemniczy młody książę. Kim był ten niezidentyfikowany z nazwiska młodzieniec? Pytanie to do dziś dnia nie znalazło odpowiedzi. A kim był ten młodzieniec dla autora? Dla Szekspira? Tu już możemy liczyć na jakiś sukces. Wystarczy wczytać się w treść wierszy geniusza. I co nich wyczytujemy? Że to jego przyjaciel czy kochanek? Wszak Szekspir pisze w sonetach zarówno o miłości jak i o przyjaźni. Jednym słowem: o uczuciach. Czemu więc kochanek? Albo jaki kochanek? Platoniczny czy zmysłowy, cielesny? Jeśli ten drugi, to znaczy… że Szekspir, albo obaj, byli orientacji homoseksualnej. No, robi się pikantnie. Czy tak też jest w sonetach? Bynajmniej. Sonety są sentymentalne, liryczne, refleksyjne i trop homoseksualny bardziej je zaciemnia niż rzuca na nie jasne światło. Niech problemem orientacji seksualnej Szekspira zajmują się miłośnicy skandali i specjaliści od łapania ryb w mętnej wodzie. Mnie on nic a nic nie zajmuje. Interesuje mnie za to sztuka Szekspira: poezja i jej przekład na nasz język. Oczywiście nie jestem pierwszy. Przede mną próbowało tego wielu. Większych i mniejszych poetów, lepszych i gorszych tłumaczy. I jaki mamy efekt? Różny. Niektóre przekłady się przyjęły, brzmią po polsku gładko, inne chropawo, ale niestety w żadnym wydaniu „Sonety” Szekspira nie są książką, którą po polsku by się czytało z równą swobodą i zachwytem, co polską poezję. No cóż, powodem zapewne jest to, że poezja w zasadzie jest nieprzekładalna i najlepiej ją czytać w oryginale. Ale któż może sobie na to pozwolić?! Nawet dla Anglików Szekspir jest trudny.
Czy biorąc się za tłumaczenie sonetów Szekspira wydaje mi się, ze zrobię to lepiej niż inni? Broń Boże, nie ma we mnie ani takiej pychy, ani naiwności. Przeciwnie: zdaję sobie sprawę ze swoich ułomności. Przede wszystkim: słabo znam angielski. Jak zatem zamierzam to zrobić, by przełożyć na polski tę trudną literaturę? Po pierwsze, chciałbym się oprzeć na efektach pracy lepszych ode mnie tłumaczy, przed którymi chylę czoła, zwłaszcza przed tymi, którzy zabierali się za tekst Szekspira w stanie dziewiczym, nie tkniętym myślą i wysiłkiem innego tłumacza. Oczywiście, że i ja będę zaglądał do oryginałów. Co bym chciał znaleźć w tych pierwotnych tekstach i ich tłumaczeniach? Sens. Przede wszystkim sens poszczególnych wierszy i właśnie ich sens chciałbym przekazać po polsku. Wystarczy przeczytać jeden czy dwa sonety Szekspira, by się przekonać, że — myślę sobie — to właśnie zawierają w sobie: głębię myśli. I to właśnie ona, a nie całe to bogate renesansowe dekorum stanowi istotę nie tylko sonetów, ale całej twórczości Szekspira. Myślę też, że zbyt kurczowe trzymanie się tego dekorum często przesądzało o porażce tłumaczy. Wiersz przez to stawał się ciężki i tracił szekspirowską skrzydlatość. Zatem pierwszym zadaniem, jakie sobie stawiam, zanim wezmę się do przekładu, jest odczytanie sensu poszczególnych wierszy i przekazanie go w moim polskim wierszu. Dlatego nie nazwałbym efektu swojej pracy „Sonetami” Szekspira, lecz sonetami szekspirowskimi. W jakimś stopniu będą to moje wiersze inspirowane poezją Szekspira, nie starające się skrupulatnie oddać wszystkich renesansowych fryzów, zdobień, ale mające na celu przekaz odczytanego w nich sensu. O czym mówi sonet siedemdziesiąty trzeci? O przemijaniu, starości. Chciałbym, by i o tym mówiło moje tłumaczenie, czy jak kto woli: mój wiersz. Może i zniknął w nim posępny obraz z wieżą klasztoru i ocierającymi się o jej ściany nagimi konarami drzew, ale za to problem przemijania i starości widoczny jest w nim w pełnym blasku słowa. O czym mówi sonet czterdziesty dziewiąty? O utracie namiętności i zazdrości. Być może w moim tłumaczeniu zagubiłem to i owo, ale utrata namiętności i zazdrość będą w nim widoczne jak na dłoni.
Wróćmy jeszcze na moment do owego tajemniczego księcia. Czy jego postać jest tak ważna dla wyrażenia problemów związanych z miłością, przyjaźnią, namiętnością, zazdrością, zwątpieniem, przemijaniem? Moim zdaniem: nie. Dlatego nie dbam o to, by w moich przekładach/wierszach podkreślać, że to mężczyzna mówi do mężczyzny. Owszem, powinniśmy tak zrobić, gdybyśmy chcieli tworzyć poezję gejowską, ale ona wcale nie jest moim celem i myślę, że nie była też celem Szekspira. Angielskie „you” jest bezpłciowe, a polskie „ty”—przeciwnie. Wystarczy użyć czasu przeszłego i powiedzieć na przykład: „byłeś, byłaś”, byśmy wiedzieli, czy zwracam się do mężczyzny czy do kobiety. I ja w pełni świadomie dokonuję takiego wyboru. Gdy tłumaczę wiersz o miłości, jako mężczyzna jego adresatem czynię niewiastę, gdy o przyjaźni — zwracam się do mężczyzny. Czy to nie jest nadużycie? Osadźcie sami. A czemu by nie zrobić na odwrót? Żeby podmiot liryczny był kobietą i zwracał się do mężczyzny lub innej kobiety? I taką sytuację dopuszczam. Wszak mamy mówić o miłości i przyjaźni, namiętności i zazdrości, przemijaniu i śmierci. Czyż nie są to problemy uniwersalne, ogólnoludzkie, przeżywane zarówno przez mężczyzn jak i kobiety? Tak jest w rzeczy samej. Indeed. Dlatego w moich szekspirowskich wierszach dialog toczy się pomiędzy mężczyzną i kobietą, pomiędzy dwoma przyjaciółmi czy dwoma przyjaciółkami.
Przeczytajcie i osadźcie, czy czegoś nie pogmatwałem. Mam nadzieję, że jednak częściej towarzyszyć wam będzie wrażenie rozwikłania tego, co -pozornie -zawiłe.
Mein Schnuckel — mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle co owieczka, jagniątko. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja — w kołysce jej stóp, a ona — w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko — szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, to napierając lekko ustami, to odrywając je od niej. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi subtelnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje to zrobić, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki, przenosząc się z grzbietu poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje wargami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.
Próbuję przez jej źrenice wypatrzyć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w źrenice jej szmaragdowych oczu, a wtedy ona wysuwa lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży — nie protestuje. W środkowy — też nie. W malutki — także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z melona. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.
Widzę, że Marika traci równowagę spojrzenia i przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta patrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że mamy kolejną sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka, biorę ją pod pachy i stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling.I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je, widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak Święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, Swiatyj Gieorgij, gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji — myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika oczywiście nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę Świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami, tak że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby prócz podwiązki zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by Święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, że wyzionie ducha wraz z wydanym przez usta Mariki ochrypłym charczeniem. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę Świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim — na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.
Lanca Świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, niektóre kobiety niemal mdleją od tego, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen — mówię, głaszcząc ją po włosach.
By mieć swobodne umysły do pracy, od razu zabieramy się do roboty. Dajemy sobie nawzajem orgazm oralnie. Cudownie! Jednocześnie. Szybki prysznic i jesteśmy gotowi. Podnoszę poduszki u wezgłowia łóżka, siadam, opierając się o nie plecami, i sadowię moją uczennicę pomiędzy swoimi udami. Przygotowałem tekturową podkładkę z klipsem, papier, ołówki i gumkę. Marika lewą ręką podtrzymuje podkładkę, a prawą — pisze. Ja mam dwie ręce wolne, więc głaszczę jej piersi. Co chwila całuję jej ramię i szyję. Swobodnie mogę sięgnąć do jej brzucha i między nogi, ale nie robię tego za często, by jej nie rozpraszać.
Przeczytaj zadanie pierwsze. Marika czyta: Chcesz zaprosić do siebie kolegę z Niemiec. Napisz do niego list i zaplanuj jego podróż. W liście zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz; zapytaj o dogodny termin podróży; zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić; napisz, co powinien ze sobą zabrać. Dobrze, przeczytaj teraz początek e-maila. Po niemiecku? No taak — odpowiadam z uśmiechem. Marika czyta po niemiecku, nawet nieźle, bez specjalnych błędów: Hallo Max, Vielen Dank für deine E-mail, ich habe mich sehr darüber gefreut. Teraz przetłumacz. No, że… dziękuję za twój e-mail i coś tam mam. Co mam? Habe mich gefreut — co to za forma? No, jak mamy czasownik haben i Partizip zwei, na przykład: ich habe gemacht, ich habe gesagt, to co to za forma? Marika odwraca głowę i spogląda mi z rozbrajającym uśmiechem w oczy. Przypomnisz mi? Z rozbawieniem cmokam ją w usta. To przecież czas przeszły, Perfekt. No tak, no tak, zapomniałam, jak to się nazywa. A co to znaczy? Ich habe gemacht, ich habe gesagt? „Zrobiłam”? „Powiedziałam”? Dobrze. A Ich habe mich gefreut? Sich freuen — „cieszyć się”. „Ucieszyłam się”? — pyta rozradowana Marika, ciągle patrząc mi w oczy. Świetnie — odpowiadam z uśmiechem i rozbawieniem. Cieszysz się? Taak — odpowiada mi Marika z uśmiechem na ustach, na policzkach i w oczach. Boże! Jak ja kocham to jej radosne „taak”. Żartobliwie wydaję komendę: Buziak! I Marika posłusznie robi dzióbek. Cmokam ją w ten dzióbek, zsuwam prawą dłoń z jej piersi i układam na niej głowę Mariki. Zaglądamy sobie w oczy. Ona patrzy z radością, podziwem, ufnością, ja — ze wzruszeniem, zachwytem, miłością. Nie będę potrafił się powstrzymać. Zakocham się w tobie. Nie rób tego, nie warto — mówią usta Mariki, ale jej oczy przekazują coś zupełnie odwrotnego. Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie.
Dobra, wystarczy tych amorów — ucinam krótko. Bierzmy się do pisania. Poprawiam Marikę w swych objęciach i przytulam jeszcze mocniej, sięgając od dołu prawą dłonią do jej lewej piersi, a lewą — do prawej. Punkt pierwszy. Zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz. Pamiętasz, jak jest „zapraszać”? Ledwo zauważalne wzniesienie ramion. Einladen. Najprościej będzie napisać „Chciałabym cię do mnie zaprosić”, bo inaczej musiałabyś użyć Imperativu, a tego chyba nie potrafisz. Ich möchte dir zu mich einladen? No, pięknie. Pisz, tylko na odwrót: dich zu mir. Punkt drugi: Zapytaj o dogodny termin podróży. No właśnie — mówi Marika. Spytaj po prostu: „Kiedy możesz przyjechać?”. Jak jest „kiedy”? Wenn? Wenn to „jeśli”: Wann. Aha. Wann kannst du… jak będzie „przyjechać”? Tak samo jak „przyjść”, „przybyć”, „pochodzić”. Kommen? Brawo. Pisz. Wann kannst du kommen? Super. Widzisz, jaka jesteś zdolna? To ty jesteś wspaniały — mówi Marika. Podnosi mój prawy łokieć i całuje mnie z silnym cmoknięciem w przedramię. Punkt trzeci — mówię. Zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić. No właśnie, co my tu mamy do zwiedzania? No co? Starówkę… Dobrze, wystarczy. I czego mamy dużo w naszym mieście? Wody? A ha, ha, ha, ha! — wybucham niepohamowanym śmiechem. Ale przecież wody nie będziecie zwiedzać. No niee — przyznaje Marika rozbrajająco. Woda jest niebieska — mówię — a to drugie — zielone. Parki? — pyta Marika. No, jaka zdolna dziewczynka. No i jeszcze… co tu u nas można robić? U nas? — zastanawia się Marika. Nic. No a co ty robiłaś wieczorami ze znajomymi, gdy byłaś młodsza? Chodziliśmy do klubu… albo na koncert… No właśnie. Zaproponuj mu to samo. Wiesz, jak jest „zwiedzać”? U-u. Besichtigen. Ale może łatwiej będzie „pokazać” — zeigen. Napisz: „Chciałabym ci pokazać stare miasto i nasze liczne parki”. Marika pisze: Ich möchte dir zajgen… Dobrze, a jak jest „miasto”? Właśnie… Die Stadt. A „stary”? Old. To po angielsku, a po niemiecku? Znów napięcie mięśni ramion. Podobnie. Alt? Brawo. Napisz to i dopisz jeszcze te parki. Dużo parków. Dużo, czyli wiele. Tak samo jest po niemiecku, tylko pisze się przez „v”. OK. No i co jeszcze ma wziąć ze sobą? No właśnie. A co będziecie robić w tych parkach? No… spacerować. Więc co ma wziąć ze sobą, chyba nie rower? Nie rób ze mnie idiotki, wiadomo, że buty. No, ale jakie? Kozaki, szpilki, gumowce? Ale się wygłupiasz. No powiedz jakie. Musisz to napisać. Marika odwraca się do mnie i jak mała przekomarzająca się dziewczynka wymawia, dzieląc na sylaby: Adi-dasy. A jak nosi najki? To najki. A jak reeboki? To reeboki. Czyli jakie buty? No, sportowe. A jakie powinny być buty sportowe? Jakie? Wygodne. Buty sportowe są zawsze wygodne. OK. Dajmy spokój z tą wygodą. Wystarczy, że są sportowe. Napisz: „Weź ze sobą buty sportowe, będziemy dużo spacerować”. Jak będzie „weź”? Brać to nehmen, a jak będzie brzmiał Imperativ „weź!”? Podpowiedz mi. Są takie niemieckie cukierki, cytrynowe i pomarańczowe. Nimm zwei? — pyta Marika z zalotnym uśmiechem. Oczywiście. Ależ ty jesteś dziś wesoła. Nigdy jeszcze nie byłaś taka wesoła i wyluzowana. Czemu zawsze jesteś taka smutna? Marika odkłada na bok ołówek i podkładkę z klipsem, zdejmuje ze swych piersi moje dłonie i zakłada sobie na ramiona moje ręce, zupełnie jakby owijała się szalem. Wtula się w nie i mówi: Bo nie ma ciebie przy mnie. Kokietka, cudna kokietka. Chcę, żebyś częściej była taka wesoła — mówię, nie wiedząc wtedy jeszcze, że już nigdy taka nie będzie.
Zatapiam nos w jej włosy i delektuję się zapachem ziołowego szamponu zmieszanego z wonią jej potu, po czym sięgam po kolei po kartonik z klipsem i ołówek i podaję jej, mówiąc: Nimm zwei. Piszemy. Nimm Sportschuhe — dyktuje sama sobie Marika. Mit. Proszę? Nie, nic. Podpowiadam ci coś, ale niech będzie tak, jak sama potrafisz. No i „Będziemy dużo spacerować”. Wir werden… Noo, zadziwiasz mnie. Coś tam jeszcze pamiętam ze szkoły… Dużo, dużo… Było, było… No tak: viele. Bez „e”. Masz wszystko? Tak. Przeczytaj.
Marika czyta, patrzę jej przez ramię, sprawdzam, co napisała, i rozluźniam uchwyt, rozsuwając dłonie. Prawą na prawy cycuszek, a lewą — na lewy. Wiesz, że tu jest cała masa błędów? Ale ja ci nie będę ich poprawiał. Ma być tak, jak potrafisz. Co tam, wrzucę sobie do translatora i mi poprawi błędy. Jak chcesz, ale zrób to sama. Translator. Tak jakby to była pralkosuszarka. Wrzucasz brudne, a wyciągasz czyste i suche. Ciekawe, jak on ci to poprawi. Oj, dam sobie radę. Używam translatora, gdy pracuję na niemieckim czacie, i jakoś sobie radzę. Jak to „pracuję na niemieckim czacie”? Normalnie, nie wiesz, co to jest czat? Wiem, ale nie wiem, co to znaczy „pracować na czacie”. Kamerki. Siedzisz przed kamerką i się uśmiechasz. I za to płacą pieniądze? Uhu. Ale pewnie do tego dochodzą jakieś… usługi… erotyczne… wirtualny seks… pokazy. Marika jakby pochmurnieje. Niee. Ktoś ci pisze: Jak się masz, ile masz lat, ładnie dziś wyglądasz, no, czasami: Jaka jest twoja ulubiona pozycja? Coś tam odpowiadasz i już. Ja korzystam z translatora. Bardzo przydatne narzędzie. I zarabiasz na tym? Nioo. Ciekawe, mógłbym to kiedyś zobaczyć? Nie. Te stronki, na których nadaję, nie są u nas dostępne. Sygnał idzie tylko za granicę, a poza tym nie warto. Widzę, że dzisiaj nic z tobą nie warto.
Marika znów odchyla głowę i spogląda mi w oczy ze słodkim uśmiechem. Wymieniam go na słodkiego buziaka. Ale jeśli transmitujesz za granicę, to pewnie masz jakiegoś moderatora, który zamiast ciebie rozmawia z klientami, a ty tylko podkładasz swoją twarz. No coś ty, nie mam żadnego moderatora, pracuję sama. Hmm, sama? Sama jako moderator? Nie. Jako wideomodelka. Wideomodelka! Kto by pomyślał! Jakie sprytne określenie. I jak ktoś cię pyta, jaka jest twoja ulubiona pozycja, to co odpowiadasz? Missionary position albo doggy position… To co, robimy drugą część? — pyta i sięga po podkładkę z klipsem. Tak od razu? A nagroda? Nie zasłużyłem?
Marika bez słowa odkłada na bok kartonik, zsuwa się plecami na moje uda i leżąc na wznak, sięga prawą ręką do mojej szyi i przyciąga moje usta do swoich. Całuje inaczej niż zwykle. Robi to mocniej i intensywniej. To nie jest jej zwyczajna pieszczota. Ona wypłaca mi nagrodę. Jesteś cudna. Druga część jest dla ciebie za trudna. Musiałabyś wszystko pisać w czasie przeszłym, którego nie znasz. Podyktuję ci ją, będzie szybciej. Ty tylko napiszesz, jak potrafisz. Nie będę ci poprawiał błędów. Zajmuje nam to mniej niż pięć minut. No proszę — mówi Marika, patrząc na swoje notatki. I mam. Hmm. Gotowa praca. Dzięki. Moim zdaniem trójkę minus powinnaś dostać, a jeśli pani będzie sprawdzać za pomocą szablonu, to nawet lepiej.
To była moja najwspanialsza lekcja niemieckiego, chyba się przekwalifikuję na nauczyciela.
Naprawdę nie chciałabyś się tak pouczyć raz w tygodniu? Nie mogę, naprawdę — mówi Marika przepraszająco. Nie mam tyle czasu. A jak z twoim angielskim? — pytam swoją studentkę. Dużo gorzej. Angielski w ogóle mi nie leży. Hmm — wydaję cichy pomruk i próbuję sobie wyobrazić, co może znaczyć „dużo gorzej”. Rozkładam się wygodnie na wznak, by rozciągnąć plecy. Popieścisz mnie jeszcze? — pytam swoją studentkę. Oralnie? Jak chcesz, żeby tylko było przyjemnie. Na co masz ochotę? Nieważne, chcę, żebyś była ze mną.
Marika przysiada obok moich bioder i pieści mnie czule. Oralnie. Jest przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Robię sobie w tym czasie powtórkę z łaciny: penis, glans penis, preputium, frenulum, scrotum, testis.
Mam już ponad sześćdziesiąt lat, ale dopiero teraz czuję, że właśnie może się spełnić moje marzenie i powołanie do pisania. Pisze mi się dobrze. Właściwie do czegokolwiek nie przyłożyłbym ostatnio pióra, od razu mi się spod niego wylewa jakaś short story, dłuższa (o)powieść, dramat, komedia, scenariusz filmowy, wiersz, piosenka czy skecz kabaretowy. I czytając to następnego dnia, czy kilka dni później, dziwię się, że coś takiego mogłem z zaskakującą dla mnie samego łatwością napisać.
Marika… to mój debiut książkowy. W przypadku debiutujących autorów zwykle pisze się, kim są z zawodu i podaje się garść szczegółów z ich życia, siłą rzeczy, nie związanych z twórczością literacką. Czy i ja mam tu wymieniać, w jaki sposób dotychczas zarabiałem na życie, albo mówić o swoim stosunku do psów i kotów? Eee… Dajmy spokój. Zamiast tego wolałbym pokazać, co udało mi się napisać. Osądźcie sami, czy to coś warte.