Come over to the window…

Mein Schnuckel — mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle co owieczka, jagniątko. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja — w kołysce jej stóp, a ona — w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko — szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, to napierając lekko ustami, to odrywając je od niej. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi subtelnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje to zrobić, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki, przenosząc się z grzbietu poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje wargami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.

Próbuję przez jej źrenice wypatrzyć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w źrenice jej szmaragdowych oczu, a wtedy ona wysuwa lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży — nie protestuje. W środkowy — też nie. W malutki — także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z melona. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.

Widzę, że Marika traci równowagę spojrzenia i przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta patrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że mamy kolejną sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka, biorę ją pod pachy i stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling. I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je, widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak Święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, Swiatyj Gieorgij, gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji — myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika oczywiście nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę Świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami, tak że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby prócz podwiązki zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by Święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, że wyzionie ducha wraz z wydanym przez usta Mariki ochrypłym charczeniem. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę Świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim — na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.

Lanca Świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, niektóre kobiety niemal mdleją od tego, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen — mówię, głaszcząc ją po włosach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *