Pieniądze nas psują

SIGMUND NIGDY NIE ZAMYKA DOMU NA KLUCZ ANI NIE WYCIĄGA KLUCZYKA ZE STACYJKI SAMOCHODU. – PO CO? TU NIE MOŻE SIĘ STAĆ NIC ZŁEGO

Hommelsto – miejscowość, jakich w Norwegii wiele, leży między górami nad cichą zatoką Velfjord, 400 km na północ od Trondheim. Kolorowe domy z lekko spadzistymi dachami rozrzucone są rzadko. Żadnych murków ani płotów. Każdy wie, gdzie kończy się jego działka, gdzie zaczyna się teren sąsiada. Nad Velfjordem mieszka około 400 osób. To dwa razy mniej niż w latach 60.
W Hommelstř było wtedy kilka sklepów, kilka tartaków, kwitł handel drewnem i materiałami budowlanymi. Ludzie zajmowali się rolnictwem, rybołówstwem, pracowali w lesie. Ale podróż do Trondheim, najbliższego dużego miasta, była 12-godzinną wyprawą. Autobus jechał szutrowymi drogami, pięć razy trzeba było przesiadać się na prom. Od lat 70. ludzie zaczęli stąd wyjeżdżać: do większych miast, za granicę. Część z nich na stare lata wraca w rodzinne strony, ale one już nie są takie jak dawniej. W dolinę wdarła się nowoczesność. Dziś w Hommelstř się mieszka, ale pracuje się gdzie indziej: w pobliskiej kopalni kredy, w 4-tysięcznym Brřnnřysund (odległym o 30 km), w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 600 miejscami pracy, na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest parę małych firm budowlanych, a także szkoła, przedszkole, dom opieki, supermarket z mini pocztą i minibankiem, stacja benzynowa, restauracja
i pensjonat. W odnogach fiordu ulokowało się kilka farm łososi i małży. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych. Po wodach fiordu pływa kilka nowoczesnych jednoosobowych kutrów rybackich.
NAJSZCZĘŚLIWSI LUDZIE ŚWIATA
Według ostatniego rankingu rozwoju społecznego ONZ Norwegia jest najbardziej rozwiniętym
krajem świata, a Norwegowie najszczęśliwszym i najnowocześniejszym społeczeństwem.
W badaniu brano pod uwagę poziom zamożności mierzony wysokością PKB na jednego mieszkańca, długość życia, udział obywateli w wyborach, poziom równouprawnienia płci, nakłady na oświatę, dostęp do bibliotek i internetu, poziom czytelnictwa, opieki zdrowotnej i społecznej oraz czynniki negatywne, takie jak poziom korupcji czy przestępczości.

Beate i Arnt. Bez prądu i telewizji



Beate (56 lat) i Arnt (55) kilka lat temu założyli firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg, każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają sześć osób i pracują sami. Arnt jest z zawodu mechanikiem. Ale także Beate, z wykształcenia pedagog, jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. I prowadzi księgowość. Oprócz tego jest nauczycielem zastępczym w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, proszą Beate. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. 

Beate i Arnt mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i nowego mercedesa. – Rzadko kto decyduje się w Norwegii na taki samochód – mówi Arnt. – Podatki są tak wysokie, że większość ludzi jeździ starymi gruchotami. Patrząc na samochody, nikt by nie powiedział, że jesteśmy jednym z najbogatszych krajów świata.

Beate i Arnt byli raz w Afryce i raz w Indiach, ale nie ciągnie ich już w świat. Od kilku lat każdy urlop spędzają w domu. Kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co się da. Uszczelnili dach, ocieplają ściany, remontują okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat. – Takich domów nie ma już w Europie – mówi Beate. – Podobnie budowali Szwedzi, ale w latach 60. zburzyli swoje stare drewniane domy i w ich miejscu zbudowali nowe. My wtedy byliśmy na to za biedni. Teraz okazuje się, że to są zabytki, o które należy dbać.

Beate i Arnt w Hommelsto też mieszkają na uboczu, ale dopiero w swym gospodarstwie czują się dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate. – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

– I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund. Kto buduje nasze domy?

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Sigmund nigdy nie zamyka domu na klucz ani nie wyciąga kluczyka ze stacyjki samochodu. – Po co? Przecież tu nie może się stać nic złego. 


Od rana do wieczora sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez 20 lat był nauczycielem geografii i polityki w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu stary dom i nieczynny tartak, wziął kredyt i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy, łupaczy i halibutów. Jego goście to głównie Niemcy, czasem Czesi i Polacy.

– Norwegia się zmienia – mówi 65-letni Sigmund. – Pieniądze z ropy nas psują. Tu zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Mimo ogromnych dotacji do rolnictwa i rybołówstwa ludzie nie chcą się tym zajmować. Kto pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą czystą pracę w biurze. To jeszcze nie najgorsze, bo są tacy, co wolą życie w ogóle bez pracy, a na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron miesięcznie. Zawsze byliśmy dumni z naszego zdrowia, a dziś coraz więcej ludzi chodzi na zwolnienia lekarskie. Nic dziwnego, skoro zasiłek chorobowy to 100 procent pensji, a zwolnienie na trzy dni można sobie wy-pisać samemu, bez wizyty u lekarza.

Pensjonat ma 45 łóżek, ale Sigmund radzi sobie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą Sigmund wyjeżdża na cztery miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Walter

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



W tym roku Sigmundowi pomaga Walter. Od 20 lat sprzedaje w Niemczech programy komputerowe. Dorobił się pozycji na rynku, sporo odłożył na przyszłość. Od lat każdy urlop spędzają z żoną w Norwegii. W tym roku zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie będzie pracować u Sigmunda przez całe lato. Teraz sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, robi drobne naprawy i dogląda łodzi. – Przez 20 lat – opowiada – zajmowałem się marketingiem, wysyłałem e-maile, pisałem oferty, przygotowywałem umowy. Rzadko spotykałem się z ludźmi. Efekt mojej pracy widać było na koncie bankowym, na które wpływały prowizje. To, co tutaj zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, sprzątnięty pokój, przybitą deskę. Jestem tu szczęśliwy. Może za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland. Kobiety chcą wygód



Także Vieland (57) przeprowadził się tu z Niemiec. Norwegią zafascynował się 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Uczył się norweskiego, a gdy parę lat temu odnowił znajomość z dawną norweską sympatią, zwinął biznes w Niemczech. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał w Norwegii problemów ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył.

Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Dziś Norwegowie masowo wycofują się z takiego stylu życia. – Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale takich kobiet jest już niewiele – mówi Vieland. – Chcą korzystać z miejskich wygód, mieć blisko do znajomych, kawiarni, butików.

Już dwa razy znalazł gospodarstwo, o jakim marzył. – Dawni właściciele zmarli, a spadkobiercy nie zamierzali pracować na roli. Ale gdy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie chcą pozbywać się rodzinnej własności, dodatkowych pieniędzy nie potrzebują. Ale jeśli nic nie zrobią z takim gospodarstwem, za 20 lat budynki jeden po drugim zawalą się jak domek z kart.

Alexander. Kościół idzie do ludzi 



36-letni Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje w Hommelsto od czterech lat. Żonę Helenę poznał dwa lata temu przez internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – uśmiecha się. Po miesiącu klikania Helena przyjechała do Hommelsto. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Urodziła się im córka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu za wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest przyzwoita, a w Hommelsto rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. Częściej by się nie opłacało – wyjaśnia. – Na nabożeństwo do Hommelsto musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku. Żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. 

Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za pracę i dojazd. Największe koszty są w zimie. By odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół trzeba ogrzewać dwa dni wcześniej. Na mszę przychodzi od trzech do sześciu osób.

– Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Założył klub młodzieżowy, sędziuje mecze piłkarskie, regularnie odwiedza dom opieki.

W zeszłym roku odbyły się trzy śluby, cztery chrzty i osiem pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre. Wolałbym świecką konfirmację


Sindre (15 lat) jest świeżo upieczonym konfirmantem. Większość młodych Skandynawów jest gotowa podtrzymywać tradycję symbolicznego przechodzenia w dorosłość, ale zarazem chcieliby podkreślić swą religijną obojętność. Sindre też wolałby przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, które – wzorem Szwedów – wybiera coraz więcej nastolatków w Norwegii (organizuje je Towarzystwo Etyki Humanistycznej). Jednak w promieniu 100 km prócz Sindre była jeszcze tylko jedna osoba chętna na świecką uroczystość, więc nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre przystał na tradycyjną, kościelną konfirmację, bo, jak mówi: – Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów. 

Rodzice Sindre są rozwiedzeni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na cztery miesiące z odległego o 600 km Kristiansund, gdzie przez resztę roku mieszka ze swoim przyjacielem.

Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe trzy lata przenosi się więc do matki. Sindre ma pięcioro rodzeństwa: siostrę, która z nim mieszkała przez kilka lat, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw i dwoje dzieci mamy.

– Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund z pensjonatu. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać razem? Tu od dawna rodziny musiały żyć z daleka od siebie. Na spłachetku uprawnej ziemi zwykle zostawał najstarszy syn, a reszta dzieci wyjeżdżała za chlebem. Do miast, do kopalń, na morze, do Ameryki.

Skandynawowie do niedawna przewodzili w statystykach rozwodów, ostatnio spadli na dalsze miejsca. Czy ich związki stały się trwalsze? Nie. Po prostu większość żyje bez ślubu. – Po co się pobierać, skoro prawie wszyscy i tak się rozwiodą. Spośród dorosłych bohaterów tego reportażu rozwiedziony nie jest tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku ślubów rozwodnikom. – Konserwatywni pastorzy tego odmawiają – mówi – ja też jestem przeciwko rozwodom, ale z drugiej strony nie chcę odtrącać nikogo, kto przychodzi do Kościoła.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, kiedy to prezentują się lokalni artyści. Na tarasie baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Potem na scenę wchodzą coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje się coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa czy agresji. Koło 23 nastolatki znikają, zostają dorośli. Na stołach rosną stosy puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża ze sprzątaniem. I wtedy pojawia się Age.

Age. Dom jak inne



Po jego twarzy wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, T-shircie, bejsbolówce i z pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale 75-letni Age nie jest dozorcą, tylko gospodarzem: właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów dalej, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Regularnie urządzają koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelsto i kemping w Nevernes to sposób na podtrzymanie kontaktów z miejscem, z którego pochodzi żona. W Nevernes Age ma dom, który nie różni się od zabudowań sąsiadów, a mógłby, bo Age – właściciel flotylli tankowców gazowych – należy do najbogatszych ludzi w Norwegii. Ale ubiera się, mieszka i żyje tak jak inni mieszkańcy fiordu. Epatowanie bogactwem zawsze było w Norwegii w złym guście. 

Age i jego żona, która jest projektantem wnętrz, do Velfjordu przyjeżdżają na lato. – W swoim życiu miałem już dosyć słońca – mówi Age – w Arabii Saudyjskiej. 40 lat temu wyjechał tam z firmą budującą drogi. Wszystko, co zarobił, zainwestował w kupno statku. To był akurat czas, gdy w Norwegii nastąpił boom w transporcie morskim, związanym także z budowaniem platform wiertniczych i wydobyciem ropy i gazu.

Na niektórych mieszkańców fiordu bogactwo spada jak wygrana w totolotka. Gdy złoża kredy wyczerpują się, kopalnia szuka nowych na kolejnych skalistych parcelach. Ich właściciele za samą zgodę na próbne odwierty dostają grube tysiące koron, a jeśli złoża nadają się do eksploatacji, zarabiają miliony. Także Eyvind, który nie chciał się zgodzić na sprzedaż swojej działki. Ale w przypadku uzasadnionego interesu społecznego, jak rozwój gospodarczy czy utrzymanie miejsc pracy, norweskie prawo zakłada pierwszeństwo państwa lub gminy do wykupu prywatnej własności. Eyvind przegrał sprawę w sądzie i dostał tylko połowę z wielomilionowej kwoty, którą pierwotnie proponowała mu kopalnia. W jego życiu nic się nie zmieniło. Jeździ tym samym samochodem, mieszka w tym samym domu. Jak dawniej latem prowadzi swój mały tartak i buduje drewniane letnie domy, a zimą chodzi z żoną na nartach po górach. Skończył siedemdziesiątkę i od trzech lat jest na emeryturze.

Ingrid. Bo nie mieliśmy szlachty

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



Ingrid (47 lat) uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje jako przewodnik turystyczny. Jest zapaloną sportsmenką. Chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Na bieg narciarski w Hommelsto z całej Norwegii zjeżdżają się dawni mieszkańcy i sąsiedzi z innych miejscowości. W zeszłym roku biegło ponad 600 osób w wieku od 7 do 70 lat. 

Ojciec Ingrid jest Norwegiem, a matka Szwedką. Czym się różnią Norwegowie od Szwedów? Ingrid ma prostą odpowiedź. – Norwegowie w weekend przygotowują kanapki, parówki na ognisko, termos z kawą i kakao dla dzieci i idą daleko w góry, pieszo albo na nartach. Szwedzi zabierają ze sobą wielki kosz piknikowy, wyjeżdżają samochodem za miasto, idą kilkaset metrów i rozkładają koc. Szwedzi już dawno zapomnieli o tradycji prostego, ascetycznego życia, a my wciąż staramy się ją podtrzymywać. Poza tym coraz bardziej są skłonni akceptować różnice społeczne, na co u nas nie ma przyzwolenia. No, ale my nie mieliśmy szlachty. Chłopi i rybacy w trudno dostępnych fiordach zawsze byli wolni. Nikomu nie musieli służyć.

W tym roku na Ingrid wypadła kolej pracy społecznej podczas Dni Velfjordu – sprzedawała kawę na potańcówce i bilety na kabaret, który co roku cieszy się największym powodzeniem spośród wszystkich imprez. Kabaret to duma Hommelsto. Wystawiany jest już 30. rok z rzędu. Aktorzy – na co dzień kierowcy, operatorzy ciężkiego sprzętu, rolnicy i urzędnicy – grają naprawdę świetnie. Publiczności najbardziej podoba się skecz, w którym do burmistrza przychodzi obywatel z propozycją zmiany herbu gminy i pokazuje projekt, na którym zamiast ryby widnieje wężownica do destylacji alkoholu. To satyra na dawne czasy. Jeszcze 20 lat temu na tańcach sprzedawano tylko kawę, więc goście przynosili ze sobą w piersiówkach whisky lub wódkę i dolewali pod stołem do kubka. Dziś na imprezach można oficjalnie napić się piwa, ale trzeba zapłacić za nie równowartość 30 zł. Jeśli ktoś chce napić się wina lub czegoś mocniejszego, musi przejechać 30 km do Bronnoysund, do Vinmonopolet, jedynego w okolicy sklepu z alkoholem powyżej 6 proc.

Za to wszystko jest za darmo w szkole podstawowej, w której pracuje Ingrid: od ołówka do podręczników. Gmina kupuje uczniom komputery lub dofinansowuje ich kupno. W gimnazjum wszyscy dostają 800 koron stypendium i liczne dodatki, zależne od tego, czy ucznia wychowuje jeden, czy dwoje rodziców, jak daleko musi dojeżdżać albo czy musi wynająć mieszkanie. Celem jest wyrównywanie szans materialnych. Wyniki w nauce nie są wynagradzane. Studia są bezpłatne i każdy może dostać kredyt na utrzymanie, który, jeśli egzaminy zdawane są w terminie, w dużej części zostaje zamieniony na bezzwrotne stypendium.

Ideał? – Wręcz przeciwnie – obrusza się Sigmund. – Czy szkoły, w których nie nagradza się wyników, zapewniają właściwy poziom edukacji? Na pewno nie. A bezpłatne studia dla wszystkich? Ile są warte? Po co nam tylu ludzi z wyższym wykształceniem? Czy już nie potrzebujemy dobrze wyuczonych mechaników, kucharzy, rzemieślników? A może mamy sprowadzić sobie ich wszystkich z zagranicy? Czy to jest zdrowe? Czy to nie demoralizuje ludzi? Mam w rodzinie dwa takie przypadki. Jedna dziewczyna studiowała media i komunikację. Roiła sobie, że będzie kręcić filmy. I co? Przez półtora roku nie zdała żadnego egzaminu. Za to wzięła już na studia kredyt, który teraz musi spłacić. Nie ma z czego, bo jest bezrobotna już czwarty rok. Ale pomoc społeczna zapłaci jej za mieszkanie, za prąd, kupi bilet na autobus, da na wyżywienie. Można żyć. O nic nie trzeba walczyć.

Lilly. My jesteśmy tylko starzy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



Czy Norwegia bardzo zmieniła się w ciągu jej życia? – I to jak! – Lilly (94 lata) łapie się za głowę. – Gdy byłam małą dziewczynką, mieszkaliśmy w Hommelsto na dole, a dom mojej babci stał na wzgórzu. Gdy potrzebowała, żebym do niej przyszła, wywieszała w oknie białe prześcieradło. Potem, już po wojnie, zainstalowano w Hommelsto centralę telefoniczną. Gdy ktoś dzwonił, trzeba było biec do wzywanej osoby i powiedzieć jej, żeby przyszła na centralę i oddzwoniła. Pamiętam, że za przywołanie płaciło się 2 korony. 

A ludzie? – Mają coraz większe wymagania. Gdy byłam mała, żyliśmy skromnie. Nie było głodu, zawsze było pod dostatkiem ryb, kartofli, mleka, jagód. Nie wiedzieliśmy, że można chcieć czegoś więcej. A potem przyszła elektryczność, radio, telefony, samochody, telewizja. I ludzie chcieli wszystko to mieć.

Jak niemal wszyscy Norwegowie w podeszłym wieku 94-letnia Lilly mieszka w domu starców. Przez lata mieszkała pod Oslo, na starość wróciła w rodzinne strony. Ma czterech synów, którzy rozjechali się po świecie. – Mieszkać u któregoś z nich? Nie, przecież oni muszą pracować, mają własne życie. Tutaj mam opiekę i znajomych.

Dom starców w Hommelsto to osiedle parterowych domków z rabatkami, podjazdami dla wózków i udogodnieniami dla ludzi mających problemy z poruszaniem się. W każdym domu znajdują się dwa mieszkania (salon, sypialnia, kuchnia i łazienka). Jedno mieszkanie, oczywiście, na jedną osobę. Pensjonariuszy kilka razy dziennie odwiedza pielęgniarka pomagająca w codziennych czynnościach, do pokojów dostają też posiłki. Niektóre osoby mieszkają we własnych domach i do domu opieki przychodzą tylko na dzień, ale mogą zamówić posiłki i pomoc pielęgniarki do własnego domu. Jest też budynek dla osób niewstających z łóżka i wymagających stałej opieki. Ale nie ma tu lekarza. – Po co? – pyta Lilly. – Lekarz ma leczyć chorych, a my jesteśmy tylko starzy.

W salonie Lilly jest dużo książek i czasopism, płyty CD, telewizor. – Nigdy się nie nudzę. Spotykam się ze znajomymi, oglądam telewizję, czasem nawet sama gotuję. Nie mam problemów z czytaniem, tylko nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie mogę chodzić, ale się nie poddaję i walczę ze swoimi słabościami.

Lilly chętnie opowiada o przeszłości. Najczęściej wraca do czasów wojny. – Nienawidziliśmy Niemców, choć oni traktowali nas dobrze. Zapraszali na koncerty, na potańcówki. W górach jugosłowiańscy jeńcy budowali linię kolejową, niedaleko nas był obóz. Komendant był przyzwoitym człowiekiem, otwarcie mówił, że nie jest nazistą. Razem z moim ojcem potajemnie słuchali BBC. Kiedyś z obozu uciekł jeden jeniec i mój ojciec pomógł mu przedostać się do Szwecji – ten człowiek po wojnie zaprosił nas do siebie. To jest prezent od niego – Lilly każe sobie podać tacę z blaszanym kompletem do parzenia kawy. – Ale wtedy, po tej ucieczce, komendant kazał rozstrzelać dziesięciu niewinnych jeńców, żeby innym podobne pomysły nie przychodziły do głowy. Czy można było ich lubić?

Norwegowie. Zapomnijmy o Breiviku

Z czego Norwegowie są dumni? Z fiordów, z gór, wodospadów. Szwedzi ani Duńczycy tego nie mają, ani nikt inny w Europie, a nawet na świecie. – A ropa? – Nieee – mówią. – Pieniądze z ropy raczej nas onieśmielają.

– Zresztą – mówi Sigmund – gospodarka norweska jest zbyt mała, by można w nią było wpompować wszystkie zyski z ropy i gazu. Dlatego państwo utworzyło Fundusz Zagraniczny, który inwestuje pieniądze na całym świecie. Z jego dochodów finansowane są nasze emerytury, ale i tak na bieżąco wykorzystujemy tylko 4 proc. przychodów funduszu. Reszta zabezpiecza przyszłość następnych pokoleń.

– Ale jesteśmy dumni – dodaje Ingrid – z tego, jak podzieliliśmy zyski z ropy. Inne kraje też mają wielkie bogactwa naturalne, ale czy potrafiły równo podzielić zyski? Czy wszyscy obywatele z nich korzystają?

– Być Norwegiem – mówią mi – to czuć się szczęśliwym, wędrując po fiordach i górach, biegając na nartach czy siedząc przy ognisku.

– Tak się składa – dodaje Sigmund – że mówimy po norwesku, ale język nie jest decydujący. Młodzi ludzie równie sprawnie posługują się angielskim.

Sigmund ogląda BBC czy Al-Dżazirę równie często jak norweską telewizję. Bardziej od procesu Breivika interesuje go upadek reżimów w kolejnych krajach arabskich, podobnie jak 20 lat temu emocjonował go upadek komunizmu w Europie Wschodniej. – To, co wydarzyło się przed rokiem w Oslo i na wyspie Utoya, to był jakiś nieprawdopodobny koszmar, który nie ma nic wspólnego z tym, jak tu się żyje na co dzień – mówi. – Po zamachu ludzie, przechodząc koło kiosków, odwracali na drugą stronę gazety ze zdjęciami Breivika, by powiedzieć: dość, to nie jest prawda o Norwegii, zapomnijmy o tym. 



Nad spokojnym, cichym fiordem

Gdy się wejdzie na jedno z pobliskich wzgórz, w pełni widać, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Szeroka wstęga fiordu wije się aż po horyzont, jej odnogi głęboko wcinają się w niemal pionowe zbocza przez cały rok ośnieżonych gór. Z tej perspektywy wszystko  wydaje się zastygłe i nieruchome, ale to tylko pozory, w głębi doliny płynie życie w powolnym, typowym dla Norwegii, rytmie.

Hommelstø to miejscowość, jakich w Norwegii jest wiele. Leży 380 km na północ od Trondheim, , otulona górami, ukryta w cichej zatoczce fiordu Velfjord. Wśród skał i drzew porozrzucane kolorowe domy z lekko stromymi dachami. Jedne tuż nad brzegiem fiordu, drugie nieco wyżej – na wzgórzach, jeszcze inne zawieszone wprost nad wodą: jednym końcem przytwierdzone do skały, a drugim wsparte na sięgających dna fiordu palach. Każdy w stosownej odległości od sąsiada. Pomiędzy domami nie ma żadnych ogrodzeń. Ani murków, ani płotów. Każdy dobrze wie, gdzie kończy się jego działka i gdzie zaczyna się teren sąsiada.

W 400-osobowej społeczności Velfjordu nie ma bezrobocia. Największym pracodawcą w okolicy jest kopalnia kredy, zatrudniająca 90 osób. Kilkadziesiąt osób pracuje w odległym o 30 km Bronnoysund – 4-tysięcznym miasteczku, w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 500 miejscami pracy, obsługujące instytucje administracyjne z całej Norwegii. Działa tu parę małych firm budowlanych, kilka osób pracuje na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest szkoła, dom opieki, supermarket z mini pocztą i mini bankiem, stacja benzynowa, restauracja, pensjonat. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych.

Beate

Beate i Arnt kilka lat temu postanowili założyć firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg. Każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają 6 osób, do tego pracują sami. Arnt jest szefem, ale też sam potrafi obsługiwać wszystkie maszyny. Beate nie ustępuje mu pola. Ona także jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. Ale przede wszystkim prowadzi księgowość. Oprócz tego jest zastępczym nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, dyrektor wzywa Beate do pomocy. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. Ich dochody są nieco wyższe od przeciętnych, dlatego mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i w miarę nowego mercedesa. Byli raz w Afryce i raz w Indiach – odwiedzić znajomych, ale jakoś nie ciągnie ich w świat.

Od kilku lat każdy urlop spędzają w Velfjordzie, gdzie kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Kompletna ruina: dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co tylko się da, by gospodarstwo wyglądało jak dawniej. Uszczelnili już dach, teraz ocieplają ściany, remontują stare okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat.

Choć w Hommelstø mieszkają na uboczu, dopiero tutaj czują się naprawdę dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate.  – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund

Sigmund nie wygląda na swoje 65 lat. Od rana do wieczora krząta się po swoim pensjonacie: sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez ponad 20 lat był nauczycielem w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu parcelę ze starym domem i nieczynnym tartakiem, wziął w banku kredyt  i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Sigmund wynajmuje im apartamenty i łodzie, na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy,. łososi morskich i halibutów. Aarstrand Pensjonat dysponuje 45 lóżkami, ale Sigmund nikogo nie zatrudnia. Radzi sobie zupełnie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą w pensjonacie ruch zamiera, a Sigmund wyjeżdża  na 4 miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Norwegia się zmienia – mówi – Pieniądze z ropy nas psują. Tutaj zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Rząd pompuje ogromne pieniądze w rolnictwo i rybołówstwo, ale ludzie, mimo dotacji, nie chcą być rolnikami i rybakami. Kto dziś pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą wygodne życie i czystą pracę w biurze. To jeszcze nie jest takie złe, bo, niestety, coraz więcej ludzi wybiera życie bez pracy. Nic dziwnego, jeśli na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron. Zawsze się szczyciliśmy, że jesteśmy najzdrowszym społeczeństwem w Europie, ale ostatnio coraz więcej ludzi korzysta ze zwolnień lekarskich. Czy można się dziwić, jeśli zasiłek chorobowy wynosi 100% pensji, już od pierwszego dnia zwolnienia, a zwolnienie na 3 dni można sobie wypisać samemu, bez wizyty u lekarza?

W tym roku Sigmund nie pracuje sam. Ponieważ zimowe rezerwacje były lepsze niż w poprzednich latach, uznał, że tym razem musi mieć kogoś do pomocy na stałe. Z kłopotu  wybawił go Walter, jego niemiecki klient i przyjaciel.

Walter

Walter  od 20 lat zajmuje się w Niemczech sprzedażą programów komputerowych do obsługi firm. Dorobił się mocnej pozycji na rynku, wybudował dom z kilkoma mieszkaniami na wynajem i sporo odłożył na przyszłość. Od lat wraz z żoną każdy urlop spędza w Norwegii. Zatrzymują się w Aarstrand Pensjonat, z którego właścicielem bardzo się zaprzyjaźnili. Walter, słysząc o czekającym Sigmunda nawale pracy, zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie gotów jest pracować u niego przez całe lato. – Zawsze podobała mi się Norwegia – mówi – zawsze byłem jej ciekaw, chciałem sprawdzić, jak się żyje z dala od miejskiego hałasu. Ale na urlopie nie doświadczysz prawdziwego życia w obcym kraju. Żeby je poznać, trzeba tu mieszkać, pracować, spotykać się z ludźmi, którzy tu żyją. Teraz Walter sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, wykonuje drobne naprawy i dogląda łodzi. W wolnych chwilach wypływa na wędkowanie w fiordzie, zbiera grzyby, ale najchętniej urządza przyjęcia nad brzegiem fiordu. Jest świetnym kucharzem.

Przez dwadzieścia lat siedziałem za biurkiem – mówi – zajmowałem się marketingiem, pisałem maile, wysyłałem oferty, przygotowywałem umowy. Rozmawiałem z klientami przez telefon, ale rzadko spotykałem się z ludźmi osobiście. Efekt mojej pracy sprowadzał się do stanu mojego konta, na które wpływały prowizje. Tutaj uzyskałem nową perspektywę. To, co zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, na sprzątnięty pokój, na przybitą deskę czy pomalowaną ścianę. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy. Być może, za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland

Vieland – także Niemiec – już to zrobił. Norwegia zafascynowała go 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Od tego czasu marzył, by się tu przenieść. Nauczył się norweskiego i parę lat temu spróbował odnowić swoją przyjaźń z sympatią z dawnych lat. Okazało się, że uczucie nie wygasło. Vieland zwinął swój interes w Niemczech i przeniósł się do Norwegii. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał trudności ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył. Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Pomysł wydaje się trafiony, bo Norwegowie masowo wycofują się z podobnego stylu życia. Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale kobiet chętnych do takiego życia jest już naprawdę niewiele. Chcą na co dzień korzystać z miejskich wygód i atrakcji, gdzie pod ręką mają restauracje, kina, butiki.

– Już dwa razy znalazłem gospodarstwo, o jakim marzyłem. Dawni właściciele zmarli, a dzieci nie były zainteresowane pracą na roli. Ale kiedy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie potrzebują tych pieniędzy i nie chcą pozbywać się rodzinnej własności.

Alexander

Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje tu od 4 lat. Swoją żonę, Helenę poznał dwa lata temu przez Internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – mówi z uśmiechem młody pastor. Po miesiącu ”klikania” Helena przyjechała do Hommelstø. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Wkrótce urodziła się im córeczka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu zbyt wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest też całkiem przyzwoita, a w takim miejscu jak Hommelstø rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. – Częściej by się nie opłacało – mówi. – Żeby odbyło się nabożeństwo, do Hommelstø musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku… żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za ich pracę i podróż. Największe koszty są w zimie. Żeby można było odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół musi być ogrzewany przez tydzień wcześniej. Na mszę przychodzi 3 do 6 osób.

-Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Nigdy nie wygraża z ambony palcem, że ludzie tak rzadko zjawiają się w kościele, za to angażuje się w lokalne życie. Założył klub młodzieżowy, sędziuje piłkarskie mecze, regularnie odwiedza dom opieki.

Starsi ludzie potrzebują, by z nimi porozmawiać, czasami nie ma z nimi kontaktu i mogę tylko potrzymać ich za rękę lub popatrzeć głęboko w oczy. Zdarza się, że trafiam na czyjeś urodziny. Każdy chce, bym wypił z nim kieliszek za jego zdrowie. Nie mogę odmawiać, dlatego do domu opieki zawsze chodzę piechotą. Na co dzień Alexander jeździ motocyklem.

W zeszłym roku odbyły się 3 śluby, 4 chrzty i 8 pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre

Sindre jest świeżo upieczonym konfirmantem. Właściwie nie chciał być konfirmowany w Kościele, wolał przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, ale 100 km na północ i południe prócz niego chętna była tylko jedna dziewczyna i nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre zdecydował się więc na zwykłą, czyli kościelną konfirmację, bo – jak mówi –Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, w czasie których przez tydzień swoją twórczość prezentują lokalni artyści. Na tarasie małego baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Po nich na scenę wchodzą kolejne, coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje sie coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa, żadnej agresji, żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie: w tłumie ludzi wyczuwa się jakiś naturalny porządek. Koło jedenastej nastolatki znikają, na imprezie zostają sami dorośli. Na stołach rosną stosy pustych puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża z ich sprzątaniem. I wtedy pojawia się Åge.

Åge

Po twarzy Åge’go wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Mężczyzna próbuje zaprowadzić trochę porządku. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, tiszircie,  bejsbolówce, z finką przy pasie i pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale Åge nie jest dozorcą, on jest tu gospodarzem: jest właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów stąd, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Systematycznie urządzają tu koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelstø i kamping w Nevernes to swoiste hobby Åge’go, by utrzymać kontakt z ludźmi i miejscem, z którego pochodzi jego żona. Do Velfjord przyjeżdżają na lato. W Nevernes mają dom, który specjalnie nie różni się od zabudowań sąsiadów. A mógłby, ponieważ Åge, będąc właścicielem flotylli tankowców gazowych jest jednym z najbogatszych ludzi w Norwegii. Jego ubiór, dom, sposób spędzania wolnego czasu niczym go nie wyróżniają spośród mieszkańców fiordu i całego kraju. Epatowanie bogactwem zawsze tu było w złym guście.

Ingrid

Ingrid jest zapaloną sportsmenką. Świetnie chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Gdy odbywa się bieg narciarski w Hommelstø, jego dawni mieszkańcy zjeżdżają się z całej Norwegii. W zeszłym roku biegło ponad 300 osób w wieku od 7 do 70 lat.

Ingrid uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje dla Hurtigruten jako przewodnik turystyczny. Hurtigruten to system połączeń kabotażowych, który kiedyś zapewniał łączność pocztową, dziś firma jest wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. Codziennie inny liniowiec Hurtigruten wyrusza z Bergen w liczącą 1250 Mm trasę przez krąg polarny i Przylądek Północny do Kirkenes przy granicy z Rosją, po drodze zawija do 34 portów. Rejs trwa 6 dni i zaliczany jest do jednej z najpiękniejszych podróży morskich na świecie.  – Pasażerowie – mówi Ingrid – to na ogół starsi ludzie z całego świata. Wśród nich jest wielu bogatych turystów, ale też i wiele osób, dla których jest to urlop życia, na który musieli długo oszczędzać.

Grethe i Ronald

Grethe i Ronald mieszkają w Bergen. Ona jest pracownikiem opieki społecznej, a on – dekarzem. Poznali się zaledwie trzy miesiące temu i postanowili wspólnie spędzić urlop. Wybrali się w podróż do Kirkenes i z powrotem. Na północ płynęli luksusowym statkiem Hurtigruten, na południe wracają motocyklem. W Hommelstø zatrzymali się na kilkudniowy odpoczynek. Mają za sobą 1800 km jazdy, zostało im jeszcze 1200.

Przez tydzień mieliśmy luksusowe życie – mówi Ronald –świetne jedzenie, basen, kręgle, dancingi, jacuzzi na górnym pokładzie. Codziennie wpływaliśmy do jakiegoś  fiordu i podziwialiśmy piękne widoki… Straszna nuda! Nie mogłem się doczekać, aż wsiądę na swoją yamachę i będę mógł jechać, jechać, jechać…

Amber

Amber właśnie skończyła pierwszą klasę. Ona także przyjechała tu na wakacje, do swojego dziadka. Amber ma czworo dziadków, ale w trzech miejscach. Jej kolega Snorre ma ich aż ośmioro. Wszyscy jego dziadkowie są rozwiedzieni i każdy z nich ma nowego partnera.

Także rodzice Sindre są rozwiedzieni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na 4 miesiące z odległego o 600 km Kristiansund. Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe 3 lata przenosi się więc do matki i jej przyjaciela. By odpowiedzieć na pytanie, ile ma rodzeństwa, musi się trochę zastanowić.: starsza siostra, która z nim mieszkała przez kilka lat – to jasne, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw, dwoje mamy, to w sumie będzie… pięcioro.

Anders, kolega Sindre mieszka z mamą i trójką rodzeństwa, ale dzieci wolą przebywać z ojcem, mieszkającym kilka kilometrów od nich. Gdy nie wracają na noc, matka jest spokojna, bo wie, że zostały u niego.

Jeszcze bliżej do swojego taty ma Ragnvald, inny kolega Sindre. Mieszka z bratem i siostrą u mamy, a tata z nową żoną i dzieckiem mieszkają w sąsiednim domu.

Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać ze sobą razem?

Decyzję o tym, kto zajmuje się dziećmi, ułatwia państwo, przyznając każdemu rodzicowi po 1000 koron miesięcznie. Rodzic, wychowujący dziecko samotnie dostaje podwójny zasiłek.

Spośród dorosłych bohaterów reportażu rozwiedziony nie był tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku rozwodów innym.

NORWEGIA W JEDEN DZIEŃ

Jak opisać Norwegię w kilku słowach? Strome góry nad brzegami przepięknych fiordów, zachwycające potężne wodospady i rwące rzeki, przyprawiające o zawrót głowy urwiska. Liczne jeziora i porośnięte lasem doliny, ciągnące się po horyzont wyżyny, lśniące w oddali majestatyczne lodowce. Malownicze miasta i wioski z drewnianą zabudową. Otwarci, życzliwi ludzie. To wszystko możemy zobaczyć w jeden dzień podczas wycieczki „Norway in a Nutshell” (Norwegia w łupince orzecha).

Norwegia, jako najdroższy kraj w Europie może się wydawać niedostępna dla polskiego turysty, jednakże tanimi liniami lotniczym, jeśli tylko odpowiednio wcześnie kupimy bilet, do Oslo lub do Bergen możemy polecieć już za 149 zł. A jeśli weźmiemy ze sobą namiot i prowiant, możemy uniknąć wydatków na noclegi i wyżywienie, których ceny szokują nawet zachodnich turystów. Ze względów turystycznych szczególnie atrakcyjne jest połączenie z Bergen, gdzie możemy zwiedzić nie tylko to najpiękniejsze miasto Norwegii, ale także jej największą atrakcję – najwspanialsze w świecie fiordy.

Turystom proponuje się kilka jednodniowych wycieczek po fiordach Zachodniej Norwegii, spośród których najpopularniejszą jest „Norway in a Nutshell”. Podczas wycieczki podróżować będziemy jadącym nad przepaściami i znikającym co chwila w tunelach pociągiem, pokonującym serpentyny dróg na niewiarygodnie stromych zboczach autokarem i statkiem, który, widziany z górskich szczytów, pomiędzy potężnymi ścianami fiordów wygląda jak zabawka.

Wycieczkę można rozpocząć w Bergen albo w Oslo, ale także w dowolnym innym punkcie trasy. W ciągu 2 godzin z Bergen, a 5 z Oslo pociąg dowozi pasażerów do Voss lub Myrdal, w zależności od tego, w jakim kierunku zdecydujemy się pokonać pętlę wycieczki. W Voss podstawiane są autokary, które przez wąwóz Stalheim zawożą turystów do Gudvangen, gdzie czeka statek, by zabrać ich w rejs przez Nærøyfjorden i Aurlandsfjorden, dwie odnogi długiego na ponad 120 km Sognefjorden, najdłuższego fiordu na świecie. Statek przypływa do Flåm, w dolinie Flåmsdalen, przez którą brawurowo poprowadzono linię kolejową Flåmsbana. Na odcinku 20 km pociąg wjeżdża na wysokość prawie 900 m. Wycieczka kończy się w Myrdal, skąd turyści pociągiem mogą wrócić do punktu wyjścia lub udać się dalej do Oslo lub Bergen.

Latem wycieczka trwa jeden dzień, zimą trzeba ją podzielić na dwa dni. Niektóre biura turystyczne oferują przebycie trasy w ciągu 3 do 5 dni z noclegami i posiłkami w luksusowych hotelach po drodze.

W jakim kierunku zamierzamy pokonać Pętlę Myrdal – Flåm – Gudvangen – Voss należy ustalić przy kupowaniu biletu. Ale to nie jedyna możliwość elastycznego kształtowania programu. Jeśli na zwiedzanie tej części Norwegii chcemy poświęcić więcej niż jeden dzień, w ramach biletu bez trudności możemy zaplanować nawet kilkudniową przerwę w podróży, by skorzystać z dodatkowych atrakcji regionu: pływania po Nærøyfjorden kajakiem, wycieczek pieszych z Aurland, czy z Flåm, podczas których z górskich zboczy i szczytów możemy oglądać zachwycające widoki na fiordy, wędkowania w górskich rzekach i jeziorach w Voss czy z wyprawy na lodowiec, wędrówek po płaskowyżu Hardangervidda lub przejazdu rowerem po słynnej drodze budowniczych kolei, Rallarvegen z Finse. Przed lub po zakończeniu wycieczki możemy spędzić dzień lub dwa w Oslo lub Bergen.

W Bergen wycieczka rozpoczyna się przed dziewiątą rano na dworcu kolejowym. Cały czas poruszamy się publicznymi środkami lokomocji, z których korzysta – choć rzadko – także miejscowa ludność. Wycieczka nie ma pilota, ale nie martwmy się, nie sposób się tu zgubić.

Przewodniki opisują podróż pociągiem pomiędzy Oslo i Bergen jako jedną z najpiękniejszych w świecie, ale opinia ta jest grubo przesadzona, zwłaszcza w odniesieniu do odcinka w pobliżu Bergen. Trasa wiedzie wprawdzie wzdłuż pięknej rzeki, koło Voss możemy podziwiać piękną dolinę, ale widoki te trwają bardzo krótko, ponieważ przeważnie trasa prowadzi przez tunele, tunele, tunele… Na szczęście trwa to tylko godzinę.

Gdy na stacji Voss zobaczymy, że z pociągu wraz z nami wysiada tłum podróżnych – większość z walizkami na kółkach, z czego przynajmniej połowa to turyści japońscy – możemy być spokojni, że nie zbłądziliśmy. Na miejscu czekają dobrze oznakowane autokary.

AUTOKAREM PRZEZ WĄWÓZ

Gdy po drodze pojawiają się pierwsze potężne wodospady, atmosfera od razu się rozgrzewa. Idą w ruch aparaty japońskich turystów. Prawdziwa wycieczka rozpoczyna się jednak dopiero, gdy autokar wspina się pod górę do hotelu Stalheim.

Z przełęczy rozpościera się wspaniały widok na długi na kilka kilometrów i głęboki na kilkaset metrów wąwóz Stahlheim. Droga, którą mamy jechać w dół wygląda jak splątana serpentyna. Gdy bierzemy kolejne zakręty i zatrzymujemy się przy przepięknych wodospadach, wśród pasażerów powstaje wyraźne poruszenie. Od tej chwili atmosfera napięcia i zachwytu towarzyszyć nam będzie do końca wycieczki.

Miejscowość Gudvangen to zaledwie kilkanaście domów, restauracja, sklep z pamiątkami, wypożyczalnia kajaków i przystań, na której już czeka na nas statek. Walizki na kółkach tym razem wjeżdżają na pokład, na którym przygotowano na nie specjalny wielki regał.

PROMEM PREZ FIORDY

Nærøyfjorden, przez który wiedzie pierwsza część rejsu jest najwęższym fiordem na świecie. W niektórych miejscach wysokość jego ścian dwukrotnie przekracza szerokość lustra wody. Fiord został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Pokonując kolejne zakręty, raz płyniemy przez skąpane w słońcu przestrzenie, to znów pogrążamy się w cieniu kilkusetmetrowych ścian fiordu. Mijamy nieliczne maleńkie miejscowości, czasami statek bez cumowania dobija do brzegu, by na pomost wyrzucić worek z pocztą. Co jakiś czas pojawiają się samotne gospodarstwa, założone w miejscach maleńkich wypłaszczeń, jedne tuż nad wodą, inne wysoko zawieszone nad pionową skałą. Do wielu dotrzeć można jedynie drogą wodną. Położone na odludziu pojedyncze gospodarstwa i wioski Nærøyfjorden uprzytamniają nam, jak od wieków wyglądało życie w Norwegii, gdy mieszkające w trudno dostępnych zakątkach pojedyncze rodziny lub niewielkie społeczności żyły z pola, lasu i morza. Norwegowie są bardzo dumni z tej chłopskiej kultury, w której mimo izolacji i wielkich odległości pomiędzy ludzkimi osiedlami, obecne były szkoły, muzyka i książki. Jej dowody zgromadzono w muzeach i skansenach, gęsto rozsianych po całym kraju.

W połowie drogi zmieniamy kurs i wpływamy do Aurlandsfjorden. Aurland jest jedyną większą miejscowością w regionie. Stąd do końca fiordu zaledwie kilka kilometrów. Już z daleka widać olbrzymie transoceaniczne wycieczkowce, cumujące na przystani w miejscowości Flåm. Ich obecność uświadamia nam, jak wielkie i głębokie są fiordy Zachodniej Norwegii.

Wielkie statki turystyczne podczas wycieczek po fiordach robią kilkugodzinne postoje, by turyści mogli zwiedzić czekające na lądzie atrakcje. Z Flåm jedni wybierają się motorówkami na „Fjordsafari”, podpływając do pionowych brzegów i spadających z nich wprost do wody wodospadów, inni udają się na przejażdżkę Flåmsbana, najbardziej niezwykłą koleją w Norwegii.

POCIĄGIEM NAD PRZEPAŚCIAMI

Na stacji urządzone jest małe muzeum Flåmsbana, w którym zgromadzono prymitywne pojazdy, urządzenia i narzędzia wykorzystywane przy budowie kolei w okresie międzywojennym, a także ciekawe stare zdjęcia, dokumenty, mundury i rekwizyty kolejowe. Patrząc na makietę doliny Flåm, trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł poprowadzenia tędy kolei.

Budowa, którą rozpoczęto w 1923 r., by połączyć miejscowości położone nad fiordem Sognefjorden z uruchomioną 14 lat wcześniej linią kolejową Bergen-Oslo, trwała 20 lat. Zbudowanie drogi kolejowej, prowadzącej z wyżyny w Myrdal po ostro opadających w dół zboczach górskiej doliny było niezwykłym wyzwaniem dla inżynierów tamtych czasów, a wydrążenie spiralnego tunelu, dzięki któremu pociąg zataczając pętle na coraz niższych poziomach to wjeżdża, to wyjeżdża ze zbocza góry, jest dowodem niezwykłej śmiałości projektantów i sztuki inżynierskiej najwyższego lotu.

Pociąg, który na pokonanie 20-kilometrowej trasy potrzebuje około godziny, jedzie przez 20 tuneli o łącznej długości 6 km. 18 z nich zostało wykopanych ręcznie. Wykopanie jednego metra tunelu kosztowało kopaczy miesiąc ciężkiej pracy. By ominąć miejsca zagrożone lawinami, trasa trzykrotnie przekracza rzekę i dno doliny. Zamiast budowania mostów ponad rzeką, poprowadzono rzekę tunelem poniżej torów.

Flåmsbana należy do najpiękniejszych i najefektowniejszych tras kolejowych w świecie. Z okien pociągu można podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na dolinę Flåmsdalen. W dole leżą malownicze wioski, pojedyncze gospodarstwa tulą się do stromych zboczy, rwąca rzeka i potoki wiją się w głębokich jarach i dolinach, wodospady spadają ze zboczy pokrytych śniegiem gór.

Wśród pasażerów mieszają się uczucia zachwytu tymi wspaniałymi widokami i rozczarowania, że znikają tak szybko. Rekompensatą za to jest przystanek przy wodospadzie Kjosfossen, na którym mogą wysiąść z wagonów i z bliska podziwiać żywioł ogromnych mas wody spadających z jeziora Reinungavatnet. To przepiękne górskie jezioro możemy oglądać na pożegnanie, gdy pociąg zatrzymuje się na przedostatniej stacji.

Wycieczka kończy się w Myrdal, na samotnej stacyjce wśród ośnieżonych górskich szczytów. Na peronie znów tłumy turystów z walizkami na kółkach, czekających na pociąg w kierunku Bergen lub Oslo. Pomiędzy nimi ostrożnie przejeżdżają rowerzyści, którzy zjeżdżają z peronu na drogę budowniczych kolei, Rallarvegen, wiodącą po kamieniach i ubitej ziemi w dół do samego fiordu. Zjechać tędy rowerem i doświadczyć piękna doliny z bliska, to jest dopiero przeżycie!

Tekst i zdjęcia: Jerzy Kruk

Cena wycieczki „Norway in a Nutshell”: Voss – Voss – 625 NOK; Bergen – Bergen – 935 NOK; Bergen – Oslo – 1295 NOK r, 1 NOK = 0,50 PLN.

Bilety można kupić na stronie www.fjordtours.com, w kasach kolei norweskich (NSB) oraz w biurach informacji turystycznej w Bergen, Oslo, Voss i Flåm.

Gdy pociąg relacji Bergen

slo odjeżdża ze stacji Finse, większość pasażerów patrzy z rozrzewnieniem na oddalające się sylwetki schroniska Finsehytta  i lodowca Jøkulen, bo Finse i jego okolice to dla Norwegów miejsce kultowe. Mówi się tutaj: Trudno dotrzeć  do Finse, ale jeszcze trudniej jest stąd wyjeżdżać.

Ze stacji do schroniska Finsehytta jest zaledwie kilkaset metrów drogi.

Budując na przełomie XIX i XX wieku linię kolejową Bergen – Oslo, część trakcji musiano przeprowadzić przez bezludne tereny wielkiego płaskowyżu Hardangervidda, położonego na wysokości ponad 1000 m n.p.m. i rozciągającego się na długości ponad 100 km. W szczerym polu, choć lepiej powiedzieć: na kamiennym pustkowiu, u podłoża lodowca Jøkulen wybudowano wtedy  stację Finse. Leżąca  na wysokości 1222 m n.p.m. do dziś jest najwyżej położoną stacją kolejową w Norwegii. Połączenie kolejowe Oslo – Bergen ukończono w roku 1909. W tym samym czasie wybudowano tu Hotel Finse 1222. Sto lat temu jego gośćmi byli prawie wyłącznie  przedstawiciele wyższych sfer z różnych krajów Europy, ale w następnych dziesięcioleciach rozwój turystyki w Finse potoczył się w zupełnie innym kierunku. Nie ma tu drogich hoteli, eleganckich willi, butików ani klubów nocnych, tak charakterystycznych dla modnych kurortów. Finse jest kwintesencją norweskiej tradycji sportów zimowych i długich wędrówek. W całej miejscowości znajdują się zaledwie trzy większe budynki: dworzec kolejowy, hotel  i schronisko. Poza tym  na okolicznych wzgórzach można zobaczyć kilkadziesiąt luźno porozrzucanych  małych hytter, domków, do których Norwegowie przyjeżdżają na krótki wypoczynek zarówno latem, jak i zimą. Nie ma tu ulic ani samochodów. Do Finse można dotrzeć jedynie pieszo, na nartach, rowerem lub koleją. Rolę głównej ulicy pełni peron kolejowy, przy którym oprócz budynków stacji znajduje się hotel, mały sklepik i wypożyczalnia rowerów. Dworcowa poczekalnia jest tradycyjnym punktem spotkań. Stąd wyruszają wyprawy w góry i na lodowiec, po peronie biegnie nawet fragment trasy rowerowej. Zimą wysiadający z pociągu pasażerowie już na peronie zakładają narty i zgrabnymi szusami oddalają się do swoich hytter. Latem z peronu zjeżdżają grupy rowerzystów, a za nimi kroczą piechurzy z plecakami.

Miejscowość Finse to zaledwie kilka budynków

Mekka narciarzy i polarników

Zimowy krajobraz płaskowyżu przybiera wyraźnie arktyczny charakter. Ciągnącą się po horyzont biel śniegów tylko miejscami przerywają czarne plamy pionowych ścian skalnych. Temperatura potrafi tu spaść do 30 stopni poniżej zera. Z tej właśnie przyczyny George Lukas wybrał krajobraz Finse za tło do nakręcenia scen rozgrywających się na lodowej planecie  Hoth w filmie „Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje”, a polarnicy, jak niegdyś Robert Scott, a niedawno Marek Kamiński, tutaj przygotowują się do swych wypraw na bieguny.

W Finse są dwa sezony: zimowy i letni. Kilkumetrowa warstwa śniegu pokrywająca  płaskowyż zimą, umożliwia narciarskie wędrówki bez końca. Oznakowane trasy narciarskie maja łączną długość 2 tys. km. Niektóre biegną po pokrywie lodowca. W górach zbudowano kilkadziesiąt schronisk należących do towarzystw turystycznych. Starą tradycją i największą atrakcją jest tu wędrowanie od jednego schroniska do drugiego. Większość schronisk nie ma obsługi, ale na zimę zgromadzono w nich zapasy opału i żywności. Opłaty uiszcza się wrzucając do specjalnej skarbonki koperty z gotówką lub wypisując formularz polecenia zapłaty z konta bankowego. Finse nie jest jednak miejscem przeznaczonym wyłącznie dla ekstremalnych sportowców. Przyjeżdżają tu również rodziny z małymi dziećmi, a  szkoły urządzają obozy narciarskie. Tereny te upodobali sobie również miłośnicy psich zaprzęgów. W schroniskach znajdują się nie tylko wygodne lóżka dla strudzonych narciarzy i piechurów, ale także klatki dla ich czworonogów. W ostatnich latach największym przebojem Finse jest jednak ski sailing, jazda na nartach ze spadochronem. Dziesiątki kolorowych czaszy fruwających na południowym zboczu Klemsbu robi radosne wrażenie w tym surowym zimowym krajobrazie.

Reklama zimowych atrakcji Finse.

Na lodowcu i dookoła lodowca

Latem największymi atrakcjami Finse są wędrówki po górach i lodowcu oraz przejazdy rowerem po słynnej trasie Rallarvegen. Zorganizowana wyprawa na lodowiec zajmuje ok. 7 godzin. Po dojściu do krawędzi jęzora lodowca uczestnicy otrzymują odpowiednie wyposażenie: raki , kaski  i uprząż asekuracyjną. Wędrówka po lodowcu odbywa się pod przewodnictwem doświadczonego alpinisty. Przeskakiwanie szczelin, zaglądanie i wchodzenie do ich wnętrza, słuchanie muzyki lodu dostarczają niesamowitych wrażeń.

Te wyglądające jak wrzeciona słupy lodowca mają po 10 m wysokości.

Na lodowcu

Aby obejść dookoła lodowiec Jøkulen znakowanymi szlakami, potrzeba trzech dni wędrówki. Przewodniki określają długość każdego przejścia na 7, 8 godzin efektywnego marszu. Do tego trzeba dodać  3, a nawet 4 godziny na odpoczynek, wyszukiwanie przejść przez rzeki po kamieniach, odnajdywanie zgubionych znaków. Na każdej trasie trafiają się ostrzejsze podejścia na wysokość trzystu, czterystu metrów. Najwięcej trudności sprawia jednak podłoże: grząskie torfowiska, usypiska drobnych kamieni lub większych skał, gładkie strome powierzchnie, śliskie i niezwykle niebezpieczne po deszczu, znacznie utrudniają wędrówkę. Wygodne wydeptane ścieżki trafiają się rzadko. W wyższych partiach trzeba pokonywać kilkudziesięciometrowe odcinki śniegu.

Co kilka godzin trudy wędrówki wynagradza wspaniały widok jęzora lodowca, lśniącego w dolinie jeziora lub przejście mostem wiszącym nad rwącą rzeką, ale na ogół krajobraz jest monotonny: ciągnąca się po horyzont kamienno-lodowa pustynia. Prawdziwą przyjemność dla oka w tym surowym krajobrazie stanowią kwitnące  pomiędzy skałami górskie rośliny. Szukający natchnienia w pięknych górskich widokach powinni wydłużyć trasę wędrówki co najmniej o jeden dzień, robiąc dłuższe obejście do Vøringfossen, najwspanialszego wodospadu w Norwegii. Po drodze otworzy się im zapierający dech w piersiach widok na odnogę Eidfiordu. Odpoczynek na nagrzanych słońcem wrzosowiskach, połączony z takim widokiem, będzie niezapomnianym przeżyciem.

Lodowiec Jøkulen

Nocowanie w schroniskach jest dość kosztowne i wymaga poświęcenia całego dnia na wędrówkę, dlatego dobrze jest mieć ze sobą namiot. Można wtedy podzielić trasę na odcinki dowolnej długości. W Norwegii można biwakować wszędzie, nawet w parkach narodowych i na terenach prywatnych, jednakże namiot należy rozbić co najmniej 150 m od budynku. Ta wolność wędrowania i biwakowania dla wielu turystów z Europy jest największym atutem Norwegii.

Namiot jest niezwykle przydatny podczas wędrówek długimi norweskimi szlakami

Rowerem spod lodowca do brzegów fiordu

Podczas budowy linii kolejowej musiano najpierw wybudować drogę, którą można  by było dowieźć w góry potrzebne urządzenia i materiały. W gęściej zamieszkałych rejonach takie drogi z czasem zostały przebudowane dla potrzeb ruchu kołowego, natomiast na niedostępnym płaskowyżu w okolicach Finse Rallarvegen, czyli droga robotników ziemnych, pozostała w stanie niezmienionym od stu lat i dziś stanowi najsłynniejszą trasę rowerową w Norwegii, pokonywaną codziennie przez setki rowerzystów, którzy wyjeżdżają z Haugastøl lub z Finse. Wieczorny pociąg relacji Bergen – Oslo z powodzeniem można nazwać pociągiem rowerowym. Na każdej stacji z wagonu towarowego wyładowywanych jest kilkanaście lub kilkadziesiąt rowerów, a w wagonach pasażerskich niemal nad każdym podróżnym wisi kask kolarski.

Cała trasa ma ok. 100 km długości i zwykle dzielona jest na dwa odcinki. Odcinek z Finse do Flåm ma 55 km długości. Na jego pokonanie potrzeba 5 do 6 godzin.  Norwegowie przyjeżdżają tu całymi rodzinami. Na trasie można spotkać rowerzystów od 7 do 77 roku życia, ale bywają też młodsi – dwu-, trzyletnie maluchy jadą sobie wygodnie w specjalnych przyczepkach rowerowych. Wielu rowerzystów zabiera ze sobą namiot i sprzęt biwakowy i nocuje w górach, nad jeziorem lub nad samym fiordem. Wielu przywozi ze sobą własne rowery, ale można je też wypożyczyć w każdej miejscowości przy trasie i zwrócić w dowolnej innej miejscowości.

Wypożyczalnia rowerów na peronie w Finse.

Przed schroniskiem Finsehytta co noc stoi kilkadziesiąt rowerów. Rano czekające na rodziców dzieci rozgrzewają się jeżdżąc na łeb na szyję pomiędzy skałami, po kamieniach, po schodach. W dół i w górę. Koło dziesiątej parking pustoszeje, wszyscy są na trasie.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie przed schroniskiem i …- W drogę!

Przez pierwsze 10 km droga prowadzi przez płaskowyż, całkiem blisko widać ośnieżone góry, a od lodowca dobiega poranny chłód. Podjazdy nie są zbyt strome ani zbyt długie. Wprawny rowerzysta przejedzie całą trasę bez zsiadania z roweru, z wyjątkiem miejsc, w których przez cały rok zalega śnieg. Po 10 km droga ostatecznie wznosi się na maksymalną wysokość 1343 m n.p.m., no a potem to już – prawie – tylko z górki. Jazda w dół po szutrowym podłożu jest całkiem przyjemna, ale gdy jedzie się po skałach i kamieniach, trzeba uważać szczególnie. Trudno powiedzieć, czy częściej używa się pedałów czy hamulca.

Rallarvegen w okolicy Finse.

Zjeżdżając coraz niżej, czuje się wyraźne ocieplenie, roślinność staje się bujniejsza, uderza intensywny zapach ziół. Mniej więcej w połowie trasy droga prowadzi tunelem na drugą stronę torów. Tunel okazuje się być bramą do zupełnie innego świata. Wjeżdżamy do doliny o zachwycającej urodzie. Skały przełamuje spieniona, rwąca rzeka. Ze ścian doliny spadają do niej kolejne wodospady. Na okrągło zwilżane trawy cieszą oko soczystą zielenią.

Prawdziwa jazda rozpoczyna się jednak dopiero w dolinie Flåmsdalen, przez którą w latach trzydziestych brawurowo poprowadzono kolej łączącą miejscowości Sognefjord z linią kolejową Oslo-Bergen. Ten niezwykły odcinek kolei nosi nazwę Flåmsbana. Trasa o długości 20 km, opadająca do poziomu morza z wysokości prawie 900 m prowadzi przez 20 tuneli. Godzinny przejazd Flåmsbana jest zaliczany do najbardziej ekscytujących w świecie podróży kolejowych. Ale zjazd rowerem jest jeszcze bardziej ekscytujący. Na samym początku trzeba zjechać serpentyną po tylnej ścianie doliny, która jest prawdziwą rowerową drogą troli. Z głową skierowaną w dół jedzie się po nierównych skałach i usypisku kamieni, raz po raz pokonując niemal 180-stopniowe zakręty. Chwila nieuwagi wystarczy, by przekoziołkować przez kierownicę. Nic więc dziwnego, że wielu w tym miejscu sprowadza rowery pieszo. Ale najwytrwalsi, niczym żużlowcy, zgarniają żwir i kamienie kołami, pozostawiając na zakrętach wyślizgane ślady.

Rallarvegen powyżej Myrdal.

Gdy spadek nieco łagodnieje i kamienne usypisko przechodzi w szuter, można jechać bezpieczniej, ale wciąż na hamulcach. Łatwiej się robi, gdy droga osiąga dno doliny. Zakręty łagodnieją i rower bezpiecznie może mknąć  wśród łąk i nielicznych gospodarstw. Z dołu doliny nie sposób dostrzec krawędzi kilkusetmetrowej ściany, przy której jedziemy. By zobaczyć krawędź przeciwległej ściany, trzeba wysoko zadzierać głowę. Trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł poprowadzenia tędy kolei i że dziś w górę i w dół jeżdżą tu pociągi.

Tylna ściana doliny Flåmsdalen. Widoczna serpentyna to łatwiejszy odcinek trasy rowerowej. W lewym górnym rogu widać dwa fragmenty linii kolejowej.

W połowie trasy drogę szutrową zastępuje asfalt i zaczyna się kolejne wyzwanie, by pomknąć w dół bez używania hamulca. Mierzę czas: 11 km w 15 minut, zatem  średnio 44 km/h. A ponieważ po drodze były dwa podjazdy, momentami musiało być ponad pięćdziesiątkę. Na dole buchające lato. Małe domki w miejscowości Flåm otoczone sadami owocowymi. Przewodniki piszą, że najlepiej tu przybyć wiosną, gdy kwitną jabłonie, grusze i wiśnie. Zakręt po zakręcie dolina wciąż zamyka się tysiącmetrowej wysokości ścianami i dopiero za ostatnim zakrętem otwiera się przestrzeń fiordu, w którym cumują ogromne transoceaniczne statki turystyczne.

Fiord Aurlandsfjorden w miejscowości Flåm

Na pokładzie w palącym słońcu wylegują się pasażerowie. Flåmsbana przy peronie czeka na odjazd. Wśród barów, restauracji i sklepów z pamiątkami krzątają się tłumy japońskich turystów. Na trawnikach, obok położonych rowerów odpoczywają grupki młodych ludzi. Trudno uwierzyć, że arktyczny krajobraz Finse to wspomnienie zaledwie sprzed pięciu godzin.

Tekst i zdjęcia: Jerzy Kruk