Rozdział VII (ok. 25 minut czytania)

W kilka dni po Nowym Roku mam urodziny. Do życzeń wszystkiego najlepszego Marika dołącza prezent. Jest w załączniku e-maila. JPEG, więc pewnie zdjęcie. Ale jakie! Piękny akt półpostaci Mariki. Wzniesione ponad głowę ramiona przywracają perfekcyjną krągłość jej piersiom i rozciągają jej korpus tak, że wyraźnie widać żebra, pępek i mięśnie brzucha. Dłonie ma złożone na kark, a łokcie – ściągnięte jak najbliżej siebie wysoko powyżej głowy. Lekko wzniesiona do tyłu i delikatnie przekręcona w prawo głowa sprawia, że wyraźnie widać napięte ścięgna szyi. Jednak moją uwagę natychmiast przykuwa jej twarz, i to tak, że nie mogę oderwać odeń wzroku. Oczy zamknięte, powieki uróżowione pastelowym pudrem i obwiedzione czarną kreską na krawędzi powyżej długich, czarnych rzęs, których zasłona zdaje się wpełzać na policzki. Dziurki od nosa widziane od dołu powodują, że chce mi się wstrzymać własny oddech, by wyczuć ich tchnienie. No i usta: lekko rozchylone, ukazujące białe zęby pomiędzy makowymi płatkami jej warg. To właśnie ich widok powoduje przyspieszone bicie mojego serca i zapieranie tchu w piersiach. Zdjęcie zrobione jest na tle czarnej kotary. Sylwetka Mariki oświetlona jest ostrym światłem, które gra na jej ciele, pokazując kontrast pomiędzy jego opalenizną i bladością jej wygolonych pach oraz podkreślając poszczególne krawędzie jej ciała: zarys sylwetki, krągłość piersi, ostrość kłykci jej łokci, żeber i napiętych mięśni i ścięgien.

Moje skojarzenie jest natychmiastowe i nieodparte: Madonna Muncha. Podobna elfia sylwetka z wyrazistymi piersiami, tylko głowa przechylona w bok w drugą stronę, ale nastrój obrazu i zdjęcia – ten sam. U Mariki brak aureoli, jednak moja wyobraźnia szybko ją domalowuje. Od czegóż w końcu jest lume sacrale mojego zachwytu.

Natychmiast chcę się nim podzielić z Mariką. Piszę o nim w mailu i załączam link do strony z obrazem Edwarda Muncha. I zaraz potem idę za głosem drugiego skojarzenia: Gustav Klimt i jego okryte złotymi płaszczami kobiety z zamkniętymi oczami i rozchylonymi ustami, w podobnym ekstatycznym zamyśleniu co Madonna Muncha: Danae, Judyta, nagie kobiety o sylwetkach sylfidy z obrazów o tematach wodnych, a przede wszystkim dziewczyna z Pocałunku. Marika jednak nie podziela mojej ekscytacji i nie odpowiada na mój e-mail. Wysyłam jej więc linki do stron z obrazami Muncha i Klimta z analizą dla licealistów, ale mimo to Marika nie daje się wciągnąć w dyskusję. Mnie jednak ekscytacja nie opuszcza. Oglądam jej obraz kilka razy dziennie – choć zdążył się już odbić w mojej pamięci z najdrobniejszymi szczegółami – aż w końcu zaczynam się do niego modlić. Wierszem.

Moja Madonna

Twoje oczy zamknięte, Madonno
Twoje włosy tak pachną, Madonno
Usta twe rozchylone, Madonno
Twoje piersi odkryte, Madonno

Twoje serce tak czyste, Madonno
Twoje myśli tak skryte, Madonno
Twoje słowa tak skąpe, Madonno
A twój uśmiech tak rzadki, Madonno

Twoje ciało bez grzechu, Madonno
Moje ciało bezwstydne, Madonno
Twoje szczęście tak wątłe, Madonno
Twoja rozkosz mym szczęściem, Madonno

Twoje życie niewinne, Madonno
Moje życie zachłanne, Madonno
Moja miłość spragniona, Madonno
Twoja miłość tak szczodra, Madonno

Na kolana przed tobą, Madonno
Otwórz oczy przede mną, Madonno
Przytul mnie, przytul, Madonno
Całuj moje rany, Madonno

Kadruję zdjęcie Mariki, by jak najdokładniej przypominało obraz Muncha i na lewo od jej sylwetki, na czarnym tle, wklejam pisany białą czcionką swój wiersz. Wysyłam obraz Marice, ale ona wciąż nie reaguje. Jestem tak rozczarowany! Co jeszcze mogę zrobić, by wyrazić swój zachwyt jej urodą? Jakiż hołd mogę ci jeszcze złożyć? Obraz, wiersz, modlitwa, a może to jeszcze za mało? – piszę do niej. A ty ciągle milczysz – dopisuję głęboko po północy. Jeśli chciałaś mnie upokorzyć, to ci się udało. Tak właśnie się czuję.

Śpię jeszcze, gdy nad ranem słyszę trzy sygnały SMS. Jerzy, przepraszam cię bardzo. Nie chciałam cię urazić. Gniewasz się na mnie? Nie, owieczko – odpisuję. Jest mi tylko przykro. Nie miałam pojęcia, że to dla ciebie takie ważne. Jerzy, ten wiersz był tak piękny, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jerzy, wybacz mi. Kochana owieczko, proszę, nie używaj takich słów. Nie mam ci czego wybaczać. Sprawiłam ci przykrość. Wiesz, że nie chciałam i nigdy nie chciałabym tego zrobić. Jerzy, nikt dla mnie nie pisał wierszy, nikt do mnie nigdy nie mówił tak, jak ty do mnie mówisz. Nie gniewaj się na mnie, że nie wiem, co odpowiedzieć. Strasznie mi przykro, że jest ci przykro. Owieczko kochana, przepraszam cię, że sprawiłem ci przykrość. To moja wina. Mój narcyzm. Mój egoizm. To ty mi wybacz. Jerzy, czy między nami wszystko w porządku? Nie gniewasz się na mnie? Tak, owieczko, kocham cię. To dobrze. Wystraszyłam się, że coś popsułam.

Wszystko w porządku, kochana. Czy moglibyśmy się dziś spotkać? Choć na chwilę? Dziś nie mogę – odpisuje mi moja owieczka. Przedwczoraj moja siostra urodziła synka. Obiecałam jej, że ją odwiedzę. W którym szpitalu? Marika podaje mi adres. To na drugim końcu miasta. Świetnie, że tak daleko! – odpisuję. Podwiozę cię. Nie protestuj. Będę tam, gdzie zwykle. Za dwie godziny. Za trzy – odpisuje mi moja owieczka.

Gdy do mnie wsiada, uśmiecha się takim uśmiechem, jakiego nigdy jeszcze u niej nie widziałem: Z radością, z ulgą, z czułością, z tęsknotą, ze smutkiem. Z miłością? Nie wiem. Chciałbym, żeby tak było, ale wystarcza mi, że czuję jej sympatię i pieszczotę. Mistrzyni uśmiechu. Nadstawia mi swoje usta do cmoknięcia na powitanie. Cmokam więc je z radością, a potem biorę w rękę jej dłoń, przysuwam do swoich ust i całuję – z czułością. Trzy razy. Spoglądamy sobie w oczy: Dobrze jest, wszystko w porządku – mówią nasze łzawe uśmiechy.

Prawą ręką przekręcam kluczyk w stacyjce, przesuwam lewarek na pierwszy bieg, przekładam ją na kierownicę i ruszamy. Zaraz potem wrzucam drugi bieg, skręcam w prawo na drogę główną, ale zanim zdążam dodać gazu, Marika zdejmuje lewą ręką moją prawą dłoń z kierownicy, podsuwa sobie do ust i całuje ją w kostkę środkowego palca. Trzy razy. Nie odejmując dłoni od jej ust, mówię: Trójka. Marika, nie odrywając mojej prawej dłoni od swych ust, przekłada ją sobie do prawej ręki, a lewą sięga do lewarka skrzyni biegów i wrzuca trzeci bieg. Rozpędzam samochód i mówię: Czwórka. Marika wrzuca czwarty bieg. Rozpędzam samochód jeszcze bardziej, a mój pilot wrzuca piątkę, wsuwa mi lewą dłoń pod pachę i przytula swoją głowę do mego ramienia.

Spotykamy się następnego dnia. Marika kocha się ze mną z takim żarem, z jakim kobieta musi się kochać żegnając swojego mężczyznę odchodzącego na wojnę. A może witając go wracającego z wojny? Jerzy – mówi do mnie z wciąż jeszcze nieutulonym lękiem – nie chciałabym cię stracić. Owieczko kochana, czy ty wiesz, co ty do mnie mówisz? – pytam wzruszony do granic. Przepraszam cię za ten lęk. To moja wina. Tak bardzo bym chciał zdobyć twoje zaufanie i przyjaźń. Jerzy, zdobyłeś je, wiesz przecież. Kiedy mnie tulisz i opowiadasz jakąś historię, jest mi miło i przyjemnie i wtedy jestem prawdziwa. Owieczko moja, seks przestał być dla mnie najważniejszy. On musi być, ponieważ budzisz moje pożądanie, pragnę cię, ale gdy tęsknię za tobą, to w swoich marzeniach nie wyobrażam sobie, jak się kochamy, tylko jak cię tulę w ramionach, jak z tobą rozmawiam, jak ty na mnie patrzysz i jak mnie dotykasz. Kocham cię, maleńka i chciałbym się rozpłynąć w tym uczuciu do ciebie.

Patrzę na Marikę ze łzami wzruszenia w oczach, a ona patrzy na mnie poprzez swoje łzy wzruszenia. Moje szkliste oczy odbijają się w jej szklistych oczach. Widzę w tym odbiciu, jak jej szkliste oczy odbijają się w moich. Jesteśmy jak dwa lustra postawione naprzeciwko siebie, które w nieskończoność odbijają swe odbicia. O tak, to jest korytarz, którym nawzajem możemy wejść jedno w głąb drugiego. Zapadamy się w tym naszym wzajemnym wzruszeniu. Lecę, lecę, lecę… To jest studnia bez dna. Nagle czuję, że Marika dotyka palcami swojej prawej dłoni grzbietu mojej lewej dłoni, spoczywającej do tej pory bez czucia na prześcieradle. Skąd wiedziała, że w tym momencie jest to najwrażliwsze miejsce mego ciała? Przesuwa swoje cztery palce przywodzące po moim nadgarstku przez wystające knykcie i wklęsłe zagłębienia między nimi i dalej po moich czterech palcach. Stabilizuje ten ruch swoim kciukiem, którym sunie po bocznej powierzchni mojego palca wskazującego. Gdy dojeżdża do połączenia drugiego paliczka z trzecim, odrywa od mojej dłoni wszystkie pięć palców i zsuwa je ze sobą, jakby chciała w nie zebrać nagromadzony we mnie ładunek elektrostatyczny, a potem powtarza ten ruch od nowa, a ja odczuwam za każdym razem ten sam dreszcz.

Marika jednym ruchem swojego ciała przewraca mnie na wznak i kładzie się na mnie na brzuchu. Sięga dłonią do mojej głowy i delikatnie gładzi moje włosy. Mam wrażenie, że stoją mi dęba, jak podczas eksperymentów z elektrostatyki, które robiliśmy w szkole na lekcjach fizyki. Wezbrane w moich oczach dwie łzy wzruszenia nagle pękają pod swoim ciężarem i rozlewają się mokrymi strumyczkami na skronie. Zmęczony burz szaleństwem od dawna pragnę kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany i mą bezsłowną tęsknotę usłyszy, kto rozszalałe serce me ukoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Nie płacz – mówi Marika z najsłodszym uśmiechem i scałowuje obydwa strumyki. Nie mogę w sobie pomieścić tej jej cudnej czułości i wybucham płaczem jak małe dziecko. Nie płacz – powtarza Marika. Nie poznaliśmy się po to, by płakać.

Marika całuje moje policzki, a potem moje usta. Muska i cmoka je delikatnie. Czuję na jej wargach słony smak własnych łez. Pozwól mi płakać – mówię, patrząc w jej szkliste oczy. Tak dawno nie płakałem ze szczęścia. Głaszczę Marikę po głowie, patrzę w jej niezgłębione, wpatrujące się we mnie z czułością oczy i na nowo wchodząc w ten nieskończony tunel naszych spojrzeń zaczynam szeptem recytować: Kto teraz płacze gdziekolwiek na świecie, bez powodu płacze na świecie, płacze nade mną. Kto teraz śmieje się gdziekolwiek nocą, bez przyczyny śmieje się nocą, śmieje się ze mnie. Kto, ktokolwiek teraz umiera na świecie, bez przyczyny umiera na świecie, spogląda ku mnie. Jerzy – mówi z przejęciem Marika. – Znów te twoje smutne wiersze. Skąd ty je wszystkie znasz? Siedzą mi głęboko w głowie i grają mi w głębi duszy, a ty je ze mnie wydobywasz na powierzchnię świadomości. Wierszem myślę o tobie i wierszem za tobą tęsknię.

Marika nie odzywa się słowem, za komentarz wystarcza mi głębokie, pełne wzruszenia i czułości spojrzenie jej szkliwiących się oczu. Chłonę je, pieszczę się nim i w nim się pławię. Twoje oczy lubią mnie… i to mnie zgubi – mówię cytując słowa piosenki. Och nie! – Marika stanowczo protestuje i dodaje z czułością, z czułością dotykając dłonią mojego policzka: Nie mów tak, przecież wiesz, że nie potrafiłabym zrobić ci krzywdy. Sam ją sobie zrobię – odpowiadam w zamyśleniu, może i nawet nieco za szorstko. Jerzy, proszę cię. Nie strasz mnie. Daj mi wstążkę błękitną — mówię wpatrując się od dołu w błękit rozpościerającego się nade mną nieba jej oczu – oddam ci ją bez opóźnienia…Albo — daj mi cień twój z giętką twą szyją… Nie! Nie chcę cienia. Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką, bo on nie kłamie! – mówię twardo, przemieniając łagodne spojrzenie w żądło swego wzroku. Marika drętwieje, jak od ukąszenia drętwy. Widzę w jej oczach panikę. Nie wie już sama, co jest prawdą, a co poezją, a przecież wszystko, co mówię i co przeżywam z Mariką, to najprawdziwsza prawda, zwłaszcza, kiedy wyrażam ją wierszem, cudzym lub własnym. Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko, usuwam ramię… – mówię szorstko, przebijając jej oczy kamiennym sztyletem swego spojrzenia. Zdejmuję z jej ramienia i potylicy swoje dłonie i rozkładam je zrezygnowanym ruchem na pościeli. Jerzy – mówi pełnym lęku szeptem Marika – ty naprawdę mnie straszysz. Bo piękno czasem na to jest… by wystraszało – mówię tym razem parafrazując mojego ukochanego poetę i przekształcając ostry wyraz swego spojrzenia w najczulszy uśmiech.

Jerzy – powtarza czułym szeptem Marika. Wyraz lęku znika z jej oczu i ponownie wypełniają je łzy wzruszenia. Moje, zresztą, też. To się musi skończyć płaczem – mówię wracając do poważnego tonu i przywołując nasze rodzinne powiedzenie, którego używaliśmy z dziećmi w momentach największego rozbawienia. Chciałbym, żeby spotkało to mnie, a nie ciebie. Nikogo z nas to nie spotka – mówi Marika z naciskiem, jakby wypowiadała zaklęcie i dla zwilżenia mych spragnionych ust podaje mi soczysty miąższ owocu ust swoich.

Mimo że smukłe i drobne, ciało mojej elfetki zaczyna mi trochę ciążyć, a jej kości, dlatego że smukłe i drobne, lekko mnie – uwierać. Delikatnie zsuwam ją z siebie i układamy się na boku. Marika zaciska palce prawej dłoni, obejmuje pięść palcami lewej i podsuwa sobie pod brodę. Ja robię to samo. Leżymy na boku podpierając swe brody oboma dłońmi i patrząc w głąb naszych oczu. Oczy Mariki wciąż wypełnia ten wyraz zamętu i niepewności. By go usunąć, powoli sięgam jej dłoni, delikatnie obejmuję je swoimi i przysuwam je sobie do ust, które wykonują trzy muśnięcia motyla, lecz nie siadają na nich. Następnie przystawiam do jej dłoni swój nos i wyraźnie je obwąchuję, patrząc w oczy Mariki pytającym wzrokiem. Gdy Marika już ma spytać, czy coś nie tak, z moich ust wykwita kolejny wiersz: Pani pachnie jak tuberozy. To nastraja i to podnieca. A ja lubię tuman narkozy, a najbardziej – gdy jest kobieca. Uśmiechamy się do siebie z czułością. Mówię ładnie? – Marika z uśmiechem kiwa głową na tak, myśląc, że to moje pytanie, a nie dalszy ciąg wiersza. …I melodyjnie? Zdania perlę jak z pereł kolię? Gdy się reflektuje, że wpadła w pułapkę, wybucha bezgłośnym śmiechem z samej siebie, aż jej się ramiona trzęsą, po czym, wciąż się uśmiechając, kręci głową z niedowierzania, jak łatwo dała się w nią złapać. Gdy się uspokaja, wyraźnie czeka na ciąg dalszy, a na jej twarzy zastyga czuły uśmiech porozumienia. Przeciągam ten moment ciszy, delektując się jej spojrzeniem, po czym kończę frazę: Pani patrzy – melancholijnie… Skąd ma pani tę melancholię? Jerzy, skąd ty się wziąłeś? – szepce Marika, czule przeciągając „e” przy wypowiadaniu mojego imienia. Spadłem z księżyca, a potem ty spadłaś mi z nieba. A ty, owieczko, skąd ty się wzięłaś? Nie wiem. Nie było mnie. To ty mnie wynalazłeś, to ty mnie wymyśliłeś. Gdy wrócę do domu, rozpłynę się w powietrzu. Założę kapcie i znów się przemienię w Kopciuszka. W kapciuszka? – Przyciągam ją do siebie i łaskoczę pod pachami. Marika śmieje się wniebogłosy i próbuje mi się wyrwać. Luzuję uścisk i przysuwam swoją twarz do jej twarzy. Wyciskam na jej ustach trzy wesołe buziaki, a potem dwa wyraźnie lżejsze… i jeszcze lżejsze… i jeszcze… Marika zamyka oczy, a ja znów uczę moje usta dotyku motyla.

Rozdział VI (ok. 14 minut czytania)

Ale ostatnio się rozgadałam – mówi Marika podczas następnego spotkania, gdy wreszcie ze spokojem wtulamy się w siebie po osiągnięciu szybkiego rozładowania. Jeszcze nigdy nie wypowiedziałam tylu słów bez przerwy. Eee, chyba żartujesz – podaję w wątpliwość to, co mówi. Naprawdę. Nikt ze mną nie rozmawia tak jak ty. Wszyscy tylko mówią: Cześć, co słychać, co robisz, dokąd idziesz, jak ci się podobał film? I odpowiadają: Wszystko w porządku, idę na zakupy, świetny był. A jak się spotykacie w jakimś większym gronie? To trochę świrujemy, śmiejemy się, niektórzy opowiadają dowcipy, ale to nie są rozmowy. Ty też opowiadasz dowcipy? Ja? – pyta Marika podnosząc wysoko brwi. I lekko kręcąc głową odpowiada: – Nie.

A ze mną lubisz rozmawiać? Marika spogląda mi w uczy z czułością, lekko napręża policzki w wyrażającym ufność uśmiechu i mówi: Bardzo. Przytula głowę do mojej piersi i szepce tak, że czuję na swojej skórze tchnienie jej ust. Czuję się przy tobie taka bezpieczna. Nie obawiam się niczego, niczego się nie wstydzę. To dobrze, kochana owieczko. Przytul się mocniej. Okryję nas kołdrą, żebyś nie zmarzła. Jesteś taki opiekuńczy. Na pewno byłeś świetnym ojcem.

Nie do końca, choć rzeczywiście, przez dwadzieścia lat byłem tatusiem i byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy. Lubiłem bawić się z dziećmi w odkrywanie świata. Podnosiliśmy kamienie, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w lesie rozgarnialiśmy krzaki, żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie kryje. Gdy wybieraliśmy się samochodem w dłuższą trasę, którą już znaliśmy, ja szukałem jakichś skrótów drugorzędnymi drogami, żeby zobaczyć dokąd nas zaprowadzą, gdy skręcimy w bok od szosy głównej. Zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego, ale najbardziej się cieszyliśmy, gdy zabrnąłem w jakąś ślepą uliczkę, kończącą się wjazdem do chłopskiego gospodarstwa z kupą gnoju na podwórzu. Dzieci się ze mnie śmiały: Tatuś-odkrywca, dzisiaj odkrył kupę gnoju. Lubiliśmy te nasze włóczęgi. Najpierw po kraju, potem trochę po świecie. Nie było w nich chwili nudy, nawet gdy przemierzaliśmy jakąś trasę przez kilka godzin. Lubiliśmy grać w „Kto to jest?”. Po kolei jedno z nas wymyślało jakąś postać, a reszta zgadywała, zadając pytania, na które odpowiadało się tylko „tak” lub „nie”. Tak się w tym wyspecjalizowaliśmy, że wystarczało nam kilka pytań, by odgadnąć o kogo chodzi, nawet jeśli to były najbardziej absurdalne pomysły, na przykład, rowerzysta, którego właśnie minęliśmy albo osiołek, na którym Maryja z Dzieciątkiem i Józefem uszli do Egiptu przed prześladowaniami Heroda. Każdy z nas zabierał ze sobą zestaw kaset, których słuchaliśmy po kolei. I nie było żadnego marudzenia. Jak jazz, to jazz, jak Michael Jackson, to Michael Jackson, jak ballady, to ballady. Przeszliśmy razem wszystkie nasze góry ze wschodu na zachód i z powrotem. Każdego lata przynajmniej tydzień albo dwa spędzaliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi na żaglach i na kajakach. Lubiłem to najbardziej, bo to była najlepsza szkoła dla małych dzieci. Uczyły się obowiązku, ostrożności, pracy, przewidywania, zasad bezpieczeństwa. No i niezapomniane noce w środku lasu, przy ognisku, z opowieściami i piosenkami. Często sen na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem, liczenie meteorów. Gdyby nie te nasze wyjazdy, one, mieszkając w mieście, nie znałyby smaku deszczu i wiatru, śniegu i mrozu. Nie wiedziałyby, jak rozgwieżdżone może być niebo. Nie wiedziałyby, kiedy księżyc się cofa, a kiedy dopełnia. Gdy miały dwanaście lat, mówiły płynnie trzema językami, a gdy czternaście – miały patenty żeglarskie, jeździły konno, na nartach – super, coś tam potrafiły zagrać na pianinie i na gitarze, ale żadna z nich nie potrafiła jeździć na rowerze. Przeze mnie. Próbowałem je nauczyć, gdy miały cztery lata czy pięć, ale im nie wychłodziło. Złościłem się na nie tak, że obie się zraziły tak bardzo, że przez całe lata nie dawały się namówić, by wsiąść na rower. Strasznie mnie to martwiło, że takie duże dzieci, które wszystko potrafią, nie potrafią jeździć na rowerze i wyrzucałem sobie, że to przeze mnie. Ale gdy miały pojechać na obóz survivalowy, przełamały się. Nie chciały, żeby inne dzieci się z nich śmiały i nauczyły się. W jeden dzień. Odetchnąłem z ulgą, ale ten rower ciążył mi przez całe lata.

A ty potrafiłaś jeździć na rowerze jako dziecko? Tak – uśmiecha się Marika. Dostałam na pierwszą komunię piękny rower od chrzestnego. Z różową ramą i białymi oponami. Nawet nim jeździłam przez miesiąc. Czemu tylko przez miesiąc? Przebiłam oponę. I nie miał mi kto naprawić. No, a tata? Ciągle zapominał kupić łatki i klej. A mama nie mogła go przycisnąć? Mama mówiła, że ze mną są ciągle jakieś kłopoty, chociaż nie było żadnych. A jak już się jakiś pojawił naprawdę, to mówiła, że ze mną nie ma żadnych kłopotów. A babcia? Wybacz, babcia nie naprawiała rowerów. Naprawił mi go tata mojego kolegi w następnym roku. Gdy zauważył, że nie jeżdżę, spytał, dlaczego. Wziął bez pytania mój rower, który stał w wózkowni i oddał mi go po godzinie. Dziura zaklejona, koła napompowane, łańcuch nasmarowany, możesz śmigać – powiedział. Miły pan. Tak, mieszkał dwa piętra pod nami. Jego syn chodził ze mną do klasy. Tak samo nieśmiały jak ja, ale gdy jego tata oddawał mi naprawiony rower, on stał obok niego dumny jak paw i wyprężony jak struna. Bardzo się ośmielił. Potem często podbiegał do mnie, ściągał mi z włosów frotkę i uciekał. Następnego dnia znajdowałam ją założoną na klamkę od naszego mieszkania. Ja niby się na to złościłam, ale w głębi duszy cieszyłam się, że ktoś się do mnie zbliżył, że coś się koło mnie dzieje. Do dziś jego tata, kiedy mnie spotyka, gdy przychodzę odwiedzić moich rodziców, zagaduje mnie i mówi: Marika, jaka ty jesteś piękna. Tyle razy mówiłem swojemu Danielowi, żeby się koło ciebie zakręcił, a on przegapił taką okazję.

Poprawiam ułożenie mojej owieczki w objęciach i całuję ją w czubek głowy. Gdzie spędzasz Święta? – pyta mnie Marika. W cyrku, jak co roku – odpowiadam jej z figlarnym uśmiechem. Marika zwraca twarz ku mojej i odpowiada mi swoim rozbrajającym uśmiechem: Znów te twoje tajemnicze żarty. Nie, żadna tajemnica. Co roku urządzamy cyrk bożonarodzeniowy, Christmas Circus. My wszyscy bardzo lubimy tradycję. Walentynki, urodziny, malowanie jajek na Wielkanoc, śmigus-dyngus, odwiedzanie grobów na Zaduszki, prezenty na Mikołaja, no i cały ten cyrk na Gwiazdkę. Mamy wielki salon. To właściwie jedno wielkie studio, wysokie prawie na dwa piętra, mnóstwo przestrzeni, jak w jakimś lofcie. Mamy gdzie się pomieścić, więc od lat wszystkie większe imprezy rodzinne organizujemy u nas. Na Wigilię przychodzi do nas ze dwadzieścia osób. Nie tylko najbliższa rodzina. Starsza generacja powoli się wykrusza, więc zapraszamy tych, co zostają sami. Czasem przyjedzie ktoś z przyjaciół naszych dzieci, kto nie udaje się do domu, bo ma za daleko: do Ameryki, Japonii czy Australii. Przygląda się z zaintrygowaniem tym wszystkim naszym dziwnym zwyczajom, bo oczywiście musi być sianko pod obrusem, łuska z karpia pod talerzem, dwanaście potraw, kompot z suszonych owoców, uszka, pierogi i tak dalej. I wszystko robione własnoręcznie w domu.

Na dwadzieścia osób, to musicie mieć naprawdę dużo pracy. Nie jest tak źle, każdy bierze coś na siebie i przynosi jedną gotową potrawę: pierogi, uszka, karpia, kluski z makiem. No i mamy dużo młodzieży, więc miło popatrzeć, jak śmigają przy stole, obsługując dziadków. Dziewczyny i chłopaki. A potem śpiewamy kolędy. Dzieci grają na pianinie, a reszta śpiewa. Oczywiście, znamy tylko pierwsze zwrotki, ale każdy może dostać śpiewnik ze słowami, jeśli potrzebuje. Nawet goście z zagranicy próbują z nami śpiewać, choć nie rozumieją słów. Ale każdy i tak dostaje swoją szansę, bo na koniec śpiewamy Cichą Noc we wszystkich językach, jakie znamy: po naszemu, po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku. To musi niesamowicie brzmieć. Tak, lubimy to bardzo. Po naszemu śpiewają prawie wszyscy, po angielsku tylko połowa, po niemiecku trzy lub cztery osoby, po francusku i hiszpańsku – też dwie lub trzy. Najfajniejsza jest ostatnia zwrotka, którą śpiewamy wszyscy, każdy w języku, jaki zna. No a potem prezenty. Do znudzenia, bo pod choinką leży ich cała góra. Na szczęście nie każdy kupuje każdemu, bo inaczej byłoby dwadzieścia do kwadratu. Patrzę na Marikę. Uśmiecha się. Moja uczennica chyba wie, jak to obliczyć, ale nie zgłasza się do odpowiedzi.

Magiczna atmosfera. Dobrze mówisz, bo na pewno nie religijna. Do kościoła chodzą tylko dziadkowie, a z następnych generacji chyba nikt nie jest wierzący. A ty jak spędzasz Święta? – pytam Marikę. Idziemy do rodziny Łukasza, do mojej – też, chociaż chyba nie powinniśmy. Czemu? Matka powiedziała do mnie: Są Święta. Adres znasz. Jeśli chcesz, możesz nas odwiedzić. Miłe zaproszenie. Właśnie. I co mam z tym zrobić? Obrazić się? Nie. To byłoby najgorsze. A Sylwester? Wyjeżdżamy do znajomych na wieś. Właśnie jutro się z nimi spotykamy, żeby ustalić szczegóły.

I jak się udał świąteczny cyrk? – pyta mnie Marika podczas następnego spotkania. Świetnie. Doszły nam trzy nowe języki do Silent Night, bo okazało się, że nasi Anglicy są Brytyjczykami z Walii, a dzieci zaczęły uczyć się arabskiego i japońskiego. A jak u ciebie? Niespecjalnie. Moja rodzina się mnie czepiała. Zostawiłam ich i poszłam odwiedzić sąsiadów. Ja się u nich czuję lepiej niż we własnym domu. Rodziców Daniela? Tak – odpowiada mi Marika z łagodnym uśmiechem wzruszenia na twarzy. A Daniel też był? No taak – Marika potwierdza jakby z uśmiechem zawstydzenia. Idę z nim na Sylwestra. Jego znajomi organizują u siebie imprezę.

A co z wyjazdem? – pytam ją z surowym wzrokiem. Nic. Łukasz wyjeżdża sam. Pokłóciliśmy się. Niedobrze. Nie cieszy mnie to, a martwi. Nie, Jerzy, nie martw się o mnie. Tak jest dobrze. Musimy to zakończyć. Martwię się o ciebie, owieczko. Twoja łódeczka taka maleńka, a ocean życia ogromny. Dokąd ty się wybierasz, mała dziewczynko? Sama w świat? Jerzy, tylko ty jeden myślisz o mnie jak o małej dziewczynce, a ja nią już od dawna nie jestem. Jestem dorosłą kobietą, jestem mamą. Z tym większą troską myślę o tobie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić – Marika głaszcze mnie wnętrzem dłoni po policzku. Ja się o nią martwię, a ona mnie pociesza, żebym się o nią nie martwił. Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty.

Rozdział V (ok. 30 minut czytania)

Na początku następnego spotkania Marika wsiadając do mojego samochodu wita mnie promiennym uśmiechem. Zwykle wsiada jakby zafrasowana, a może i nawet trochę wystraszona, i mówi: Jedziemy! Albo: Uciekamy stąd!

Wiesz, że dziś po raz pierwszy przywitałaś się ze mną z uśmiechem? Cudny. Marika gasi ten uśmiech radości i zastępuje go uśmiechem zakłopotania pomieszanego z zawstydzeniem, jakbym przyłapał ją na czymś, co robi bez kontroli. Wtedy wciąż jeszcze tego nie wiem, ale jest to ostatni radosny uśmiech, jaki dostaję od niej na powitanie. I nie wiem też, że w zanadrzu ma jeszcze jedną niespodziankę. Czyżby nagroda za tamtą lekcję?

Gdy wchodzimy do pokoju, w hotelu, Marika mnie przeprasza i wychodzi do łazienki. Rozbieram się i czekam na nią w łóżku przykryty do pasa kołdrą. Marika wraca, ostrożnie stawiając nogi i lekko stukając o podłogę obcasami czarnych szpilek. Jest o kilka centymetrów wyższa niż boso. Nogi w czarnych kabaretkach przypiętych paskami do obcisłego jedwabnego gorsetu, również czarnego, ze złotą lamówką. Teraz rozumiem, do czego był potrzebny ten ostry złoto-czarny makijaż, który zwrócił moją uwagę podczas naszej rozmowy w samochodzie. „Czarna madonna, czarny anioł – rozlegają mi się w głowie słowa piosenki – za każdym razem ten sam dreszcz. Jedna jedyna w swym rodzaju niedościgniona złodziejka serc”. Marika staje tyłem u szczytu łóżka, widzę jej cudnie zaokrąglone pośladki, prawie całe odkryte. Dopiero teraz spostrzegam, że pod gorsetem ma jeszcze czarne jedwabne majtki, które szerokim klinem zbiegają się z jej bioder, by zniknąć wąskim paskiem w zakamarku jej krocza. Mój niecierpliwy przyjaciel też chce wszystko widzieć. Pręży się tak mocno, jak tylko potrafi. Marika odwraca do nas twarz i pyta: Znasz ten strój? Tak. W to byłaś ubrana na pierwszym zdjęciu, które mi przysłałaś. Jak dziwka? Leżę na wznak z rękami pod głową. Pierś mi faluje i głośno przez nozdrza wypuszczam powietrze. Nie. Czarna madonna, czarny anioł. Anioł chyba nie. Dziś moje diabelskie wcielenie.

Marika wchodzi w butach na łóżko i siada mi na piersi. Chcę wyciągnąć rękę zza głowy, by ją pogłaskać, ale ona mówi: Ręce przy sobie. I podsuwa mi do ust wewnętrzną stronę nagiego kawałka swojego uda. Całuję je, gdzie tylko uda mi się sięgnąć. Próbuję unieść głowę w kierunku jej pachwiny, ale ona mówi zdecydowanie: Nie podnoś głowy. W ogóle się nie ruszaj. Mam cię przywiązać? Wstaje i obraca się do mnie tyłem. Znów siada na mojej piersi i tym razem podsuwa mi do całowania nieosłonięte części swoich pośladków. Całuję je ustami, pieszczę językiem i pożeram wzrokiem. Mój przyjaciel też się domaga pieszczot, ale Marika wita się z nim na razie tylko kurtuazyjnym podaniem dłoni. W końcu znajduje trochę litości i wita się wylewnie i po przyjacielsku z nami dwoma. Najpierw ze mną – cudownym pocałunkiem swych szeroko otwartych ust i lizaniem językiem obu moich policzków, od wewnątrz. Wita mnie długo i czule. Co ja mówię! Wylewnie i wyuzdanie. Gdy znów chcę nieco unieść głowę, by moje usta i język miały trochę więcej swobody w tym powitalnym uścisku, Marika powtarza zdecydowanie: Nie podnoś głowy. Żadnych ruchów. Po czym udaje się na powitanie mojego przyjaciela, który z daleka wyciąga do niej szyję i mruga z radości swym jedynym oczkiem. Marika bierze go czule w objęcia swoich ust, jakby się nie widzieli co najmniej od roku. Następnie ściąga z siebie jedwabie, przysiada tyłem do mojej twarzy i wsuwa sobie mojego przyjaciela między nogi, ale ani on, ani ja nie jesteśmy zachwyceni. Marika przysiada pewnie na odzianych w buty stopach, opiera się dłońmi o moje kolana i ćwiczy przysiady, ale tylko do połowy. Coraz szybciej i szybciej. Usiądź, proszę, do końca. Nie, sorry, dziś ja rządzę. Proszę, błagam – mówię, ale Marika pozostaje nieubłagana i zamiast tego robi coś zupełnie odwrotnego. Wstaje i dwoma kopnięciami zrzuca na podłogę swoje pantofelki. Odwraca się twarzą w moja stronę, rozsuwa na boki moje nogi i siada pośladkami pomiędzy moimi udami. Zapiera się z tyłu rękami i znów bierze mojego przyjaciela w objęcia. Tym razem – swych zwinnych stóp. Pieści go, biorąc raz po raz pomiędzy palce, pomiędzy śródstopia, pomiędzy pięty albo kostki. Nie mogę się nadziwić zwinności jej stóp, gdy jedną podkłada od spodu, a drugą gładzi mojego przyjaciela z góry. W pewnym momencie moja zwinna artystka podnosi ręce i bierze w nie swoje stopy, zaciskając mojego przyjaciela w kleszczach ostatecznej rozkoszy. Spomiędzy jej stóp wytryska mała fontanna. Nie taka, jak przed laty, ale na tyle radosna, byśmy obydwoje wybuchnęli śmiechem spowodowanym poczuciem ulgi i przyjemności.

Pomoczyłam sobie pończochy – śmieje się Marika – będę musiała je zaprać. Zdejmuje je, rzuca na podłogę obok łóżka i układa się koło mnie. Pragnę cię coraz bardziej – mówię do niej, a ona dotyka wnętrzem dłoni mojego policzka i głaszcze mnie po nim, a potem składa na mych ustach słodkie cmoknięcie swych ust i patrzy mi w oczy z radosnym uśmiechem. To chyba dobrze – mówi. Za pierwszym razem myślałam, że się tobie nie podobam. Czemu tak pomyślałaś? Nie wiesz? Nie byłeś taki gotowy jak dziś. Och, przepraszam. Chyba byłem trochę stremowany. Stremowany? Nie wierzę. Chyba trochę rozczarowany. Pamiętam twoje zaskoczenie, gdy mi zdjąłeś stanik i zobaczyłeś kolczyki w sutkach. A potem majtki, i jak cię przeraził kolczyk w mojej łechtaczce. Wykręciłam je dla ciebie. Przepraszam, że nie oponowałem. Nie ma sprawy. Nie mogłam ich sobie z powrotem wsadzić i musiałam iść do kosmetyczki, żeby mi na nowo przekłuła dziurki. Przepraszam cię, owieczko. Ale za drugim razem, gdy chciałaś je wyjąć, powiedziałem, żebyś je zostawiła. Marika uśmiecha się do mnie słodko. I chyba byłem już trochę twardszy? Tak – mówi Marika. Czasem nawet za twardy i za duży. Nie wierzę, jak mógłbym być za twardy lub za duży. Przecież każda kobieta… Nie masz racji – przerywa mi Marika. Duży penis nie zawsze jest atutem. Najważniejsze, że się uczysz, jak być delikatnym. Uczę się? A jeszcze nie potrafię? Oooo…. – śmieje się Marika. Starasz się, ale ci jeszcze dużo brakuje. Ale przecież nie jestem gruboskórnym draniem? Oczywiście, że nie. Jesteś bardzo czuły i opiekuńczy, ale czasem ruszasz się w łóżku jak słoń w składzie porcelany. Przepraszam cię, moja krucha chińska filiżanko, zwrócę na to uwagę.

Przysuwam sobie jej dłoń do ust i składam kilka czułych pocałunków po jej grzbietowej stronie. Mogę się napić? Oczywiście – odpowiada mi zdziwiona Marika. – Czemu pytasz? Bo chciałbym to zrobić z chińskiej filiżanki. Wstaję i przynoszę do łóżka butelkę z wodą mineralną. Układam dłoń Mariki w kształt miseczki i mówię: Zaciśnij, żeby się nie wylało – i nalewam w nią po same brzegi wodę, a potem się schylam i wypijam wszystko, wysysając na koniec ostatnie kropelki. Ja też chcę – mówi Marika z jakąś niezwykłą powagą w głosie. Pochylam butelkę z wodą i czekam, aż mi nadstawi dłoń, ale ona mówi: Nie mam miseczki.

Przechodzi mnie dreszcz zachwytu. Układam swoją dłoń w kształt miseczki, napełniam wodą z butelki, a Marika przysuwa ją sobie ostrożnie do ust. Nie chcąc uronić ani kropli, musi ją lekko wykręcić, co sprawia mi niewielki ból. Następnie wypija jej zawartość patrząc mi w oczy z najwyższą powagą.

Na następnym spotkaniu pytam: Wiesz, po czym rozpoznaję swój stan prawdziwego zakochania? Po czym? Po tym, że piszę wiersze. Chciałbym ci przeczytać, co napisałem dla ciebie. Naprawdę? – pyta Marika. Tak. Napisałem wiersz dla ciebie. O rety, aż się boję. Nie ma czego, posłuchaj:

Jeszcze jedna taka wiosna
Choćby jeden maj
Jedna noc do brzasku


Jeszcze jeden świt
Chłód poranka
Ptaków śpiew
I akacji zapach

Jeszcze jedno rozmarzenie
Jeszcze jedno pożądanie
I marzeń spełnienie

Jeszcze jedno przewieszenie
Sukienki na krześle
Jeszcze jedno łopotanie
Firanek na wietrze

Jeszcze jeden deszcz ożywczy
Jedna błyskawica grzmot
Jeszcze jedna tęcza

Jeszcze jedno pobłądzenie
W lesie twoich włosów
Jeszcze jedno zasłuchanie
W szum twego oddechu

Jeszcze jedno kołysanie
Rytmem twego serca
Jeszcze jedno falowanie
Po morzu twych piersi

Jeszcze jedno zamyślenie
Jeszcze jedno zapatrzenie
W twoje ciało po horyzont

Marika długo nic nie mówi, tylko patrzy mi w oczy z czułością i zachwytem. Jej policzki promienieją uśmiechem ufności. Piękne – odzywa się wreszcie. Chciałabym to zapamiętać. Nie musisz – sięgam do kieszeni leżących na podłodze spodni i podaję jej złożoną na cztery kartkę papieru z napisanym odręcznie wierszem. Marika kładzie się na wznak, podnosi kartkę na wysokość twarzy i czyta ponownie wiersz w milczeniu. Składa kartkę i mówi: Jerzy, ja nie zasługuję na wiersze. Leżę na lewym boku i patrzę na jej profil. Udając smutek, z kamienną twarzą odpowiadam innym wierszem, tym razem nie moim własnym: Za smutek mój, a pani wdzięk, ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii, a pani cóż, nie chce tych róż, że takie brzydkie i że z kolcami… Jerzy, jest piękny. Zachowam go. Będę musiała tylko schować, żeby go czasem mój mąż nie znalazł. A jak wam się układa? Coraz gorzej. Przykro mi to słyszeć. Czemu tak się dzieje? Po prostu przestaliśmy się kochać. Coś we mnie pękło w ostatniego Sylwestra. Łukasz się upił i zrozumiałam, że od dłuższego czasu czuję do niego niechęć. Z powodu upicia się? I to w Sylwestra? Gdyby Anna miała mnie zostawić z powodu upicia się, zrobiłaby to już ze sto razy. Nie o to chodzi. On nic złego nie zrobił. Wszyscy mieliśmy mocno w czubie, zwłaszcza panowie, ale wszyscy świetnie się przy tym bawili. Tańczyli, wygłupiali się. A on zapadł się w sobie, a potem zasnął na siedząco. Wystraszyłam się, że takie może być całe nasze życie. Przemilczane, przespane. Jak u moich rodziców.

A jak było u rodziców? Widzę, że Marika albo się zastanawia, jak mi to opowiedzieć, albo waha się, czy mi to w ogóle powiedzieć. Nie lubiłam swojego domu. Od zawsze, od kiedy tylko pamiętam. Moi rodzice się nie kochali. Traktowali siebie nawzajem jak powietrze. Powietrze, którego nie widać, ale którym się oddycha, by żyć. Pobrali się, ponieważ mama zaszła w ciążę. Ze mną. Ona była ładną kobietą, tata też nie był najbrzydszy, ale ona chyba liczyła w życiu na coś więcej. Była urzędniczką, po liceum ekonomicznym, a ojciec pracował jako monter w gazowni. Gdy mnie spłodzili, mieli po dwadzieścia lat. Nie mieli mieszkania i wprowadzili się do babci, która miała dwupokojowe mieszkanie. Akurat rok wcześniej umarł dziadek i jeden pokój był wolny. W zasadzie to był pokój mojej mamy, bo ona nigdy nie wyprowadzała się z domu. Mieszkała w tym pokoju od dziecka z siostrą, ale jej siostra poznała pewnego Włocha i wyprowadziła się do niego, więc moja mama miała pokój tylko dla siebie. Tata się do niej wprowadził i mieszkali tam we dwoje, a potem była nas trójka, chociaż ja nie pamiętam, żebyśmy mieszkali we trójkę w jednym pokoju. Pamiętam tylko, że zawsze spałam z babcią w małym pokoju. Mama spała sama w dużym pokoju, a tata rozkładał sobie na noc łóżko polowe w kuchni. Mama go tam wysyłała, bo strasznie chrapał, przez co mama nie mogła spać. Ona go całkowicie stłamsiła. On nie miał własnej woli ani swojego zdania. Pamiętam, że, gdy byłam już większa, widziałam, jak dwa razy w miesiącu przynosił wypłatę. Kładł przed nią na stole odcinek i pieniądze, co do grosza. Mama przyjmowała to z obojętnością i mówiła do niego z pogardą,… może nie z pogardą, ale z lekceważeniem: Nawet na piwo nie poszedłeś z kolegami? A on na to odpowiadał, że nie jest z tych, co wystają pod budką z piwem. Gdy tylko zjadł obiad, który gotowała babcia, zaraz uciekał do klubu brydżowego. Wracał dopiero wieczorem, gdy mama oglądała telewizję. Ale on nigdy nie dotykał pilota. Nawet jak był jakiś mecz, a mama chciała oglądać coś innego, mówił, że wystarczy mu, że pozna wynik. Mama też zwykle znikała na plotki z koleżankami. Szły na kawę albo do „kina na obcasach”. W pokoju zawsze stała szachownica z poustawianymi figurami, a w regale tata miał swoją półkę na czasopisma brydżowe i szachowe. Najgorsze były niedziele, bo wszyscy byliśmy razem. Ojciec siedział sobie cichutko i analizował partie szachów albo brydża, a mama przeglądała czasopisma dla kobiet albo rozwiązywała krzyżówkę. Ja siedziałam jak mysz pod miotłą. Gdy tylko odezwałam się głośniej, albo spróbowałam pobiegać, mama zawsze mówiła: Marika, nie szalej, przeszkadzasz tatusiowi się skupić. Nie lubiłam wychodzić na podwórko, bo tam dzieci bawiły się głośno, biegały, krzyczały. Cały czas to słyszałam, bo jedno okno mieliśmy od podwórza.

Jak byłam mała, babcia codziennie odprowadzała mnie do szkoły, a kiedy była wywiadówka, mama próbowała wypchnąć na nią tatę, ale tata mówił, że on by się tam źle czuł, bo na pewno będą same mamy. Wtedy babcia mówiła, że ona pójdzie. Gdy babcia umarła, byłam w piątej klasie. I wtedy nie miał kto chodzić na wywiadówki. Czasami chodziła mama, ale najczęściej coś jej wypadało. Mówiła, że nic się nie stało, bo przecież ze mną nie ma żadnych problemów, bo jestem w szkole grzeczna i mam całkiem dobre stopnie. A gdy zabrakło babci, to z kim zostawałaś? Jak to z kim? Sama. Przecież byłam już duża. Czasami przychodziła do mnie moja siostra i zostawała na kilka nocy. Okazało się, że ten Włoch, jej ojciec był żonaty. Wrócił do siebie do kraju, ale przynajmniej zostawił im mieszkanie. Moja ciotka była strasznie głupia. Uganiała się za mężczyznami, a córeczka jej w tym przeszkadzała, przywoziła ją więc czasem na kilka dni do babci, a potem już tylko do mnie. Byłyśmy ze sobą po południu i wieczorami, bo ona chodziła do innej szkoły. Po śmierci babci miałam pokój tylko dla siebie, mama spała w salonie, a ojciec ciągle w kuchni. Czasami widziałam, jak ojciec w kuchni podchodzi od tyłu do mamy, przekłada jej ręce pod pachami, łapie ją za piersi i próbuje pocałować w kark. Wtedy ona zwykle mówiła: Daj spokój, dostałeś już nagrodę. Byłam już na tyle duża, żeby wiedzieć, że to seks był w nagrodę. Musieli to robić, gdy wychodziłam z babcią na spacer albo do kościoła, a jak już nie było babci – to do kina. Gdy mu się trafiła jakaś fucha i zarobił dodatkowe pieniądze, przynosił jej je jak pies w zębach i mówił: Kup sobie jakiś płaszczyk albo buty.

Nie mogłam tego znieść. Gdy miałam szesnaście lat, wyprowadziłam się z domu. Dzięki temu on zaczął sypiać w pokoju, jak człowiek. I dokąd się wyprowadziłaś? Mieszkałam z różnymi ludźmi. Wynajmowaliśmy mieszkanie w kilka osób. Miałaś pieniądze na czynsz? Oczywiście. Od razu zaczęłam pracować. Co robiłaś? Sprzedawałam kebab, kurczaki, czasem gotowałam w jakimś barze, zmywałam… Takie prace. A co ze szkołą? Chodziłam do technikum gastronomicznego, ale mi się nudziło. Nie miałam czasu ani chęci na naukę i przeniosłam się do zawodówki. O jakim profilu? To samo. Handel i gastronomia. Nauczyciele mi mówili, że nie pasuję do tej szkoły, że powinnam robić coś lepszego, ale mi to odpowiadało. A rodzice? Co na to? Nic. Matka tylko powiedziała: Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

A jak zostałaś modelką? Przypadkiem. Poszliśmy z Łukaszem po ślubie zrobić sobie zdjęcia. Bardzo fajnie wyszły. Fotograf od razu zauważył, że mam talent do pozowania i zaproponował mi sesję. Rozbieraną? Niee. Glamour. Chcesz zobaczyć? Jasne. Marika sięga po komórkę. Widzę, że przerzuca jakieś kolorowe zdjęcia i zatrzymuje się na kilku w kolorze sepii. Leży na nich w skromnej, ale eleganckiej sukience i tęsknym wzrokiem wpatruje się w obiektyw. Ładne – mówię. Lubię je najbardziej, chociaż wyglądam na nich jak klucha, bo to było parę miesięcy po urodzeniu Elizy. Potem dostałam inne propozycje i trafiłam do studia, w którym kręcimy łaskotki.

Ale czemu ci o tym opowiadam? Mówiłaś o Sylwestrze. No tak. Kiedy zobaczyłam Łukasza takiego sflaczałego, pomyślałam sobie o moim ojcu. Nie chciałam mieć takiego życia jak moi rodzice. Łukasz to dobry człowiek, zwłaszcza świetny ojciec. Dużo czasu poświęcał Elizie, ale myślał, że jak zarobi na rodzinę i trochę się zajmie dzieckiem, gdy jest w domu, to wystarczy. A ja chciałam czegoś więcej. Gdzieś wyjść, pogadać o czymś. Pomyślałam sobie, że jestem za młoda, żeby tak przedreptać przez życie, bez rozmowy, bez uczucia i zaproponowałam mu, żebyśmy się rozwiedli. On nie chciał o tym słyszeć. Był bardzo zdziwiony, bo myślał, że wszystko jest w porządku, ale potem mi przyznał rację, że nic nie jest w porządku. Zaczęliśmy spać osobno. Ja z Elizą, a on sam. Mimo to poprosił mnie, żebyśmy dali sobie jeszcze przez pół roku szansę. I że jeśli przez ten czas nic się nie zmieni, to pomyślimy o rozwodzie. Ale po pół roku było tylko gorzej. Wtedy on mi zaproponował kolejne trzy miesiące, do końca roku, po których zrobiło się kompletnie źle. Już prawie nie rozmawiamy ze sobą. Rozmowy ograniczają się tylko do wymiany informacji o dziecku. On jest stale w warsztacie i wpada czasem do domu znienacka. Więcej chyba zdarzy mi się porozmawiać z sąsiadką niż z nim. Ostatnio nawet całe noce spędza w warsztacie, bo mają dużo zleceń. Jest coraz więcej bolesnych słów i gestów. Nawet jakbyśmy chcieli, nie da się już tego posklejać. Wczoraj w ciągu całego dnia były dwa zwroty akcji. W jednym – chciałam się do niego przytulić, ale on mnie odepchnął, w drugim – podszedł do mnie, przytulił się i kiedy chciał mnie pocałować, odwróciłam głowę w drugą stronę. To nie było kontrolowane. Raczej samoistne. Już takie mam odruchy.

Zgoda, to są odruchy, może i niekontrolowane, ale – jak widzę – pojawiają się zarówno te negatywne, jak i pozytywne, może więc coś z tego będzie, może się rozwiną. Może to są pączki, które muszą przetrwać zimę, z których rozwiną się piękne kwiaty? Sprawę załatwiłby seks. Przywraca równowagę, bliskość, wymazuje błędy. Ran może nie leczy, ale goi małe zadraśnięcia. No, ale jeśli on nie podejmuje akcji… Nie mówię, że ma wziąć cię siłą, ale powinien wykorzystać siłę seksu. Wystarczy położyć się razem do łóżka, nawet jeśli będziecie zwróceni każde w inną stronę, i zasnąć. Pożądanie przyjdzie samo. Od przypadkowych dotknięć, delikatnych muśnięć. Mężczyzna w wieku twojego męża powinien mieć erekcję w wyniku samej obecności tak pięknej, bliskiej i prawdopodobnie wciąż jeszcze kochanej kobiety. Wystarczy, żeby ci ją pokazał, przytulając się mocniej. Ty przecież też nie jesteś z drewna. Twoje ciało musi reagować na takie bodźce, zwłaszcza w półśnie, gdy nie jest chronione tarczą świadomości. Seks jest jak syreni śpiew, któremu nie można się oprzeć, a wy przywiązujecie się jak Odys do masztu, by mu nie ulec.

Problem w tym że moja świadomość, podświadomość i nadświadomość tworzą blokadę przed Łukaszem. Już kilka razy starał się w czasie mojego snu dotrzeć do mnie intymnie, ale efekt był zawsze taki, że automatycznie się budziłam i po jego zagrywkach czułam niesmak. To już kompletna klapa. Co on takiego ci zrobił? Nic. Prawdopodobnie wszystko potoczyło się za szybko: dziecko, ślub, mieszkanie, wcześniej wypadek samochodowy, w którym straciłam pierwsze dziecko. I to wszystko w ciągu dwóch lat. I wiesz, czego zabrakło w tym wszystkim? Pewności, że prawdziwe uczucie jest…

Chyba rzeczywiście powinnaś postawić sprawę jasno. Ale jemu potrzebne jest racjonalne wyjaśnienie, żeby to zaakceptować. Musi wiedzieć, czemu musicie się rozstać. On już zrozumiał, że nic na siłę. Zgoda, ale on musi jeszcze wiedzieć dlaczego. Dlaczego nie. Jeśli racjonalnie nie pojmie przyczyny waszego rozstania, będzie miał irracjonalne poczucie krzywdy, z którym nie będzie wiedział, co zrobić. I, żeby je przezwyciężyć, skieruje je przeciwko tobie. To atawistyczna logika, która drzemie w każdym z nas: oko za oko, ząb za ząb. Ale nie wiem, czy wiesz, że to tylko największy skrót, bo idąc dalej za tą logiką, kodeks Hammurabiego mówi także: dziecko za dziecko. I jego irracjonalne poczucie krzywdy może go do tego punktu doprowadzić.

Nie, mój mąż to dobry człowiek. Nigdy nie zrobi mi krzywdy, chociażby ze względu na Elizę. A zwłaszcza jej. Owieczko, wciąż się o ciebie martwię. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie trudności cię czekają? Załóżmy wariant najgorszy. On akceptuje wasze rozstanie i całkowicie się od ciebie odwraca. Zatrzymuje sobie mieszkanie, nie daje ci pieniędzy na życie. I co wtedy? Jak sobie poradzisz? Jerzy, uwierz we mnie, potrafię sobie poradzić. Mariko, nie znam waszej sytuacji, nie znam was, a zwłaszcza jego. Ale jeśli on was kocha i chce, żebyście byli razem jako rodzina, gdzieś popełnia błąd. Może jest zbyt leniwy, może nie jest wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że o związek trzeba dbać stale. Jeśli chce mieć rodzinę, to powinien z nią być, organizować jej ciekawie czas, stwarzać miłe sytuacje, do których chce się wracać. Może on tego nie wie, bo dostał wszystko za darmo. Musiał o ciebie walczyć, zalecać się do ciebie, zabiegać o twoje względy czy po prostu ty sama wpadłaś mu w ramiona? Czy on się o was troszczy, jest szczęśliwy, gdy jest z wami, czy może myśli, że po prostu wystarczy być i dać pieniądze na życie? Mówisz, że nie ma już czego ratować, że nie warto, bo żadne z was nie chce. Ty mówisz otwarcie, że nie chcesz i dążysz do rozwodu. On – rzekomo – nie, ale czemu spędza tyle czasu poza domem. Noce w warsztacie? Naprawdę? Pół roku bez seksu? Ja w to nie wierzę.

Jerzy, gdybym z nim sypiała, nie spotykałabym się z tobą. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o niego. Żaden mężczyzna, zwłaszcza młody, nie wytrzyma pół roku bez seksu. Nie chciałbym w tobie budzić nieuzasadnionych podejrzeń, ale… może on kogoś ma? Nie. Wyczułabym to. Wiem, jak na niego działam. Wystarczy, że się do niego zbliżę. To może chodzi na dziwki? Przecież musi sobie jakoś radzić. Och, nie! Nie zdobyłby się na to. OK. Nie chcę ci podsuwać fałszywych myśli. Wydaje mi się, że znam męską naturę, ale może ty znasz go lepiej. Ale jeśli on musi radzić sobie z tym sam, mieszkając z tobą pod jednym dachem, to musi być to dla niego strasznie upokarzające. Nic na to nie poradzę – mówi Marika z nieznaną mi do tej pory obojętnością, w której wyczuwam lekki cień okrucieństwa. Ja nie potrafię kochać ani z obowiązku, ani z litości.

Rozdział IV (ok. 15 minut czytania)

By mieć swobodne umysły do pracy, od razu zabieramy się do roboty. Dajemy sobie nawzajem orgazm oralnie. Cudownie! Jednocześnie. Szybki prysznic i jesteśmy gotowi. Podnoszę poduszki u wezgłowia łóżka, siadam, opierając się o nie plecami i sadowię moją uczennicę pomiędzy swoimi udami. Przygotowałem tekturową podkładkę z klipsem, papier, ołówki i gumkę. Marika lewą ręką podtrzymuje podkładkę, a prawą – pisze. Ja mam dwie ręce wolne, więc głaszczę jej piersi. Co chwila całuję jej ramię i szyję. Swobodnie mogę sięgnąć do jej brzucha i między nogi, ale nie robię tego za często, by jej nie rozpraszać.

Przeczytaj zadanie pierwsze. Marika czyta: Chcesz zaprosić do siebie kolegę z Niemiec. Napisz do niego list i zaplanuj jego podróż. W liście: zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz; zapytaj o dogodny termin podróży; zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić; napisz, co powinien ze sobą zabrać. Dobrze, przeczytaj teraz początek e-maila. Po niemiecku? No taak – odpowiadam z uśmiechem. Marika czyta po niemiecku, nawet nieźle, bez specjalnych błędów: Hallo Max, Vielen Dank für deine E-Mail, ich habe mich sehr darüber gefreut. Teraz przetłumacz. No, że… dziękuję za twój e-mail i coś tam mam. Co mam? Habe mich gefreut – co to za forma? ….? No, jak mamy czasownik haben i Partizip zwei, na przykład: ich habe gemacht, ich habe gesagt, to co to za forma? Marika odwraca głowę i spogląda mi z rozbrajającym uśmiechem w oczy: Przypomnisz mi? Z rozbawieniem cmokam ją w usta. To przecież czas przeszły, Perfekt. No tak, no tak, zapomniałam, jak to się nazywa. A co to znaczy? Ich habe gemacht, ich habe gesagt? Zrobiłam? Powiedziałam? Dobrze. A: Ich habe mich gefreut? Sich freuen – cieszyć się. Ucieszyłam się? – pyta rozradowana Marika, ciągle patrząc mi w oczy. Świetnie – odpowiadam z uśmiechem i rozbawieniem. Cieszysz się? Taak – odpowiada mi Marika z uśmiechem na ustach, na policzkach i w oczach. Boże! Jak ja kocham to jej radosne: Taak. Żartobliwie wydaję komendę: Buziak! I Marika posłusznie robi dzióbek. Cmokam ją w ten dzióbek, zsuwam prawą dłoń z jej piersi i układam na niej głowę Mariki. Zaglądamy sobie w oczy. Ona patrzy z radością, podziwem, ufnością, ja – ze wzruszeniem, zachwytem, miłością. Nie będę potrafił się powstrzymać. Zakocham się w tobie. Nie rób tego, nie warto – mówią usta Mariki, ale jej oczy mówią coś zupełnie odwrotnego. Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie.

Dobra, wystarczy tych amorów – mówię. Bierzmy się do pisania. Poprawiam Marikę w swych objęciach i przytulam jeszcze mocniej, sięgając od dołu prawą dłonią do jej lewej piersi, a lewą – do prawej. Punkt pierwszy. Zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz. Pamiętasz, jak jest „zapraszać”? Ledwo zauważalne wzniesienie ramion. Einladen. Najprościej będzie napisać: Chciałabym cię do mnie zaprosić, bo inaczej musiałabyś użyć Imperativu, a tego chyba nie potrafisz. Ich möchte dir zu mich einladen? No, pięknie. Pisz, tylko na odwrót: dich zu mir. Punkt drugi: „Zapytaj o dogodny termin podróży”. No właśnie – mówi Marika. Spytaj po prostu: Kiedy możesz przyjechać? Jak jest „kiedy”? Wenn? Wenn to jeśli: Wann. Aha. Wann kannst du … jak będzie przyjechać? Tak samo jak przyjść, przybyć, pochodzić. Kommen? Brawo. Pisz. Wann kannst du kommen? Super. Widzisz, jaka jesteś zdolna? To ty jesteś wspaniały – mówi Marika. Podnosi do góry mój prawy łokieć i całuje mnie z silnym cmoknięciem w przedramię. Punkt trzeci – mówię. „Zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić”. No właśnie, co my tu mamy do zwiedzania? No co? Starówkę… Dobrze, wystarczy. I czego mamy dużo w naszym mieście? Wody? Aha haha ha! – wybucham niepohamowanym śmiechem. Ale przecież wody nie będziecie zwiedzać. No niee – przyznaje Marika rozbrajająco. Woda jest niebieska – mówię – a to drugie – zielone. Parki? – pyta Marika. No, jaka zdolna dziewczynka. No i jeszcze, co tu u nas można robić? U nas? – zastanawia się Marika. Nic. No, a co ty robiłaś wieczorami ze znajomymi, gdy byłaś młodsza? Chodziliśmy do klubu… albo na koncert. No właśnie. Zaproponuj mu to samo. Wiesz jak jest zwiedzać? U-u.- Besichtigen. Ale może łatwiej będzie: „pokazać” – zeigen. Napisz: Chciałabym ci pokazać stare miasto i nasze liczne parki. Marika pisze: Ich möchte dir zajgen… Dobrze, a jak jest miasto? Właśnie… Die Stadt. A stary? Old. To po angielsku, a po niemiecku? Znów napięcie mięśni ramion. Podobnie. Alt? Brawo. Napisz to i dopisz jeszcze te parki. Dużo parków. Dużo, czyli wiele. Tak samo jest po niemiecku, tylko pisze się przez v. OK. No i co jeszcze ma wziąć ze sobą? No właśnie. A co będziecie robić w tych parkach? No… spacerować. Więc co ma wziąć ze sobą, chyba nie rower? Nie rób ze mnie idiotki, wiadomo, że buty. No, ale jakie? Kozaki, szpilki, gumowce? Ale się wygłupiasz. No powiedz, jakie. Musisz to napisać. Marika odwraca się do mnie i jak mała, przekomarzająca się dziewczynka wymawia, dzieląc na sylaby: Adi-dasy. A jak nosi najki? To najki. A jak reeboki? To reeboki. Czyli jakie buty? No, sportowe. A jakie powinny być buty sportowe? Jakie? Wygodne. Buty sportowe są zawsze wygodne. OK. Dajmy spokój z tą wygodą. Wystarczy, że są sportowe. Napisz: Weź ze sobą buty sportowe, będziemy dużo spacerować. Jak będzie: „Weź”? Brać to nehmen, a jak będzie brzmiał Imperativ „Weź”? Podpowiedz mi. Są takie niemieckie cukierki, cytrynowe i pomarańczowe. Nimm zwei? – pyta Marika z zalotnym uśmiechem. Oczywiście. Ależ ty jesteś dziś wesoła. Nigdy jeszcze nie byłaś taka wesoła i wyluzowana. Czemu zawsze jesteś taka smutna? Marika odkłada na bok ołówek i podkładkę z klipsem, zdejmuje ze swych piersi moje dłonie i zakłada sobie na ramiona moje ręce, zupełnie jakby owijała się szalem. Wtula się w nie i mówi: Bo nie ma ciebie przy mnie. Kokietka, cudna kokietka. Chcę, żebyś częściej była taka wesoła – mówię, nie wiedząc wtedy jeszcze, że już nigdy taka nie będzie.

Zatapiam nos w jej włosy i delektuję się zapachem ziołowego szamponu zmieszanego z zapachem jej potu, po czym sięgam po kolei po podkładkę z klipsem i ołówek i podaję jej mówiąc: Nimm zwei. Piszemy. Nimm Sportschuhe – dyktuje sama sobie Marika. Mit. Proszę? Nie, nic. Podpowiadam ci coś, ale niech będzie tak, jak sama potrafisz. No i: Będziemy dużo spacerować. Wir werden… Noo, zadziwiasz mnie. Coś tam jeszcze pamiętam ze szkoły… Dużo, dużo…. Było, było… No tak: viele. Bez „e”. Masz wszystko? Tak. Przeczytaj.

Marika czyta, patrzę jej przez ramię, sprawdzam, co napisała i rozluźniam uchwyt, rozsuwając dłonie. Prawą na prawy cycuszek, a lewą – na lewy. Wiesz, że tu jest cała masa błędów? Ale ja ci nie będę ich poprawiał. Ma być tak, jak potrafisz. Co tam, wrzucę sobie do translatora i mi poprawi błędy. Jak chcesz, ale zrób to sama. Translator. Tak jakby to była pralko-suszarka. Wrzucasz brudne, a wyciągasz czyste i suche. Ciekawe, jak on ci to poprawi. Oj, dam sobie radę. Używam translatora, gdy pracuję na niemieckim czacie i jakoś sobie radzę. Jak to: „Pracuję na niemieckim czacie”? Normalnie, nie wiesz co to jest czat? Wiem, ale nie wiem, co to znaczy: ”Pracować na czacie”. Kamerki. Siedzisz przed kamerką i się uśmiechasz. I za to płacą pieniądze? Uhu. Ale pewnie do tego dochodzą jakieś … usługi… erotyczne… wirtualny seks… pokazy. Marika jakby pochmurnieje. Niee. Ktoś ci pisze: Jak się masz, ile masz lat, ładnie dziś wyglądasz, no, czasami: Jaka jest twoja ulubiona pozycja? Coś tam odpowiadasz i już. Ja korzystam z translatora. Bardzo przydatne narzędzie. I zarabiasz na tym? Nioo. Ciekawe, mógłbym to kiedyś zobaczyć? Nie. Te stronki, na których nadaję, nie są dostępne w naszym kraju. Sygnał idzie tylko za granicę, a poza tym: nie warto. Widzę, że dzisiaj nic z tobą nie warto.

Marika znów odchyla głowę i spogląda mi w oczy ze słodkim uśmiechem. Wymieniam go na słodkiego buziaka. Ale jeśli transmitujesz za granicę, to pewnie masz jakiegoś moderatora, który zamiast ciebie rozmawia z klientami, a ty tylko podkładasz swoją twarz. No coś ty, nie mam żadnego moderatora, pracuję sama. Hmm, sama? Sama jako moderator? Nie. Jako wideomodelka. Wideomodelka! Kto by pomyślał. Jakie sprytne określenie. I jak ktoś cię pyta, jaka jest twoja ulubiona pozycja, to co odpowiadasz? Missionary position albo: doggy position… To co, robimy drugą część? – pyta Marika i sięga po podkładkę z klipsem. Tak od razu? A nagroda? Nie zasłużyłem?

Marika bez słowa odkłada na bok podkładkę z klipsem, zsuwa się plecami na moje uda i leżąc na wznak sięga prawą ręką do mojej szyi i przyciąga moje usta do swoich. Całuje inaczej niż zwykle. Robi to mocniej i intensywniej. To nie jest jej zwyczajna pieszczota. Ona wypłaca mi nagrodę. Jesteś cudna. Druga część jest dla ciebie za trudna. Musiałabyś wszystko pisać w czasie przeszłym, którego nie znasz. Podyktuję ci ją, będzie szybciej. Ty tylko napiszesz, jak potrafisz. Nie będę ci poprawiał błędów. Zajmuje nam to mniej niż pięć minut. No proszę – mówi Marika, patrząc na swoje notatki – i mam. Hmm. Gotowa praca. Dzięki. Moim zdaniem, trójkę minus powinnaś dostać, a jeśli pani będzie sprawdzać za pomocą szablonu, to nawet lepiej.

To była moja najwspanialsza lekcja niemieckiego, chyba się przekwalifikuję na nauczyciela.

Naprawdę nie chciałabyś się tak pouczyć raz w tygodniu? Nie mogę, naprawdę – mówi Marika przepraszająco. Nie mam tyle czasu. A jak z twoim angielskim? – pytam moją studentkę. Dużo gorzej. Angielski w ogóle mi nie leży. Hmm – wydaję cichy pomruk i próbuję sobie wyobrazić, co może znaczyć „dużo gorzej”. Rozkładam się wygodnie na wznak, by rozciągnąć plecy. Popieścisz mnie jeszcze? – pytam swoją studentkę. Oralnie? Jak chcesz, żeby tylko było przyjemnie. Na co masz ochotę? Nieważne, chcę, żebyś była ze mną. Marika przysiada obok moich bioder i pieści mnie czule. Oralnie. Jest przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Robię sobie w tym czasie powtórkę z łaciny: penis, glans penis, preputium, frenulum, scrotum, testis.

Fragment IV – Kazanie księdza Jana (ok. 22 minuty czytania)

Nie wiem, czy będę potrafił słowo w słowo odtworzyć kazanie księdza Jana. Pewnie nie, bo do tego trzeba by mieć jego dar słowa, którego ja nie posiadam,
ale może mi się uda przekazać sens tego,
co usłyszałem i zobaczyłem.

– Dobrze wiecie, że niedaleko od nas kilka lat temu powstał ośrodek dla cudzoziemców. Gdy go otworzyli, nikomu to się nie podobało. Ludzie mówili, że przesiedleńcy dostawali więcej kieszonkowego niż nasi bezrobotni na życie w ogóle, a oni mieli przecież zapewniony dach nad głową, wikt
i opierunek. Ale im jeszcze było mało. Podobno chodzili nocą po wsiach i kradli owoce. Ludzie mówili,
że w promieniu dziesięciu kilometrów na drzewach nie było
ani jednego jabłka. Widocznie brakowało im witamin,
że mieli tak wielki apetyt na owoce – mówi ksiądz Jan
z uśmiechem.

Ludzie pojmują jego ironię i też się uśmiechają, Rozglądają się po sobie i kiwają z uznaniem głowami na znak, że ksiądz dobrze mówi. A wtedy on zwraca się do nich przyciszonym głosem:

– A ja się was pytam: Dlaczego oni pod osłoną nocy chodzili po sadach i kradli te jabłka? Jak myślicie? Dlaczego?
Czy dostali za małe wsparcie? Źle im ustawiono dietę?
– z twarzy parafian znikają uśmieszki i zalega cisza jak makiem zasiał.

– Nie! – odpowiada ksiądz sam sobie, pełnym głosem, ale bez krzyku, za to szorstko, z naciskiem. – Oni przyszli do nich, bo tamci do nich nie poszli. Nie zanieśli im tych jabłek. A powinni je zebrać i zanieść je im bez pytania, a właściwie z pytaniem: Czy nie potrzebujecie czegoś więcej? Ale nie! Oni lamentują: złodzieje nas nachodzą. I co im ukradli? Te jabłka czy śliwki, których oni by i tak nie zebrali? Bo za tanie, bo im się nie opłaca, bo im się nie chce, bo i tak
nie mają z nimi co zrobić?

Za oceanem jest wielki kraj. Wielki i bogaty, zbudowany na zbrodni i wyzysku. To jest właściwie kontynent. Zza wielkiej wody przybyli tam przybysze z innego kontynentu i wymordowali miejscową ludność. Wyrżnęli miliony mężczyzn, kobiet i dzieci. Zagarnęli ich ziemie, ale ziemi było tak dużo, że nie byli w stanie jej obrobić. Wybrali się więc na jeszcze inny kontynent, by wyłapać ludzi do pracy. Uczynili ich swoimi niewolnikami. Zakuli ich w kajdany
i przewieźli za ocean. Miliony mężczyzn, kobiet
i dzieci. Połowa z nich nie przeżyła podróży i zmarła w zatłoczonych ładowniach. Ci, co przeżyli zostali batem zapędzeni do pracy na plantacjach bawełny
i trzciny cukrowej.  Harowali od świtu do zmierzchu, przez pokolenia. Tak, mieli dzieci, ale ich dzieci czekał taki sam los co rodziców. Niewolnicy płodzili niewolników. Dzieci nie chodziły do szkoły,
nie uczono ich czytać ani pisać. Uczono ich tylko, jak zbierać bawełnę i trzcinę.

Na początku dziewiętnastego wieku zniesiono niewolnictwo w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej i w Imperium Brytyjskim, ale nie w USA,
bo ten wielki kraj czerpał z niewolnictwa tak duże zyski, że nie chciał się pogodzić z ich utratą. Nastąpiło to dopiero w 1863 roku i to w wyniku wyniszczającej kraj wojny domowej. Murzyni, bo to przecież oni w większości byli niewolnikami,  uzyskali wolność, mogli pójść, dokąd chcieli,
ale z czym? Ale jak? Nie dostali żadnych odpraw, żadnych zaległych wypłat ani podziękowania, ani błogosławieństwa. Od samego początku zostali skazani na życie w nędzy i najgorzej płatną pracę. Jeszcze przez sto lat czarnoskóre i białe dzieci nie mogły się uczyć w tych samych szkołach. Ba! Kościoły mieli nawet oddzielne. Chrześcijańskie! A czarny musiał białemu ustępować miejsca w autobusie.
Po stu latach sytuacja czarnych nieco się polepszyła, państwo stało się bogatsze, ale i tak tylko nieliczni przebijają się do elity. Chyba wiecie, że czarnoskóry nawet został prezydentem tego potężnego kraju?
– Wierni uśmiechają się, że i oni wiedzą coś o świecie.

Ale już mają nowego prezydenta. Czerwonoskórego. – Ludzie znów z uśmiechem rozglądają się po sobie. – Nie, nie Indianina, tylko blondyna o jasnej karnacji skóry. Ale on nie lubi czarnych, ani czerwonych, żółtych zresztą też nie. Obraża ich, ale znajduje miliony popleczników, którzy go popierają. Ich kraj stał się nieprawdopodobnie bogaty, tak bogaty,
że niektórzy ludzie wariują od pieniędzy, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Budują sobie pałace, kupują po sto samochodów, jachty i z tego nienasycenia potrafią się wykoleić, upaść na dno lub stracić życie
z przedawkowania narkotyków. Nic dziwnego,
że do tego Eldorado ciągną ludzie z całego świata,
a najbardziej z krajów, w których toczy się wojna. Najwięcej ich jednak napiera z południa, z biednego Meksyku. I ten czerwonoskóry prezydent o białych włosach obiecał swoim wyborcom, że powstrzyma ten napór. Bo po co im te miliony biednych? Mają dosyć własnych, bo bo gaci nie chcą się z nimi dzielić swym bogactwem. „Zbuduj mur, zbuduj mur”
– krzyczeli na jego wiecach. W większości to byli ludzie, którzy identyfikowali się jako chrześcijanie. „Zbuduj mur” – woła dzisiejszy chrześcijanin. Ci, co chcą się dostać do środka to też chrześcijanie, więc ich bracia i siostry, powinni więc wołać „Otwórz bramy”, „Podzielmy się naszym bogactwem”, ale nie, oni wołają „Zbuduj mur”. Czy to jest postawa chrześcijańska? Czy tak nauczał Jezus? Ci ludzie może i nawet chodzą co niedzielę do kościoła, ale pewnie do takiego, do którego czarny nie ma wstępu albo co najmniej jest tam niemile widziany. Czy zatem, aby być chrześcijaninem, wystarczy  chodzić do kościoła? Czy bycie chrześcijaninem polega na tym,
by raz w tygodniu odbębnić tę godzinę na mszy świętej? A potem odgradzać się murem od innych,
bo czarny, bo Żyd, bo uchodźca? Jak myślicie? Rozważcie to w swoich sumieniach.

Dzisiejsze czytanie Ewangelii jednoznacznie odpowiada na to pytanie. Gdy pewien uczony, chcąc wystawić Pana Jezusa na próbę, pyta Go: „Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, Jezus odpowiada mu pytaniem, jakie przykazanie znajduje w tej kwestii w Piśmie Świętym, a on odpowiada: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jednak uczony pyta dalej: „A kto jest moim bliźnim?” Słowo bliźni w sensie najściślejszym może wskazywać na bliźniaka. Bliźni to mój brat lub moja siostra, z którą byłem w łonie matki, a w sensie szerszym, to ktoś podobny do mnie, taki sam jak ja: mój sąsiad, mój krajan, mój współwyznawca. Inni są obcy. Jednak następne słowa Jezusa nie pozostawiają wątpliwości. Przytacza on przypowieść
o miłosiernym Samarytaninie. Kim byli Samarytanie? To był lud, do dziś zresztą jest, który zamieszkiwał tereny na pograniczu dawnej Palestyny. Choć Samarytanie etnicznie, kulturowo i religijnie spokrewnieni byli z Żydami, nie byli przez nich uważani za żydów, ani przez małe, ani przez duże „Ż”. Żydzi odmawiali im przynależności do ludu Izraela i udziału w wyznaniu mojżeszowym. To byli obcy. Kseno, jak powiedzieliby Grecy. Barbarzyńcy. Jezus opowiada o człowieku w potrzebie, którego pobili zbójcy i na wpół umarłego pozostawili
na pastwę losu. Przypadkiem przechodził tą drogą kapłan, taki ksiądz jak ja czy ksiądz wikary – ksiądz Jan puszcza do mnie oko – tylko że żydowski; zobaczył go i minął. Tak samo zachował się lewita, czyli ktoś przeznaczony do służby w świątyni – kościelny, organista czy członek rady parafialnej, powiedzielibyśmy dzisiaj. Albo po prostu osoba bardzo religijna, która często przebywa w kościele – wyjaśnia ksiądz Jan nonszalancko i wraca  do biblijnej opowieści tonem wytrawnego gawędziarza: –  Zobaczył go i minął. – I jak zawodowy aktor buduje napięcie za pomocą pauzy. – Ale przechodził tam również pewien Samarytanin, czyli ktoś obcy, inny, kseno, barbarzyńca. Gdy zobaczył rannego, wzruszył się głęboko, podszedł do niego i opatrzył mu rany, posadził na swoim osiołku, zawiózł do gospody, czyli schronienia dla podróżnych, oddał pod opiekę gospodarza i mu z góry za nią zapłacił.  – Ksiądz Jan mówi tak, że w oczach słuchających powstają żywe obrazy. – I jeszcze mu przykazał, by go dobrze pielęgnował, i obiecał mu, że jeśli poniesie większe koszty, on mu je wyrówna, gdy będzie wracał. „Który z tych trzech okazał się bliźnim człowieka w potrzebie?” – pyta Jezus. – Długa pauza. – Zauważyliście to? Pyta Jezus. To nie są moje słowa.
To są słowa Pana naszego Jezusa Chrystusa: „Który z tych trzech okazał się bliźnim – to słowo ksiądz Jan wypowiada głośno i z naciskiem – człowieka w potrzebie?” Czy kapłan i człowiek pobożny, którzy niemal bez przerwy przebywają w świątyni,
a odwracają wzrok od człowieka w potrzebie,
czy obcy, który okazał mu pomoc? Odpowiedź jest jednoznaczna. I przykazanie Jezusa też – Ksiądz Jan znów stopniuje poziom głośności swojego głosu
i napięcia słuchających i mówi z największą łagodnością: – „Idź, i ty czyń podobnie”.  I to też nie są moje słowa. To mówi do nas Jezus Chrystus. 
„Idź, i ty czyń podobnie” – znów cicho, łagodnie, kojąco, jak maść na rany. I dalej też spokojnie, łagodnie: „Zbuduj mur, uchodźcy roznoszą zarazki, nie chcemy ich tutaj” to nie są słowa chrześcijanina, to nie są słowa Ewangelii. To są słowa szatana. Rozważcie więc, czy się go naprawdę wyrzekliście, czy wciąż słuchacie jego podszeptów.

Jest jak najdoskonalszy dyrygent, von Karajan czy Bernstain z tych jego czarnych płyt, z wirtuozerią kierujący orkiestrą i emocjami słuchaczy. Ksiądz Jan robi długą przerwę. Nie mówi w próżnię, lecz zwraca się do nich osobiście. Podnosi wzrok i próbuje każdemu po kolei spojrzeć w oczy, ale oni spuszczają wzrok. Tylko nieliczni trzymają głowę prosto
i odpowiadają na spojrzenie księdza łagodnym uśmiechem.

– Czy wzięliście sobie do serca słowa Ewangelii o tym, co będzie na Sądzie Ostatecznym? Że  Syn Boży oddzieli jednych ludzi od drugich? Jednych postawi po prawej, a drugich po swojej lewej stronie?
I odezwie się do tych po prawej: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;  byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem –  ksiądz wypowiada te dwa słowa głośno i z naciskiem, niemal na granicy krzyku – a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”. A kiedy oni Go spytają: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym
i nakarmiliśmy Ciebie? Spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? Lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu
i przyszliśmy do Ciebie?”,  Chrystus im odpowie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” – ksiądz Jan znów szuka wzrokiem podniesionych twarzy, ale nawet w oczach tych, co mają siłę znieść siłę jego spojrzenia, stają łzy. Niektórym ciekną po policzkach. – Ksiądz Jan przeciąga jeszcze przez chwilę milczenie i zmienia ton, jakby wypowiadał przestrogę:

– A potem Chrystus odezwie się do tych po lewej stronie – i to już nie jest przestroga, lecz surowy wyrok Najwyższego Sędzi, który ksiądz Jan wypowiada, zataczając lewym palcem wskazującym łuk przez cały kościół i zastygając  z wciągniętą ręką i wyprostowanym palcem w pozie wskazującej na boczne drzwi do kościoła: – „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu
i jego aniołom!” – Bierze głęboki wdech i wydech
i znów wraca do łagodnego tonu, bez przestrogi, bez groźby, jak gdyby wyrażał  skargę i żal bezbronnego – „Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść – pauza – byłem spragniony, a nie daliście Mi pić – ksiądz cedzi każde zdanie. – Byłem przybyszem – znów nacisk na to słowo –  a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory
i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie” – płaczą już wszyscy, nawet ja niby to się drapię w brew, a przy okazji ścieram palcem łzę z oka. Znów pauza, a po niej werdykt wygłaszany tonem łagodności i rezygnacji; nie tak, jak surowy sędzia grzmi na skazańca, lecz jak wyrozumiały rodzic przemawia do uznającego swą winę i wyrażającego skruchę dziecka:

– Pan Bóg nie spyta was na Sądzie Ostatecznym,
ile godzin przesiedzieliście w kościele, ile tajemnic różańca odmówiliście, ile modlitw odklepaliście,
ile daliście na tacę, bo to są gesty faryzeuszy,
tylko spyta was o jedno – pauza, długa pauza
– Coście uczynili  swoim bliźnim?

Ksiądz Jan znów daje chwilę, by otrzeć łzy płaczący mogli i mówi do nich z perswazją, ale wciąż łagodnie: 

– Nie wierzcie fałszywym prorokom, którzy każą wznosić mury i zamykać bramy przed potrzebującymi, którzy mówią, że obcy, uciekając od wojny,  przynoszą tylko przestępczość i roznoszą zarazki. Tak, jakbyśmy my ich nie roznosili – wtrąca z lekką drwiną. – Kiedy twoje dziecko zetknie się z grypą w przedszkolu, przychodzi chore do domu, samo choruje i zaraża całą rodzinę, to zamykasz przed nim drzwi? Nie. Pielęgnujesz je i leczysz.  „Bo byłem chory, a odwiedziliście mnie”. Dlaczego przez tyle lat w Ameryce i RPA istniała segregacja rasowa? Dlaczego czarni nie mogli korzystać z tych samych co biali  miejsc w środkach komunikacji publicznej,  salach koncertowych, dworcowych poczekalniach? Dlaczego nie mogli korzystać z tych samych co biali  szkół, szpitali, a nawet kościołów? Bo byli brudni, mówili rasiści, bo roznosili zarazki. Ci fałszywi prorocy, którzy zamykają bramy przed potrzebującymi i odwracają się od chorych i rannych, nie wyznają nauki Chrystusa, choć modlą się na pokaz i niemal nie wstają z klęczek. Oni są jak ten kapłan i lewita, którzy bezustannie przebywają w świątyni, a odwracają wzrok od człowieka w potrzebie.

Po czym zdaje się, że zmienia temat, ale to tylko pozory, bo ja już wiem, że uderzy jeszcze mocniej:

– Największy zbrodniarz ludzkości, którego nazwiska brzydzę się wymawiać, w imię czystości narodu postanowił zabić wszystkich Żydów we własnym
i w podbitych przez siebie krajach. Najpierw pozamykano ich w gettach, by oddzielić od nich przedstawicieli ras wyższych. Ale już podczas tej wstępnej segregacji zabijano ich na miejscu strzałem z karabinu, uderzeniem pałką w głowę albo trując ich spalinami samochodowymi. Tym zbrodniarzom, niestety, często ochoczo pomagała ludność podbitych krajów, grabiąc i zabijając własnych sąsiadów. Kijami, siekierami, łopatami, topiąc ich w studniach
lub zapędzając ich do stodoły i podpalając żywcem. Mężczyzn, kobiety, starców i dzieci.

Okazało się jednak, że aby unicestwić ich wszystkich, tak dużo ich było, trzeba było wynaleźć przemysłowe metody zabijania. Zbudowano więc prawdziwe fabryki śmierci, do których zwożono ich z całej Europy pociągami. Z Amsterdamu, z Paryża,
z Wiednia, Hamburga i Berlina, z Łodzi i Warszawy, 
z Pragi i Budapesztu, i nawet z Salonik w Grecji. Wyobrażacie sobie taką podróż z Salonik do Oświęcimia? Grecja-Polska? Albo z Włoch czy nawet
z Norwegii? W nieogrzewanym, bydlęcym wagonie? Ludzie stłoczeni, że szpilki nie ma gdzie wcisnąć? Mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, matki
z niemowlakami przy piersi? Kobiety w ciąży?
Bez toalety? Z jednym bochenkiem czarnego chleba na całą podróż? Bez wody? I w jakim celu? By ich zagazować, a ich ciała spalić w krematoriach – pauza na zaczerpnięcie powietrza, jak przy zabawie w podtapianie.

– A teraz wyobraźcie sobie podróż z Afryki przez Atlantyk do Nowej Ziemi. W statku zbudowanym specjalnie do przewozu black cargo. Wyobraźcie sobie afrykańskich niewolników poukładanych pod pokładem jeden przy drugim w kilu piętrach.
Nie mogących nawet wstać i wyprostować ciała.
W sztormie. Skutych łańcuchami – znów pauza. – Papież Jan Paweł Drugi, podróżując po całym świecie, odwiedzając chrześcijan we wszystkich zakątkach Ziemi, odwiedzał także miejsca ludzkiej hańby.
Na pewno widzieliście to w telewizji. Co czuł, modląc się w celi śmierci w Oświęcimiu? – spróbuj  nie płakać. – Albo w lochach twierdzy na wyspie Goree w Senegalu, skąd wysyłano za Atlantyk żywy towar? Czy chrześcijanin, wypowiadając słowo „Żyd” albo „Murzyn”, może czuć coś innego niż on? Jeśli nie czuje tego samego bólu, co nasz wielki papież, to czy wciąż jeszcze jest chrześcijaninem? Zwłaszcza jeśli zamiast tego bólu i współczucia nasuwają mu się inne skojarzenia: obcy, inny, gorszy? To samo dotyczy Cyganów, homoseksualistów, chorych umysłowo, których hitlerowcy w imię czystości rasy i narodu zabijali lub zamykali w obozach koncentracyjnych. Zastanówcie się więc, bracia i siostry – ksiądz Jan nie bał się w podniosłych momentach używać tego, zdawałoby się zarezerwowanego już tylko dla literatury epistolarnej, jak sam by powiedział, zwrotu – czy sądząc, że  ci ludzie są kimś gorszym od was, wciąż jesteście chrześcijanami? Jeśli nie miłujecie bliźniego swego, jeśli odwracacie wzrok od człowieka w potrzebie, a zamiast tego uzyskujecie dobre samopoczucie odbębniając tę godzinkę na niedzielnej mszy świętej, nie jesteście w duchu chrześcijanami, lecz zachowujecie się jak ten bezduszny kapłan
i lewita, co całymi dniami przesiadywali w świątyni,
a nie widzieli cierpienia ni potrzeb drugiego człowieka. To nie jest chrześcijaństwo. To jest faryzeizm.

Ludzie po mszy wychodzili zdruzgotani. Ksiądz Jan zresztą także. Zwykle po takich wystąpieniach długo dochodził do siebie. Gdy wracał na plebanię, zazwyczaj przepraszał, że nie będzie jadł obiadu
i zamykał się w swoim pokoju do wieczora. Leżał na łóżku w sutannie i w butach, był tak wyczerpany, jakby przebiegł maraton.

Rozdział III (18 minut czytania)

Żegnając się z Mariką, mówię: Następnym razem opowieści waginy. Co masz na myśli? – pyta zdezorientowana Marika. Twoje opowieści. Ze mną nie jest tak łatwo, ja nie potrafię opowiadać tak jak ty – a zresztą – nie mam o czym. Nieprawda. Nie wierzę w to. Każdy człowiek jest ciekawą księgą. Jeśli tak, to moja jest zamknięta. I niech na razie taka zostanie. Ja ją rzadko otwieram, nawet sama przed sobą. Chciałbym móc do niej zajrzeć. Może kiedyś…. Ale nie naciskaj, ja sama muszę chcieć ją otworzyć. Najlepiej razem z udami. Ułożę się między nimi, wtulę się głową i będę słuchał monologów twojej waginy. Nie podoba mi się to określenie. Czemu tak to nazywasz? Nie czytałaś Monologów waginy? Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałam. To tytuł książki Eve Ensler, amerykańskiej pisarki, raczej słabej, która zebrała w niej wypowiedzi różnych kobiet na temat ich kobiecości, wygłaszane właśnie z perspektywy ich waginy, ich wręcz fizjologicznej seksualności. Znam ją, bo przez jakiś czas leżała u nas w domu niewstawiona na półkę, czytana przez moją żonę i dorastające córki.

Wieczorem znajduję książkę w Internecie i wysyłam Marice fragment o tym, jak pewnej nastolatce elegancka i podziwiana przez nią trzydziestoletnia sąsiadka pomogła odnaleźć jej seksualną, lesbijską tożsamość. Marika jest pod wrażeniem. Ciekawe – odpisuje.

Na następnym spotkaniu mam dla niej niespodziankę. Podczas wypoczynku na pierwszej przełęczy naszych uniesień wyciągam książkę Eve Ensler, kładziemy się na brzuchu i wspólnie czytamy wybrane przeze mnie fragmenty. Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła? – powtarzam pytanie autorki. Jedwabne pończochy – wybiera Marika z listy odpowiedzi. Suknię wieczorową – pada mój wybór. Dżinsy, tak jak lubię – dodaje od siebie Marika. Czarną, przezroczystą bieliznę, tak jak ja lubię – pieczętuję swój wybór krótkim cmoknięciem ust Mariki, a ona odpowiada mi uśmiechem, że zrozumiała aluzję. Maseczkę karnawałową – Marika zagląda mi w oczy z szelmowskim uśmiechem. Fioletową piżamę z aksamitu. Czerwoną muchę. Jedwabne kimono. Spodnie dresowe. Wysokie obcasy. Okulary przeciwsłoneczne. Koronki. Tatuaże. Kapelusze. Bikini. Kabaretki. Listek figowy. Wieniec laurowy – przekrzykujemy się, rzucamy się na siebie ze śmiechem i turlamy od jednego do drugiego końca łóżka. Gdy się uspokajamy, Marika mówi do mnie: Nie znam bardziej zwariowanego mężczyzny. A ja drugiej takiej kobiety, na punkcie której mógłbym tak zwariować.

Sięgam po książkę, która spadła na podłogę i czytam pytanie do kolejnej litanii: Gdyby twoja pochwa umiała mówić, to co by powiedziała w kilku słowach? Marika wybiera z listy: Pobawmy się. Przytul mnie. Obejmij. Powolutku. Delikatnie. Taaak, taaak. Wyliż mnie. Nie przestawaj. Pragnę. Nakarm mnie. Błagam, jeszcze. Za mocno. Teraz dobrze. Jeszcze, jeszcze. Kołysz mnie. Tak, tutaj. O matko! O Boże!

Przechodzi mnie dreszcz podniecenia. Rozkładam szeroko na boki nogi Mariki i próbuję odegrać wszystko, o co prosiła. Czy poeta to właśnie miał na myśli, pisząc: Oby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa? Nie trwa długo, by Marikę przeszyły dwa kolejne skurcze, ale tym razem dodaje do nich długi i głęboki pomruk ulgi. Odczekuję moment i ponownie przywieram do niej ustami, ale jej ciało wygina się w obronnym odruchu. Podciągam się lekko ku górze i kładę głowę na jej brzuchu. Opuszkami palców wyczuwam na jej mons pubis ostrą tarkę odrastających włosków. Zapada cisza. Wyraźnie słyszę przez czaszkę szelest włosów na mojej głowie, uginających się pod delikatnym dotykiem jej dłoni, zupełnie jak poszum wiatru pośród drzew w lesie. Oczyma wyobraźni widzę, jak moją głowę pokrywa skóra jej brzucha. Ten cud życia, pulsujący pod tą napiętą kopułą, czekający na swe ponowne narodziny, to ja.

Mein Schnuckel – mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle, co owieczka. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja – w kołysce jej stóp, a ona – w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko – szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Ona zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, co chwila to przyciskając, to odrywając od niej usta. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi delikatnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje się przyssać, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla swoje usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni ustami, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, ona odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki przenosząc się z grzbietu dłoni poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje ustami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je dłonią i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.

Próbuję przez jej źrenice wypatrzeć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me, czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w jej szmaragdowe źrenice, a wtedy ona wysuwa swą lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak?! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży – nie protestuje. W środkowy – też nie. W malutki – także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy już się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z arbuza. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.

Widzę, że Marika traci równowagę swojego spojrzenia i co chwila przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta spojrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że znów mamy sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka i biorąc ją pod pachy stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling. I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, swiatyj Gieorgij gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłaniające okno zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji – myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika, oczywiście, nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami tak, że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby, prócz podwiązki, zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, by wyzionął ducha, wydając przez usta Mariki ochrypłe charczenie. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.

Lanca świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt, to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taaak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen – mówię, głaszcząc ją po włosach.

Lubisz niemiecki? Język tak, ale swojej pracy – nie. Czemu? Kiedyś ją lubiłem. Zaraz po studiach tłumaczyłem książki, nawet dwie mi wydali. Ale prawie nic na nich nie zarobiłem. Rok pracy za darmo. A przecież trzeba jakoś zarobić na życie. Gdy jeszcze wszyscy myśleli, że komputer to taka zabawka dla dzieci, zainwestowałem w swoją pierwszą maszynę. I to był strzał w dziesiątkę. Moi koledzy przepisywali każde tłumaczenie na maszynie do pisania, a ja miałem gotowe schematy. Dowody osobiste, paszporty, akty małżeństwa, akty urodzenia…. Akty nierządne – zdobywa się na żart Marika, wywołując we mnie delikatny uśmiech. W każdym razie miałem gotowe schematy, zmieniałem tylko daty i nazwiska. Trzaskałem tłumaczenia setkami i zarabiałem krocie. Wtedy postanowiłem przejąć od rodziny nasz wielki dom, myślałem, że będę mógł zrobić z niego hotel czy coś takiego. Wziąłem w banku duży kredyt i wykończyłem go tak, by dawał jakiś dochód. Hotel z tego nie wyszedł, ale trzy mieszkania i lokal użytkowy. A potem każdy mógł sobie kupić komputer i cudowne źródełko wyschło. Zresztą tłumaczenia dokumentów przestały być potrzebne. Nie starczało mi na spłatę raty i ratowałem się kolejnymi kredytami, aż pętla zacisnęła się tak mocno, że myślałem, że mnie udusi. Ale wtedy bardzo mocno zaczęły się rozwijać nasze kontakty handlowe z zagranicą i okazało się, że można zarobić na tłumaczeniach dla firm. Umowy handlowe, instrukcje obsługi i warunki gwarancji wiertarek, mikserów, maszyn. Ekspertyzy, kosztorysy, opisy projektów, analizy. I tak to trzepię do dziś. Kokosów z tego nie ma, ale da się wyżyć.

A pomógłbyś mi coś napisać? Może… a co takiego? Mam do napisania pracę semestralną. Kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać. Taka trudna? Może nie, ale… wiesz, mój niemiecki jest szczątkowy. Prześlę ci zadanie na e-mail, jak chcesz. Dobrze. Wieczorem dostaję e-mail z zadaniem. Poziom: pierwsza klasa liceum w zakresie podstawowym. Oba zadania mają początek i koniec, trzeba je tylko uzupełnić. Wystarczy napisać cztery zdania – nawet z błędami, byle komunikatywnie – a tekst będzie brzmiał, jakby egzaminowany naprawdę znał język. Odpowiadam Marice, że mógłbym to napisać w pięć minut, ale nie będę tego robił za nią. Mogę się z nią spotkać w dodatkowym terminie i z nią nad tym popracować, a najlepiej by było, żebyśmy spotykali się regularnie dwa razy w tygodniu. Raz na nasze spotkanie, a raz na korepetycje z niemieckiego, ale Marika mi odpowiada, że nie ma tyle wolnego czasu. Spotykamy się więc w naszym normalnym czasie.

Fragment III – Dobry dotyk (ok. 2 minuty czytania)

Mogę tak sobie posiedzieć tutaj? W salonie? Koło księdza i poczytać? Dobrze wiedziała, jak bardzo to lubię. Górne światła zgaszone, tylko lampki w oknach świecą. Z daleka widać, że ktoś jest w domu, ale co się dzieje w środku – nie widać. Żeby to zobaczyć, trzeba by przystawić nos do szyby. Ona i ja w fotelach, z daleka od siebie, każde z nas pod swoją lampą. Od czasu do czasu rzucamy na siebie spojrzenie i posyłamy sobie serdeczny uśmiech, ona – niewinny, radosny, pełen podziwu i ufności, ja – z łezką wzruszenia, pełen zachwytu, miłości. Zrobię nam herbatę. Ja księdzu zrobię. Siedź i czytaj, nie jesteś moją służącą. Więc siedzi i czyta. Zwykle w spodniach od dresu albo leginsach, z podkulonymi nogami, zwinięta w kłębek jak kotek. Przedziera się przez tekst, bo niełatwy. Nie prześlizguje się po nim, chyba, że się zamyśli, więc czyta bezmyślnie, ale gdy się na tym łapie, zawsze wraca, przewraca kartki wstecz, czyta drugi raz w skupieniu.

Czasem oddech jej staje się nierówny, pozrywany, głośno wypuszcza powietrze przez nos. Od razu widzę, że nie może się skupić. Gdy powodem jej rozproszenia jest tekst, proszę, by przeczytała na głos ze zrozumieniem. Pomaga. Ale gdy powód jest inny, podnosi się ze swego fotela, podchodzi do mnie i siada mi na kolanach. Obejmuje mnie ramieniem za szyję. Nie mogę się skupić, proszę księdza. Sięga po moją dłoń i wsuwa pomiędzy nogi, by mi pokazać, jakie mokre ma leginsy. To owulacja. Odciąga obie gumki, leginsów i majtek, a ja łagodnie wsuwam się pod nie swoją ręką. Jak tylko mogę, przedłużam jej wędrówkę po tym pagórku gęsto zalesionym, by palcem wyszukać kamyczek ukojenia. Czasami, gdy dłoń mi się wsunie między leginsy a majtki, odchylam ich materiał i sunę do jej kamyczka od dołu, jarem, gdzie wilgotna  ścieżka się szerzy. Nie trwa długo, zwykle kilka ruchów wzdłuż i wszerz, czasem dookoła, dwie minutki, trzy, by Tereska dotarła do cichej zatoki ulgi. Gdy dociera do brzegu, zwykle przysuwa swe usta  do mego ucha, bym mógł poczuć poszum wiatru w jej pragnącym spokoju oddechu. I zwykle, by nie wydać głośnych westchnień, zaciska zęby na krawędzi mojej drugiej dłoni albo zatyka swoje usta moimi ustami, przywierając do nich mocno.

To był dobry dotyk, proszę księdza, mówi mi na odchodne i jak gdyby nigdy nic wraca na swój fotel i kontynuuje przerwaną lekturę z rumieńcami na policzkach.

Rozdział II (ok. 45 minut czytania)

Marika jednak wraca. Raczej ja do niej, bo to ja po nią przyjeżdżam swoim samochodem i czekam w uliczce niedaleko jej domu. Za każdym razem czekam coraz dłużej. Gdy wysyłam jej SMS, że już jestem, ona mi odpisuje, że potrzebuje jeszcze pięciu minut i przychodzi po piętnastu, albo, że – dziesięć i przychodzi po dwudziestu. Gdy jej powiedziałem, że czekam coraz dłużej i że za każdym razem obiecuję sobie, że nie zacznę naszego spotkania od narzekania, że straciliśmy te piętnaście lub dwadzieścia minut, ale że naprawdę mi ich żal w momencie rozstania, bo moglibyśmy być w swych objęciach przez te kilkanaście minut dłużej, Marika jest gotowa wcześniej. Nie jest to moja pierwsza tego typu przygoda z dziewczyną. Prawie wszystkie dawały mi do zrozumienia w podobnych przypadkach, że mają moje czekanie w nosie. I że, jeśli mi się nie podoba, mogę dać sobie spokój. Nauczyłem się cierpliwości, bo kilka razy, gdy już czekałem w umówionym miejscu, dostawałem SMS z wiadomością typu: Sorry, wypadło mi coś ważnego, spotkanie nieaktualne. I to był jeszcze pełen bon ton, bo kilka razy nie dostałem żadnego SMS-a, śląc przez godzinę zapytania: Kiedy będziesz? Długo jeszcze? Czy coś się stało? Gdy pewnego razu dostałem odpowiedź, że tylko maniak może przysłać szesnaście pytań bez odpowiedzi, nauczyłem się, że trzy SMS-y i trzydzieści minut czekania to górna granica upokorzenia, na jakie mogę sobie pozwolić.

Gdyby Marika mi napisała, że spóźni się o godzinę, liczyłbym z rozkoszą spływające po szybie krople podczas deszczu albo próbowałbym zgrać szybkość rośnięcia swoich włosów z szybkością wzrostu trawy na wiosnę, a tempo ich siwienia z tempem jej schnięcia – latem. Ale ona po mojej uwadze jest gotowa przed czasem i w trakcie mojej jazdy do niej wysyła mi SMS: Jestem gotowa, czekam. A ja odpisuję: Będę za 5 minut. I przyjeżdżam za dziesięć.

Oddanie, to jest coś, co ją charakteryzuje. Nie uległość, lecz oddanie. Czy nie to obiecywała w swoim anonsie? Oddanie i delikatność? One się wyrażają nawet w języku, jakim mówi Marika. Nigdy nie słyszałem, żeby użyła jakiegoś wulgaryzmu. Nawet w jej smutnych opowiadaniach nie ma odrobiny agresji czy pretensji do kogokolwiek, tak jakby od nikogo niczego nie oczekiwała. W jej opowiadaniach o ludziach, na których się zawiodła, nie zauważyłem nawet cienia pogardy. Choć Marika nie ma wykształcenia ani nie jest oczytana, jej język nie ma typowych dla dzisiejszych czasów pospolitych naleciałości. Ona nawet nie używa słowa „facet”. Kiedyś musiała przy mnie odebrać telefon od męża, który właśnie był na treningu na siłowni. Słyszałam, jak panowie stękali, wyciskając ciężary – skomentowała przy mnie. „Panowie”, „mężczyźni”, ale nie: „faceci”. Inspiracją do rozpoczęcia mojej opowieści o Marice był e-mail, który jej wysłałem wieczorem po naszym spotkaniu. Opisałem w nim wrażenia, jakie wywołało we mnie obserwowanie jej odejścia i mieszania się z miejskim tłumem. Marika odpisała mi z czułością, że jeszcze nigdy nikt tak pięknie o niej nie pisał. Owładnięty tą czułością, postanowiłem pozwolić swym myślom swobodnie płynąć dalej i opisać nie tylko jej obraz, który pozostał w moich oczach, ale także i ten, który wyrył się w moim sercu. Gdy jej napisałem, że wyszło mi z tego opowiadanie, Marika zareagowała: O rety! Naprawdę? Piszesz o mnie opowiadanie? „O rety!” Połowa dziewczyn w jej sytuacji zareagowałaby pewnie: „Kurwa, zajebiście!” – a ona: „O rety!” Pamiętam, że „O rety” mówiła moja mama, której nigdy z ust nie wymsknęło się żadne przekleństwo. Prawdopodobnie w ten sposób musiała wyrażać się jej babcia, która chyba była z pokolenia mojej mamy. Ktoś ją przecież musiał nauczyć tej czułości i łagodności.

Podczas naszego pierwszego spotkania, gdy jeszcze nie odkryliśmy pozycji w kołysce jej stóp, leżeliśmy naprzeciw siebie oboje na prawym boku, dotykając nawzajem tyłem swych głów kolan lub ud partnera. Nasze spojrzenia instynktownie splotły się w uścisku, w którym zawsze potem najbardziej lubiliśmy prowadzić nasze rozmowy: odważnie – oko w oko i otwarcie – twarzą w twarz, oculo ad oculum et facie ad faciem. Leżeliśmy nago po pierwszym, nieśmiałym akcie uniesienia, gdy dopiero poznałem jej urok, ale jeszcze nie poznałem jej czułości. Marika, zauważywszy moją obrączkę, spytała: Od dawna jesteś żonaty? Już ponad trzydzieści lat. Ponad trzydzieści? To pobraliście się jeszcze przed maturą? Czemu? Pisałeś, że jesteś mężczyzną po czterdziestce. Gdy cię spytałam, ile, odpowiedziałeś, że maksymalnie. Sądziłam więc, że masz czterdzieści dziewięć lat. No wiesz, taka mała nieścisłość. Nie chciałem cię odstraszyć. Mam już kilkanaście lat po czterdziestce. Musimy to wszystko tak dokładnie ustalać? Nie możemy przyjąć, że mam tyle, na ile wyglądam? Czyli czterdzieści dziewięć? – mówię i myślę sobie po cichu: Przynajmniej przez kilka dni po fryzjerze, który mnie odmładza o parę ładnych lat.

Opowiesz mi, jak poznałeś swoją żonę? Opowiem, to ładna historia. Chodziliśmy w szkole średniej do tej samej klasy. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy. Lubiliśmy ze sobą rozmawiać. Pamiętam nasz pierwszy kontakt. Nie zakochałem się w Annie od pierwszego wejrzenia, ale bardzo mi zaimponowała jej dojrzałość. Nie mieliśmy jeszcze szesnastu lat. Wiesz, że piętnastoletnia dziewczyna jest dużo dojrzalsza od piętnastoletniego chłopca. Ja czytałem wtedy jeszcze kryminały i książki przygodowe, a ona dyskutowała o czystej formie i sztuce dla sztuki. To wszystko było jeszcze przede mną. Imponowało mi, że tak dobrze nam się rozmawia. Przez rok bardzo dojrzałem, zacząłem czytać poezję. Namiętnie. Wiedziałem, że gdzieś przede mną rozpościera się rozległe pole wielkiej literatury, ale jeszcze po nią nie sięgałem. Z radością oddawałem się sportowi, trenowałem lekkoatletykę sześć razy w tygodniu, i rockowi. Im cięższe brzmienie, tym bardziej było dla mnie ekscytujące. No i szkoła. Wypełniała mi dużo czasu. W pierwszej i drugiej klasie jeszcze grzecznie się uczyłem, potem już nie.

Pamiętam, jak na koniec pierwszej klasy, po rozdaniu świadectw poszliśmy dużą grupą na piwo. Siedzieliśmy w kawiarnianym ogródku, a ja przez cały czas rozmawiałem z Anną. Ona miała tego dnia urodziny i robiła u siebie imprezę z przyjaciółmi ze swojej dzielnicy. Takie towarzystwo wzajemnej adoracji. Byli od nas rok, dwa starsi i myśleli o sobie, że są artystami i intelektualistami. Stroili się w kapelusze, chusty i kożuchy. Myślałem, że po takiej długiej i poważnej rozmowie Anna i mnie zaprosi, ale nie zaprosiła. Na koniec rozmowy życzyła mi, żebym zachował swoją wrażliwość i czystość. Poczułem się jak prawiczek, którym zresztą byłem. Pomyślałem sobie, że uważa, iż jestem za młody i za głupi, żeby się z nimi zadawać. Gdy już byliśmy razem, po latach, powiedziała mi, że kiedyś w pierwszej klasie, gdy była chora i leżała w łóżku przez tydzień, marzyła sobie, żebym ją odwiedził i że była bardzo rozczarowana, gdy zamiast mnie odwiedził ją kolega, który mieszkał w sąsiedztwie i którego zresztą właśnie z tej racji poprosiła o to nasza wychowawczyni. Ale skąd ja miałem wiedzieć, że tak o mnie myśli? Może i dobrze, że tego nie wiedziałem, bo ona zaraz potem miała swojego chłopaka. Chodził do naszej szkoły, do czwartej klasy. Był już dorosły. I ona była dorosła. Bez przerwy prowadzali się, obejmowali i całowali, aż nauczyciele zwracali im uwagę, że to nie do przyjęcia na terenie szkoły. No i wiadomo było, że nie tylko się całują. Dziewczyny wtedy bardzo chętnie i otwarcie rozprawiały o swoich problemach seksualnych: o orgazmie, twardniejących sutkach, suchej lub wilgotnej pochwie. Rówieśników to krępowało, bo szesnastolatkom zostawało wtedy pokątne onanizowanie się. Wszyscy to robili, ale nikt się nie przyznawał. Gdy ja to robiłem, zabraniałem sobie myśleć o niej i starałem się snuć jakieś abstrakcyjne wyobrażenia.

Z każdym następnym rokiem zaczęliśmy niezauważalnie zrastać się ze sobą. Nasze zainteresowania zbiegły się w jedną linię. Wymienialiśmy się książkami i płytami, więc czytaliśmy i słuchaliśmy tego samego. Chodziliśmy razem do kina i do teatru, na koncerty i na te same imprezy. U mnie, u niej, u jej chłopaka lub u innych znajomych. Ona oczywiście chodziła ze swoim chłopakiem, a ja po prostu byłem w tej samej paczce. Jej chłopak skończył szkołę i poszedł do wojska i jakiś czas potem ona go zostawiła. Nie podobało mi się to, bo jak można było przerwać taką wielką miłość? A jeszcze bardziej mi się nie spodobało, gdy zauważyłem, z iloma przystojniakami flirtuje. Pod koniec czwartej klasy jeden z kolegów zrobił u siebie imprezę, ponieważ jego rodzice wyjechali na weekend. Ja wtedy byłem jeszcze młody i głupi. Chociaż były z nami dziewczyny, strasznie się upiłem. Dopiero po kilku latach nauczyłem się, że jak są dziewczyny i alkohol, to ten drugi idzie w odstawkę. Napić się zawsze zdążysz, a okazja do wyrwania jakiejś dziewczyny może ci się długo nie trafić. Jeśli już ktoś ma pić, to lepiej, żeby robiły to one. Pij, pij, będziesz łatwiejsza – Marika pokazuje mi z uśmiechem, że i ona dobrze zna tę zasadę.

Ten kolega, co organizował imprezę, chyba już to wiedział. Był z niego taki przystojniak podobny do Jacka Nicholsona. I w gruncie rzeczy cynik i cwaniaczek, jak typy, które zwykle grał Jack Nicholson. W każdym razie ja dość wcześnie położyłem się spać, ale nad ranem zachciało mi się do toalety. Idę .przez przedpokój i słyszę przez drzwi do jednego z pokojów jęki i spazmy Anny. Nie wytrzymałem i zacząłem to głośno komentować, ale nie wszedłem do środka. To i tak wystarczyło, żebym im popsuł zabawę. Rano wszyscy byli na mnie obrażeni, bo, ponoć pijany, zachowywałem się najgorzej ze wszystkich. Gdyby to był film, wyciągnąłbym pistolet, zastrzeliłbym ją i jego, a potem siebie, ale to nie był film tylko rzeczywistość, w której wszyscy troje musieliśmy żyć wspólnie co najmniej jeszcze przez rok. Ale okazało się, że żyliśmy wspólnie dłużej.

Razem uczyliśmy się do matury. Anna, Mariola – jej najlepsza koleżanka i ja. Już prawie całe dni spędzaliśmy ze sobą. Wciąż te same książki, sztuki, filmy i koncerty, zwłaszcza jazzowe, bo oboje wyrośliśmy z rocka i zaczęliśmy namiętnie słuchać jazzu. Ona chciała iść na medycynę, ale nie zdała egzaminów wstępnych. Ja dostałem się na wymarzone studia w stolicy. Mieszkałem w akademiku w jednym pokoju z innym kolegą z naszej klasy, takim przystojniakiem, podobnym do George’a Clooney’a i jeszcze z innym, trzecim kolegą, z mojego kierunku. Oczywiście, przy pierwszej okazji zaprosiłem Annę na festiwal jazzowy. To był rarytas, na który zjeżdżali się jazzfani z całego kraju, a nawet i z zagranicy. Pierwszego dnia byliśmy na radosnym koncercie Sonny Rollinsa, którego przebojem było grane na jazzowo Isn’t She Lovely Steve’a Wondera. Cudowny wieczór, wspaniała zabawa, cała sala koncertowa tańczyła na siedząco. Byłem taki szczęśliwy, że możemy tego słuchać z Anną. Widziałem ją, jak promienieje radością i szczęściem, jak jest mi wdzięczna za to zaproszenie. Następnego dnia mieliśmy iść na koncert orkiestry Woody Hermanna. Gdy gotowaliśmy wspólnie z Anną obiad w kuchni, zauważyłem jej podenerwowanie. Ciągle rozwijała i zawijała torebkę z przyprawami. O co chodzi – spytałem – że jesteś taka zdenerwowana? A ona na to: Muszę ci powiedzieć coś ważnego. Tak?… – przedłużyłem pytanie. Zakochałam się. W tobie? – pyta Marika. Nie – odpowiadam. – W George’u Clooney’u.

To był weekend – opowiadam dalej – i ten trzeci kolega, który z nami mieszkał, wyjechał do domu, ale odwiedził nas Jack Nicholson, który studiował na akademii wojskowej i akurat dostał przepustkę. Przyniósł ze sobą butelkę wódki, po której całkowicie przeszła nam ochota na koncert. Miałem chęć się upić. Anna została z nimi dwoma, a ja pojechałem pod salę koncertową i sprzedałem bilety. W drodze powrotnej kupiłem dwie następne butelki wódki. Wypiliśmy je w czwórkę, ale nie była to ilość, żeby się upić. Zrobiło się późno i trzeba było iść spać. Anna poszła pod prysznic, George Clooney i ja położyliśmy się we własnych łóżkach, a Jack Nicholson zajął łóżko tego trzeciego kolegi, w którym poprzedniej nocy spała Anna. Anna wraca, a tu: wszystkie łóżka zajęte. Pamiętam jej konsternację, że musi podjąć decyzję, czyje łóżko wybrać. Jak myślisz, do kogo się położyła? Oczywiście, że do ciebie – odpowiada bez wahania Marika. Wiesz? Opowiadałem tę historię kilku kobietom i żadna się nie pomyliła. To oczywiste. Tylko tobie mogła zaufać.

Gdy przyjeżdżałem do naszego miasta, wciąż się spotykaliśmy, ale już nie spędzaliśmy tyle czasu razem. Pamiętam, że między Świętami a Nowym Rokiem przypadkowo odprowadzałem ją i Georga Clooney’a na dworzec kolejowy. Wybierali się na parę dni do hotelu w jakieś zaciszne miejsce. Ale Sylwestra spędziliśmy już razem. Zaprosiła mnie moja nowa koleżanka, a ja – ich. Ta koleżanka miała dla mnie swoją inną koleżankę, całkiem fajną dziewczynę, o wdzięcznym przezwisku Myszka. Nawet trochę się pobawiłem myszką Myszki, ale szybko straciłem zainteresowanie. Znów popełniłem ten sam błąd: zamiast dziewczyny wybrałem alkohol. Spiłem się ze smutku w trupa.

Po miesiącu okazało się, że ich związek to pomyłka. Przyszły ferie i pojechałem z Georgem Clooney’em na narty. Jakbyście byli jedną wielką rodziną. Tak. Spotykamy się wszyscy do dziś. Anna, ja, George Clooney ze swoją żoną i Jack Nicholson. Zresztą nie tylko on. Był ktoś jeszcze? Tak, powiem ci za chwilę. Z Anną wciąż widywałem się za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do domu, ale nie było to już tak często. Raz w miesiącu. Wciąż się wymienialiśmy książkami, ale do kina, do teatru i na koncerty chodziliśmy osobno. Ja – w stolicy, a ona – w naszym mieście. Ja jej opowiadałem o swoich studiach, a ona mi – o swojej pracy. Próbowałem się w kimś zakochać, ale jakoś mi się nie udawało. Za to jej – tak. Zakochała się w swoim szefie, żonatym mężczyźnie. To ten trzeci? Nie, ten trzeci też był z naszej klasy. Hmm… kochliwa była – zauważa z niepewnym uśmiechem Marika, jakby nie wiedziała, czy może sobie pozwolić na taką poufałość. Można tak to nazwać.

Po pierwszym roku wyjechałem na całe lato do Wiednia. Przez cały tydzień próbowałem zarobić jakiś grosz, żeby w weekend go przepuścić do zera. No i zwiedzałem to piękne miasto. W muzeum, do którego w soboty wstęp był za darmo, odkryłem kilkanaście obrazów Pietera Bruegla. Aż mi dech zaparło. Znasz Bruegla? U-u – ledwo zauważalnie kreci głową Marika. To jeden z moich ulubionych malarzy. Malował ciekawe sceny rodzajowe. Obrazy, które mówią więcej niż pokazują. Najsłynniejszy jest chyba Upadek Ikara. Naprawdę nie znasz? Nie – odpowiada mi Marika z lekkim poirytowaniem. Po raz pierwszy zobaczyłem czarno-białą reprodukcję tego obrazu w podręczniku dla klas ósmych. Zawsze przeglądałem nowe książki podczas wakacji, gdy już mi je rodzice kupili w księgarni. Lubiłem świeży zapach farby drukarskiej. Najbardziej podobały mi się książki do przyrody, bo miały najwięcej kolorowych obrazków. Ty też lubiłaś przeglądać nowe książki przed rozpoczęciem roku szkolnego? Nie. Zawsze miałam używane książki. Nigdy nie pachniały świeżością. Robi mi się wstyd z powodu tego niefortunnego pytania. W każdym razie w tym podręczniku, na tej czarno-białej reprodukcji z początku nie zauważyłem żadnego Ikara. Na pierwszym planie rolnik orze ziemię, na drugim – pasterz pasie owce, a rybak zarzuca sieci. W tle – krajobraz morski ze statkami pod pełnymi żaglami. Dopiero gdy się dobrze przypatrzeć, widać wystającą z morza nogę. Wymowa tego obrazu narzuca się sama: Ludzie są tak skupieni na swych codziennych sprawach, na swoim życiu, że nie widzą, co się dzieje poza nim, nawet jeśli miałyby to być ważne sprawy. W Wiedniu nie ma tego obrazu, ale jest inny, mający podobny sens: Golgota. Tutaj Bruegel znów pokazuje szeroki krajobraz, tym razem z niewysokim wzgórzem w tle, do którego ciągną rozbawione tłumy ciekawskich, jak na jakieś jarmarczne wydarzenie. I znów trzeba się dobrze przypatrzyć, żeby w tym zabieganym i rozbawionym tłumie znaleźć scenę z Jezusem upadającym pod krzyżem. Przesłanie obydwu obrazów może być takie samo: Nikt nie widzi twojego smutku, nikt nie widzi twojego cierpienia, nikt nie widzi twojego strachu.

Widzę, że Marika jest poruszona, ale na jej twarzy maluje się też niepewność. Nie wie, co ma powiedzieć. Nie wie, czy w ogóle powinna cokolwiek powiedzieć. No, ale w tym Wiedniu oprócz Bruegla poznałem także Tuli, piękną Turczynkę. Ale nie taką zahukaną, w chuście na głowie, tylko wyzwoloną, liberalnie wychowaną dziewczynę. Bardzo wyzwoloną. Z typu tych, które opisuje Orhan Pamuk. Czytałaś Pamuka? Marika, podnosząc brwi, spogląda na mnie zniecierpliwionym, wręcz karcącym wzrokiem. Jej ojciec – kontynuuję – był bogatym złotnikiem w Stambule, a ona studiowała w Wiedniu pedagogikę. Pamiętam nasze zabawy w łóżku, były inne od tych, które znałem. Tuli zachowywała się tak, jakby sprawienie przyjemności chłopakom było dla niej czymś niezwykle naturalnym. W dotychczasowych kontaktach z dziewczynami za każdym razem czułem się tak, jakbym coś im wykradał, a Tuli dawała mi przyjemność z radością i otwartym sercem. Pamiętam też, że miała aksamitną skórę. Nigdy więcej nie spotkałem dziewczyny o takiej fakturze skóry. Widzę w oczach Mariki błysk zainteresowania, który, oczywiście, wciąga mnie w ich głębię. Zanurzam się w niej bez wahania, jakbym w upalny dzień wskakiwał do wody. Tak samo, jak nigdy nie spotkałem dziewczyny o spojrzeniu, uśmiechu i dotyku takim jak twój. Nie wiem, na czym polega ich tajemnica, ale bardzo chciałbym ją zgłębić.

Wyraz zainteresowania w oczach Mariki natychmiast się zmienia w wyraz niepewności, zupełnie jakbym lekko obrócił kalejdoskop, a następnie powoli przekształca się w łagodne błaganie: Nie zaskakuj mnie takimi słowami, bo ja naprawdę nie wiem, jak powinnam na nie zareagować. „Zrób to, zrób to – mówię sobie w myślach. – Zrób to!” – Próbuję z naciskiem przekazać jej tę myśl swoim wzrokiem. Działa, działa! Marika ulega mojej hipnozie. Patrzy na mnie wzrokiem, w którym miesza się podziw i ciekawość. Wyciąga do mnie dłoń i głaszcząc mnie po policzku przekazuje mi swą czułość. Delikatnie napina mięśnie policzków i uśmiechem przekazuje mi swą ufność. Dziękuję – mówi. Jeszcze nigdy nikt tak do mnie nie mówił. Tajemnica spojrzenia Giocondy jest niczym w porównaniu z tajemnicą twojego spojrzenia – mówię patrząc w jej przepełnione lękiem, niepewnością, ciekawością, podziwem, czułością i ufnością oczy. Giocondę Leonarda da Vinci chyba znasz? – pytam z obawą i nadzieją, by moja uczennica zdała egzamin z historii sztuki chociaż na mierny. Tak – odpowiada mi spokojnie. Mona Lisa?

Oddycham z ulgą i kontynuuję: Gdy wróciłem i spotkałem się z Anną, opowiadałem jej o tej pięknej przygodzie z Tuli, a ona opowiadała mi o swoich wakacyjnych przygodach. Tym razem dostała się na studia, na jej wymarzoną medycynę. W oczekiwaniu na rozpoczęcie roku szyła sukienki i spódnice i jeździła z nimi po kraju po różnych jarmarkach. Zarabiała sporo pieniędzy i mogła sobie pozwolić na wygodne życie w hotelach, gdzie też jej się przytrafiło kilka przygód, ale chyba nie tak ciekawych jak moja. Od października oboje mieliśmy mnóstwo pracy, ale za każdym razem, gdy wracałem do naszego miasta, znajdowaliśmy czas na spotkanie. W listopadzie ona odwiedziła mnie z dwójką naszych przyjaciół w domu moich rodziców. Odprowadzałem ich wszystkich na przystanek. Pamiętam, że było ciemno, zimno i ponuro. Dość długo czekaliśmy na autobus. I nagle ni z tego ni z owego zaczęliśmy się z Anną całować. Nasi przyjaciele opowiadali nam potem, że stanęli jak wryci. Patrzyli na siebie i zadawali sobie wzrokiem pytanie: Co ich napadło? My też chyba nie znaliśmy na nie odpowiedzi. Zwłaszcza ja. Nie przyjechałem w najbliższy weekend do domu, ani w następny. Upiłem się strasznie i próbowałem podciąć sobie żyły. Naprawdę? – nie dowierza mi Marika. Zdobywasz dziewczynę, o której marzysz od lat i podcinasz sobie żyły? Chyba zwariowałeś? Chyba tak. Ale chyba też tak naprawdę nie chciałem popełnić samobójstwa, bo zrobiłem to bardzo nieudolnie. Zamiast naprawdę przeciąć sobie żyły, tylko pociąłem sobie skórę tępym nożem. To było coś w rodzaju wołania o pomoc.

Marika swoją lewą ręką podnosi moją lewą rękę i przygląda się wewnętrznej stronie przedramienia, po czym delikatnie przesuwa palcami od nadgarstka do stawu łokciowego. Myślałam, że to rozstępy, a to blizny. Sześćdziesiąt sześć – mówię. Niektóre już tak zarosły, że ich nie widać. Sześćdziesiąt sześć? – pyta Marika. Symboliczna liczba. Rzeczywiście, chyba zabiłem wtedy w sobie coś złego. Tutaj też są? – Marika rozprostowuje mi prawe ramię. Znów przeciąga palcami po jego wewnętrznej stronie i mówi: Dużo mniej. Zgadza się – odpowiadam. Lewą rękę mam zdecydowanie mniej sprawną od prawej.

I co było potem? Wróciłem do domu. Pamiętam, że to były Andrzejki, bo byliśmy na imprezie u jej nowych znajomych ze studiów. Znaleźliśmy z Anną pusty pokój i schowaliśmy się tam przed innymi. Po raz pierwszy całowaliśmy się bez świadków. Anna ostrożnie zdjęła ze mnie koszulę i spodnie i ułożyła mnie na dywanie. Sama też rozebrała się do naga i usiadła na mnie. Do dziś pamiętam ten widok, jak wyciągam do góry zabandażowane od przegubów po pachy ręce i palcami głaszczę jej małe piersi. Anna zawsze miała ładną figurę. Znałem ją, bo przecież chodziliśmy razem na basen i na plażę. Krągłe biodra i pełne piersi, ale od momentu gdy zaczęła studiować, gwałtownie schudła, a wiesz, co się dzieje z piersiami kobiety, gdy gwałtownie chudnie. Myślałem, że jak pierwszy raz zobaczę ją nago, będę zachwycony, a mnie ogarnęła żałość. Wydała mi się taka krucha i bezbronna. Głaszcząc swoimi dłońmi moje bandaże, Anna powiedziała: Mnie też nie jest łatwo. Nie dam rady z tymi studiami. Wiesz, że śpię z trupem w jednym pokoju? Co ty mówisz? –spytałem. Musiałam zdobyć czaszkę na anatomię. Poszłam na cmentarz i kupiłam od grabarza. Wykopał ją specjalnie dla mnie. Jak ją rozwinęłam w domu, cała była zabrudzona ziemią. Miała jeszcze zęby i włosy. Trzy dni ją gotowałam i rzygałam. To był nasz pierwszy stosunek. Bezgłośny, bez spazmów i jęków. Byliśmy jak Adam i Ewa wygnani z raju. Nadzy i samotni. Ale razem. Jak na obrazie Masaccia. I wiesz… poczułem wtedy nagły przypływ siły. Zawsze to ona była dla mnie kimś silniejszym i większym ode mnie. To ona mi imponowała, to ja ją podziwiałem i nagle dostrzegłem jej samotność i bezbronność. I zrozumiałem, że to ja mam być silny. Dla niej. Nagle moje rany wydały mi się nic a nic nieważne. Zagoją się, zabliźnią. Poczułem się mężczyzną, ale nie przez to, że wreszcie udało mi się z nią odbyć stosunek. Pomyślałem sobie, że muszę ją chronić i wspierać, że jestem za nią odpowiedzialny. I to był mój ślub, bo przecież nie ten teatr z obrączkami, welonem i Ave Maria, który odegraliśmy w kościele. Zrozumiałem, że nie mogę zachować się jak Adam wobec Ewy… Wiesz, co było pierwszym aktem, jakiego Adam dokonał wobec Ewy? – pytam Marikę. Nie – mówi Marika z nieruchomymi, szeroko otwartymi oczami. Zdrada. Zdrada. On ją zdradził. Gdy Bóg go pyta, dlaczego zerwał zakazany owoc, on zamiast jej bronić, zrzuca na nią winę: Niewiasta, którą umieściłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. Tchórz i skarżypyta. I żarłok, jak prawie każdy pospolity mężczyzna. I gdy wtedy Anna siedziała na mnie, powoli poruszając biodrami, by zaspokoić moje łaknienie podczas naszej pierwszej komunii, pomyślałem sobie, że nigdy jej nie zdradzę. I chyba mi się udało. Naprawdę? – pyta z powątpiewaniem Marika. A teraz co robimy? To nie jest zdrada. Nigdy jej nie zdradziłem, bo nigdy nie pragnąłem, żeby jakakolwiek inna kobieta była na jej miejscu. A jeśli już ją zdradziłem, to tylko wtedy, gdy ją zawiodłem, gdy nie potrafiłem albo nie wiedziałem, jak ją wesprzeć. Gdy nie zauważyłem, że potrzebuje pomocy. Gdy została sama, beze mnie.

I od tej pory byliście już razem? – pyta Marika. Tak. Ona przyjeżdżała do mnie, a ja do niej. Co drugi tydzień na zmianę. Wynajmowaliśmy w akademiku pokój dla gości, w którym nie było łóżek, tylko poukładane jeden na drugim materace. Rozkładaliśmy te materace na podłodze i przez cały weekend na przemian kochaliśmy się i uczyliśmy wśród porozrzucanych książek i notatek. Wtedy właśnie Anna uczyła się na mnie anatomii. Czasami puszczaliśmy sobie jakąś płytę, ona mi obcinała, a ja jej malowałem paznokcie u rąk i nóg. Gdy odwiedzałem ją w jej domu, często po kryjomu zostawałem do rana. Kiedyś jej mama spostrzegłszy, że zostałem na noc, powiedziała do mnie: Jerzy, ja nie mam nic przeciwko temu, żebyś zostawał u Anki na noc, ale co powie na to twoja mama? Wszyscy strasznie się bali mojej matki. Patrzę, jak Marika zareaguje na moją anegdotę, ale ona tylko lekko marszczy czoło. Po jakimś czasie Anna powiedziała do mnie: Może byśmy się pobrali? Tak będzie wygodniej. No i co miałem zrobić? Nie mogłem odmówić swojej najlepszej przyjaciółce, a do tego dawnej koleżance z klasy i wzięliśmy ślub.

Znów czekam na wyraz rozbawienia u Mariki, ale ona tylko pyta surowo: „Jerzy”? Przecież cały czas mówiłeś, że masz na imię Tomasz. Przepraszam, taki mały wirtualny kamuflaż. Prędzej czy później i tak bym ci powiedział. Wirtualny kamuflaż? No tak, o swoim wieku i imieniu pisałem ci, zanim się spotkaliśmy. Ale jak się spotkaliśmy, ja ci się przedstawiłam swoim prawdziwym imieniem. To już twoje drugie kłamstwo, które dziś wyszło na jaw. Ciekawe, jakie będą następne. Nie będzie następnych. Nazywam się Jerzy Kruk. Jestem tłumaczem. Szczegółowe dane, kontakt ze mną możesz znaleźć na stronie www.translator.com/jerzy.kruk. Moja żona ma na imię Anna. Jest logopedą. Zaczęła studiować medycynę, ale nie dała rady psychicznie. Poddała się, gdy musiała samodzielnie brzeszczotem odciąć czerep czaszki trupa, z którym spała w jednym pokoju od kilku miesięcy. Po pierwszym roku przeniosła się na psychologię. Mamy dwoje dzieci, dwie córki. Co jeszcze chcesz wiedzieć? W jakim są wieku. Są od ciebie trochę starsze. Jak dużo? Jedna o rok, a druga o trzy lata.

Marika to moje prawdziwe imię – mówi Marika, po czym podaje mi swoje dwa nazwiska. Obecne – po mężu i poprzednie – panieńskie. Mówiłam ci też, jak mój mąż ma na imię i to jest prawda. Jest mechanikiem samochodowym. Nawet ci powiedziałam, jakie jest prawdziwe imię naszej córeczki. Adres, pod który po mnie przyjeżdżasz nie jest prawdziwy. Mieszkam dwie ulice dalej, ale chyba nie musisz znać szczegółów. Nie muszę. Przepraszam cię za te dwie nieścisłości. Wszystko inne, co ci mówiłem, jest prawdą. Wiesz, ilu mężczyzn odpowiedziało na mój anons? Ponad dwustu. Sami oszuści albo jacyś mitomani obiecujący złote góry. Ty mi się wydałeś jedynym godnym zaufania. Chciałam cię poznać, bo nigdy nie spotkałam człowieka, który by nie kłamał. Ale okazuje się, że to jakaś iluzja. Całe życie otaczało mnie kłamstwo. I tak już chyba musi być… Nie musi. Wiesz przecież, że to, co robiliśmy, to była tylko gra. Ale jeśli ma być naprawdę, to ci obiecuję, że już nigdy cię nie oszukam. Cenię u ludzi prawdomówność – zamyka temat Marika.

Mówiłeś, że był ktoś jeszcze. Tak. Gdy zaczęliśmy być ze sobą, zrobiłem się obrzydliwe zazdrosny, retrospektywnie. Nie mogłem przeboleć Nicholsona i Clooney’a. Robiłem z tego powodu sceny. Pytałem Annę, kiedy i mnie kopnie w tyłek. Raz spytałem z pretensją: Ciekawe, kto był jeszcze? Anna z wahaniom spojrzała na mnie, jakby próbowała zgadnąć, czy wiem. Koledzy w tym wieku opowiadają sobie przecież różne historie i lubią się chwalić swoimi podbojami. Okazało się, że był ktoś trzeci. Także kolega z klasy, taki przystojniak w typie młodego Anthony’ego Quinna. Zapamiętałem to jej wahanie, czy ma mi to wyznać i wyraz przykrości na twarzy, że ją do tego zmusiłem. Zrobiło mi się strasznie wstyd. Nie miałem do tego prawa. To było jej życie, zanim zaczęliśmy być razem. Wcześniej byliśmy dla siebie najbliższymi przyjaciółmi, ale nie mieliśmy wobec siebie żadnego zobowiązania. Długo to jeszcze przerabiałem. Gdy ją kiedyś spytałem: Czemu oni wszyscy po kolei, a czemu nie ja? Przecież wiedziałaś, jak cię kochałem i jak cię pragnąłem, Anna mi odpowiedziała: Bo ty nie byłeś do zabawy. Ta rozmowa, to było bardzo ważne doświadczenie dla naszego związku. Nauczyliśmy się rozumieć i akceptować granice naszej wolności. Ale kompleks tej trójki pięknych, choć wcale nie tak wspaniałych, z naszej klasy pozostał mi na długo. Nawet dziś zdarza mi się jakiś żart albo jakaś złośliwość na ten temat, wtedy Anna mówi do mnie z uśmiechem i pobłażaniem: Oj, przestań już wyciągać te trupy z szafy.

Musicie chyba być z Anną świetną parą – mówi Marika. Wielu tak mówi. Ja zresztą też tak uważam. A ona? Dla mnie sprawa jest oczywista. Anna jest dziewczyną moich marzeń, która stała się kobietą mego życia. Mamy dwójkę dzieci, które zawsze były jego treścią. Wychowaliśmy je na mądrych, dobrych i ciekawych świata ludzi. Jedna córka skończyła Oksford, a druga LSE. Obie pracują w Londynie. Jako adwokat i analityk finansowy. Ale to wszystko ogromnie dużo nas kosztowało. Do dziś spłacamy kredyty, z których chyba nie wyplączemy się do końca życia. Ja czuję się spełnionym ojcem, uważam, że warto było, ale Anna ma do mnie trochę pretensji, że to wszystko za dużo, zwłaszcza, że musi dodatkowo pracować na nasze długi. Mówi, że niepotrzebnie rozbudziłem w dzieciach takie wygórowane ambicje. A dzieci nie mogą wam pomóc, skoro tyle osiągnęły? – pyta z troską Marika. One mają swoje długi do spłacenia. Kredyty studenckie. Żadna z nich jeszcze nie stanęła na własnych nogach.

Naprawdę jesteście dla siebie tak tolerancyjni? Tak chyba jest. Na pewno tak jest. Niedawno Anna powiedziała mi, że seks między nami był wspaniały i że jest jej bardzo żal, że powoli się kończy. Ale powiedziała mi też: Jeśli miałbyś okazję przeżycia jeszcze czegoś ekscytującego, nie powinieneś się przed tym bronić. Twoja żona musi być naprawdę niezwykłą kobietą – mówi Marika. Taka jest. Dlatego tak bardzo ją kocham.

Patrzę na zegarek. Została nam niecała godzina. Przewracam się na lewy bok, wyciągam ręce w kierunku Mariki i przyciągam do siebie jej skulone drobne ciało. Cmokam moją elfetkę delikatnie w usta i zaglądam w głąb jej oczu. Znajduję tam smutek. Patrzę długo, próbując przez jej źrenice dotrzeć do dna jej duszy. Marika nie wykazuje żadnej reakcji. Przysuwam swoje usta do jej ust i muskam je delikatnie, a potem wykonuję nimi ruchy jak ryba, która podpłynęła do szyby akwarium. Coraz szersze i mocniejsze. Tym razem Marika reaguje. Trzecia zasada dynamiki sprawdza się bezbłędnie. Actioni contrariam semper et aequalem esse reactionem. Im szerzej otwierają się nasze usta, tym mocniej zamykają się nasze oczy.

Ostrożnie przewracam Marikę na plecy, zawisając nad nią podparty łokciami przy jej bokach. Marika wspiera lewą rękę na moim ramieniu, a prawą gładzi mnie po karku. Otwieram oczy i podglądam ją, jak całuje się ze mną z zamkniętymi swoimi. Delikatnie odsuwam usta od jej ust, pieszcząc je lekkimi muśnięciami, a potem przenoszę je do oczu Mariki i całuję ją po zamkniętych powiekach. Prawa, lewa. I jeszcze raz: prawa, lewa. Unoszę lekko głowę i przyglądam się, jak Marika powoli odsłania kurtynę swoich rzęs, ukazując pod nimi najsłodszy uśmiech swoich szmaragdowych oczu, który natychmiast jej spływa na policzki i dalej: na usta. Pieścimy się teraz w objęciach naszych spojrzeń. Marika przytrzymuje się mocniej mojego karku i przewraca mnie na wznak, uważając, by nie uronić perlących się w jej oczach kropli, a ja, pomagając jej swym ciałem w zmianie pozycji, unoszę je, przenoszę, jak ramionami – wzrokiem. Marika kładzie się całym ciałem na mnie, a potem wyciąga szyję i składa na mych oczach dwa soczyste, miłosierne pocałunki. Powoli, przez całą twarz, nos, usta, szyję delikatnymi muśnięciami swoich ust schodzi w okolice mojego splotu słonecznego, plexus solaris, a następnie, dołączając do pieszczot warg pieszczoty swojego języka, przenosi się do mojego lewego ramienia i przesuwa się po jego wewnętrznej stronie aż do samego nadgarstka. Naciskając swą prawą dłonią na wnętrze mojej lewej przytwierdza ją do powierzchni łóżka. Podnosi głowę i znów przyciska swe usta w okolice plexus solaris i daje tę samą pieszczotę wnętrzu mojego prawego ramienia, przytwierdzając na końcu do łóżka naciskiem swojej lewej dłoni moją prawą. Po raz trzeci wraca ustami do plexus solaris i wędruje nimi w dół mojego ciała. Leżę z szeroko rozłożonymi rękami, a ona kończy to misterium krzyża, zakradając się do mojego ogrodu rozkoszy i swoimi czarami sprawiając, że z mojego zwiotczałego korzenia wyrasta drzewo życia, którego owoc Marika pożywa w stanie najczystszej niewinności.

Rozdział I (ok. 50 minut czytania)

Nieraz na ulicy wpadnie mi w oko jakaś dziewczyna. Potrafię się na nią zapatrzyć i dyskretnie zachwycać jej sylwetką, nogami, twarzą, ubiorem albo sposobem poruszania się. Dziś też przytrafiło mi się coś takiego. Długo wpatrywałem się, jak szybkim, drobnym krokiem szła przez miasto nieduża, szczupła dziewczyna w ciemnoszarych botkach na nogach i w wytartych dżinsach, ciasno opinających jej jędrną pupę. Miała na sobie kusą skórzaną kurtkę i zabawną futrzaną czapkę z klapkami na uszy, która całkowicie zasłaniała jej włosy, ale za to cudownie eksponowała jej piękną twarz. Oddalała się ode mnie, więc nie mogłem widzieć jej twarzy, ale nie musiałem jej widzieć, by wiedzieć, jaka jest piękna. Gdyby ujrzał ją Leonardo da Vinci, na pewno by wpadł na pomysł, by narysować jakąś swoją wersję facies ad circulum. Najpierw by umieścił całą jej głowę w prostokącie, którego krawędzie stykałyby się z uszami, górną linią włosów i brodą, a samą twarz – w owalu, odcinającym od niej uszy i włosy, którego dolna antypoda stykałaby się z dolną krawędzią prostokąta. A potem by odmierzył jedną trzecią wysokości owalu na czoło, która wypadłaby dokładnie w punkcie pomiędzy jej oczami, w którym zaczyna wznosić się nos. Na pewno z tego punktu poprowadziłby tuż nad brwiami lekko ukośne linie, które przecinałyby obrysowujący głowę prostokąt dokładnie w dwóch trzecich jego wysokości. Dokonując następnych pomiarów, stwierdziłby, że środek owalu wypada dokładnie w połowie wysokości jej nosa, środkowa linia jej oczu – w połowie wysokości prostokąta, a górna krawędź jej ust – dokładnie w jednej czwartej wysokości owalu. Na pewno taki rysunek głowy i twarzy kobiety, wrysowanych w prostokąt i elipsę, poprzecinanych liniami, pokazującymi ich proporcje, uchodziłby za wzór dla wyrażenia ideału kobiecej urody, podobnie jak jego homo ad circulum uchodzi za wzór ukazujący idealne proporcje sylwetki mężczyzny.

Znam tę twarz. Ja też zeskanowałem ją do swej pamięci, ale nie matematycznie. Zapamiętałem coś innego niż te idealne proporcje. Kiedy na nią patrzę, widzę najpierw błysk jej szmaragdowych źrenic, umieszczonych w łódeczkach jej kocich oczu, których wewnętrzne wierzchołki lekko opadają ku dołowi, a zewnętrzne – lekko unoszą się ku górze, przyozdobionych długimi, czarnymi, zawijającymi się na zewnątrz rzęsami. Nad oczami widzę rysunek jej czarnych brwi – dwie grube czarne kreski namalowane dwoma śmiałymi pociągnięciami pędzla przez jakiegoś nieznanego mistrza japońskiej kaligrafii. Wiem, że te oczy zwykle patrzą nieco w górę, jak u kogoś, kto spogląda sponad okularów. Może dlatego, że dziewczyna jest niewysoka i rozmawiając z na ogół wyższymi od siebie osobami, by spojrzeć im w oczy, musiałaby nieco unieść głowę. Ale jej głowa podczas rozmowy pozostaje zwykle nieruchoma, za to ona wyraźnie unosi sam wzrok. Widzę też jej nieskrywane poniżej czubka nosa dziurki, radośnie pokazujące się światu. I jej usta, które również dwoma zdecydowanymi pociągnięciami pędzla namalował ten sam mistrz japońskiej kaligrafii, tyle tylko, że nie czarną, lecz czerwoną kreską. Ale najbardziej kocham jej piegi, które słońce szczodrze wypaliło na jej twarzy. Te piegi są zwykle zamaskowane pod warstwą pudru, ale ja je mogę zobaczyć przy okazji każdego naszego spotkania, ponieważ puder wyciera się przy naszych namiętnych pocałunkach. Gdy pierwszym razem zachwyciłem się jej cudnymi piegami, ona z lekkim zawstydzeniem odpowiedziała mi, że wiedząc, że im się przyglądam, czuje się naga. Tak, znam te piegi i znam tę twarz. Zapamiętałem ją tak dobrze, bo to twarz mojej dziewczyny, która właśnie przed chwilą wysiadła z mojego samochodu.

Wiedziałem, że pod kurtką ma czerwoną koronkową bluzkę, przez którą prześwituje czarny stanik, dobrany do jej czarnych koronkowych majtek. Oczywiście, na ulicy nikt tego nie widział, ale ja to wiedziałem, ponieważ ranek i przedpołudnie spędziliśmy razem w małym podmiejskim hoteliku, gdzie rozbierając ją, mogłem zobaczyć nie tylko to, co ma na sobie, ale także i to, co nosi pod spodem.

Ujęło mnie, jak z chodnika wchodzi na jezdnię. Mężczyzna, kiedy ma do pokonania przeszkodę w postaci krawężnika lub kałuży, zwykle robi zdecydowany wykrok, przenosi na przednią nogę ciężar ciała i przechodząc przez pion wypina przed siebie tors i ramiona i naprężając się od stóp do głów i wybijając się z tej samej, teraz już tylnej, nogi,  wyrzuca za nimi swoje ciało. Dziewczyny, kobiety – a przynajmniej wiele z nich – robią to inaczej, lekko przysiadając przed przeszkodą, wysuwając nogę i dopiero za nią wysyłając biodra i resztę ciała. Podobne dygnięcie zauważyłem u niej. Zbliżywszy się do krawężnika, szybko dostawiła prawą stopę do lewej, lekko obniżyła biodra i zdecydowanie weszła na jezdnię lewą nogą, zupełnie jak tanguero, który zmienia nogę właśnie w ten, niewyczuwalny dla partnerki, sposób. Wiem coś o tym, bo sam tańczę tango.

Chciałbym i ją nauczyć tanga, pokazać jej jak subtelny to taniec. Marika – tak ma na imię – mówi, że najbardziej lubi pieszczoty delikatne jak muśnięcie motyla. Obdarza mnie nimi i sama ich ode mnie oczekuje. Patrząc na tango, na jego zdecydowane figury, gdy na przykład partner prowadzi partnerkę do ocho atrás i ona porusza się po parkiecie na planie ósemki, zdecydowanie wysuwając nogi w ruchu kroczącym do tyłu, jakby się przed nim zapierała, albo na boleo, gdy tancerz, wprowadzając ciało partnerki w rotację, a następnie je blokując, powoduje wyrzucenie jej nogi do przodu lub do tyłu, czy też na głęboką sakadę, gdy mężczyzna wchodzi w miejsce partnerki wykonując zdecydowany krok pomiędzy jej uda i wyrzuca jej nogę na bok, można mieć wrażenie, że tango to taniec bardzo agresywny, taniec argentyńskich machistas, manifestujących swą dominację w stosunku do kobiet. Ale w takiej opinii nie ma nic bardziej błędnego. Tango to taniec niezwykle delikatny, opierający się na subtelnej komunikacji pomiędzy partnerami. Oczywiście że mężczyzna w nim prowadzi, a kobieta za nim podąża, ale w żadnym ruchu on jej nie przestawia, nie pociąga ani nie popycha. Nie każe jej wykonywać żadnych figur. On ją tylko do nich subtelnie zaprasza. Prawdziwy mistrz tanga swoimi dłońmi właściwie ledwo dotyka partnerki. Łączy ich coś na wzór poduszki magnetycznej. Może właśnie to jest to, o czym mówi Marika: dotyk motyla? Bliski kontakt cielesny w tangu wielu, jakże błędnie, bierze za żelazny uścisk i dlatego tango wydaje się im tańcem modliszki albo jadowitego pająka, ale to nieprawda. Tango to raczej taniec motyla: z kwiatka na kwiatek, nieprzewidywalnie; przyspieszenie, zwolnienie, zmiana rytmu, pauza, zatrzymanie; wahanie i powrót do ruchu; płynnie, płynnie, rotacja, balans, zmiana kierunku i znowu płynnie. Chciałbym to pokazać Marice. Ona pewnie nie wie, że tango to taniec motyla. Wielu rzeczy nie wie.

Nieraz nie mogę się nadziwić, jak wiedza, którą łapie się z powietrza, nie stała się w ogóle jej udziałem. Marika mówi mi, że często czuje się zawstydzona, nie znając słów, których ja używam, albo nie wiedząc, co mi odpowiedzieć, jak skomentować to, co mówię. Muszę jej wyjaśniać, co znaczą słowa: krezus, hedonizm albo poliamoria. Hasła: czarodziejska góra, sto lat samotności, czekanie na Godota, paragraf 22 czy nawet monologi waginy nic jej nie mówią. Marika nie odebrała dobrej edukacji i niewiele czytała. Towarzyszami jej dzieciństwa nie byli ani Kubuś Puchatek, ani Miś Paddington. Ani Alicja w Krainie Czarów, ani Ania z Zielonego Wzgórza. Mówi, że jej rodzice nigdy nie dojrzeli do rodzicielstwa, dlatego wychowywała ją babcia. Szkoły, do których chodziła, to nie były szkoły, w których wszyscy ciężko pracują, by osiągnąć jasno wytyczony cel: studia na prawie, ekonomii czy medycynie. Raczej dryfowała z całym otoczeniem swoich znajomych ku łatwemu życiu z rozrywkami, imprezami i przyjemnościami, polegającymi na niewyszukanej konsumpcji smaków, dźwięków i obrazów, a może i jakichś delirycznych substancji, nie przejmując się, co będzie robić jako dorosła. Aż ją zniosło do zawodówki, w której niczego nie uczyli i niczego nie wymagali. Potem próbowała nadrobić zaległości i zrobić maturę w szkole wieczorowej, ale w szkole wieczorowej znów niewielu ciężko pracuje, by osiągnąć jasno wytyczony cel. Nawet jeśli niektórzy go mają, to na pewno nie są nim studia prawnicze, menedżerskie albo medyczne. Marika zdała wszystkie egzaminy z wyjątkiem matematyki, której przecież „zawsze będzie mogła się nauczyć”. Tak przynajmniej mówi.

Póki co, studiuje kosmetologię, choć ostatnio zawiesiła studia, „bo brakuje jej czasu”. Planuje w przyszłości otworzyć własny gabinet. Mówi, że ma do tego smykałkę i zainteresowanie. Najbardziej ją pociąga tworzenie sztucznych wizerunków za pomocą makijażu, który może zmienić człowieka nie do poznania. Lubię to – mówi. – Malując się i pozując do zdjęcia, mogę być, kim zechcę. I chyba też chciałaby to potrafić. Stawać się tym, kim by chciała. Może właśnie dlatego najbardziej lubi poradniki z psychologii społecznej, o których mi powiedziała, gdy ją zapytałem, co czyta. Potęga podświadomości i temu podobne proste recepty na szczęście i powodzenie w życiu. Powiedziała mi, że pracuje jako fotomodelka, prezentując głównie biżuterię i galanterię albo grając w dziwnych klipach na zlecenie, gdy zamawiający chce dostać filmik z chichotem dziewczyny łaskotanej w stopy lub pod pachami albo z jej piskiem spod zimnego prysznica. Nawet mi przysłała kilka próbek ze swoimi zdjęciami i podobnymi filmikami. Dłonie lub stopy w kolorowych wełnianych rękawiczkach bez palców. Film z głośnym chichotem w tle lekko drgających stóp, łaskotanych co chwila piórkiem lub palcem. Jednak na pierwszym zdjęciu, które mi przysłała, chyba chciała być dziwką. Pozuje na nim w czarnym gorsecie ze złotą lamówką i w czarnych pończochach w siateczkę. Zdecydowanie wpatruje się w obiektyw sponad słonecznych okularów. Gdy powiększyłem zdjęcie, zobaczyłem za okularami femme fatale z demonicznym czarno-srebrnym makijażem, wpatrującą się we mnie wzrokiem pełnym pogardy, jakby mówiła: Wchodzisz w to, chłopcze? Zastanów się, bo mogę zrobić z tobą wszystko, co zechcę.

To zdjęcie przysłała mi w odpowiedzi na moją odpowiedź na jej anons w eamore.com. Gdy wyraziłem swoje zaintrygowanie, ona mi odpowiedziała: Pozowanie do zdjęć to zupełnie inny świat, w którym mogę być, kim chcę. Raz sobą, raz aniołem, raz wcieleniem diabła. Ale na ogół w kontaktach z ludźmi jestem bardzo ostrożna i nieśmiała. Nieśmiałość? – odpisałem. Trudno w to uwierzyć, bo sprawiasz wrażenie dziewczyny, która już z niejednego pieca chleb jadła. A ona na to: Nie wiem jak to odebrać :/. Tak zinterpretowałem twoje zdjęcie w kabaretkach: O, dziewczyna niezwykle swobodna seksualnie, która miała sporo erotycznych doświadczeń. Nie zgadza się? To tylko zabawa i mistyfikacja? Źle mnie odebrałeś i przykro mi z tego powodu, ale masz prawo. Nie miałam wielu erotycznych doświadczeń i chciałabym ci udowodnić, że nie jest tak, jak sobie pomyślałeś. Nie jestem złą, zepsutą dziewczyną. Ani przez moment nie pomyślałem, że jesteś zła, nawet jeśli byś była nienasyconą nimfomanką, doświadczoną kurtyzaną czy łatwą dziewczyną. A może i nawet byłyby to atuty? Złem w tych relacjach byłby dla mnie cynizm, pogarda, przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka. Pięknie ujęte, ale odpowiem ci wprost: Nigdy nie byłam nimfomanką, kurtyzaną ani łatwą dziewczyną. Na decyzję o takim układzie poświęciłam dużo czasu. Mam nadzieję, że ta znajomość będzie głęboka również dla duszy, a nie tylko dla uciech fizycznych. Jak napisałam w ogłoszeniu, interesuje mnie przyjaźń i podtrzymanie znajomości. Nie chcę traktować tego przedmiotowo, chcę cię poznać, polubić i być częścią świata, do którego z chęcią będziesz chciał wracać. Aż mi się nie chce wierzyć, że aż tak dobrze możemy się rozumieć – odpisałem. Ja też długo szukałem takiego kontaktu.

Tak, Marika spotyka się ze mną za pieniądze. Ale, rzeczywiście, nie jest dziwką ani femme fatale. Chyba powinienem być dumny, że spośród kilkudziesięciu mężczyzn, którzy odpowiedzieli na jej anons, wybrała właśnie mnie. Bo wydawałeś mi się najciekawszym z nich wszystkich – napisała. I najbardziej godnym zaufania. Tylko ty napisałeś, że chcesz otoczyć mnie troską. „Cieszyłbym się, gdybym mógł otoczyć cię opieką i czułością. W zamian oczekiwałbym tego samego”. Tak było? – cytuje moją odpowiedź na swój anons.

To dlatego tak się do mnie tuli? Dlatego z taką ufnością patrzy mi w oczy? Dlatego obsypuje mnie deszczem czułych pocałunków? W żadnym calu nie zachowuje się jak dziwka. Wyczułem to już podczas pierwszego spotkania, a podczas drugiego przekonałem się na pewno i wiedziałem nawet, jak to nazwać. Takiej czułości pocałunków i pieszczot, jakimi mnie obdarzyła, doświadczyłem do tej pory jedynie od kobiet, które mnie kochały. Każda z nich przekazywała to w inny sposób, ale żadna – tak subtelnie. Może dlatego, że one kochały się ze mną naprawdę, podniecając się i zmierzając w szale uniesień do szczytu własnej rozkoszy? Ja też potrafię dać Marice rozkosz, ale muszę nad nią popracować metodycznie. Może więc to nie jest rozkosz, a tylko – rozładowanie? Zaspokojenie – mówi mi Marika. Autentyczna czułość jej dotyku, pieszczot, pocałunków, spojrzenia stoi w tak oczywistej sprzeczności z naszym układem – sponsorskim – że już na pierwszym spotkaniu cisnęło mi się na usta pytanie, dlaczego to robi. Dlaczego uprawia seks za pieniądze? Ale nie chciałem wydać się jej moralizującym klientem, który próbuje sprowadzić zepsutą dziewczynę na właściwą drogę i tylko spytałem oględnie, skąd pomysł na takie spotkania. Odpowiedziała mi, że po prostu chciała spróbować takiego doświadczenia. Chyba wiem, co miała na myśli, bo opowiadała mi też i o próbach innych doświadczeń na tym polu. Na przykład, seks z kobietą. W sumie z kobietami, bo znalazła ich już kilka. Internet jest świetnym wynalazkiem do tego rodzaju poszukiwań. Niełatwo jest znaleźć odpowiedniego partnera lub odpowiednią partnerkę w swoim środowisku, jeśli nie chce się ujawniać pewnych skłonności. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo niezamierzonej kompromitacji, która może skomplikować relacje ze znajomymi. A w necie? Piszesz: Chciałabym spróbować seksu z inną dziewczyną – i już po paru godzinach masz kilka kandydatek. Albo: Młoda dziewczyna zaprzyjaźni się ze starszym panem – i od razu zgłasza się kilkudziesięciu.

Oddała mi się cała? Nie. Nie, bo to niemożliwe w jej przypadku. By oddać się w całości, trzeba w całości się otworzyć, a to u niej chyba niemożliwe. Nie w tym sensie, że skrywa jakieś tajemnice, których nie chciałaby ujawnić, lecz raczej w tym, że jest monadą. A monady – wiadomo – są bez okien. Nie można w nie zajrzeć ani ich prześwietlić. Monady nie promieniują całym swoim światłem. Raczej przesącza się przez nie tyle światła, ile można zobaczyć w ciemnym korytarzu, gdy wydobywa się spod drzwi jakiegoś zamkniętego i oświetlonego wewnątrz pomieszczenia. Nie można więc ich zobaczyć, a tylko stwierdzić, że świecą.

Marika pragnie pieszczot delikatnych jak muśnięcie motyla. Przez cały czas pozostaje opanowana w swej delikatności. To ona nadaje ton i tempo naszym pieszczotom. I robi to bez słów. Podczas pierwszego naszego spotkania cierpliwie uprzystępniała mi swoje ciało, jak gdyby badając moje potrzeby i upodobania, ale na początku drugiego – zdecydowanie przewróciła mnie na plecy i obsypała deszczem pocałunków i lawiną pieszczot swojego języka. Nie, nie. Nie deszczem, nie lawiną. Śniegiem, puchem, mgłą… Sam już nie wiem: manną. Uczę się jej niemego kodu, gdy kieruje czepigą mego ramienia, kiedy lemiesz mej dłoni zgłębia istotę jej rzeczy samej w miejscu, gdzie różany jej ogród się szerzy. Wystarczy muśnięcie palców, bym zrozumiał: wzgórek łonowy, pachwina, wargi, pochwa, łechtaczka. Mons pubis, inguine, labia majora, labia minora, vagina, clitoris. Wolniej, nie tak głęboko, stop! Tak, taak, taak, taaaak… Non pudet quia pudendum est.

Przeżyłem z nią kilka momentów, których nie zapomnę do końca życia. Któregoś razu nasze pieszczoty skończyły się długim zespoleniem. Marika leżała na wznak, a ja, zawieszony nad nią swoim torsem i oparty dłońmi o materac łóżka, w powolnym rytmie delikatnie napierałem na nią i cofałem się swoimi biodrami. Marika przez cały czas muskała mnie palcami po przegubach i niewzruszonym wzrokiem wpatrywała się w moje oczy. To była cudna pieszczota z jej strony. Dotyk motyla na moich przegubach. Marika wodziła palcami po moich przegubach, a ja, wpatrując się w jej wpatrujące się we mnie oczy, nie przestając delikatnie z nią kopulować, zacząłem szeptem powoli recytować: Nad łódeczką księżyc świeci, trójgraniasty groszek leci. Czworoboczna większa mniejszą uderzyła, główką haczyk zaczepiła. Co to? – spytała Marika, nie przestając gładzić mnie palcami po przegubach i nieruchomo wpatrywać się w moje oczy. Jakiś wierszyk? Tak – odpowiedziałem. W ten sposób studenci medycyny uczą się nazw kości nadgarstka.

Marika opuściła wzrok do mojego lewego nadgarstka i zatrzymała głaskanie wokół moich przegubów. Prawym kciukiem zaczęła gładzić wewnętrzną powierzchnię przegubu mojej lewej ręki, a pozostałymi czterema palcami – zewnętrzną. Zatrzymała ruch czterech palców, wsparła się nimi na zewnętrznej krawędzi mojej ręki, a kciukiem wyczuła końcówkę kości promieniowej i zaczęła nim ją obwodzić z lekkim naciskiem. Processus styloides radii – powiedziałem. Wyrostek rylcowaty kości promieniowej. Marika wróciła pytającym wzrokiem do moich oczu, a ja wykonałem cztery delikatne ruchy frykcyjne. Nie odrywając wzroku od moich oczu ani swoich czterech palców od zewnętrznej krawędzi mojej dłoni, przesunęła kciukiem w dół, wciskając go w zagłębienie tuż pod przegubem. Os scaphoideum – powiedziałem – łódeczka. I wykonałem kilka następnych delikatnych i powolnych ruchów frykcyjnych, które miały naśladować kołysanie się łódki na krótkiej fali. Marika, z niewzruszonym wyrazem twarzy zwolniła napięcie swojego kciuka i z lekkim naciskiem poruszyła do przodu i do tyłu środkowym palcem. Os lunatum – szepnąłem tajemniczo. Księżyc – przetłumaczyłem z uśmiechem i szeroko otwartymi oczami i kilkoma mocniejszymi ruchami frykcyjnymi spróbowałem wyrzeźbić w jej pochwie jego kształt w nowiu.

Naprawdę nie jesteś lekarzem? – spytała. Nie. Mówiłem ci. Moja żona studiowała medycynę. Podczas studiów uczyła się na mnie anatomii. Zapamiętałem co nieco.

Uważając, by nie oderwała swych palców od mych nadgarstków, przesunąłem jej ręce ruchem okrężnym ponad jej głowę, spocząłem na niej całym ciężarem swego ciała, przysunąłem swoje usta do jej ust i pocałowałem ją delikatnie trzema cmoknięciami, a potem przywarłem mocniej, rozchylając je ruchem swoich warg i wchodząc w nie językiem. Marika odpowiedziała na moje cmoknięcia cmoknięciami. Na mój silniejszy nacisk na jej usta – naciskiem swoich, a na wsunięcie języka – spleceniem z nim swojego. Znów uniosłem się nad nią i wsparłem się dłońmi na materacu łóżka, ale teraz opierając się nad jej głową. Ująwszy palcami prawej dłoni przegub jej lewej ręki, wyrecytowałem ponownie z długimi przerwami: Łódka płynie… księżyc świeci… trójgraniasty groszek leci… Na trapezie… trapeziku… wisi główka na haczyku – naciskając kolejno palcami na jej os scaphoideum, os lunatum, os pisiforme, os trapezium, os trapezoideum, os capitatum i os hamatum.

Ale dla mnie trwało to za długo, więc musiałem zmienić pozycję i wraz z nią przewróciłem się na bok. Marika podciągnęła swoje nogi wzdłuż mojego ciała, oparła pięty na mych ramionach i splotła stopy za moją głową. Wpatrywała się we mnie, a ja leżałem zachwycony w kołysce jej stóp. Patrzyłem w jej szmaragdowe oczy i podziwiałem mistrzostwo kaligrafii jej brwi i ust. Lekkimi ruchami lędźwi przypominałem, że wciąż w niej jestem, ale gdy zauważyłem że jej dziurki od nosa zaczynają coraz silniej się rozszerzać przy wciąganiu powietrza, natychmiast podążyłem za falą jej oddechu, by złapać jej rytm. Kołysałem się na jej falach przyboju, wzbierających z każdym moim ruchem i czekałem, aż, docierając do brzegu, odśpiewa syreni hymn rozkoszy, ale ona wydała tylko krótki, tłumiony spazm ulgi jak zdjęta z haczyka i wyrzucona na ląd ryba, która nie podejmuje już walki. Dwa nieme skurcze: plask, plask.

Leżeliśmy na brzegu, a rozkołysane morze naszych oddechów uspokajało się i cichło. Znów wpatrywała się we mnie swym ołowianym spojrzeniem, a ja podziwiałem jej cudną twarz, tym razem zmąconą wyraźnymi oznakami zmęczenia: wypieki na policzkach, spocone czoło, zmierzwione włosy, lekko przyćmiony blask szmaragdowych źrenic w łódeczkach kocich oczu, unoszonych na czerwonych i czarnych falach jej ust i brwi. A wszystko to w półmroku pokoju, ledwo oświetlonego światłem przedostającym się przez szczeliny zaciągniętych na okno zasłon. Jednak z twarzy Mariki – jakimś niepojętym cudem – bił blask, wyraźnie ukazujący jej szczegóły, jak na obrazach Caravaggia, jednego z pierwszych mistrzów światłocienia, który malował swe postaci spowite – podobnie jak Marika w moich oczach (zarówno dosłownie jak i w przenośni) – głębokim mrokiem, widziane jakby w piwnicznym oświetleniu. Ten blask bijący z twarzy Mariki, był czymś w rodzaju lume sacrale, którego źródło na obrazach Caravaggia pozostawało niezgłębioną tajemnicą. Dla mnie jednak wszystko było aż nader oczywiste. Było to światło mojego zachwytu.

Ponadto Caravaggio zdawał się mówić do Leonarda: Człowiek nie jest taki idealny, jak ty go przedstawiałeś; nęka go zmęczenie, choroba, cierpienie; zwycięża go śmierć. Ale czy w tym nie tkwi również jego piękno? Caravaggio kocha człowieka i świat takimi, jakie są. Nawet na obrazach przedstawiających Jezusa, owoce są robaczywe, a nie jakieś wyidealizowane. Takie było piękno Mariki, zmierzwione wysiłkiem naszego uniesienia i bijące z jej twarzy w zaciemnionym pokoju hotelowym. Nigdy jej tego nie mówiłem, ale jej zaledwie dwudziestosześcioletnie ciało nie wzbudzało we mnie czysto estetycznego zachwytu, podobnego do tego, jaki we mnie budziło dziewicze piękno nieródek, z ich jędrnymi piersiami, pośladkami i wymodelowanymi brzuchami, którym zwykle mówiłem, że nie musiałbym ich dotykać, by się nimi zachwycić, bo wystarczyłoby mi tylko na nie patrzeć. Piersi Mariki po powrocie jej figury od krągłości matki karmiącej do elfiej smukłości nastolatki straciły swą jędrność. I o ile tę stratę dało się jeszcze retuszować optycznie usztywniającym stanikiem czy odpowiednim ustawieniem ciała do zdjęcia, to przy dotknięciu cała prawda wychodziła na jaw. Pod naciskiem palców jej piersi zapadały się jak sylwestrowe baloniki w święto Trzech Króli, do którego jeszcze nie zdążono ich posprzątać. I choć Marika karmiła piersią tylko swą jedyną córeczkę, jej sutki kończyły się wyciągniętymi smoczkami, jak gdyby wykarmiła nimi co najmniej piątkę dzieci. Przebiła je kolczykami, które sprawiają wrażenie, jakby końcówki zostały wyciągnięte specjalnie w tym celu, by ozdobić je biżuterią. Podobnie było z łechtaczką, która nie była już wdzięcznym śliskim kamyczkiem, leżącym na skraju uroczego jeziorka, nie perełką, którą można znaleźć po otwarciu muszli niektórych perłopławów, jak chociażby pinctada albina, która byłaby chyba najlepszym odpowiednikiem waginy blondynki, lecz sterczącym z górnej części małża bisiorem, którego napletek Marika przebiła takim samym co sutki kolczykiem z dwoma rubinowymi zakończeniami. Przydawało to jej uroku wykwintnie podanego zagadkowego owocu morza. Ale mimo wszystko nie oddałbym tego, noszącego już tylko ślady dawnej świetności, ciała Marki za wszystkie razem wzięte perfekcyjne ciała trzech innych panienek, z którymi spotykałem się w tym czasie. Ja nie kochałem i nie pożądałem ciała Mariki. Ja kochałem ją samą.

Kołyska jej stóp pozostała ulubioną pozycją dla naszych rozmów. Moszczę się w niej swoją głową i z odległości kilkudziesięciu centymetrów podziwiam tak kochane przeze mnie szczegóły jej twarzy. To jest dla mnie idealna odległość do patrzenia, ponieważ wtedy mogę widzieć je wszystkie wyraźnie. Jestem mniej więcej dwa razy starszy od Mariki, noszę już okulary do czytania i gdy patrzę na jej twarz z bliska, całując ją lub łowiąc jej oddech, widzę jej szczegóły podwójnie. Jedne nakładają się na drugie, jak na portretach Dory Maar Picassa. Rzęsy bez oczu i oczy bez rzęs. Oczy w miejscu nosa, czasem dwa nosy i troje oczu, pomieszane czarne i czerwone kreski jej brwi i ust. Ja się moszczę głową w kołysce jej stóp, a ona się mości swymi małymi pośladkami w legowisku, jakie jej robię ze swych lędźwi. Leżąc głową w kolebce jej stóp, wyciągam jedną rękę i wsuwam dłoń pod jej policzek, a drugą głaszczę jej ramię lub ucho. Ona też czasami wyciąga swą rękę, by mnie pogłaskać po ramieniu, po brodzie lub twarzy, ale zwykle trzyma dłonie z zaciśniętymi pięściami zsunięte razem na klatce piersiowej, tuż pod brodą. Czasami rozplata kołyskę swych stóp zza mej głowy i ściąga kolana do łokci, przyjmując pozycję embrionalną. Wtedy ja obejmuję ją szeroko rękami, a ona przytula swą głowę do mojego ramienia. Mam ją całą tak blisko. Obejmując ją szeroko rozpostartymi dłońmi – jedną za łopatki, a drugą za wygięty pośladek, próbuję poruszyć jej całym ciałem i umościć ją jeszcze lepiej w swych objęciach. Uwielbiam wtedy wąchać jej włosy, pachnące ziołowym szamponem. Ale dziś jeszcze nie wiem, co tulę. Jej samotność czy pustkę? Czy jakąś nienazwaną tęsknotę? Gdy ją o to pytam, ona mi odpowiada z uśmiechem, że jest jej po prostu zimno. Że kiedy kochaliśmy się nago na kołdrze, byliśmy aktywni, wydzielaliśmy ciepło, a teraz, leżąc bez ruchu, ona marznie i musi się jakoś ogrzać. I zwykle składa mi czuły, delikatny pocałunek w miejscu, gdzie akurat znajdują się jej usta. Albo na mej piersi, albo na ramieniu, albo na dłoni. Boże! Ona całuje moje dłonie! Z zewnątrz i wewnątrz. Dotyka ich wnętrzem lub grzbietem swojej ręki albo tylko opuszkami palców, rozchyla moje palce i przeciąga między nimi swoje. Jak mógłbym nie kochać kogoś, kto daje mi taką, najczulszą pieszczotę?

Któregoś razu kochaliśmy się trzeci raz pod koniec spotkania. Zrobiło mi się wstyd z powodu mojej zachłanności, ponieważ zrozumiałem, że mimo dość silnej erekcji nie będę w stanie osiągnąć kolejnej ejakulacji. Wycofałem się z niej i dyskretnie poprosiłem, by pomogła mi dojść do końca. Marika w pełnym oddaniu robiła, co mogła. Dłonią, palcami, ustami. Prącie, żołądź, napletek, wiązadełko, moszna, jądra. Penis, glans penis, preputium, frenulum, scrotum, testis. Cudowna pieszczota, ale wciąż tylko na krawędzi spełnienia. Brakowało tylko jednego kroku, bym mógł – jak lotniarz – rzucić się w przestwór i odlecieć. Postanowiłem wziąć sprawy (dosłownie) w swoje ręce. Poprosiłem Marikę, by teraz całowała mnie w usta, a dłonią pieściła moje scrotum i testis. Wiedziałem, jak stymulować swój członek, by dojść do końca, ale osiągnięcie tego po raz trzeci w ciągu trzech godzin nie było łatwe. Teraz ja sam kilkukrotnie zbliżyłem się do krawędzi, ale gdy byłem już tuż, tuż, mechanizm nagle się rozprzęgał. Potrzebował nie więcej siły, nie większej dynamiki, lecz precyzyjniejszej stymulacji, dlatego w tym przypadku moja dłoń musiała się okazać skuteczniejsza niż kochana i czuła dłoń Mariki. W końcu udało mi się wywołać ostateczny skurcz, wyrzucający ze mnie na zewnątrz kolejne porcje świeżej gamety. Wydałem z siebie ryk ulgi i upokorzenia. Było mi wstyd przed Mariką, że robię to sam na jej oczach, niewrażliwy już na jej wdzięki, pieszczoty i czułość. Ona musiała to chyba zrozumieć. Delikatnie ujęła moją dłoń, zdjęła ją z mojego członka, podsunęła ją sobie do ust i pocałowała z najwyższą czułością. A potem to samo zrobiła z moim najlepszym przyjacielem.

Czy można kochać kobietę za jej inteligencję, mądrość i błyskotliwość? Wszyscy odpowiedzą, że tak. A za jej piękno, wdzięk, urodę? I tu nikt nie zaprzeczy. Za oddanie, dobro, wierność? I tego nie można nie docenić. A ja kocham Marikę za jej czułość. Za rodzaj czułości, jakiego nigdy nie zaznałem od żadnej z kobiet. Ani od matki, ani od żony, ani od córki czy żadnej z kochanek. Czułość, jakiej zaznałem w życiu, a było jej mnóstwo, była innego rodzaju niż ta, jaką mi daje Marika. Być może aby jej zaznać, trzeba pokonać pewną granicę wieku. Może to właśnie miał na myśli poeta pisząc: Polały się łzy me, czyste rzęsiste, na me dzieciństwo sielskie, anielskie, na młodość moją górną i durną, na mój wiek męski, wiek klęski; polały się łzy me, czyste rzęsiste… Zawsze myślałem, że ten wiersz mówi o łzach smutku, tęsknoty. A może – myślę sobie dziś – chodzi tu o łzy wzruszenia? Kiedy masz już grubo ponad pięćdziesiąt lat, twoja stara matka, o ile wciąż ją jeszcze masz, nie przytuli cię jak małe dziecko. Ani twoja żona, o ile jej nie straciłeś, nie przytuli cię w odruchu czułości jak przed laty po zapierającym dech w piersiach akcie uniesienia, gdy oboje marzyliście, że nasienie, które właśnie złożyłeś w jej łonie, wykiełkuje i wyda wspaniały owoc żywota waszego. Ani twoje dzieci, o ile wciąż potrafisz z nimi rozmawiać, nie przytulą się do ciebie z taką ufnością jak dawniej, jak pisklęta szukające schronienia pod skrzydłami kwoki. One pewnie mają już kogoś innego do przytulania.

Jesień życia, nawet jeśli jest najbardziej pogodna, prędzej czy później musi przynieść jakieś niedomagania: pogarszanie się wzroku, psucie się zębów, trudności z oddawaniem lub trzymaniem moczu. Nawet jeśli nie imają się jeszcze ciebie poważniejsze choroby, to i tak ogólna kondycja zaczyna mniej lub bardziej szwankować. Ale starzenie się oznacza coś jeszcze. Twoje fizyczne więzi z innymi ludźmi, nawet jeśli są twoimi najbliższymi, powoli się rozluźniają. Nikt już nie chce cię dotykać, może z wyjątkiem wnuków, ale to też do czasu. Chcąc nie chcąc, powoli robisz się jak stary grzyb, który aż się prosi, by go kopnąć z odrazą.

Kiedy patrzę w lustro, wyraźnie widzę, jak czas powoli naciąga na moją twarz maskę starości. Siwiejące włosy, coraz głębsze bruzdy zmarszczek, nabrzmiałe powieki, worki pod oczami. Jesień nadciąga nieubłaganie, nawet jeśli wciąż jeszcze całkiem szwarny z ciebie gość. I dobrze wiesz, że to, co ci się może przytrafić najpiękniejszego, to babie lato. Dni już wyraźnie krótsze i zimniejsze, ale od czasu do czasu rozświetla i ogrzewa je cudowne słońce. Woda w jeziorach już naprawdę rześka, ale jeśli jesteś zahartowany i zostały ci resztki dziarskości, wskoczysz do niej, by przypomnieć sobie dreszcz, jaki ogarniał cię przed laty, gdy jako chłopiec w ciepłe dni przed Świętym Janem, nie mogąc doczekać się lata, w tajemnicy przed rodzicami wskakiwałeś do rzeki lub stawu. Noce już chłodne, ale mimo wszystko pójdziesz za głosem romantycznych wspomnień i znów zatęsknisz za tym, by spędzić całą noc przy ognisku w środku lasu. A gdy usłyszysz pohukiwanie puchacza lub chichot puszczyka albo klangor przelatujących kluczy żurawi, zdziwisz się, z jaką łatwością przywykłeś do codziennego szumu samochodów i tykania zegara.

Marika przyniosła mi babie lato czułości. Daje mi ją w najwyższym stopniu, gdy układam się w pozycji embrionalnej i wtulam się w jej ramiona. Wtedy ona obejmuje mnie szeroko rękami i przytula mą głowę do swojej piersi lub ramienia. Ona – mała lala, ja – wielki niedźwiedź. Ona – Wielka Niedźwiedzica, ja – mały miś. Ja – Wielki Wóz z długim dyszlem, szkieletem puszystego ogona Wielkiej Niedźwiedzicy – jej. Mam ją całą tak blisko. Obejmując mnie szeroko rozpostartymi dłońmi – jedną za łopatki, a drugą za wygięty pośladek, próbuje poruszyć moim całym ciałem i umościć mnie jeszcze lepiej w swych objęciach. Uwielbiam wtedy wąchać jej skórę pachnącą ziołowym balsamem i oddawać się bezgranicznie tej pieszczocie: metafizycznemu zespoleniu z czymś, co ogarnia mnie całego, niepodzielonego na role, które muszę grać w swym realnym życiu. W jej ramionach wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni, której doświadczam od zarania dorosłości, nie przeraża mnie. Nie muszę tłumić jej poczucia, grając rolę niewzruszonego mędrca lub nieustraszonego herosa. Rozpoznaję w Marice tę samą samotność i pustkę, która tkwi we mnie.

Rozmowa z Mariką jest mało skomplikowana. Gdy ją o coś pytam, odpowiada mi krótkimi zdaniami. Jeśli chcę wiedzieć więcej, sam muszę się dopytywać o szczegóły. Marika rzadko się otwiera i rzadko podejmuje dłuższe opowiadania. Mówi, że woli słuchać, kiedy ja coś opowiadam. Lubię snuć długie opowieści o przygodach i doświadczeniach ze swojego życia i lubię, jak ona słucha ich w skupieniu wpatrując się w moje oczy. Nie lubi, kiedy wypytuję o szczegóły z jej życia. Mówi, że jeśli będzie czuła taką potrzebę, powoli sama się otworzy. Ale gdy to robi, nie opowiada długich historii, nie opisuje osób w szczegółach. To nie są nawet impresje. To jakby szkice do obrazów. Kilka kresek, owal twarzy bez żadnych szczegółów i już jest postać.

Wiem, że ją i jej siostrę wychowywała babcia. Kim była babcia? – pytam. Babcia? Babcia była babcią. Na tym wyczerpuje się moja wiedza o niej – odpowiada mi trochę obcesowo Marika. Siostra jest od niej starsza o trzy miesiące. To córka siostry jej mamy. Co się stało, że obie siostry oddały swoje córki na wychowanie matce, tego nie wiem. Może się kiedyś dowiem, a może nie. Może Marika kiedyś mi sama to opowie, a może poprzestanie na tym, co często powtarza: że nie ma o czym opowiadać. Marika nieco się rozgaduje, gdy odwożę ją do domu albo do miasta. Być może uzyskuje wtedy jakieś poczucie bezpieczeństwa, wiedząc że za chwilę będzie mogła wysiąść i zostawić mnie bez ceregieli ze wszystkimi moimi pytaniami.

Czy babcia wciąż żyje? – zapytałem któregoś razu. Ta babcia? Uhu. Nie. Znalazłam ją martwą, gdy miałam dwanaście lat. Jak to: „Znalazłam”? Zwyczajnie. Siedziała nieżywa w fotelu. Podeszłam do niej i zobaczyłam, że nie żyje. Wystraszyłaś się bardzo? Nie. Od razu zrozumiałam, że umarła. I co zrobiłaś? Poszłam zawołać rodziców. Byli w drugim pokoju. Było ci smutno? Tak. Ona mnie bardzo kochała. Bardzo płakałaś? Nie. Możesz się tutaj zatrzymać? Taka jest Marika. Zanim wysiadła, zwróciła twarz ku mnie i powiedziała: Dziękuję za miłe przedpołudnie i przytrzymała na moment mój wzrok swoim wzrokiem, delikatnie kiwając głową jak piesek-maskotka, jaką niektórzy kierowcy lubią umieszczać w swoich pojazdach. Te pieski kiwają głową pociesznie i bardzo wyraźnie, w rytm kołysania się samochodu, a Marika zrobiła to niemal niezauważalnie. Nie wiem, czy kto inny by to zauważył, może i ja – też nie, ale tyle razy spostrzegłem ten gest, gdy nasze głowy nie spoczywały akurat w żadnym podparciu, lecz utrzymywały się w górze dzięki pracy mięśni szyi, że nie mogłem nie zwrócić nań uwagi. Nie zdawałem sobie do tej pory sprawy z tego, że aby nasze głowy utrzymywane były w pozycji pionowej, nasze mięśnie szyi, musculi colli, stale muszą pracować. Marika otwiera mi nowy, subtelny wymiar rzeczywistości. W sumie, to nie ona to robi. On mi się sam przy niej otwiera. Ta próba utrzymania przez nią naszych spojrzeń w równowadze nie była ani skinieniem na pożegnaniem, ani ukłonem podziękowania, raczej przyjacielskim objęciem i uściskiem, zakończonym czułym przytuleniem pierś w pierś. W środku miasta i wewnątrz samochodu Marika nie mogła zrobić tego ramionami, przekazała więc mi to wzrokiem. Nie słowa, lecz spojrzenie, uśmiech, dotyk. To są środki językowe nowego rodzaju mowy, który poznaję: mowy ciała i duszy Mariki.

Znam jeszcze parę szczegółów z jej życia. Ma małą córeczkę, która jest dla niej wszystkim. I ma męża, dla którego, być może, i one są wszystkim, ale – mówi – przestała go kochać. Kocha go jako ojca swego dziecka, ale przestała go kochać jako mężczyznę. I nie pozwala mu być mężczyzną u swego boku. Chce od niego odejść, bo – to też jej słowa – nie potrafi kochać ani z obowiązku, ani z litości. Wiem, że Marika jest na rozdrożu, w punkcie, w którym będzie musiała coś zdecydować i ruszyć do przodu. Kocham ją, ale ja nie jestem dla niej żadnym rozwiązaniem, żadną alternatywną drogą. Jestem zaułkiem, w którym się skryła w pewnym momencie swego życia. Nie wiem, jak długo w nim pozostanie. Prawie nic nie wiem, co się wydarzyło w jej życiu i nie wiem kompletnie nic, co się w jej życiu wydarzy. Może, jeśli poznam ją bliżej, będę mógł o nim opowiedzieć, ale boję się, że któregoś dnia, oddalając się ode mnie swoim drobnym krokiem i pokonując przeszkody – kałużę czy krawężnik – swoim wdzięcznym dygnięciem i wysunięciem nogi, odejdzie na zawsze i już nigdy więcej nie pojawi się w naszym tajemnym świecie. Już teraz, gdy za nią tęsknię pomiędzy spotkaniami, łapię się na tym, że bezwiednie zakładam dłonie za głowę, głaszczę się palcami po karku i wyobrażam sobie, że leżę w kołysce jej stóp.