Rozdział VII (ok. 25 minut czytania)

W kilka dni po Nowym Roku mam urodziny. Do życzeń wszystkiego najlepszego Marika dołącza prezent. Jest w załączniku e-maila. JPEG, więc pewnie zdjęcie. Ale jakie! Piękny akt półpostaci Mariki. Wzniesione ponad głowę ramiona przywracają perfekcyjną krągłość jej piersiom i rozciągają jej korpus tak, że wyraźnie widać żebra, pępek i mięśnie brzucha. Dłonie ma złożone na kark, a łokcie – ściągnięte jak najbliżej siebie wysoko powyżej głowy. Lekko wzniesiona do tyłu i delikatnie przekręcona w prawo głowa sprawia, że wyraźnie widać napięte ścięgna szyi. Jednak moją uwagę natychmiast przykuwa jej twarz, i to tak, że nie mogę oderwać odeń wzroku. Oczy zamknięte, powieki uróżowione pastelowym pudrem i obwiedzione czarną kreską na krawędzi powyżej długich, czarnych rzęs, których zasłona zdaje się wpełzać na policzki. Dziurki od nosa widziane od dołu powodują, że chce mi się wstrzymać własny oddech, by wyczuć ich tchnienie. No i usta: lekko rozchylone, ukazujące białe zęby pomiędzy makowymi płatkami jej warg. To właśnie ich widok powoduje przyspieszone bicie mojego serca i zapieranie tchu w piersiach. Zdjęcie zrobione jest na tle czarnej kotary. Sylwetka Mariki oświetlona jest ostrym światłem, które gra na jej ciele, pokazując kontrast pomiędzy jego opalenizną i bladością jej wygolonych pach oraz podkreślając poszczególne krawędzie jej ciała: zarys sylwetki, krągłość piersi, ostrość kłykci jej łokci, żeber i napiętych mięśni i ścięgien.

Moje skojarzenie jest natychmiastowe i nieodparte: Madonna Muncha. Podobna elfia sylwetka z wyrazistymi piersiami, tylko głowa przechylona w bok w drugą stronę, ale nastrój obrazu i zdjęcia – ten sam. U Mariki brak aureoli, jednak moja wyobraźnia szybko ją domalowuje. Od czegóż w końcu jest lume sacrale mojego zachwytu.

Natychmiast chcę się nim podzielić z Mariką. Piszę o nim w mailu i załączam link do strony z obrazem Edwarda Muncha. I zaraz potem idę za głosem drugiego skojarzenia: Gustav Klimt i jego okryte złotymi płaszczami kobiety z zamkniętymi oczami i rozchylonymi ustami, w podobnym ekstatycznym zamyśleniu co Madonna Muncha: Danae, Judyta, nagie kobiety o sylwetkach sylfidy z obrazów o tematach wodnych, a przede wszystkim dziewczyna z Pocałunku. Marika jednak nie podziela mojej ekscytacji i nie odpowiada na mój e-mail. Wysyłam jej więc linki do stron z obrazami Muncha i Klimta z analizą dla licealistów, ale mimo to Marika nie daje się wciągnąć w dyskusję. Mnie jednak ekscytacja nie opuszcza. Oglądam jej obraz kilka razy dziennie – choć zdążył się już odbić w mojej pamięci z najdrobniejszymi szczegółami – aż w końcu zaczynam się do niego modlić. Wierszem.

Moja Madonna

Twoje oczy zamknięte, Madonno
Twoje włosy tak pachną, Madonno
Usta twe rozchylone, Madonno
Twoje piersi odkryte, Madonno

Twoje serce tak czyste, Madonno
Twoje myśli tak skryte, Madonno
Twoje słowa tak skąpe, Madonno
A twój uśmiech tak rzadki, Madonno

Twoje ciało bez grzechu, Madonno
Moje ciało bezwstydne, Madonno
Twoje szczęście tak wątłe, Madonno
Twoja rozkosz mym szczęściem, Madonno

Twoje życie niewinne, Madonno
Moje życie zachłanne, Madonno
Moja miłość spragniona, Madonno
Twoja miłość tak szczodra, Madonno

Na kolana przed tobą, Madonno
Otwórz oczy przede mną, Madonno
Przytul mnie, przytul, Madonno
Całuj moje rany, Madonno

Kadruję zdjęcie Mariki, by jak najdokładniej przypominało obraz Muncha i na lewo od jej sylwetki, na czarnym tle, wklejam pisany białą czcionką swój wiersz. Wysyłam obraz Marice, ale ona wciąż nie reaguje. Jestem tak rozczarowany! Co jeszcze mogę zrobić, by wyrazić swój zachwyt jej urodą? Jakiż hołd mogę ci jeszcze złożyć? Obraz, wiersz, modlitwa, a może to jeszcze za mało? – piszę do niej. A ty ciągle milczysz – dopisuję głęboko po północy. Jeśli chciałaś mnie upokorzyć, to ci się udało. Tak właśnie się czuję.

Śpię jeszcze, gdy nad ranem słyszę trzy sygnały SMS. Jerzy, przepraszam cię bardzo. Nie chciałam cię urazić. Gniewasz się na mnie? Nie, owieczko – odpisuję. Jest mi tylko przykro. Nie miałam pojęcia, że to dla ciebie takie ważne. Jerzy, ten wiersz był tak piękny, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jerzy, wybacz mi. Kochana owieczko, proszę, nie używaj takich słów. Nie mam ci czego wybaczać. Sprawiłam ci przykrość. Wiesz, że nie chciałam i nigdy nie chciałabym tego zrobić. Jerzy, nikt dla mnie nie pisał wierszy, nikt do mnie nigdy nie mówił tak, jak ty do mnie mówisz. Nie gniewaj się na mnie, że nie wiem, co odpowiedzieć. Strasznie mi przykro, że jest ci przykro. Owieczko kochana, przepraszam cię, że sprawiłem ci przykrość. To moja wina. Mój narcyzm. Mój egoizm. To ty mi wybacz. Jerzy, czy między nami wszystko w porządku? Nie gniewasz się na mnie? Tak, owieczko, kocham cię. To dobrze. Wystraszyłam się, że coś popsułam.

Wszystko w porządku, kochana. Czy moglibyśmy się dziś spotkać? Choć na chwilę? Dziś nie mogę – odpisuje mi moja owieczka. Przedwczoraj moja siostra urodziła synka. Obiecałam jej, że ją odwiedzę. W którym szpitalu? Marika podaje mi adres. To na drugim końcu miasta. Świetnie, że tak daleko! – odpisuję. Podwiozę cię. Nie protestuj. Będę tam, gdzie zwykle. Za dwie godziny. Za trzy – odpisuje mi moja owieczka.

Gdy do mnie wsiada, uśmiecha się takim uśmiechem, jakiego nigdy jeszcze u niej nie widziałem: Z radością, z ulgą, z czułością, z tęsknotą, ze smutkiem. Z miłością? Nie wiem. Chciałbym, żeby tak było, ale wystarcza mi, że czuję jej sympatię i pieszczotę. Mistrzyni uśmiechu. Nadstawia mi swoje usta do cmoknięcia na powitanie. Cmokam więc je z radością, a potem biorę w rękę jej dłoń, przysuwam do swoich ust i całuję – z czułością. Trzy razy. Spoglądamy sobie w oczy: Dobrze jest, wszystko w porządku – mówią nasze łzawe uśmiechy.

Prawą ręką przekręcam kluczyk w stacyjce, przesuwam lewarek na pierwszy bieg, przekładam ją na kierownicę i ruszamy. Zaraz potem wrzucam drugi bieg, skręcam w prawo na drogę główną, ale zanim zdążam dodać gazu, Marika zdejmuje lewą ręką moją prawą dłoń z kierownicy, podsuwa sobie do ust i całuje ją w kostkę środkowego palca. Trzy razy. Nie odejmując dłoni od jej ust, mówię: Trójka. Marika, nie odrywając mojej prawej dłoni od swych ust, przekłada ją sobie do prawej ręki, a lewą sięga do lewarka skrzyni biegów i wrzuca trzeci bieg. Rozpędzam samochód i mówię: Czwórka. Marika wrzuca czwarty bieg. Rozpędzam samochód jeszcze bardziej, a mój pilot wrzuca piątkę, wsuwa mi lewą dłoń pod pachę i przytula swoją głowę do mego ramienia.

Spotykamy się następnego dnia. Marika kocha się ze mną z takim żarem, z jakim kobieta musi się kochać żegnając swojego mężczyznę odchodzącego na wojnę. A może witając go wracającego z wojny? Jerzy – mówi do mnie z wciąż jeszcze nieutulonym lękiem – nie chciałabym cię stracić. Owieczko kochana, czy ty wiesz, co ty do mnie mówisz? – pytam wzruszony do granic. Przepraszam cię za ten lęk. To moja wina. Tak bardzo bym chciał zdobyć twoje zaufanie i przyjaźń. Jerzy, zdobyłeś je, wiesz przecież. Kiedy mnie tulisz i opowiadasz jakąś historię, jest mi miło i przyjemnie i wtedy jestem prawdziwa. Owieczko moja, seks przestał być dla mnie najważniejszy. On musi być, ponieważ budzisz moje pożądanie, pragnę cię, ale gdy tęsknię za tobą, to w swoich marzeniach nie wyobrażam sobie, jak się kochamy, tylko jak cię tulę w ramionach, jak z tobą rozmawiam, jak ty na mnie patrzysz i jak mnie dotykasz. Kocham cię, maleńka i chciałbym się rozpłynąć w tym uczuciu do ciebie.

Patrzę na Marikę ze łzami wzruszenia w oczach, a ona patrzy na mnie poprzez swoje łzy wzruszenia. Moje szkliste oczy odbijają się w jej szklistych oczach. Widzę w tym odbiciu, jak jej szkliste oczy odbijają się w moich. Jesteśmy jak dwa lustra postawione naprzeciwko siebie, które w nieskończoność odbijają swe odbicia. O tak, to jest korytarz, którym nawzajem możemy wejść jedno w głąb drugiego. Zapadamy się w tym naszym wzajemnym wzruszeniu. Lecę, lecę, lecę… To jest studnia bez dna. Nagle czuję, że Marika dotyka palcami swojej prawej dłoni grzbietu mojej lewej dłoni, spoczywającej do tej pory bez czucia na prześcieradle. Skąd wiedziała, że w tym momencie jest to najwrażliwsze miejsce mego ciała? Przesuwa swoje cztery palce przywodzące po moim nadgarstku przez wystające knykcie i wklęsłe zagłębienia między nimi i dalej po moich czterech palcach. Stabilizuje ten ruch swoim kciukiem, którym sunie po bocznej powierzchni mojego palca wskazującego. Gdy dojeżdża do połączenia drugiego paliczka z trzecim, odrywa od mojej dłoni wszystkie pięć palców i zsuwa je ze sobą, jakby chciała w nie zebrać nagromadzony we mnie ładunek elektrostatyczny, a potem powtarza ten ruch od nowa, a ja odczuwam za każdym razem ten sam dreszcz.

Marika jednym ruchem swojego ciała przewraca mnie na wznak i kładzie się na mnie na brzuchu. Sięga dłonią do mojej głowy i delikatnie gładzi moje włosy. Mam wrażenie, że stoją mi dęba, jak podczas eksperymentów z elektrostatyki, które robiliśmy w szkole na lekcjach fizyki. Wezbrane w moich oczach dwie łzy wzruszenia nagle pękają pod swoim ciężarem i rozlewają się mokrymi strumyczkami na skronie. Zmęczony burz szaleństwem od dawna pragnę kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany i mą bezsłowną tęsknotę usłyszy, kto rozszalałe serce me ukoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Nie płacz – mówi Marika z najsłodszym uśmiechem i scałowuje obydwa strumyki. Nie mogę w sobie pomieścić tej jej cudnej czułości i wybucham płaczem jak małe dziecko. Nie płacz – powtarza Marika. Nie poznaliśmy się po to, by płakać.

Marika całuje moje policzki, a potem moje usta. Muska i cmoka je delikatnie. Czuję na jej wargach słony smak własnych łez. Pozwól mi płakać – mówię, patrząc w jej szkliste oczy. Tak dawno nie płakałem ze szczęścia. Głaszczę Marikę po głowie, patrzę w jej niezgłębione, wpatrujące się we mnie z czułością oczy i na nowo wchodząc w ten nieskończony tunel naszych spojrzeń zaczynam szeptem recytować: Kto teraz płacze gdziekolwiek na świecie, bez powodu płacze na świecie, płacze nade mną. Kto teraz śmieje się gdziekolwiek nocą, bez przyczyny śmieje się nocą, śmieje się ze mnie. Kto, ktokolwiek teraz umiera na świecie, bez przyczyny umiera na świecie, spogląda ku mnie. Jerzy – mówi z przejęciem Marika. – Znów te twoje smutne wiersze. Skąd ty je wszystkie znasz? Siedzą mi głęboko w głowie i grają mi w głębi duszy, a ty je ze mnie wydobywasz na powierzchnię świadomości. Wierszem myślę o tobie i wierszem za tobą tęsknię.

Marika nie odzywa się słowem, za komentarz wystarcza mi głębokie, pełne wzruszenia i czułości spojrzenie jej szkliwiących się oczu. Chłonę je, pieszczę się nim i w nim się pławię. Twoje oczy lubią mnie… i to mnie zgubi – mówię cytując słowa piosenki. Och nie! – Marika stanowczo protestuje i dodaje z czułością, z czułością dotykając dłonią mojego policzka: Nie mów tak, przecież wiesz, że nie potrafiłabym zrobić ci krzywdy. Sam ją sobie zrobię – odpowiadam w zamyśleniu, może i nawet nieco za szorstko. Jerzy, proszę cię. Nie strasz mnie. Daj mi wstążkę błękitną — mówię wpatrując się od dołu w błękit rozpościerającego się nade mną nieba jej oczu – oddam ci ją bez opóźnienia…Albo — daj mi cień twój z giętką twą szyją… Nie! Nie chcę cienia. Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką, bo on nie kłamie! – mówię twardo, przemieniając łagodne spojrzenie w żądło swego wzroku. Marika drętwieje, jak od ukąszenia drętwy. Widzę w jej oczach panikę. Nie wie już sama, co jest prawdą, a co poezją, a przecież wszystko, co mówię i co przeżywam z Mariką, to najprawdziwsza prawda, zwłaszcza, kiedy wyrażam ją wierszem, cudzym lub własnym. Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko, usuwam ramię… – mówię szorstko, przebijając jej oczy kamiennym sztyletem swego spojrzenia. Zdejmuję z jej ramienia i potylicy swoje dłonie i rozkładam je zrezygnowanym ruchem na pościeli. Jerzy – mówi pełnym lęku szeptem Marika – ty naprawdę mnie straszysz. Bo piękno czasem na to jest… by wystraszało – mówię tym razem parafrazując mojego ukochanego poetę i przekształcając ostry wyraz swego spojrzenia w najczulszy uśmiech.

Jerzy – powtarza czułym szeptem Marika. Wyraz lęku znika z jej oczu i ponownie wypełniają je łzy wzruszenia. Moje, zresztą, też. To się musi skończyć płaczem – mówię wracając do poważnego tonu i przywołując nasze rodzinne powiedzenie, którego używaliśmy z dziećmi w momentach największego rozbawienia. Chciałbym, żeby spotkało to mnie, a nie ciebie. Nikogo z nas to nie spotka – mówi Marika z naciskiem, jakby wypowiadała zaklęcie i dla zwilżenia mych spragnionych ust podaje mi soczysty miąższ owocu ust swoich.

Mimo że smukłe i drobne, ciało mojej elfetki zaczyna mi trochę ciążyć, a jej kości, dlatego że smukłe i drobne, lekko mnie – uwierać. Delikatnie zsuwam ją z siebie i układamy się na boku. Marika zaciska palce prawej dłoni, obejmuje pięść palcami lewej i podsuwa sobie pod brodę. Ja robię to samo. Leżymy na boku podpierając swe brody oboma dłońmi i patrząc w głąb naszych oczu. Oczy Mariki wciąż wypełnia ten wyraz zamętu i niepewności. By go usunąć, powoli sięgam jej dłoni, delikatnie obejmuję je swoimi i przysuwam je sobie do ust, które wykonują trzy muśnięcia motyla, lecz nie siadają na nich. Następnie przystawiam do jej dłoni swój nos i wyraźnie je obwąchuję, patrząc w oczy Mariki pytającym wzrokiem. Gdy Marika już ma spytać, czy coś nie tak, z moich ust wykwita kolejny wiersz: Pani pachnie jak tuberozy. To nastraja i to podnieca. A ja lubię tuman narkozy, a najbardziej – gdy jest kobieca. Uśmiechamy się do siebie z czułością. Mówię ładnie? – Marika z uśmiechem kiwa głową na tak, myśląc, że to moje pytanie, a nie dalszy ciąg wiersza. …I melodyjnie? Zdania perlę jak z pereł kolię? Gdy się reflektuje, że wpadła w pułapkę, wybucha bezgłośnym śmiechem z samej siebie, aż jej się ramiona trzęsą, po czym, wciąż się uśmiechając, kręci głową z niedowierzania, jak łatwo dała się w nią złapać. Gdy się uspokaja, wyraźnie czeka na ciąg dalszy, a na jej twarzy zastyga czuły uśmiech porozumienia. Przeciągam ten moment ciszy, delektując się jej spojrzeniem, po czym kończę frazę: Pani patrzy – melancholijnie… Skąd ma pani tę melancholię? Jerzy, skąd ty się wziąłeś? – szepce Marika, czule przeciągając „e” przy wypowiadaniu mojego imienia. Spadłem z księżyca, a potem ty spadłaś mi z nieba. A ty, owieczko, skąd ty się wzięłaś? Nie wiem. Nie było mnie. To ty mnie wynalazłeś, to ty mnie wymyśliłeś. Gdy wrócę do domu, rozpłynę się w powietrzu. Założę kapcie i znów się przemienię w Kopciuszka. W kapciuszka? – Przyciągam ją do siebie i łaskoczę pod pachami. Marika śmieje się wniebogłosy i próbuje mi się wyrwać. Luzuję uścisk i przysuwam swoją twarz do jej twarzy. Wyciskam na jej ustach trzy wesołe buziaki, a potem dwa wyraźnie lżejsze… i jeszcze lżejsze… i jeszcze… Marika zamyka oczy, a ja znów uczę moje usta dotyku motyla.

Rozdział VI (ok. 14 minut czytania)

Ale ostatnio się rozgadałam – mówi Marika podczas następnego spotkania, gdy wreszcie ze spokojem wtulamy się w siebie po osiągnięciu szybkiego rozładowania. Jeszcze nigdy nie wypowiedziałam tylu słów bez przerwy. Eee, chyba żartujesz – podaję w wątpliwość to, co mówi. Naprawdę. Nikt ze mną nie rozmawia tak jak ty. Wszyscy tylko mówią: Cześć, co słychać, co robisz, dokąd idziesz, jak ci się podobał film? I odpowiadają: Wszystko w porządku, idę na zakupy, świetny był. A jak się spotykacie w jakimś większym gronie? To trochę świrujemy, śmiejemy się, niektórzy opowiadają dowcipy, ale to nie są rozmowy. Ty też opowiadasz dowcipy? Ja? – pyta Marika podnosząc wysoko brwi. I lekko kręcąc głową odpowiada: – Nie.

A ze mną lubisz rozmawiać? Marika spogląda mi w uczy z czułością, lekko napręża policzki w wyrażającym ufność uśmiechu i mówi: Bardzo. Przytula głowę do mojej piersi i szepce tak, że czuję na swojej skórze tchnienie jej ust. Czuję się przy tobie taka bezpieczna. Nie obawiam się niczego, niczego się nie wstydzę. To dobrze, kochana owieczko. Przytul się mocniej. Okryję nas kołdrą, żebyś nie zmarzła. Jesteś taki opiekuńczy. Na pewno byłeś świetnym ojcem.

Nie do końca, choć rzeczywiście, przez dwadzieścia lat byłem tatusiem i byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy. Lubiłem bawić się z dziećmi w odkrywanie świata. Podnosiliśmy kamienie, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w lesie rozgarnialiśmy krzaki, żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie kryje. Gdy wybieraliśmy się samochodem w dłuższą trasę, którą już znaliśmy, ja szukałem jakichś skrótów drugorzędnymi drogami, żeby zobaczyć dokąd nas zaprowadzą, gdy skręcimy w bok od szosy głównej. Zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego, ale najbardziej się cieszyliśmy, gdy zabrnąłem w jakąś ślepą uliczkę, kończącą się wjazdem do chłopskiego gospodarstwa z kupą gnoju na podwórzu. Dzieci się ze mnie śmiały: Tatuś-odkrywca, dzisiaj odkrył kupę gnoju. Lubiliśmy te nasze włóczęgi. Najpierw po kraju, potem trochę po świecie. Nie było w nich chwili nudy, nawet gdy przemierzaliśmy jakąś trasę przez kilka godzin. Lubiliśmy grać w „Kto to jest?”. Po kolei jedno z nas wymyślało jakąś postać, a reszta zgadywała, zadając pytania, na które odpowiadało się tylko „tak” lub „nie”. Tak się w tym wyspecjalizowaliśmy, że wystarczało nam kilka pytań, by odgadnąć o kogo chodzi, nawet jeśli to były najbardziej absurdalne pomysły, na przykład, rowerzysta, którego właśnie minęliśmy albo osiołek, na którym Maryja z Dzieciątkiem i Józefem uszli do Egiptu przed prześladowaniami Heroda. Każdy z nas zabierał ze sobą zestaw kaset, których słuchaliśmy po kolei. I nie było żadnego marudzenia. Jak jazz, to jazz, jak Michael Jackson, to Michael Jackson, jak ballady, to ballady. Przeszliśmy razem wszystkie nasze góry ze wschodu na zachód i z powrotem. Każdego lata przynajmniej tydzień albo dwa spędzaliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi na żaglach i na kajakach. Lubiłem to najbardziej, bo to była najlepsza szkoła dla małych dzieci. Uczyły się obowiązku, ostrożności, pracy, przewidywania, zasad bezpieczeństwa. No i niezapomniane noce w środku lasu, przy ognisku, z opowieściami i piosenkami. Często sen na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem, liczenie meteorów. Gdyby nie te nasze wyjazdy, one, mieszkając w mieście, nie znałyby smaku deszczu i wiatru, śniegu i mrozu. Nie wiedziałyby, jak rozgwieżdżone może być niebo. Nie wiedziałyby, kiedy księżyc się cofa, a kiedy dopełnia. Gdy miały dwanaście lat, mówiły płynnie trzema językami, a gdy czternaście – miały patenty żeglarskie, jeździły konno, na nartach – super, coś tam potrafiły zagrać na pianinie i na gitarze, ale żadna z nich nie potrafiła jeździć na rowerze. Przeze mnie. Próbowałem je nauczyć, gdy miały cztery lata czy pięć, ale im nie wychłodziło. Złościłem się na nie tak, że obie się zraziły tak bardzo, że przez całe lata nie dawały się namówić, by wsiąść na rower. Strasznie mnie to martwiło, że takie duże dzieci, które wszystko potrafią, nie potrafią jeździć na rowerze i wyrzucałem sobie, że to przeze mnie. Ale gdy miały pojechać na obóz survivalowy, przełamały się. Nie chciały, żeby inne dzieci się z nich śmiały i nauczyły się. W jeden dzień. Odetchnąłem z ulgą, ale ten rower ciążył mi przez całe lata.

A ty potrafiłaś jeździć na rowerze jako dziecko? Tak – uśmiecha się Marika. Dostałam na pierwszą komunię piękny rower od chrzestnego. Z różową ramą i białymi oponami. Nawet nim jeździłam przez miesiąc. Czemu tylko przez miesiąc? Przebiłam oponę. I nie miał mi kto naprawić. No, a tata? Ciągle zapominał kupić łatki i klej. A mama nie mogła go przycisnąć? Mama mówiła, że ze mną są ciągle jakieś kłopoty, chociaż nie było żadnych. A jak już się jakiś pojawił naprawdę, to mówiła, że ze mną nie ma żadnych kłopotów. A babcia? Wybacz, babcia nie naprawiała rowerów. Naprawił mi go tata mojego kolegi w następnym roku. Gdy zauważył, że nie jeżdżę, spytał, dlaczego. Wziął bez pytania mój rower, który stał w wózkowni i oddał mi go po godzinie. Dziura zaklejona, koła napompowane, łańcuch nasmarowany, możesz śmigać – powiedział. Miły pan. Tak, mieszkał dwa piętra pod nami. Jego syn chodził ze mną do klasy. Tak samo nieśmiały jak ja, ale gdy jego tata oddawał mi naprawiony rower, on stał obok niego dumny jak paw i wyprężony jak struna. Bardzo się ośmielił. Potem często podbiegał do mnie, ściągał mi z włosów frotkę i uciekał. Następnego dnia znajdowałam ją założoną na klamkę od naszego mieszkania. Ja niby się na to złościłam, ale w głębi duszy cieszyłam się, że ktoś się do mnie zbliżył, że coś się koło mnie dzieje. Do dziś jego tata, kiedy mnie spotyka, gdy przychodzę odwiedzić moich rodziców, zagaduje mnie i mówi: Marika, jaka ty jesteś piękna. Tyle razy mówiłem swojemu Danielowi, żeby się koło ciebie zakręcił, a on przegapił taką okazję.

Poprawiam ułożenie mojej owieczki w objęciach i całuję ją w czubek głowy. Gdzie spędzasz Święta? – pyta mnie Marika. W cyrku, jak co roku – odpowiadam jej z figlarnym uśmiechem. Marika zwraca twarz ku mojej i odpowiada mi swoim rozbrajającym uśmiechem: Znów te twoje tajemnicze żarty. Nie, żadna tajemnica. Co roku urządzamy cyrk bożonarodzeniowy, Christmas Circus. My wszyscy bardzo lubimy tradycję. Walentynki, urodziny, malowanie jajek na Wielkanoc, śmigus-dyngus, odwiedzanie grobów na Zaduszki, prezenty na Mikołaja, no i cały ten cyrk na Gwiazdkę. Mamy wielki salon. To właściwie jedno wielkie studio, wysokie prawie na dwa piętra, mnóstwo przestrzeni, jak w jakimś lofcie. Mamy gdzie się pomieścić, więc od lat wszystkie większe imprezy rodzinne organizujemy u nas. Na Wigilię przychodzi do nas ze dwadzieścia osób. Nie tylko najbliższa rodzina. Starsza generacja powoli się wykrusza, więc zapraszamy tych, co zostają sami. Czasem przyjedzie ktoś z przyjaciół naszych dzieci, kto nie udaje się do domu, bo ma za daleko: do Ameryki, Japonii czy Australii. Przygląda się z zaintrygowaniem tym wszystkim naszym dziwnym zwyczajom, bo oczywiście musi być sianko pod obrusem, łuska z karpia pod talerzem, dwanaście potraw, kompot z suszonych owoców, uszka, pierogi i tak dalej. I wszystko robione własnoręcznie w domu.

Na dwadzieścia osób, to musicie mieć naprawdę dużo pracy. Nie jest tak źle, każdy bierze coś na siebie i przynosi jedną gotową potrawę: pierogi, uszka, karpia, kluski z makiem. No i mamy dużo młodzieży, więc miło popatrzeć, jak śmigają przy stole, obsługując dziadków. Dziewczyny i chłopaki. A potem śpiewamy kolędy. Dzieci grają na pianinie, a reszta śpiewa. Oczywiście, znamy tylko pierwsze zwrotki, ale każdy może dostać śpiewnik ze słowami, jeśli potrzebuje. Nawet goście z zagranicy próbują z nami śpiewać, choć nie rozumieją słów. Ale każdy i tak dostaje swoją szansę, bo na koniec śpiewamy Cichą Noc we wszystkich językach, jakie znamy: po naszemu, po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku. To musi niesamowicie brzmieć. Tak, lubimy to bardzo. Po naszemu śpiewają prawie wszyscy, po angielsku tylko połowa, po niemiecku trzy lub cztery osoby, po francusku i hiszpańsku – też dwie lub trzy. Najfajniejsza jest ostatnia zwrotka, którą śpiewamy wszyscy, każdy w języku, jaki zna. No a potem prezenty. Do znudzenia, bo pod choinką leży ich cała góra. Na szczęście nie każdy kupuje każdemu, bo inaczej byłoby dwadzieścia do kwadratu. Patrzę na Marikę. Uśmiecha się. Moja uczennica chyba wie, jak to obliczyć, ale nie zgłasza się do odpowiedzi.

Magiczna atmosfera. Dobrze mówisz, bo na pewno nie religijna. Do kościoła chodzą tylko dziadkowie, a z następnych generacji chyba nikt nie jest wierzący. A ty jak spędzasz Święta? – pytam Marikę. Idziemy do rodziny Łukasza, do mojej – też, chociaż chyba nie powinniśmy. Czemu? Matka powiedziała do mnie: Są Święta. Adres znasz. Jeśli chcesz, możesz nas odwiedzić. Miłe zaproszenie. Właśnie. I co mam z tym zrobić? Obrazić się? Nie. To byłoby najgorsze. A Sylwester? Wyjeżdżamy do znajomych na wieś. Właśnie jutro się z nimi spotykamy, żeby ustalić szczegóły.

I jak się udał świąteczny cyrk? – pyta mnie Marika podczas następnego spotkania. Świetnie. Doszły nam trzy nowe języki do Silent Night, bo okazało się, że nasi Anglicy są Brytyjczykami z Walii, a dzieci zaczęły uczyć się arabskiego i japońskiego. A jak u ciebie? Niespecjalnie. Moja rodzina się mnie czepiała. Zostawiłam ich i poszłam odwiedzić sąsiadów. Ja się u nich czuję lepiej niż we własnym domu. Rodziców Daniela? Tak – odpowiada mi Marika z łagodnym uśmiechem wzruszenia na twarzy. A Daniel też był? No taak – Marika potwierdza jakby z uśmiechem zawstydzenia. Idę z nim na Sylwestra. Jego znajomi organizują u siebie imprezę.

A co z wyjazdem? – pytam ją z surowym wzrokiem. Nic. Łukasz wyjeżdża sam. Pokłóciliśmy się. Niedobrze. Nie cieszy mnie to, a martwi. Nie, Jerzy, nie martw się o mnie. Tak jest dobrze. Musimy to zakończyć. Martwię się o ciebie, owieczko. Twoja łódeczka taka maleńka, a ocean życia ogromny. Dokąd ty się wybierasz, mała dziewczynko? Sama w świat? Jerzy, tylko ty jeden myślisz o mnie jak o małej dziewczynce, a ja nią już od dawna nie jestem. Jestem dorosłą kobietą, jestem mamą. Z tym większą troską myślę o tobie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić – Marika głaszcze mnie wnętrzem dłoni po policzku. Ja się o nią martwię, a ona mnie pociesza, żebym się o nią nie martwił. Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty.

To nasz kraj

To nasz kraj

Słowa: Jerzy Kruk

Muzyka: Madness – Our house

Prezes długo nie mógł wstać
Rankiem nie zawarczał dziś
W noc go naszła złota myśl
Jak ulepszyć by nasz kraj
Jak uszczelnić okna w nim
I jak pozamykać drzwi

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Marionetki idą w tan
Jak im zagra starszy pan
I pojmują wszystkie w mig
Co gdzie kiedy jak ma być
Starczy jeden S-M-S
I wiadomo wszystko jest

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Klamek już nie mamy w drzwiach
Pleksi w oknach zamiast szyb
I gumowe ściany są
Krzywdy nam nie zrobi nikt
Tu wariatów mamy dom
Gdzie szczęśliwi wszyscy są

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Czy pamiętasz tamte dni
Kiedy już nie kłamał nikt
Czy pamiętasz tamten czas
Gdy łączyło wszystko nas
Szczęście prawda dobre sny
Śniłem ja i śniłaś ty

Dziś niedziela a więc ksiądz
W złoty ornat ubrał się
Spod ornatu czarny wąż
Przed ołtarzem wije się
Brzęczy pieniądz bije dzwon
Ciągnie lud ze wszystkich stron

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
Twierdza w środku kontynentu
To nasz kraj
Gdzie zniknęły dobre sny

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj

Rozdział V (ok. 30 minut czytania)

Na początku następnego spotkania Marika wsiadając do mojego samochodu wita mnie promiennym uśmiechem. Zwykle wsiada jakby zafrasowana, a może i nawet trochę wystraszona, i mówi: Jedziemy! Albo: Uciekamy stąd!

Wiesz, że dziś po raz pierwszy przywitałaś się ze mną z uśmiechem? Cudny. Marika gasi ten uśmiech radości i zastępuje go uśmiechem zakłopotania pomieszanego z zawstydzeniem, jakbym przyłapał ją na czymś, co robi bez kontroli. Wtedy wciąż jeszcze tego nie wiem, ale jest to ostatni radosny uśmiech, jaki dostaję od niej na powitanie. I nie wiem też, że w zanadrzu ma jeszcze jedną niespodziankę. Czyżby nagroda za tamtą lekcję?

Gdy wchodzimy do pokoju, w hotelu, Marika mnie przeprasza i wychodzi do łazienki. Rozbieram się i czekam na nią w łóżku przykryty do pasa kołdrą. Marika wraca, ostrożnie stawiając nogi i lekko stukając o podłogę obcasami czarnych szpilek. Jest o kilka centymetrów wyższa niż boso. Nogi w czarnych kabaretkach przypiętych paskami do obcisłego jedwabnego gorsetu, również czarnego, ze złotą lamówką. Teraz rozumiem, do czego był potrzebny ten ostry złoto-czarny makijaż, który zwrócił moją uwagę podczas naszej rozmowy w samochodzie. „Czarna madonna, czarny anioł – rozlegają mi się w głowie słowa piosenki – za każdym razem ten sam dreszcz. Jedna jedyna w swym rodzaju niedościgniona złodziejka serc”. Marika staje tyłem u szczytu łóżka, widzę jej cudnie zaokrąglone pośladki, prawie całe odkryte. Dopiero teraz spostrzegam, że pod gorsetem ma jeszcze czarne jedwabne majtki, które szerokim klinem zbiegają się z jej bioder, by zniknąć wąskim paskiem w zakamarku jej krocza. Mój niecierpliwy przyjaciel też chce wszystko widzieć. Pręży się tak mocno, jak tylko potrafi. Marika odwraca do nas twarz i pyta: Znasz ten strój? Tak. W to byłaś ubrana na pierwszym zdjęciu, które mi przysłałaś. Jak dziwka? Leżę na wznak z rękami pod głową. Pierś mi faluje i głośno przez nozdrza wypuszczam powietrze. Nie. Czarna madonna, czarny anioł. Anioł chyba nie. Dziś moje diabelskie wcielenie.

Marika wchodzi w butach na łóżko i siada mi na piersi. Chcę wyciągnąć rękę zza głowy, by ją pogłaskać, ale ona mówi: Ręce przy sobie. I podsuwa mi do ust wewnętrzną stronę nagiego kawałka swojego uda. Całuję je, gdzie tylko uda mi się sięgnąć. Próbuję unieść głowę w kierunku jej pachwiny, ale ona mówi zdecydowanie: Nie podnoś głowy. W ogóle się nie ruszaj. Mam cię przywiązać? Wstaje i obraca się do mnie tyłem. Znów siada na mojej piersi i tym razem podsuwa mi do całowania nieosłonięte części swoich pośladków. Całuję je ustami, pieszczę językiem i pożeram wzrokiem. Mój przyjaciel też się domaga pieszczot, ale Marika wita się z nim na razie tylko kurtuazyjnym podaniem dłoni. W końcu znajduje trochę litości i wita się wylewnie i po przyjacielsku z nami dwoma. Najpierw ze mną – cudownym pocałunkiem swych szeroko otwartych ust i lizaniem językiem obu moich policzków, od wewnątrz. Wita mnie długo i czule. Co ja mówię! Wylewnie i wyuzdanie. Gdy znów chcę nieco unieść głowę, by moje usta i język miały trochę więcej swobody w tym powitalnym uścisku, Marika powtarza zdecydowanie: Nie podnoś głowy. Żadnych ruchów. Po czym udaje się na powitanie mojego przyjaciela, który z daleka wyciąga do niej szyję i mruga z radości swym jedynym oczkiem. Marika bierze go czule w objęcia swoich ust, jakby się nie widzieli co najmniej od roku. Następnie ściąga z siebie jedwabie, przysiada tyłem do mojej twarzy i wsuwa sobie mojego przyjaciela między nogi, ale ani on, ani ja nie jesteśmy zachwyceni. Marika przysiada pewnie na odzianych w buty stopach, opiera się dłońmi o moje kolana i ćwiczy przysiady, ale tylko do połowy. Coraz szybciej i szybciej. Usiądź, proszę, do końca. Nie, sorry, dziś ja rządzę. Proszę, błagam – mówię, ale Marika pozostaje nieubłagana i zamiast tego robi coś zupełnie odwrotnego. Wstaje i dwoma kopnięciami zrzuca na podłogę swoje pantofelki. Odwraca się twarzą w moja stronę, rozsuwa na boki moje nogi i siada pośladkami pomiędzy moimi udami. Zapiera się z tyłu rękami i znów bierze mojego przyjaciela w objęcia. Tym razem – swych zwinnych stóp. Pieści go, biorąc raz po raz pomiędzy palce, pomiędzy śródstopia, pomiędzy pięty albo kostki. Nie mogę się nadziwić zwinności jej stóp, gdy jedną podkłada od spodu, a drugą gładzi mojego przyjaciela z góry. W pewnym momencie moja zwinna artystka podnosi ręce i bierze w nie swoje stopy, zaciskając mojego przyjaciela w kleszczach ostatecznej rozkoszy. Spomiędzy jej stóp wytryska mała fontanna. Nie taka, jak przed laty, ale na tyle radosna, byśmy obydwoje wybuchnęli śmiechem spowodowanym poczuciem ulgi i przyjemności.

Pomoczyłam sobie pończochy – śmieje się Marika – będę musiała je zaprać. Zdejmuje je, rzuca na podłogę obok łóżka i układa się koło mnie. Pragnę cię coraz bardziej – mówię do niej, a ona dotyka wnętrzem dłoni mojego policzka i głaszcze mnie po nim, a potem składa na mych ustach słodkie cmoknięcie swych ust i patrzy mi w oczy z radosnym uśmiechem. To chyba dobrze – mówi. Za pierwszym razem myślałam, że się tobie nie podobam. Czemu tak pomyślałaś? Nie wiesz? Nie byłeś taki gotowy jak dziś. Och, przepraszam. Chyba byłem trochę stremowany. Stremowany? Nie wierzę. Chyba trochę rozczarowany. Pamiętam twoje zaskoczenie, gdy mi zdjąłeś stanik i zobaczyłeś kolczyki w sutkach. A potem majtki, i jak cię przeraził kolczyk w mojej łechtaczce. Wykręciłam je dla ciebie. Przepraszam, że nie oponowałem. Nie ma sprawy. Nie mogłam ich sobie z powrotem wsadzić i musiałam iść do kosmetyczki, żeby mi na nowo przekłuła dziurki. Przepraszam cię, owieczko. Ale za drugim razem, gdy chciałaś je wyjąć, powiedziałem, żebyś je zostawiła. Marika uśmiecha się do mnie słodko. I chyba byłem już trochę twardszy? Tak – mówi Marika. Czasem nawet za twardy i za duży. Nie wierzę, jak mógłbym być za twardy lub za duży. Przecież każda kobieta… Nie masz racji – przerywa mi Marika. Duży penis nie zawsze jest atutem. Najważniejsze, że się uczysz, jak być delikatnym. Uczę się? A jeszcze nie potrafię? Oooo…. – śmieje się Marika. Starasz się, ale ci jeszcze dużo brakuje. Ale przecież nie jestem gruboskórnym draniem? Oczywiście, że nie. Jesteś bardzo czuły i opiekuńczy, ale czasem ruszasz się w łóżku jak słoń w składzie porcelany. Przepraszam cię, moja krucha chińska filiżanko, zwrócę na to uwagę.

Przysuwam sobie jej dłoń do ust i składam kilka czułych pocałunków po jej grzbietowej stronie. Mogę się napić? Oczywiście – odpowiada mi zdziwiona Marika. – Czemu pytasz? Bo chciałbym to zrobić z chińskiej filiżanki. Wstaję i przynoszę do łóżka butelkę z wodą mineralną. Układam dłoń Mariki w kształt miseczki i mówię: Zaciśnij, żeby się nie wylało – i nalewam w nią po same brzegi wodę, a potem się schylam i wypijam wszystko, wysysając na koniec ostatnie kropelki. Ja też chcę – mówi Marika z jakąś niezwykłą powagą w głosie. Pochylam butelkę z wodą i czekam, aż mi nadstawi dłoń, ale ona mówi: Nie mam miseczki.

Przechodzi mnie dreszcz zachwytu. Układam swoją dłoń w kształt miseczki, napełniam wodą z butelki, a Marika przysuwa ją sobie ostrożnie do ust. Nie chcąc uronić ani kropli, musi ją lekko wykręcić, co sprawia mi niewielki ból. Następnie wypija jej zawartość patrząc mi w oczy z najwyższą powagą.

Na następnym spotkaniu pytam: Wiesz, po czym rozpoznaję swój stan prawdziwego zakochania? Po czym? Po tym, że piszę wiersze. Chciałbym ci przeczytać, co napisałem dla ciebie. Naprawdę? – pyta Marika. Tak. Napisałem wiersz dla ciebie. O rety, aż się boję. Nie ma czego, posłuchaj:

Jeszcze jedna taka wiosna
Choćby jeden maj
Jedna noc do brzasku


Jeszcze jeden świt
Chłód poranka
Ptaków śpiew
I akacji zapach

Jeszcze jedno rozmarzenie
Jeszcze jedno pożądanie
I marzeń spełnienie

Jeszcze jedno przewieszenie
Sukienki na krześle
Jeszcze jedno łopotanie
Firanek na wietrze

Jeszcze jeden deszcz ożywczy
Jedna błyskawica grzmot
Jeszcze jedna tęcza

Jeszcze jedno pobłądzenie
W lesie twoich włosów
Jeszcze jedno zasłuchanie
W szum twego oddechu

Jeszcze jedno kołysanie
Rytmem twego serca
Jeszcze jedno falowanie
Po morzu twych piersi

Jeszcze jedno zamyślenie
Jeszcze jedno zapatrzenie
W twoje ciało po horyzont

Marika długo nic nie mówi, tylko patrzy mi w oczy z czułością i zachwytem. Jej policzki promienieją uśmiechem ufności. Piękne – odzywa się wreszcie. Chciałabym to zapamiętać. Nie musisz – sięgam do kieszeni leżących na podłodze spodni i podaję jej złożoną na cztery kartkę papieru z napisanym odręcznie wierszem. Marika kładzie się na wznak, podnosi kartkę na wysokość twarzy i czyta ponownie wiersz w milczeniu. Składa kartkę i mówi: Jerzy, ja nie zasługuję na wiersze. Leżę na lewym boku i patrzę na jej profil. Udając smutek, z kamienną twarzą odpowiadam innym wierszem, tym razem nie moim własnym: Za smutek mój, a pani wdzięk, ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii, a pani cóż, nie chce tych róż, że takie brzydkie i że z kolcami… Jerzy, jest piękny. Zachowam go. Będę musiała tylko schować, żeby go czasem mój mąż nie znalazł. A jak wam się układa? Coraz gorzej. Przykro mi to słyszeć. Czemu tak się dzieje? Po prostu przestaliśmy się kochać. Coś we mnie pękło w ostatniego Sylwestra. Łukasz się upił i zrozumiałam, że od dłuższego czasu czuję do niego niechęć. Z powodu upicia się? I to w Sylwestra? Gdyby Anna miała mnie zostawić z powodu upicia się, zrobiłaby to już ze sto razy. Nie o to chodzi. On nic złego nie zrobił. Wszyscy mieliśmy mocno w czubie, zwłaszcza panowie, ale wszyscy świetnie się przy tym bawili. Tańczyli, wygłupiali się. A on zapadł się w sobie, a potem zasnął na siedząco. Wystraszyłam się, że takie może być całe nasze życie. Przemilczane, przespane. Jak u moich rodziców.

A jak było u rodziców? Widzę, że Marika albo się zastanawia, jak mi to opowiedzieć, albo waha się, czy mi to w ogóle powiedzieć. Nie lubiłam swojego domu. Od zawsze, od kiedy tylko pamiętam. Moi rodzice się nie kochali. Traktowali siebie nawzajem jak powietrze. Powietrze, którego nie widać, ale którym się oddycha, by żyć. Pobrali się, ponieważ mama zaszła w ciążę. Ze mną. Ona była ładną kobietą, tata też nie był najbrzydszy, ale ona chyba liczyła w życiu na coś więcej. Była urzędniczką, po liceum ekonomicznym, a ojciec pracował jako monter w gazowni. Gdy mnie spłodzili, mieli po dwadzieścia lat. Nie mieli mieszkania i wprowadzili się do babci, która miała dwupokojowe mieszkanie. Akurat rok wcześniej umarł dziadek i jeden pokój był wolny. W zasadzie to był pokój mojej mamy, bo ona nigdy nie wyprowadzała się z domu. Mieszkała w tym pokoju od dziecka z siostrą, ale jej siostra poznała pewnego Włocha i wyprowadziła się do niego, więc moja mama miała pokój tylko dla siebie. Tata się do niej wprowadził i mieszkali tam we dwoje, a potem była nas trójka, chociaż ja nie pamiętam, żebyśmy mieszkali we trójkę w jednym pokoju. Pamiętam tylko, że zawsze spałam z babcią w małym pokoju. Mama spała sama w dużym pokoju, a tata rozkładał sobie na noc łóżko polowe w kuchni. Mama go tam wysyłała, bo strasznie chrapał, przez co mama nie mogła spać. Ona go całkowicie stłamsiła. On nie miał własnej woli ani swojego zdania. Pamiętam, że, gdy byłam już większa, widziałam, jak dwa razy w miesiącu przynosił wypłatę. Kładł przed nią na stole odcinek i pieniądze, co do grosza. Mama przyjmowała to z obojętnością i mówiła do niego z pogardą,… może nie z pogardą, ale z lekceważeniem: Nawet na piwo nie poszedłeś z kolegami? A on na to odpowiadał, że nie jest z tych, co wystają pod budką z piwem. Gdy tylko zjadł obiad, który gotowała babcia, zaraz uciekał do klubu brydżowego. Wracał dopiero wieczorem, gdy mama oglądała telewizję. Ale on nigdy nie dotykał pilota. Nawet jak był jakiś mecz, a mama chciała oglądać coś innego, mówił, że wystarczy mu, że pozna wynik. Mama też zwykle znikała na plotki z koleżankami. Szły na kawę albo do „kina na obcasach”. W pokoju zawsze stała szachownica z poustawianymi figurami, a w regale tata miał swoją półkę na czasopisma brydżowe i szachowe. Najgorsze były niedziele, bo wszyscy byliśmy razem. Ojciec siedział sobie cichutko i analizował partie szachów albo brydża, a mama przeglądała czasopisma dla kobiet albo rozwiązywała krzyżówkę. Ja siedziałam jak mysz pod miotłą. Gdy tylko odezwałam się głośniej, albo spróbowałam pobiegać, mama zawsze mówiła: Marika, nie szalej, przeszkadzasz tatusiowi się skupić. Nie lubiłam wychodzić na podwórko, bo tam dzieci bawiły się głośno, biegały, krzyczały. Cały czas to słyszałam, bo jedno okno mieliśmy od podwórza.

Jak byłam mała, babcia codziennie odprowadzała mnie do szkoły, a kiedy była wywiadówka, mama próbowała wypchnąć na nią tatę, ale tata mówił, że on by się tam źle czuł, bo na pewno będą same mamy. Wtedy babcia mówiła, że ona pójdzie. Gdy babcia umarła, byłam w piątej klasie. I wtedy nie miał kto chodzić na wywiadówki. Czasami chodziła mama, ale najczęściej coś jej wypadało. Mówiła, że nic się nie stało, bo przecież ze mną nie ma żadnych problemów, bo jestem w szkole grzeczna i mam całkiem dobre stopnie. A gdy zabrakło babci, to z kim zostawałaś? Jak to z kim? Sama. Przecież byłam już duża. Czasami przychodziła do mnie moja siostra i zostawała na kilka nocy. Okazało się, że ten Włoch, jej ojciec był żonaty. Wrócił do siebie do kraju, ale przynajmniej zostawił im mieszkanie. Moja ciotka była strasznie głupia. Uganiała się za mężczyznami, a córeczka jej w tym przeszkadzała, przywoziła ją więc czasem na kilka dni do babci, a potem już tylko do mnie. Byłyśmy ze sobą po południu i wieczorami, bo ona chodziła do innej szkoły. Po śmierci babci miałam pokój tylko dla siebie, mama spała w salonie, a ojciec ciągle w kuchni. Czasami widziałam, jak ojciec w kuchni podchodzi od tyłu do mamy, przekłada jej ręce pod pachami, łapie ją za piersi i próbuje pocałować w kark. Wtedy ona zwykle mówiła: Daj spokój, dostałeś już nagrodę. Byłam już na tyle duża, żeby wiedzieć, że to seks był w nagrodę. Musieli to robić, gdy wychodziłam z babcią na spacer albo do kościoła, a jak już nie było babci – to do kina. Gdy mu się trafiła jakaś fucha i zarobił dodatkowe pieniądze, przynosił jej je jak pies w zębach i mówił: Kup sobie jakiś płaszczyk albo buty.

Nie mogłam tego znieść. Gdy miałam szesnaście lat, wyprowadziłam się z domu. Dzięki temu on zaczął sypiać w pokoju, jak człowiek. I dokąd się wyprowadziłaś? Mieszkałam z różnymi ludźmi. Wynajmowaliśmy mieszkanie w kilka osób. Miałaś pieniądze na czynsz? Oczywiście. Od razu zaczęłam pracować. Co robiłaś? Sprzedawałam kebab, kurczaki, czasem gotowałam w jakimś barze, zmywałam… Takie prace. A co ze szkołą? Chodziłam do technikum gastronomicznego, ale mi się nudziło. Nie miałam czasu ani chęci na naukę i przeniosłam się do zawodówki. O jakim profilu? To samo. Handel i gastronomia. Nauczyciele mi mówili, że nie pasuję do tej szkoły, że powinnam robić coś lepszego, ale mi to odpowiadało. A rodzice? Co na to? Nic. Matka tylko powiedziała: Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

A jak zostałaś modelką? Przypadkiem. Poszliśmy z Łukaszem po ślubie zrobić sobie zdjęcia. Bardzo fajnie wyszły. Fotograf od razu zauważył, że mam talent do pozowania i zaproponował mi sesję. Rozbieraną? Niee. Glamour. Chcesz zobaczyć? Jasne. Marika sięga po komórkę. Widzę, że przerzuca jakieś kolorowe zdjęcia i zatrzymuje się na kilku w kolorze sepii. Leży na nich w skromnej, ale eleganckiej sukience i tęsknym wzrokiem wpatruje się w obiektyw. Ładne – mówię. Lubię je najbardziej, chociaż wyglądam na nich jak klucha, bo to było parę miesięcy po urodzeniu Elizy. Potem dostałam inne propozycje i trafiłam do studia, w którym kręcimy łaskotki.

Ale czemu ci o tym opowiadam? Mówiłaś o Sylwestrze. No tak. Kiedy zobaczyłam Łukasza takiego sflaczałego, pomyślałam sobie o moim ojcu. Nie chciałam mieć takiego życia jak moi rodzice. Łukasz to dobry człowiek, zwłaszcza świetny ojciec. Dużo czasu poświęcał Elizie, ale myślał, że jak zarobi na rodzinę i trochę się zajmie dzieckiem, gdy jest w domu, to wystarczy. A ja chciałam czegoś więcej. Gdzieś wyjść, pogadać o czymś. Pomyślałam sobie, że jestem za młoda, żeby tak przedreptać przez życie, bez rozmowy, bez uczucia i zaproponowałam mu, żebyśmy się rozwiedli. On nie chciał o tym słyszeć. Był bardzo zdziwiony, bo myślał, że wszystko jest w porządku, ale potem mi przyznał rację, że nic nie jest w porządku. Zaczęliśmy spać osobno. Ja z Elizą, a on sam. Mimo to poprosił mnie, żebyśmy dali sobie jeszcze przez pół roku szansę. I że jeśli przez ten czas nic się nie zmieni, to pomyślimy o rozwodzie. Ale po pół roku było tylko gorzej. Wtedy on mi zaproponował kolejne trzy miesiące, do końca roku, po których zrobiło się kompletnie źle. Już prawie nie rozmawiamy ze sobą. Rozmowy ograniczają się tylko do wymiany informacji o dziecku. On jest stale w warsztacie i wpada czasem do domu znienacka. Więcej chyba zdarzy mi się porozmawiać z sąsiadką niż z nim. Ostatnio nawet całe noce spędza w warsztacie, bo mają dużo zleceń. Jest coraz więcej bolesnych słów i gestów. Nawet jakbyśmy chcieli, nie da się już tego posklejać. Wczoraj w ciągu całego dnia były dwa zwroty akcji. W jednym – chciałam się do niego przytulić, ale on mnie odepchnął, w drugim – podszedł do mnie, przytulił się i kiedy chciał mnie pocałować, odwróciłam głowę w drugą stronę. To nie było kontrolowane. Raczej samoistne. Już takie mam odruchy.

Zgoda, to są odruchy, może i niekontrolowane, ale – jak widzę – pojawiają się zarówno te negatywne, jak i pozytywne, może więc coś z tego będzie, może się rozwiną. Może to są pączki, które muszą przetrwać zimę, z których rozwiną się piękne kwiaty? Sprawę załatwiłby seks. Przywraca równowagę, bliskość, wymazuje błędy. Ran może nie leczy, ale goi małe zadraśnięcia. No, ale jeśli on nie podejmuje akcji… Nie mówię, że ma wziąć cię siłą, ale powinien wykorzystać siłę seksu. Wystarczy położyć się razem do łóżka, nawet jeśli będziecie zwróceni każde w inną stronę, i zasnąć. Pożądanie przyjdzie samo. Od przypadkowych dotknięć, delikatnych muśnięć. Mężczyzna w wieku twojego męża powinien mieć erekcję w wyniku samej obecności tak pięknej, bliskiej i prawdopodobnie wciąż jeszcze kochanej kobiety. Wystarczy, żeby ci ją pokazał, przytulając się mocniej. Ty przecież też nie jesteś z drewna. Twoje ciało musi reagować na takie bodźce, zwłaszcza w półśnie, gdy nie jest chronione tarczą świadomości. Seks jest jak syreni śpiew, któremu nie można się oprzeć, a wy przywiązujecie się jak Odys do masztu, by mu nie ulec.

Problem w tym że moja świadomość, podświadomość i nadświadomość tworzą blokadę przed Łukaszem. Już kilka razy starał się w czasie mojego snu dotrzeć do mnie intymnie, ale efekt był zawsze taki, że automatycznie się budziłam i po jego zagrywkach czułam niesmak. To już kompletna klapa. Co on takiego ci zrobił? Nic. Prawdopodobnie wszystko potoczyło się za szybko: dziecko, ślub, mieszkanie, wcześniej wypadek samochodowy, w którym straciłam pierwsze dziecko. I to wszystko w ciągu dwóch lat. I wiesz, czego zabrakło w tym wszystkim? Pewności, że prawdziwe uczucie jest…

Chyba rzeczywiście powinnaś postawić sprawę jasno. Ale jemu potrzebne jest racjonalne wyjaśnienie, żeby to zaakceptować. Musi wiedzieć, czemu musicie się rozstać. On już zrozumiał, że nic na siłę. Zgoda, ale on musi jeszcze wiedzieć dlaczego. Dlaczego nie. Jeśli racjonalnie nie pojmie przyczyny waszego rozstania, będzie miał irracjonalne poczucie krzywdy, z którym nie będzie wiedział, co zrobić. I, żeby je przezwyciężyć, skieruje je przeciwko tobie. To atawistyczna logika, która drzemie w każdym z nas: oko za oko, ząb za ząb. Ale nie wiem, czy wiesz, że to tylko największy skrót, bo idąc dalej za tą logiką, kodeks Hammurabiego mówi także: dziecko za dziecko. I jego irracjonalne poczucie krzywdy może go do tego punktu doprowadzić.

Nie, mój mąż to dobry człowiek. Nigdy nie zrobi mi krzywdy, chociażby ze względu na Elizę. A zwłaszcza jej. Owieczko, wciąż się o ciebie martwię. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie trudności cię czekają? Załóżmy wariant najgorszy. On akceptuje wasze rozstanie i całkowicie się od ciebie odwraca. Zatrzymuje sobie mieszkanie, nie daje ci pieniędzy na życie. I co wtedy? Jak sobie poradzisz? Jerzy, uwierz we mnie, potrafię sobie poradzić. Mariko, nie znam waszej sytuacji, nie znam was, a zwłaszcza jego. Ale jeśli on was kocha i chce, żebyście byli razem jako rodzina, gdzieś popełnia błąd. Może jest zbyt leniwy, może nie jest wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że o związek trzeba dbać stale. Jeśli chce mieć rodzinę, to powinien z nią być, organizować jej ciekawie czas, stwarzać miłe sytuacje, do których chce się wracać. Może on tego nie wie, bo dostał wszystko za darmo. Musiał o ciebie walczyć, zalecać się do ciebie, zabiegać o twoje względy czy po prostu ty sama wpadłaś mu w ramiona? Czy on się o was troszczy, jest szczęśliwy, gdy jest z wami, czy może myśli, że po prostu wystarczy być i dać pieniądze na życie? Mówisz, że nie ma już czego ratować, że nie warto, bo żadne z was nie chce. Ty mówisz otwarcie, że nie chcesz i dążysz do rozwodu. On – rzekomo – nie, ale czemu spędza tyle czasu poza domem. Noce w warsztacie? Naprawdę? Pół roku bez seksu? Ja w to nie wierzę.

Jerzy, gdybym z nim sypiała, nie spotykałabym się z tobą. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o niego. Żaden mężczyzna, zwłaszcza młody, nie wytrzyma pół roku bez seksu. Nie chciałbym w tobie budzić nieuzasadnionych podejrzeń, ale… może on kogoś ma? Nie. Wyczułabym to. Wiem, jak na niego działam. Wystarczy, że się do niego zbliżę. To może chodzi na dziwki? Przecież musi sobie jakoś radzić. Och, nie! Nie zdobyłby się na to. OK. Nie chcę ci podsuwać fałszywych myśli. Wydaje mi się, że znam męską naturę, ale może ty znasz go lepiej. Ale jeśli on musi radzić sobie z tym sam, mieszkając z tobą pod jednym dachem, to musi być to dla niego strasznie upokarzające. Nic na to nie poradzę – mówi Marika z nieznaną mi do tej pory obojętnością, w której wyczuwam lekki cień okrucieństwa. Ja nie potrafię kochać ani z obowiązku, ani z litości.

Rozdział IV (ok. 15 minut czytania)

By mieć swobodne umysły do pracy, od razu zabieramy się do roboty. Dajemy sobie nawzajem orgazm oralnie. Cudownie! Jednocześnie. Szybki prysznic i jesteśmy gotowi. Podnoszę poduszki u wezgłowia łóżka, siadam, opierając się o nie plecami i sadowię moją uczennicę pomiędzy swoimi udami. Przygotowałem tekturową podkładkę z klipsem, papier, ołówki i gumkę. Marika lewą ręką podtrzymuje podkładkę, a prawą – pisze. Ja mam dwie ręce wolne, więc głaszczę jej piersi. Co chwila całuję jej ramię i szyję. Swobodnie mogę sięgnąć do jej brzucha i między nogi, ale nie robię tego za często, by jej nie rozpraszać.

Przeczytaj zadanie pierwsze. Marika czyta: Chcesz zaprosić do siebie kolegę z Niemiec. Napisz do niego list i zaplanuj jego podróż. W liście: zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz; zapytaj o dogodny termin podróży; zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić; napisz, co powinien ze sobą zabrać. Dobrze, przeczytaj teraz początek e-maila. Po niemiecku? No taak – odpowiadam z uśmiechem. Marika czyta po niemiecku, nawet nieźle, bez specjalnych błędów: Hallo Max, Vielen Dank für deine E-Mail, ich habe mich sehr darüber gefreut. Teraz przetłumacz. No, że… dziękuję za twój e-mail i coś tam mam. Co mam? Habe mich gefreut – co to za forma? ….? No, jak mamy czasownik haben i Partizip zwei, na przykład: ich habe gemacht, ich habe gesagt, to co to za forma? Marika odwraca głowę i spogląda mi z rozbrajającym uśmiechem w oczy: Przypomnisz mi? Z rozbawieniem cmokam ją w usta. To przecież czas przeszły, Perfekt. No tak, no tak, zapomniałam, jak to się nazywa. A co to znaczy? Ich habe gemacht, ich habe gesagt? Zrobiłam? Powiedziałam? Dobrze. A: Ich habe mich gefreut? Sich freuen – cieszyć się. Ucieszyłam się? – pyta rozradowana Marika, ciągle patrząc mi w oczy. Świetnie – odpowiadam z uśmiechem i rozbawieniem. Cieszysz się? Taak – odpowiada mi Marika z uśmiechem na ustach, na policzkach i w oczach. Boże! Jak ja kocham to jej radosne: Taak. Żartobliwie wydaję komendę: Buziak! I Marika posłusznie robi dzióbek. Cmokam ją w ten dzióbek, zsuwam prawą dłoń z jej piersi i układam na niej głowę Mariki. Zaglądamy sobie w oczy. Ona patrzy z radością, podziwem, ufnością, ja – ze wzruszeniem, zachwytem, miłością. Nie będę potrafił się powstrzymać. Zakocham się w tobie. Nie rób tego, nie warto – mówią usta Mariki, ale jej oczy mówią coś zupełnie odwrotnego. Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie.

Dobra, wystarczy tych amorów – mówię. Bierzmy się do pisania. Poprawiam Marikę w swych objęciach i przytulam jeszcze mocniej, sięgając od dołu prawą dłonią do jej lewej piersi, a lewą – do prawej. Punkt pierwszy. Zaproś go do miejsca, w którym mieszkasz. Pamiętasz, jak jest „zapraszać”? Ledwo zauważalne wzniesienie ramion. Einladen. Najprościej będzie napisać: Chciałabym cię do mnie zaprosić, bo inaczej musiałabyś użyć Imperativu, a tego chyba nie potrafisz. Ich möchte dir zu mich einladen? No, pięknie. Pisz, tylko na odwrót: dich zu mir. Punkt drugi: „Zapytaj o dogodny termin podróży”. No właśnie – mówi Marika. Spytaj po prostu: Kiedy możesz przyjechać? Jak jest „kiedy”? Wenn? Wenn to jeśli: Wann. Aha. Wann kannst du … jak będzie przyjechać? Tak samo jak przyjść, przybyć, pochodzić. Kommen? Brawo. Pisz. Wann kannst du kommen? Super. Widzisz, jaka jesteś zdolna? To ty jesteś wspaniały – mówi Marika. Podnosi do góry mój prawy łokieć i całuje mnie z silnym cmoknięciem w przedramię. Punkt trzeci – mówię. „Zaproponuj ciekawe miejsca i obiekty, które można zwiedzić”. No właśnie, co my tu mamy do zwiedzania? No co? Starówkę… Dobrze, wystarczy. I czego mamy dużo w naszym mieście? Wody? Aha haha ha! – wybucham niepohamowanym śmiechem. Ale przecież wody nie będziecie zwiedzać. No niee – przyznaje Marika rozbrajająco. Woda jest niebieska – mówię – a to drugie – zielone. Parki? – pyta Marika. No, jaka zdolna dziewczynka. No i jeszcze, co tu u nas można robić? U nas? – zastanawia się Marika. Nic. No, a co ty robiłaś wieczorami ze znajomymi, gdy byłaś młodsza? Chodziliśmy do klubu… albo na koncert. No właśnie. Zaproponuj mu to samo. Wiesz jak jest zwiedzać? U-u.- Besichtigen. Ale może łatwiej będzie: „pokazać” – zeigen. Napisz: Chciałabym ci pokazać stare miasto i nasze liczne parki. Marika pisze: Ich möchte dir zajgen… Dobrze, a jak jest miasto? Właśnie… Die Stadt. A stary? Old. To po angielsku, a po niemiecku? Znów napięcie mięśni ramion. Podobnie. Alt? Brawo. Napisz to i dopisz jeszcze te parki. Dużo parków. Dużo, czyli wiele. Tak samo jest po niemiecku, tylko pisze się przez v. OK. No i co jeszcze ma wziąć ze sobą? No właśnie. A co będziecie robić w tych parkach? No… spacerować. Więc co ma wziąć ze sobą, chyba nie rower? Nie rób ze mnie idiotki, wiadomo, że buty. No, ale jakie? Kozaki, szpilki, gumowce? Ale się wygłupiasz. No powiedz, jakie. Musisz to napisać. Marika odwraca się do mnie i jak mała, przekomarzająca się dziewczynka wymawia, dzieląc na sylaby: Adi-dasy. A jak nosi najki? To najki. A jak reeboki? To reeboki. Czyli jakie buty? No, sportowe. A jakie powinny być buty sportowe? Jakie? Wygodne. Buty sportowe są zawsze wygodne. OK. Dajmy spokój z tą wygodą. Wystarczy, że są sportowe. Napisz: Weź ze sobą buty sportowe, będziemy dużo spacerować. Jak będzie: „Weź”? Brać to nehmen, a jak będzie brzmiał Imperativ „Weź”? Podpowiedz mi. Są takie niemieckie cukierki, cytrynowe i pomarańczowe. Nimm zwei? – pyta Marika z zalotnym uśmiechem. Oczywiście. Ależ ty jesteś dziś wesoła. Nigdy jeszcze nie byłaś taka wesoła i wyluzowana. Czemu zawsze jesteś taka smutna? Marika odkłada na bok ołówek i podkładkę z klipsem, zdejmuje ze swych piersi moje dłonie i zakłada sobie na ramiona moje ręce, zupełnie jakby owijała się szalem. Wtula się w nie i mówi: Bo nie ma ciebie przy mnie. Kokietka, cudna kokietka. Chcę, żebyś częściej była taka wesoła – mówię, nie wiedząc wtedy jeszcze, że już nigdy taka nie będzie.

Zatapiam nos w jej włosy i delektuję się zapachem ziołowego szamponu zmieszanego z zapachem jej potu, po czym sięgam po kolei po podkładkę z klipsem i ołówek i podaję jej mówiąc: Nimm zwei. Piszemy. Nimm Sportschuhe – dyktuje sama sobie Marika. Mit. Proszę? Nie, nic. Podpowiadam ci coś, ale niech będzie tak, jak sama potrafisz. No i: Będziemy dużo spacerować. Wir werden… Noo, zadziwiasz mnie. Coś tam jeszcze pamiętam ze szkoły… Dużo, dużo…. Było, było… No tak: viele. Bez „e”. Masz wszystko? Tak. Przeczytaj.

Marika czyta, patrzę jej przez ramię, sprawdzam, co napisała i rozluźniam uchwyt, rozsuwając dłonie. Prawą na prawy cycuszek, a lewą – na lewy. Wiesz, że tu jest cała masa błędów? Ale ja ci nie będę ich poprawiał. Ma być tak, jak potrafisz. Co tam, wrzucę sobie do translatora i mi poprawi błędy. Jak chcesz, ale zrób to sama. Translator. Tak jakby to była pralko-suszarka. Wrzucasz brudne, a wyciągasz czyste i suche. Ciekawe, jak on ci to poprawi. Oj, dam sobie radę. Używam translatora, gdy pracuję na niemieckim czacie i jakoś sobie radzę. Jak to: „Pracuję na niemieckim czacie”? Normalnie, nie wiesz co to jest czat? Wiem, ale nie wiem, co to znaczy: ”Pracować na czacie”. Kamerki. Siedzisz przed kamerką i się uśmiechasz. I za to płacą pieniądze? Uhu. Ale pewnie do tego dochodzą jakieś … usługi… erotyczne… wirtualny seks… pokazy. Marika jakby pochmurnieje. Niee. Ktoś ci pisze: Jak się masz, ile masz lat, ładnie dziś wyglądasz, no, czasami: Jaka jest twoja ulubiona pozycja? Coś tam odpowiadasz i już. Ja korzystam z translatora. Bardzo przydatne narzędzie. I zarabiasz na tym? Nioo. Ciekawe, mógłbym to kiedyś zobaczyć? Nie. Te stronki, na których nadaję, nie są dostępne w naszym kraju. Sygnał idzie tylko za granicę, a poza tym: nie warto. Widzę, że dzisiaj nic z tobą nie warto.

Marika znów odchyla głowę i spogląda mi w oczy ze słodkim uśmiechem. Wymieniam go na słodkiego buziaka. Ale jeśli transmitujesz za granicę, to pewnie masz jakiegoś moderatora, który zamiast ciebie rozmawia z klientami, a ty tylko podkładasz swoją twarz. No coś ty, nie mam żadnego moderatora, pracuję sama. Hmm, sama? Sama jako moderator? Nie. Jako wideomodelka. Wideomodelka! Kto by pomyślał. Jakie sprytne określenie. I jak ktoś cię pyta, jaka jest twoja ulubiona pozycja, to co odpowiadasz? Missionary position albo: doggy position… To co, robimy drugą część? – pyta Marika i sięga po podkładkę z klipsem. Tak od razu? A nagroda? Nie zasłużyłem?

Marika bez słowa odkłada na bok podkładkę z klipsem, zsuwa się plecami na moje uda i leżąc na wznak sięga prawą ręką do mojej szyi i przyciąga moje usta do swoich. Całuje inaczej niż zwykle. Robi to mocniej i intensywniej. To nie jest jej zwyczajna pieszczota. Ona wypłaca mi nagrodę. Jesteś cudna. Druga część jest dla ciebie za trudna. Musiałabyś wszystko pisać w czasie przeszłym, którego nie znasz. Podyktuję ci ją, będzie szybciej. Ty tylko napiszesz, jak potrafisz. Nie będę ci poprawiał błędów. Zajmuje nam to mniej niż pięć minut. No proszę – mówi Marika, patrząc na swoje notatki – i mam. Hmm. Gotowa praca. Dzięki. Moim zdaniem, trójkę minus powinnaś dostać, a jeśli pani będzie sprawdzać za pomocą szablonu, to nawet lepiej.

To była moja najwspanialsza lekcja niemieckiego, chyba się przekwalifikuję na nauczyciela.

Naprawdę nie chciałabyś się tak pouczyć raz w tygodniu? Nie mogę, naprawdę – mówi Marika przepraszająco. Nie mam tyle czasu. A jak z twoim angielskim? – pytam moją studentkę. Dużo gorzej. Angielski w ogóle mi nie leży. Hmm – wydaję cichy pomruk i próbuję sobie wyobrazić, co może znaczyć „dużo gorzej”. Rozkładam się wygodnie na wznak, by rozciągnąć plecy. Popieścisz mnie jeszcze? – pytam swoją studentkę. Oralnie? Jak chcesz, żeby tylko było przyjemnie. Na co masz ochotę? Nieważne, chcę, żebyś była ze mną. Marika przysiada obok moich bioder i pieści mnie czule. Oralnie. Jest przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Robię sobie w tym czasie powtórkę z łaciny: penis, glans penis, preputium, frenulum, scrotum, testis.