Pieniądze nas psują

SIGMUND NIGDY NIE ZAMYKA DOMU NA KLUCZ ANI NIE WYCIĄGA KLUCZYKA ZE STACYJKI SAMOCHODU. – PO CO? TU NIE MOŻE SIĘ STAĆ NIC ZŁEGO

Hommelsto – miejscowość, jakich w Norwegii wiele, leży między górami nad cichą zatoką Velfjord, 400 km na północ od Trondheim. Kolorowe domy z lekko spadzistymi dachami rozrzucone są rzadko. Żadnych murków ani płotów. Każdy wie, gdzie kończy się jego działka, gdzie zaczyna się teren sąsiada. Nad Velfjordem mieszka około 400 osób. To dwa razy mniej niż w latach 60.
W Hommelstř było wtedy kilka sklepów, kilka tartaków, kwitł handel drewnem i materiałami budowlanymi. Ludzie zajmowali się rolnictwem, rybołówstwem, pracowali w lesie. Ale podróż do Trondheim, najbliższego dużego miasta, była 12-godzinną wyprawą. Autobus jechał szutrowymi drogami, pięć razy trzeba było przesiadać się na prom. Od lat 70. ludzie zaczęli stąd wyjeżdżać: do większych miast, za granicę. Część z nich na stare lata wraca w rodzinne strony, ale one już nie są takie jak dawniej. W dolinę wdarła się nowoczesność. Dziś w Hommelstř się mieszka, ale pracuje się gdzie indziej: w pobliskiej kopalni kredy, w 4-tysięcznym Brřnnřysund (odległym o 30 km), w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 600 miejscami pracy, na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest parę małych firm budowlanych, a także szkoła, przedszkole, dom opieki, supermarket z mini pocztą i minibankiem, stacja benzynowa, restauracja
i pensjonat. W odnogach fiordu ulokowało się kilka farm łososi i małży. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych. Po wodach fiordu pływa kilka nowoczesnych jednoosobowych kutrów rybackich.
NAJSZCZĘŚLIWSI LUDZIE ŚWIATA
Według ostatniego rankingu rozwoju społecznego ONZ Norwegia jest najbardziej rozwiniętym
krajem świata, a Norwegowie najszczęśliwszym i najnowocześniejszym społeczeństwem.
W badaniu brano pod uwagę poziom zamożności mierzony wysokością PKB na jednego mieszkańca, długość życia, udział obywateli w wyborach, poziom równouprawnienia płci, nakłady na oświatę, dostęp do bibliotek i internetu, poziom czytelnictwa, opieki zdrowotnej i społecznej oraz czynniki negatywne, takie jak poziom korupcji czy przestępczości.

Beate i Arnt. Bez prądu i telewizji



Beate (56 lat) i Arnt (55) kilka lat temu założyli firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg, każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają sześć osób i pracują sami. Arnt jest z zawodu mechanikiem. Ale także Beate, z wykształcenia pedagog, jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. I prowadzi księgowość. Oprócz tego jest nauczycielem zastępczym w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, proszą Beate. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. 

Beate i Arnt mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i nowego mercedesa. – Rzadko kto decyduje się w Norwegii na taki samochód – mówi Arnt. – Podatki są tak wysokie, że większość ludzi jeździ starymi gruchotami. Patrząc na samochody, nikt by nie powiedział, że jesteśmy jednym z najbogatszych krajów świata.

Beate i Arnt byli raz w Afryce i raz w Indiach, ale nie ciągnie ich już w świat. Od kilku lat każdy urlop spędzają w domu. Kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co się da. Uszczelnili dach, ocieplają ściany, remontują okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat. – Takich domów nie ma już w Europie – mówi Beate. – Podobnie budowali Szwedzi, ale w latach 60. zburzyli swoje stare drewniane domy i w ich miejscu zbudowali nowe. My wtedy byliśmy na to za biedni. Teraz okazuje się, że to są zabytki, o które należy dbać.

Beate i Arnt w Hommelsto też mieszkają na uboczu, ale dopiero w swym gospodarstwie czują się dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate. – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

– I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund. Kto buduje nasze domy?

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Sigmund nigdy nie zamyka domu na klucz ani nie wyciąga kluczyka ze stacyjki samochodu. – Po co? Przecież tu nie może się stać nic złego. 


Od rana do wieczora sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez 20 lat był nauczycielem geografii i polityki w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu stary dom i nieczynny tartak, wziął kredyt i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy, łupaczy i halibutów. Jego goście to głównie Niemcy, czasem Czesi i Polacy.

– Norwegia się zmienia – mówi 65-letni Sigmund. – Pieniądze z ropy nas psują. Tu zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Mimo ogromnych dotacji do rolnictwa i rybołówstwa ludzie nie chcą się tym zajmować. Kto pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą czystą pracę w biurze. To jeszcze nie najgorsze, bo są tacy, co wolą życie w ogóle bez pracy, a na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron miesięcznie. Zawsze byliśmy dumni z naszego zdrowia, a dziś coraz więcej ludzi chodzi na zwolnienia lekarskie. Nic dziwnego, skoro zasiłek chorobowy to 100 procent pensji, a zwolnienie na trzy dni można sobie wy-pisać samemu, bez wizyty u lekarza.

Pensjonat ma 45 łóżek, ale Sigmund radzi sobie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą Sigmund wyjeżdża na cztery miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Walter

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



W tym roku Sigmundowi pomaga Walter. Od 20 lat sprzedaje w Niemczech programy komputerowe. Dorobił się pozycji na rynku, sporo odłożył na przyszłość. Od lat każdy urlop spędzają z żoną w Norwegii. W tym roku zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie będzie pracować u Sigmunda przez całe lato. Teraz sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, robi drobne naprawy i dogląda łodzi. – Przez 20 lat – opowiada – zajmowałem się marketingiem, wysyłałem e-maile, pisałem oferty, przygotowywałem umowy. Rzadko spotykałem się z ludźmi. Efekt mojej pracy widać było na koncie bankowym, na które wpływały prowizje. To, co tutaj zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, sprzątnięty pokój, przybitą deskę. Jestem tu szczęśliwy. Może za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland. Kobiety chcą wygód



Także Vieland (57) przeprowadził się tu z Niemiec. Norwegią zafascynował się 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Uczył się norweskiego, a gdy parę lat temu odnowił znajomość z dawną norweską sympatią, zwinął biznes w Niemczech. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał w Norwegii problemów ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył.

Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Dziś Norwegowie masowo wycofują się z takiego stylu życia. – Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale takich kobiet jest już niewiele – mówi Vieland. – Chcą korzystać z miejskich wygód, mieć blisko do znajomych, kawiarni, butików.

Już dwa razy znalazł gospodarstwo, o jakim marzył. – Dawni właściciele zmarli, a spadkobiercy nie zamierzali pracować na roli. Ale gdy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie chcą pozbywać się rodzinnej własności, dodatkowych pieniędzy nie potrzebują. Ale jeśli nic nie zrobią z takim gospodarstwem, za 20 lat budynki jeden po drugim zawalą się jak domek z kart.

Alexander. Kościół idzie do ludzi 



36-letni Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje w Hommelsto od czterech lat. Żonę Helenę poznał dwa lata temu przez internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – uśmiecha się. Po miesiącu klikania Helena przyjechała do Hommelsto. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Urodziła się im córka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu za wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest przyzwoita, a w Hommelsto rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. Częściej by się nie opłacało – wyjaśnia. – Na nabożeństwo do Hommelsto musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku. Żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. 

Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za pracę i dojazd. Największe koszty są w zimie. By odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół trzeba ogrzewać dwa dni wcześniej. Na mszę przychodzi od trzech do sześciu osób.

– Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Założył klub młodzieżowy, sędziuje mecze piłkarskie, regularnie odwiedza dom opieki.

W zeszłym roku odbyły się trzy śluby, cztery chrzty i osiem pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre. Wolałbym świecką konfirmację


Sindre (15 lat) jest świeżo upieczonym konfirmantem. Większość młodych Skandynawów jest gotowa podtrzymywać tradycję symbolicznego przechodzenia w dorosłość, ale zarazem chcieliby podkreślić swą religijną obojętność. Sindre też wolałby przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, które – wzorem Szwedów – wybiera coraz więcej nastolatków w Norwegii (organizuje je Towarzystwo Etyki Humanistycznej). Jednak w promieniu 100 km prócz Sindre była jeszcze tylko jedna osoba chętna na świecką uroczystość, więc nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre przystał na tradycyjną, kościelną konfirmację, bo, jak mówi: – Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów. 

Rodzice Sindre są rozwiedzeni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na cztery miesiące z odległego o 600 km Kristiansund, gdzie przez resztę roku mieszka ze swoim przyjacielem.

Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe trzy lata przenosi się więc do matki. Sindre ma pięcioro rodzeństwa: siostrę, która z nim mieszkała przez kilka lat, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw i dwoje dzieci mamy.

– Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund z pensjonatu. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać razem? Tu od dawna rodziny musiały żyć z daleka od siebie. Na spłachetku uprawnej ziemi zwykle zostawał najstarszy syn, a reszta dzieci wyjeżdżała za chlebem. Do miast, do kopalń, na morze, do Ameryki.

Skandynawowie do niedawna przewodzili w statystykach rozwodów, ostatnio spadli na dalsze miejsca. Czy ich związki stały się trwalsze? Nie. Po prostu większość żyje bez ślubu. – Po co się pobierać, skoro prawie wszyscy i tak się rozwiodą. Spośród dorosłych bohaterów tego reportażu rozwiedziony nie jest tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku ślubów rozwodnikom. – Konserwatywni pastorzy tego odmawiają – mówi – ja też jestem przeciwko rozwodom, ale z drugiej strony nie chcę odtrącać nikogo, kto przychodzi do Kościoła.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, kiedy to prezentują się lokalni artyści. Na tarasie baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Potem na scenę wchodzą coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje się coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa czy agresji. Koło 23 nastolatki znikają, zostają dorośli. Na stołach rosną stosy puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża ze sprzątaniem. I wtedy pojawia się Age.

Age. Dom jak inne



Po jego twarzy wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, T-shircie, bejsbolówce i z pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale 75-letni Age nie jest dozorcą, tylko gospodarzem: właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów dalej, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Regularnie urządzają koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelsto i kemping w Nevernes to sposób na podtrzymanie kontaktów z miejscem, z którego pochodzi żona. W Nevernes Age ma dom, który nie różni się od zabudowań sąsiadów, a mógłby, bo Age – właściciel flotylli tankowców gazowych – należy do najbogatszych ludzi w Norwegii. Ale ubiera się, mieszka i żyje tak jak inni mieszkańcy fiordu. Epatowanie bogactwem zawsze było w Norwegii w złym guście. 

Age i jego żona, która jest projektantem wnętrz, do Velfjordu przyjeżdżają na lato. – W swoim życiu miałem już dosyć słońca – mówi Age – w Arabii Saudyjskiej. 40 lat temu wyjechał tam z firmą budującą drogi. Wszystko, co zarobił, zainwestował w kupno statku. To był akurat czas, gdy w Norwegii nastąpił boom w transporcie morskim, związanym także z budowaniem platform wiertniczych i wydobyciem ropy i gazu.

Na niektórych mieszkańców fiordu bogactwo spada jak wygrana w totolotka. Gdy złoża kredy wyczerpują się, kopalnia szuka nowych na kolejnych skalistych parcelach. Ich właściciele za samą zgodę na próbne odwierty dostają grube tysiące koron, a jeśli złoża nadają się do eksploatacji, zarabiają miliony. Także Eyvind, który nie chciał się zgodzić na sprzedaż swojej działki. Ale w przypadku uzasadnionego interesu społecznego, jak rozwój gospodarczy czy utrzymanie miejsc pracy, norweskie prawo zakłada pierwszeństwo państwa lub gminy do wykupu prywatnej własności. Eyvind przegrał sprawę w sądzie i dostał tylko połowę z wielomilionowej kwoty, którą pierwotnie proponowała mu kopalnia. W jego życiu nic się nie zmieniło. Jeździ tym samym samochodem, mieszka w tym samym domu. Jak dawniej latem prowadzi swój mały tartak i buduje drewniane letnie domy, a zimą chodzi z żoną na nartach po górach. Skończył siedemdziesiątkę i od trzech lat jest na emeryturze.

Ingrid. Bo nie mieliśmy szlachty

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



Ingrid (47 lat) uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje jako przewodnik turystyczny. Jest zapaloną sportsmenką. Chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Na bieg narciarski w Hommelsto z całej Norwegii zjeżdżają się dawni mieszkańcy i sąsiedzi z innych miejscowości. W zeszłym roku biegło ponad 600 osób w wieku od 7 do 70 lat. 

Ojciec Ingrid jest Norwegiem, a matka Szwedką. Czym się różnią Norwegowie od Szwedów? Ingrid ma prostą odpowiedź. – Norwegowie w weekend przygotowują kanapki, parówki na ognisko, termos z kawą i kakao dla dzieci i idą daleko w góry, pieszo albo na nartach. Szwedzi zabierają ze sobą wielki kosz piknikowy, wyjeżdżają samochodem za miasto, idą kilkaset metrów i rozkładają koc. Szwedzi już dawno zapomnieli o tradycji prostego, ascetycznego życia, a my wciąż staramy się ją podtrzymywać. Poza tym coraz bardziej są skłonni akceptować różnice społeczne, na co u nas nie ma przyzwolenia. No, ale my nie mieliśmy szlachty. Chłopi i rybacy w trudno dostępnych fiordach zawsze byli wolni. Nikomu nie musieli służyć.

W tym roku na Ingrid wypadła kolej pracy społecznej podczas Dni Velfjordu – sprzedawała kawę na potańcówce i bilety na kabaret, który co roku cieszy się największym powodzeniem spośród wszystkich imprez. Kabaret to duma Hommelsto. Wystawiany jest już 30. rok z rzędu. Aktorzy – na co dzień kierowcy, operatorzy ciężkiego sprzętu, rolnicy i urzędnicy – grają naprawdę świetnie. Publiczności najbardziej podoba się skecz, w którym do burmistrza przychodzi obywatel z propozycją zmiany herbu gminy i pokazuje projekt, na którym zamiast ryby widnieje wężownica do destylacji alkoholu. To satyra na dawne czasy. Jeszcze 20 lat temu na tańcach sprzedawano tylko kawę, więc goście przynosili ze sobą w piersiówkach whisky lub wódkę i dolewali pod stołem do kubka. Dziś na imprezach można oficjalnie napić się piwa, ale trzeba zapłacić za nie równowartość 30 zł. Jeśli ktoś chce napić się wina lub czegoś mocniejszego, musi przejechać 30 km do Bronnoysund, do Vinmonopolet, jedynego w okolicy sklepu z alkoholem powyżej 6 proc.

Za to wszystko jest za darmo w szkole podstawowej, w której pracuje Ingrid: od ołówka do podręczników. Gmina kupuje uczniom komputery lub dofinansowuje ich kupno. W gimnazjum wszyscy dostają 800 koron stypendium i liczne dodatki, zależne od tego, czy ucznia wychowuje jeden, czy dwoje rodziców, jak daleko musi dojeżdżać albo czy musi wynająć mieszkanie. Celem jest wyrównywanie szans materialnych. Wyniki w nauce nie są wynagradzane. Studia są bezpłatne i każdy może dostać kredyt na utrzymanie, który, jeśli egzaminy zdawane są w terminie, w dużej części zostaje zamieniony na bezzwrotne stypendium.

Ideał? – Wręcz przeciwnie – obrusza się Sigmund. – Czy szkoły, w których nie nagradza się wyników, zapewniają właściwy poziom edukacji? Na pewno nie. A bezpłatne studia dla wszystkich? Ile są warte? Po co nam tylu ludzi z wyższym wykształceniem? Czy już nie potrzebujemy dobrze wyuczonych mechaników, kucharzy, rzemieślników? A może mamy sprowadzić sobie ich wszystkich z zagranicy? Czy to jest zdrowe? Czy to nie demoralizuje ludzi? Mam w rodzinie dwa takie przypadki. Jedna dziewczyna studiowała media i komunikację. Roiła sobie, że będzie kręcić filmy. I co? Przez półtora roku nie zdała żadnego egzaminu. Za to wzięła już na studia kredyt, który teraz musi spłacić. Nie ma z czego, bo jest bezrobotna już czwarty rok. Ale pomoc społeczna zapłaci jej za mieszkanie, za prąd, kupi bilet na autobus, da na wyżywienie. Można żyć. O nic nie trzeba walczyć.

Lilly. My jesteśmy tylko starzy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA



Czy Norwegia bardzo zmieniła się w ciągu jej życia? – I to jak! – Lilly (94 lata) łapie się za głowę. – Gdy byłam małą dziewczynką, mieszkaliśmy w Hommelsto na dole, a dom mojej babci stał na wzgórzu. Gdy potrzebowała, żebym do niej przyszła, wywieszała w oknie białe prześcieradło. Potem, już po wojnie, zainstalowano w Hommelsto centralę telefoniczną. Gdy ktoś dzwonił, trzeba było biec do wzywanej osoby i powiedzieć jej, żeby przyszła na centralę i oddzwoniła. Pamiętam, że za przywołanie płaciło się 2 korony. 

A ludzie? – Mają coraz większe wymagania. Gdy byłam mała, żyliśmy skromnie. Nie było głodu, zawsze było pod dostatkiem ryb, kartofli, mleka, jagód. Nie wiedzieliśmy, że można chcieć czegoś więcej. A potem przyszła elektryczność, radio, telefony, samochody, telewizja. I ludzie chcieli wszystko to mieć.

Jak niemal wszyscy Norwegowie w podeszłym wieku 94-letnia Lilly mieszka w domu starców. Przez lata mieszkała pod Oslo, na starość wróciła w rodzinne strony. Ma czterech synów, którzy rozjechali się po świecie. – Mieszkać u któregoś z nich? Nie, przecież oni muszą pracować, mają własne życie. Tutaj mam opiekę i znajomych.

Dom starców w Hommelsto to osiedle parterowych domków z rabatkami, podjazdami dla wózków i udogodnieniami dla ludzi mających problemy z poruszaniem się. W każdym domu znajdują się dwa mieszkania (salon, sypialnia, kuchnia i łazienka). Jedno mieszkanie, oczywiście, na jedną osobę. Pensjonariuszy kilka razy dziennie odwiedza pielęgniarka pomagająca w codziennych czynnościach, do pokojów dostają też posiłki. Niektóre osoby mieszkają we własnych domach i do domu opieki przychodzą tylko na dzień, ale mogą zamówić posiłki i pomoc pielęgniarki do własnego domu. Jest też budynek dla osób niewstających z łóżka i wymagających stałej opieki. Ale nie ma tu lekarza. – Po co? – pyta Lilly. – Lekarz ma leczyć chorych, a my jesteśmy tylko starzy.

W salonie Lilly jest dużo książek i czasopism, płyty CD, telewizor. – Nigdy się nie nudzę. Spotykam się ze znajomymi, oglądam telewizję, czasem nawet sama gotuję. Nie mam problemów z czytaniem, tylko nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie mogę chodzić, ale się nie poddaję i walczę ze swoimi słabościami.

Lilly chętnie opowiada o przeszłości. Najczęściej wraca do czasów wojny. – Nienawidziliśmy Niemców, choć oni traktowali nas dobrze. Zapraszali na koncerty, na potańcówki. W górach jugosłowiańscy jeńcy budowali linię kolejową, niedaleko nas był obóz. Komendant był przyzwoitym człowiekiem, otwarcie mówił, że nie jest nazistą. Razem z moim ojcem potajemnie słuchali BBC. Kiedyś z obozu uciekł jeden jeniec i mój ojciec pomógł mu przedostać się do Szwecji – ten człowiek po wojnie zaprosił nas do siebie. To jest prezent od niego – Lilly każe sobie podać tacę z blaszanym kompletem do parzenia kawy. – Ale wtedy, po tej ucieczce, komendant kazał rozstrzelać dziesięciu niewinnych jeńców, żeby innym podobne pomysły nie przychodziły do głowy. Czy można było ich lubić?

Norwegowie. Zapomnijmy o Breiviku

Z czego Norwegowie są dumni? Z fiordów, z gór, wodospadów. Szwedzi ani Duńczycy tego nie mają, ani nikt inny w Europie, a nawet na świecie. – A ropa? – Nieee – mówią. – Pieniądze z ropy raczej nas onieśmielają.

– Zresztą – mówi Sigmund – gospodarka norweska jest zbyt mała, by można w nią było wpompować wszystkie zyski z ropy i gazu. Dlatego państwo utworzyło Fundusz Zagraniczny, który inwestuje pieniądze na całym świecie. Z jego dochodów finansowane są nasze emerytury, ale i tak na bieżąco wykorzystujemy tylko 4 proc. przychodów funduszu. Reszta zabezpiecza przyszłość następnych pokoleń.

– Ale jesteśmy dumni – dodaje Ingrid – z tego, jak podzieliliśmy zyski z ropy. Inne kraje też mają wielkie bogactwa naturalne, ale czy potrafiły równo podzielić zyski? Czy wszyscy obywatele z nich korzystają?

– Być Norwegiem – mówią mi – to czuć się szczęśliwym, wędrując po fiordach i górach, biegając na nartach czy siedząc przy ognisku.

– Tak się składa – dodaje Sigmund – że mówimy po norwesku, ale język nie jest decydujący. Młodzi ludzie równie sprawnie posługują się angielskim.

Sigmund ogląda BBC czy Al-Dżazirę równie często jak norweską telewizję. Bardziej od procesu Breivika interesuje go upadek reżimów w kolejnych krajach arabskich, podobnie jak 20 lat temu emocjonował go upadek komunizmu w Europie Wschodniej. – To, co wydarzyło się przed rokiem w Oslo i na wyspie Utoya, to był jakiś nieprawdopodobny koszmar, który nie ma nic wspólnego z tym, jak tu się żyje na co dzień – mówi. – Po zamachu ludzie, przechodząc koło kiosków, odwracali na drugą stronę gazety ze zdjęciami Breivika, by powiedzieć: dość, to nie jest prawda o Norwegii, zapomnijmy o tym. 



Krajobraz po walce

Analogia stanu, w jakim znajduje się obecnie polskie społeczeństwo do stanu, w jakim znajdowało się społeczeństwo niemieckie w latach trzydziestych i czterdziestych, narzuca się sama.

Niemcy, po przegranej pierwszej wojnie światowej, chcieli zbudować nowoczesne państwo i społeczeństwo, określane dziś jako Republika Weimarska, które miało sprostać wyzwaniom, jakie niósł ze sobą XX wiek. Fundamentem tego nowego państwa miała być liberalna demokracja i gospodarka rynkowa. Ale niestety, rzeczywistość kapitalistycznego świata na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku, okazała się nad wyraz skomplikowana. Zamiast powszechnego dobrobytu i spełnienia marzeń zwykłych ludzi o godziwym i wygodnym życiu przyniosła głęboki kryzys, którego konsekwencją stało się bezrobocie, bieda i beznadzieja szerokich mas w Ameryce i Europie. System oparty na demokracji liberalnej i gospodarce wolnorynkowej zdawał się być wobec tych problemów bezradny. Nic dziwnego, że zarówno w umysłach poszczególnych jednostek, jak i w polityce coraz bardziej dochodziły do głosu koncepcje antyliberalne i antyrynkowe: komunizm i faszyzm. Brakowało tylko przywódców, którzy by te społeczne nastroje podchwycili i pociągnęli za sobą tłumy.

Taką postacią w Niemczech okazał się pewien bezdzietny, nieżonaty mężczyzna, sfrustrowany niepowodzeniami swej młodzieńczej artystycznej kariery. Człowiek o złym charakterze. Agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Jednym słowem: nienawidzący elit. Ale jednocześnie myślący z troską o prostym człowieku – niemieckim robotniku, któremu, zdaniem przyszłego Führera, należał się lepszy los: praca za godziwe wynagrodzenie w przyjaznych warunkach, mieszkanie, odpoczynek podczas płatnego urlopu. To wszystko obiecał prostym ludziom w Niemczech, ale postawił warunek ideologiczny. Możecie to wszystko mieć, jeśli obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową, którą – przynajmniej po części – chciał zastąpić rozwiązaniami etatystycznymi, w których pracodawcą i uczestnikiem gry ekonomicznej staje się państwo. Jego antyelitarna spiskowa teoria potrzebowała jeszcze wroga, za którego uznał Żydów, wśród których było wielu wyznających internacjonalistyczne wartości przedstawicieli proletariatu i inteligencji oraz właścicieli międzynarodowego kapitału, a także – w jego rozumieniu – wżerających się w zdrowe niemieckie społeczeństwo wybitnych artystów i naukowców.

To wszystko, oczywiście, w wielkim uproszczeniu. U podstaw ideologii Hitlera leżała jeszcze koncepcja wyższości rasy aryjskiej w stosunku do innych i jego wyobrażenie o doskonałości narodu niemieckiego opartej na fizjologicznym zdrowiu i czystości etnicznej, politycznej, seksualnej, umysłowej. Stąd jego plany oczyszczenia „zdrowego” społeczeństwa ze zdegenerowanych elementów: Żydów, Cyganów, komunistów, homoseksualistów i osób chorych umysłowo.

Hitler, wykorzystując (nie będące samo w sobie niczym złym) pragnienie dobrobytu i pomyślności szarych ludzi, wciągnął naród niemiecki w swoje aberracje. Najpierw poszli za nim faszystowscy fanatycy, tworząc bojówki zamykające usta wszelkim krytykom, potem stopniowo całe tłumy: robotników, urzędników, przedsiębiorców, naukowców, aż w końcu niemieckie społeczeństwo stało się polityczno-ideowym monolitem, w którym nie było już miejsca na krytykę lub protest. Nawet jeśli ktoś całym sercem się buntował, to swój protest musiał zachować w swojej głowie, bo wyrażając go publicznie, mógł trafić do obozu koncentracyjnego, na front albo od razu na cmentarz. Poszczególne jednostki chcąc nie chcąc stawały się elementami wspierającymi system: czy to pracujący dla zwiększenia gospodarczej siły państwa robotnicy, podporządkowani jego polityce gospodarczej przedsiębiorcy, czy legitymizujący władzę nazistów nauczyciele i naukowcy.

Za kulminacyjny moment tego uzależnienia i zaślepienia można uznać wiec w berlińskim Pałacu Sportu z 18 lutego 1943 r. Na Hamburg, Berlin i inne miasta Niemiec spadają bomby aliantów, a oszalały z wściekłości Goebbels pyta uczestników wiecu: „Wollt ihr den totalen Krieg?” (Czy chcecie totalnej wojny?) a wielotysięczny tłum odpowiada w swym zaślepieniu „Ja! Ja! Ja!”(Tak! Tak! Tak!). I zatracili się, aż do zatknięcia na Bramie Brandenburskiej zwycięskich flag aliantów.

Czy społeczeństwo polskie, zachowując wszelkie proporcje (czy może lepiej powiedzieć: podkreślając nieproporcjonalność doświadczeń) nie znajduje się w podobnej psychologicznej sytuacji? My też po 89. roku z mozołem budowaliśmy nowoczesne społeczeństwo oparte na liberalnej demokracji i gospodarce rynkowej, czego symbolami stały się „gruba kreska” Mazowieckiego i reformy Balcerowicza. Tadeusz Mazowiecki wraz z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Bronisławem Geremkiem i innymi przedstawicielami antykomunistycznej opozycji uświadamiali nam, że elementem nowoczesnej demokracji jest tolerancja. Po pierwsze, każdy może żyć jak chce i myśleć, co mu się podoba, byleby nie ograniczał przez to wolności innym. Ale i też tolerancja w polityce. W systemie demokratycznym władzę przejmuje to ugrupowanie, które zdobędzie większość głosów aktywnych wyborców. Ale ono nie mści się na swoich politycznych przeciwnikach, nie bierze odwetu, nie utrudnia działalności opozycji, która przygotowuje się do konfrontacji w następnych wyborach. Nawiasem mówiąc, doświadczenia lat dziewięćdziesiątych pokazały, jak szybko w kolejnych wyborach zwycięzcy mogą okazać się pokonanymi. Leszek Balcerowicz i jego zwolennicy powtarzali do znudzenia: Państwo i przedsiębiorstwo nie może dawać pracownikom więcej niż samo zarabia; jeśli przedsiębiorstwo przynosi straty, powinno zostać zamknięte, a na jego upadłym majątku należy zbudować nowe, którego priorytetem i zasadą działania będzie rentowność. W dodatku i jedni i drudzy powtarzali: Bierzcie sprawy w swoje ręce. Kraj nasz powoli dźwigał się z cywilizacyjnego zacofania i gospodarczej zapaści. A gdzież tam powoli! Patrząc na ten proces z długodystansowej perspektywy historycznej, należy powiedzieć: Szybko, dynamicznie!

W dodatku sytuacja geopolityczna okazała się tak korzystna, że o podobnej kilka lat wcześniej nie mogliśmy marzyć nawet w najśmielszych snach. Z Polski zostały wycofane wojska Armii Czerwonej, zostaliśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej. Rozwijały się małe i większe rodzime firmy. Do Polski napływał kapitał zagraniczny, dzięki któremu nastąpił skok w zakresie technologii i kultury pracy, powstawały nowe miejsca zatrudnienia, a do budżetu płynęły podatki i środki uzyskane ze sprzedaży nierentownych przedsiębiorstw. Powstał nowoczesny system bankowy, pozwalający podejmować i rozwijać inwestycje, budować mieszkania i kupować na kredyt dobra luksusowe. Szybko rozwinął się rynek mieszkaniowy. Nikt już nie czekał na przydziałowe mieszkanie przez trzydzieści lat. Można je sobie było kupić na kredyt lub wynająć. Wystarczyło mieć w miarę dobrze płatną pracę. Dzięki członkostwu w Unii Europejskiej zaczęliśmy swobodnie podróżować po świecie i legalnie pracować za granicą. Ze zdezelowanych „kaszlaków” przesiedliśmy się na nowe lub prawie nowe samochody wszelkich marek. Dzięki dotacjom z Unii zbudowaliśmy tysiące kilometrów dróg, autostrad, obwodnic, oczyszczalni i innych obiektów publicznych. Wczasy za granicą przestały być niedostępnym dla mas dobrem luksusowym. Oczywiście nie wszystkim powodziło się tak samo. Jedni mieli więcej, inni mniej. Wśród tych, co mieli mniej frustracja rosła. Czuli, że im też się należy. Za darmo, skoro kraj tak kwitnie.

Nic dziwnego, że ich niezadowolenie próbowali wykorzystać demagodzy różnej maści, opierający swe programy na prymitywnym populizmie, chrześcijańskiej nienawiści czy rzekomej solidarności polskich rodzin. Wśród nich najwytrwalszy i najskuteczniejszy okazał się – podobnie jak w Niemczech w latach trzydziestych – nieżonaty, bezdzietny mężczyzna niewielkiego wzrostu, sfrustrowany niepowodzeniami swej politycznej kariery, a przy tym złośliwy człowiek o złym charakterze, agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Określający sam siebie jako wroga elit. Ktoś, kto – mając u swojej mamusi zapewniony wikt i opierunek, a potem opiekę niemal noszących go na rękach członków własnej partii – przez całe życie nic nie robił, tylko oddawał się swojej żądzy władzy i swoim politycznym wymysłom. I – tak jak Hitler zanegował osiągnięcia Republiki Weimarskiej i ogłosił powstanie III Rzeszy – tak on zanegował osiągnięcia III Rzeczypospolitej i ogłosił powstanie IV. To, co widzicie, głosił, to złudzenie. Kraj nasz nie rozkwita, lecz pogrążony jest w biedzie. Pociągane przez niego za sznurki marionetki filmowały się na tle opuszczonych fabryk, lansując hasło „Polska w ruinie”. Nasz system polityczny to żadna demokracja, przekonywał przywódca. To oszustwo, to zmowa elit, które was wykorzystują. To spisek polityków, finansistów, przedsiębiorców, sędziów, dziennikarzy, lekarzy. Przedstawiciele elit mnożyli się jak króliki wyciągane z kapelusza przez prestidigitatora. Rozumiem waszą frustrację, przymilał się do tłumów przywódca. Należy wam się więcej. I ja dam wam to bez pracy, pod jednym wszakże warunkiem, że obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową. Wszystkim dam pracę, a nawet pieniądze bez pracy, mieszkania, książki dla dzieci. Znów uruchomimy stocznie, huty, kopalnie i inne rozkradzione przez postkomunistyczne elity przedsiębiorstwa, obiecywał. Te elity oczywiście będą bronić swoich interesów, dlatego musimy zbudować nowy ład antyelitarny: system demokracji nieliberalnej. Bez trójpodziału władzy, bez wolnych mediów, ale z publiczną propagandą wzmacniającą naszą walkę, wyjaśniał. I kolejnymi prezentami socjalnymi zabiegał o poparcie tłumów, zwłaszcza w walce z przeciwnikami politycznymi, których trzeba zlustrować, zdekomunizować, zdeubekizować. Oni się nie poddają, grzmiał nasz wielki mały przywódca, utworzyli opozycję totalną. Sytuacja stała się już na tyle rozhisteryzowana, że gdy pytał (nie dosłownie, ale jego wypowiedzi miały taki właśnie sens): Czy chcecie totalnej walki z totalną opozycją, masy mu odpowiadały: Tak! Tak! Tak! Na wiecach, na mszach, na meczach. W internecie, na forach dyskusyjnych. I ostatecznie: przy urnach wyborczych. Ten niby szeregowy poseł, ale de facto samozwańczy naczelnik państwa i przywódca „prawdziwych” Polaków, stojący ponad prezydentem, premierem, marszałkiem sejmu i generalnym prokuratorem wysyłał – za pośrednictwem telewizji, SMS-owych instrukcji, pokrzykiwań marionetek – coraz to nowe sygnały do tłumu, instruując go, jak ma mówić i myśleć. I ten, na co dzień odporny na wiedzę i naukę, tłum ochoczo przyswajał sobie i powtarzał nowe hasła i pojęcia: antypolska gra, brukselskie elity, czwarta RP, demokracja nieliberalna, dobra zmiana, kondominium rosyjsko-niemieckie, lewactwo, odnowa moralna, totalna opozycja, zamach smoleński, zdrajcy i zdradzeni o świcie. W ten sposób połowa społeczeństwa zaczęła posługiwać się językiem dyktatora.

Foto: Ekspozycja książek w jednej z księgarń. Przypadkowa czy zamierzona?

Spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Niemców zaraz po kapitulacji. Patrząc na obrócone w perzynę miasta: Berlin, Hamburg, Drezno, Düsseldorf czy Kolonię; patrząc na uwolnione z obozów koncentracyjnych w Dachau, Gross-Rosen, Buchenwaldzie żywe ludzkie trupy; uświadamiając sobie zbrodnie popełnione na innych narodach, a zwłaszcza niepojęty horror holokaustu, w ramach którego z całej Europy zwożono pociągami do Auschwitz i innych obozów zagłady Żydów: mężczyzn, starców, kobiety i dzieci po to tylko, by ich na miejscu zabić i unicestwić; i wreszcie opłakując pięć milionów własnych rodaków, głównie mężczyzn – mężów, ojców, synów, braci, którym ten horror odebrał życie, ci, którym bielmo fanatyzmu i strachu spadło z oczu, pytali zapewne: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Niemcy, którzy uważaliśmy się za najnowocześniejszy, najzdolniejszy, najbardziej kulturalny, najbardziej wykształcony, najbardziej pracowity naród na świecie, okazaliśmy się największymi barbarzyńcami.

A teraz spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Polaków po upadku PiS, który na pewno nastąpi, i to z wielkim hukiem. Głupotą jest zaślepienie stetryczałego już starego szaleńca i jego zidiociałych od służalstwa i uzyskiwanych korzyści popleczników, że wydumany projekt demokracji nieliberalnej, mającej być tamą postawioną w poprzek i wbrew zachodzącym w świecie przemianom społecznym i procesom historycznym, powiedzie się i da się utrzymać. Nie takie kolosy upadały w historii.

Oczywiście, nie będzie gruzów po zniszczonych miastach, obozy koncentracyjne też nam nie grożą ani obfitująca śmiertelnymi ofiarami wojna. Ruina, do której zmierza nasz kraj, to pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych; to zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych: krajowych, wojewódzkich, gminnych; to chaos komunikacji społecznej, która powinna opierać się na mówieniu prawdy, a została zdominowana przez kłamstwo i manipulację; to zachwiany system wartości, według którego każdy wie, że jest kowalem swego losu i że jego powodzenie życiowe zależy od jego pracowitości, pilności w szkole, wykształcenia, a nie od szczodrobliwości możnowładców.

Nie mam wątpliwości co do tego, że wkrótce i Polakom spadnie z oczu bielmo złudzeń i propagandy i spytamy zdziwieni: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Polacy, którzy uważaliśmy się i których uważano za najdzielniejszy, najodważniejszy, najbardziej miłujący wolność i demokrację naród w Europie Wschodniej, a może i jeszcze dalej? Jak mogliśmy dopuścić do tego, że cała Europa wytyka nas sobie palcami jako najgłupszy, najbardziej zaślepiony, najciemniejszy i najbardziej zacofany naród.

JERZY KRUK

Ciemna dziś noc

Oto słowa piosenki zakazanej przez pisowskiego urzędnika, dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, bo to ponoć sowiecka propaganda. Hmm… miłość, tęsknota, czyhająca śmierć, łzy, nadzieja to sowiecka propaganda? Jednak ta napisana w 42. roku piosenka została wykorzystana w radzieckim filmie „Dwóch żołnierzy”, a w dodatku przetłumaczył ją wierszokleta ponoć zażydzający piękną mowę naszą. Słowem: żydokomuna w jednym.

Wokalista „Kapeli podwórkowej” Piotr Kosewski poskarżył się, że dyrektor muzeum Karol Nawrocki przerwał jego występ podczas koncertu w Noc Muzeów, wykrzykując, że śpiewa bolszewicką piosenkę. „W naszym Muzeum nie na już miejsca na sowiecką propagandę” – argumentował dyrektor.

Coraz bardziej chce mi się rzygać na lansowany przez PiS model polskości i polszczyzny. Na te ich wyroki, kto Polak, kto nie-Polak, kto patriota, a kto zdrajca, kto tchórz, a kto bohater. Michnik, Frasyniuk, Wałęsa, Tusk, Wajda, Kutz, Janda, Stuhr, Lis, Środa, Tokarczuk – nasi najwięksi politycy, publicyści i artyści to oczywiści tchórze i zdrajcy, bo ośmielają się głosić gorzką prawdę, czyli podnoszą rękę na partię i Kościół. A kto bohaterem, patriotą i prawdziwym Polakiem? Oczywiście wszystkie miernoty popierające PiS, które nie wykazały się odwagą w czasach, gdy było to dowodem zdrowego rozsądku, przyzwoitości i nieugiętości. Miernoty, które nie mogą się pochwalić żadnym międzynarodowym sukcesem, ale za to zdobywają uznanie jeszcze większych miernot, które – podobnie jak oni – przez całe życie siedziały cicho jak mysz pod miotłą i trzęsły portkami, a teraz – gdy odwaga staniała – wychodzą na ulicę krzyczeć wraz z motłochem: komuniści i złodzieje, zdrajcy, Żydzi, oszuści! Bóg, honor, ojczyzna! Kościół, naród, partia! W dupie mam taką polskość.

A polszczyzna? Polszczyzna jest duchową krainą, w której toczy się moje życie od narodzin. Ważniejszą od tej geograficznej, która dziś sięga od Odry do Bugu, a kiedyś sięgała Niemna i Dniepru. Z granicami bywa różnie, czasami można je przesunąć jednym dekretem, jednym traktatem. Nie zawsze w granicach naszej ojczyzny były Mazury, Wrocław i Szczecin, ale Mickiewicz, Norwid, Sienkiewicz, Prus i Żeromski, Wyspiański i Gombrowicz, Brzechwa, Tuwim, Herbert i Miłosz zakorzenili się w niej mocniej niż nasze dęby, lipy i sosny. Mogą nam zakneblować usta, zamknąć szkoły i uniwersytety, zesłać na Sybir, my sami możemy wyjechać na koniec świata, ale by nam wyrwać polszczyznę z głowy i serca, sami musimy doznać głębokiej urazy, by ją naprawdę znienawidzić i zapomnieć. Wielu moich przyjaciół mieszka za granicą, ale ojczyznę-polszczyznę mają ze sobą, bo wciąż myślą, mówią i czytają po polsku, choć posługują się także językiem tubylców.

W takiej właśnie ojczyźnie-polszczyźnie mieszkam od pierwszych słów, nie tylko tych, które sam wypowiedziałem, ale już od tych, które wypowiadali do mnie matka, ojciec i dziadkowie, zanim jeszcze sam zacząłem mówić. Polszczyzna to wiersze, których uczyłem się na pamięć jako dziecko. Paweł i Gaweł w jednym domu stali… Stoi na stacji lokomotywa… Samochwała w kącie stała… Hmm… nawet nie wiedziałem ile cytatów mi w głowie… stoi. Ale słowa stają mi w gardle, gdy „prawdziwi Polacy” pytają, kto z autorów tych wierszy to „prawdziwy Polak”, a kto tylko przefarbowany ze Szkopa lub Ruska, kto Żyd, a kto nie-Żyd. Polszczyzna to wiersze, których uczyłem się w szkole. Polały się łzy me… Do kraju tego, gdzie kruszynkę chleba… Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość… Polszczyzna to dla mnie okno na świat, przez które poznałem Szekspira, Goethego, Tołstoja, Dostojewskiego i słowa o miłości i cierpieniu, o samotności, bohaterstwie i podłości, których doświadczyli ludzie mówiący inną mową niż polska. Na pewno dla nich nie mniej piękną. Polszczyzna to także język prawdy, z którego mnie i nas wszystkich chciała wykastrować komunistyczna cenzura, ale nie pozwoliliśmy na to.

Nie pozwólmy więc i dziś, by z tego języka prawdy kastrował nas byle pisowski urzędas, który chce nam wmówić, że prawdziwa polszczyzna to nie skrzydlate słowa naszych poetów i tłumaczenia na nasz język poetów rosyjskich, niemieckich, angielskich czy jakichkolwiek innych, lecz jad bezustannie sączony przez Kaczyńskiego, Rydzyka, Pawłowicz, Rybaka, Korwina i kłamstwa po tysiąckroć powtarzane przez ich propagandowe tuby.

JERZY KRUK

Biblia, chrześcijaństwo, miłość, seks, rozładowanie.

Chrześcijaństwo od zarania przeciwstawiało ciało duszy. Życie grzeszne i życie wieczne. Przez całe wieki samo myślenie o potrzebach cielesnych uważano za grzech, a cóż dopiero mówienie czy pisanie o nich, chyba że w aspekcie krytycznym. Cielesne żądze uważano za podszept szatana. Pobożny człowiek im nie folgował, może z wyjątkiem zaspokajania głodu czy pragnienia, bo już „zaspokajanie” potrzeb seksualnych samo w sobie było czymś grzesznym. Jeśli pobożny chrześcijanin miał „to” robić to tylko z obowiązku wypełnienia nakazu Bożego: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”, ale przyjemności z tego mieć nie powinien.

Cóż za hipokryzja! Każdy, kto poznał tajemnice alkowy, wie, że płynie z nich rozkosz nieporównywalna z żadną inną przyjemnością. No bo czy zaspokajając jakąkolwiek potrzebę inną niż płciowa człowiek krzyczy z rozkoszy? Owszem, zdarza się nam zawołać podczas posiłku: Pycha! Albo uderzyć w głośną a radosną pieśń po spełnieniu rytuałów ku czci Bachusa, czy też wydać nietłumiony wyraz ulgi w miejscu, gdzie nawet król chodzi piechotą, ale to nie to samo, co wspaniały syreni hymn odśpiewywany przez kobietę czy niepohamowany okrzyk tryumfu wydawany przez mężczyznę po dotarciu do szczytu rozkoszy. A kiedy śpiewają w duecie, jednocześnie, to następuje najwspanialsza we Wszechświecie harmonia mundi, przewyższająca swą wspaniałością harmonię ruchu ciał niebieskich, a wielu – wśród nich także ja – twierdzi, że i harmonię śpiewu niebiańskich chórów, Cherubów i Serafinów.

Tę negatywną orientację w stosunku do ciała chrześcijaństwo, a przynajmniej jego elity, zmieniło na jakiś czas w dobie renesansu, przyjmując zasadę Homo sum, humani nihil a me alienum putto, czego konsekwencją był zachwyt nad pięknem ludzkiego ciała, wyrażany nie tylko w dziełach świeckich, ale także i religijnych, ozdabiających kościoły. Najsłynniejszym jego wyrazem jest chyba malowidło Michała Anioła na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej, przedstawiające nagiego Adama z męskimi klejnotami na wierzchu. No, powiedzmy z klejnocikami, takimi jeszcze chłopięcymi, ale kto wie, co się z nimi stało, gdy Pan Bóg przekazał mu swą siłę witalną (bo na obrazie wprawdzie wyciąga w kierunku Adama swój Boży palec, ale go nim jeszcze nie dotyka).

Niestety, ten powrót do natury nie trwał długo. Zwłaszcza reformacja podkreślała grzeszność ciała i pod jej wpływem w Kościele rzymskim rozpoczęto kampanię figową, polegającą na zasłanianiu męskich i żeńskich genitaliów i okolic łonowych listkami figowymi. Z malowidłami sprawę załatwiono bezboleśnie, po prostu domalowując w odpowiednim miejscu listek; gorzej było z rzeźbami (także antycznymi) przedstawiającymi męskie postacie, które brutalnie kastrowano i w miejsce naturalnych klejnotów doklejano wyrzeźbiony element roślinny. Nagość znów stała się grzeszna i wstydliwa.

To nastawienie Kościoła w kolejnych wiekach wpływało na życie świeckie i owocowało rygoryzmem obyczajowym, pruderią,  purytanizmem, romantyzmem, wiktorianizmem… Oczywiście w tym kulturowym monolicie następowały pęknięcia, a nawet wyłomy, a to w formie rozwiązłości elit, a to w postaci frywolności ludu, które w początkach XX wieku doprowadziły za sprawą znanego szarlatana z Wiednia do prawdziwej obsesji seksualnej, na razie jednak tylko w warstwie werbalnej i myślowej.

Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w latach sześćdziesiątych w formie rewolucji seksualnej. Antymieszczański charakter młodzieżowego buntu, hasła wolnej miłości, a zwłaszcza wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej zmieniało punkt widzenia na „te sprawy” diametralnie.

Dziś zarówno młodzież, jak i stare dewotki dobrze wiedzą, skąd się biorą dzieci; kiedy to robić (kalendarzyk, owulacja), żeby je mieć i jak to robić, żeby ich nie mieć (antykoncepcja). I wszyscy wiedzą, że „te sprawy” to najfajniejsza zabawa, w jaką się mogą bawić dorośli. Podrostki nie mogą się doczekać, gdy wreszcie będą mogły „to robić”, a starsi robią wszystko, co w ich mocy, by wciąż jeszcze „móc to robić”.

Ale, chyba z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych dewotów albo abnegatów, nikt nie chce „tego” robić jak Pan Bóg przykazał: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię”. Współczesny człowiek zdaje sobie sprawę z problemu przeludnienia, zwłaszcza własnego, na ogół niedużego mieszkania i żadne zachęty, ani finansowe, ani religijne, nie spowodują, że nagle przestanie świadomie planować rodzinę i zacznie rozmnażać się bez kontroli, jak swego czasu króliki w Australii.

Prawie wszyscy chcą to robić dla przyjemności, zdrowia i rozładowania. Owszem, w celach prokreacyjnych też, ale najwyżej raz, dwa, góra trzy razy w życiu. A więcej to już naprawdę rzadki wyjątek.

Jak i kiedy to robić, żeby było bezpiecznie, przyjemnie, efektywnie i efektownie? Wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu magazyn ilustrowany. Porady można znaleźć prawie w każdym numerze. To źle czy dobrze? Bardzo dobrze. Seks jest wszędzie. W niebie (przynajmniej islamskim), na ziemi i na każdym miejscu. Dlatego dobrze, by wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Jak planować rodzinę, zdobywać przyjemność, uzyskiwać zaspokojenie i emocjonalną równowagę i, co szczególnie ważne, jak nie krzywdzić drugiej osoby, a – wręcz przeciwnie – jak w ten sposób dawać jej szczęście. Posiadanie takiej wiedzy jest ważne szczególnie dla dzieci, bo rozpoczynając współżycie nieświadomie lub z błędną świadomością, skrzywioną przez dewocję, fundamentalizm, pruderię, pornografię lub fałszywe wzorce kulturowe mogą zrobić krzywdę, a nawet złamać życie, sobie samemu lub innej osobie.

O seksie dziś wiemy prawie wszystko. Nawet małe dzieci nie wierzą w bociany, a wiedzą, co to jest stosunek, orgazm, ciąża, poród. Niektóre wiedzą, że masturbacja, to zdrowe, przynoszące ulgę zachowanie, a niektóre wciąż wierzą, że to grzech. Wszystkie słyszały o gejach i lesbijkach, ale dla niektórych to po prostu będąca wynikiem wrodzonych skłonności lub kulturowych wyborów orientacja seksualna, a dla drugich wołające o pomstę do nieba zboczenie. Wszystkie wiedzą, co to prezerwatywa, kalendarzyk, pigułka antykoncepcyjna, aborcja. Zwłaszcza w kwestii aborcji polskie dzieci są bardzo dobrze „uświadomione”. Przez Kościół oczywiście. I znów: dla jednych to mniej lub bardziej drastyczne środki i metody antykoncepcyjne, dla innych to grzech i zbrodnia.

W zakresie etyki i medycyny związanej z seksualnością świat poszedł do przodu i po nowemu mierzy się ze starymi problemami. Ale nie Polska. Tutaj wciąż próbuje się zawracać Wisłę kijem. Wystarczy posłuchać co konserwatyści biorą za grzech i co uważają za nowe wcielenie szatana: masturbacja, seks nie mający na celu prokreacji, zapłodnienie in vitro, antykoncepcja, homoseksualizm, gender, hedonizm. Biblia (Starego Testamentu) to dla katolików raczej wstydliwy relikt żydowskiego dziedzictwa. Ani polski ksiądz, ani polski wierny nie czytają Biblii  – no może z wyjątkiem paru ustępów z księgi Genesis – ale by uzasadnić swoje poglądy i przekonania, natychmiast znajdują odpowiedni fragment, by wykazać, że współżycie dwóch mężczyzn nie jest miłe Panu Bogu, ani masturbacja; że księża nie powinni się żenić, bo apostołowie też byli nieżonaci; że powinni nosić sutanny, bo Pan Jezus nosił suknię itd., itp. Notabene, pod tym względem wszystkich przebił pewien ksiądz z Podlasia, wygrzebując w Piśmie sprzed trzech tysięcy lat fragment o tym, że kobieta nie powinna ubierać się w strój mężczyzny i na odwrót, co wywołało popłoch wśród dziewcząt i kobiet, które ośmieliły się nosić spodnie i przyprawiło je o głębokie poczucie winy. Już widzę, jak córki i matki Polki ustawiają się w kolejce do spowiedzi, by wyznać grzech ciężki: Chodziłam w spodniach.

Karykaturalne, prawda? Śmieszne i żałosne. Mamy więc literalnie naśladować wszystko, co znajdziemy w Biblii? Może więc mężczyźni powinni brać sobie niewolnice jako nałożnice i płodzić z nimi dzieci, jak Abraham? Może mężczyźni powinni zapładniać swoje szwagierki, jeśli bezdzietnie odumrze je ich brat? – na co nie chciał przystać Onan i wolał swe nasienie strącać na ziemię. Może mężczyźni powinni chodzić w sukniach, jak Jezus i apostołowie? Może powinniśmy kamienować niewierne żony, jak robiono to w czasach Jezusa i jak do dziś w niektórych krajach robią to mahometanie?

Puknijmy się w głowę. Chrześcijaństwo odniosło tak wielki sukces kulturowy właśnie dlatego, że nie brało dosłownie wszystkich treści zawartych w Piśmie Świętym, lecz że potrafiło je zinterpretować w odpowiednim kontekście historycznym i przyswoić sobie treści, które zastawało w danym otoczeniu kulturowym lub asymilować te, które przynosiły nowe czasy.

Ksiądz Murziński, chyba chcąc zabłysnąć w parafii i mediach, wybrał jedno zdanie z Księgi Powtórzonego Prawa. Ale dlaczego pominął inne, dotyczące życia codziennego przepisy z zakresu mody, budownictwa, rolnictwa i ekologii? Zbyt absurdalne? Przeczytajmy: Jeśli zobaczysz, że osioł twego brata albo wół jego upadł na drodze – nie odwrócisz się od nich, ale z nim razem je podniesiesz.  Kobieta nie będzie nosiła ubioru mężczyzny ani mężczyzna ubioru kobiety; gdyż każdy, kto tak postępuje, obrzydły jest dla Pana, Boga swego. Jeśli napotkasz przed sobą na drodze, na drzewie lub na ziemi gniazdo ptaka z pisklętami lub jajkami wysiadywanymi przez matkę, nie zabierzesz matki z pisklętami.  Matkę zostawisz w spokoju, a pisklęta możesz zabrać – aby ci się dobrze powodziło i abyś długo żył. Jeśli zbudujesz nowy dom, uczynisz na dachu ogrodzenie, byś nie obciążył swego domu krwią, gdyby ktoś z niego spadł. Nie zasiejesz w twojej winnicy dwu gatunków roślin, aby wszystkie nie zostały uznane za święte: nasiona posiane i zbiory w winnicy. Nie będziesz orał razem wołem i osłem. Nie wdziejesz sukni utkanej naraz z wełny i lnu.  Zrobisz sobie frędzle na czterech rogach płaszcza, którym się okrywasz.

Do czegoś takiego stosują się dziś tylko ultra ortodoksyjni żydzi, posuwając się do granicy śmieszności.  A mieszkańcy globalnej wioski noszą stroje z całego świata. Spodnie? Krój taki, jaki dominuje współcześnie, wymyślono dopiero w XIX wieku, bo wcześniej mężczyźni chodzili w rajtuzach lub w kalesonach. Więc niby dlaczego współczesne niewiasty nie mogą nosić spodni? Zwłaszcza, że kobiety w Chinach czy w Arabii nosiły je od wieków. Podobnie z sukniami: mężczyźni w krajach arabskich czy w Indiach noszą je do dziś, a kiedyś podobnie ubierali się Europejczycy: chodzili w togach, czyli w sukniach, albo w tunikach, czyli w sukienkach. Geniusz z Podlasia chciałby te wszystkie wynalazki przekreślić jednym pociągnięciem pióra. Na szczęście minęły już czasy, gdy Kościół dyktował kanony mody, sztuki i myślenia.

Podobnie z etyką seksualną. Kiedyś ludzie mieli tylko mętne wyobrażanie o tym, skąd i w jaki sposób biorą się dzieci. Nic dziwnego, że obudowali życie seksualne murem kulturowych zakazów i nakazów, adekwatnych do stanu świadomości swojej epoki. Dziś nasza świadomość jest inna, dużo głębsza. I zakres środków technicznych i medycznych – także. Nic dziwnego, że zmienia się etyka seksualna. Ta ze Starego Testamentu, wypracowana przez lud pasterzy, rolników, handlarzy, posiadaczy niewolników, owiec i osłów nie przystaje do nich. Ale wcale nie trzeba porzucać religijnych przekonań, by przystosować się do nowych czasów. Niech sobie ksiądz czy kaznodzieja grzmi z ambony, ale ilu chrześcijan zachowuje dziś dziewictwo do momentu przystąpienia do sakramentu małżeństwa? Ilu uprawia seks bez względu na kontrolę zajścia w ciążę? Ilu macha ręką na planowanie wielkości rodziny? Powiedziałem już to: dewoci, jak Terlikowscy lub abnegaci, jak Wałęsowie. Ani jedni, ani drudzy nie są wzorem współczesnej rodziny, nawet w kraju tak konserwatywnym jak Polska.

Wczytując się w Pismo Święte, można jednak znaleźć radę na miarę naszych nowych czasów: Przykazanie nowe daję wam – mówił Jezus – abyście się wzajemnie miłowali. A co mówi do seksualnych grzeszników? Nikt cię nie potępił? I ja ciebie nie potępiam. Najważniejsze więc, abyśmy się wzajemnie miłowali i nikogo nie krzywdzili.

I pięknie by było, gdyby to zalecenie Jezusa, wypowiedziane oczywiście w odniesieniu do wszelkich relacji międzyludzkich, stosowane było także w zakresie etyki seksualnej. Z biologicznego punktu widzenia celem zachowań i  czynności seksualnych ludzi, innych zwierząt, roślin i wszelkich innych różnopłciowych (jednopłciowych także) istot żywych jest prokreacja. Ale człowiek już dawno wyszedł poza swoją czysto biologiczną naturę. Ogół jego działań i osiągnięć, które poza nią wykraczają, określa się mianem kultury. Rolnictwo, budownictwo, organizacja społeczna, religia, sztuka, nauka są jej głównymi filarami, ale także i kultura seksualna, która dziś pozwala planować liczbę potomstwa, uzyskiwać je parom z zaburzeniami płodności, a nawet osobom samotnym, postanawiającym żyć bez partnera, ale także robić „to” dla przyjemności, zdrowia i rozładowania. Współczesna kultura pokazuje, że nie ma w tym zakresie żadnych granic. Większość ludzi robi to w formie tradycyjnej: z jedynym w życiu heteroseksualnym partnerem. I tak jest chyba najpiękniej, ale chyba też nikt się do tej zasady nie może stosować w pełni, choćby z tego względu, że człowiek osiąga dojrzałość płciową w wieku trzynastu, piętnastu lat, a społeczną wiele lat później. Nikt się nie decyduje, by swe funkcje seksualne wykorzystywać w celu prokreacji, czyli po Bożemu, zaraz po przekroczeniu progu dojrzałości płciowej. Przed nim jeszcze długa edukacja, praca, kariera. Musi więc coś ze swoim popędem płciowym zrobić, a i później wcale nie musi (bo nie chce lub nie potrafi) znaleźć jednego jedynego na całe życie partnera seksualnego. Co więc ma robić z popędem płciowym? Kultura podsuwa mu mnóstwo rozwiązań. Jeśli religijni fundamentaliści, kościelni świętoszkowie i pospolici dewoci tego nie rozumieją i próbują się tej kulturze przeciwstawić, to dla normalnych ludzi są nie tylko śmieszni, ale wręcz niebezpieczni, zwłaszcza dla dzieci.

Kiedyś było takie powiedzenie: Czy to ważne, kto z kim śpi? Ważne, czyje dzieci są. To miał być żart, ale czy nie zawierał w sobie odrobiny mądrości, która jest nam potrzebna do poruszania się w zawiłych meandrach etyki seksualnej naszych czasów?

JERZY KRUK

Jarosław

Jarosław Kaczyński to biedny, samotny człowiek. Nie doświadczył w swoim życiu miłości. Ani przyjaźni. Nie założył rodziny, więc nie wie, co to miłość rodzicielska albo partnerska, odpowiedzialność za dzieci, lęk o nie, radość
i duma z ich sukcesów, dbałość o trwałość związku, trud codziennego życia. Rozkosze seksu też są mu obce. Jarosław Kaczyński nigdy nie miał przyjaciół, a nawet politycznych partnerów, bo przez całe życie otaczało
go grono popleczników i lizusów. Za to miał i ma całą masę wrogów. Takich, których sam wykreował, albo takich, którzy go szczerze znienawidzili.

Biedny człowiek, samotny. A mimo to żyjący jednak intensywnym życiem, które mu wypełnia jedno pragnienie. Tym, czego Jarosław Kaczyński pragnie najbardziej, jest władza. Jarosław Kaczyński jest psychopatycznym imperoholikiem, jeśli mogę sobie pozwolić na taki neologizm. Imperoholik, wbrew narzucającemu się skojarzeniu, nie kocha imperium. Imperoholik kocha władzę. Poza władzą nic się dla niego nie liczy. Ani przyjaźń,
ani miłość, ani naród, ani państwo. Znacie takie typy z historii? Napoleon, Hitler, Stalin, Castro, Chavez. Wszyscy doprowadzili swoje państwa i narody do ruiny. Imperoholik to typ psychopatycznego narcyza. Najważniejszy jest on sam. Jego dewizą jest: Po mnie choćby potop.

Symphosphere – muzyczne uniwersum Możdżera

Leszek Możdżer przyzwyczaił nas do tego, że na swych koncertach pokazuje, co można zrobić z fortepianem. W swym projekcie  „Symphosphere” artysta pokazuje, co można zrobić z muzyką. Będziemy mieli do czynienia – zapowiada na początku utworu kompozytor i lider projektu – z fantazją, eksperymentem, inspiracją, odwagą, zaskoczeniem, muzyką, elektroniką… I tak właśnie jest. Projekt został zakrojony na zespół jazzowy: fortepiany – Leszek Możdżer, saksofony – Tia Fuller, gitara basowa i kontrabas – Lars Danielsson, gitara – Wojtek „Monter” Orszewski oraz perkusja – Wojciech Burliński i orkiestrę symfoniczną – złożona z młodych uzdolnionych muzyków Santander Orchestra prowadzona przez Marcina Sompolińskiego. Muzyczne uniwersum Możdżera obejmuje prawie wszystko, co możemy znaleźć w jazzie: od lirycznej bossanowy, przez bebop Parkera i Clotrane’a, pełen werwy jazz-rock w stylu późnego Milesa Davisa aż po klimaty free jazzowe. Podobnie z orkiestrą symfoniczną, która z wirtuozerią przechodziła od pełnych zadumy fraz, rodem z Sibeliusa czy Góreckiego, przez ekstatyczne partie współczesnej muzyki awangardowej, ocierając się o muzykę atonalną. I nie był to bynajmniej muzyczny collage w stylu popularnych pod koniec lat pięćdziesiątych eksperymentów spod szyldu  Jazz w Filharmonii, lecz muzyczny monolit, inteligentny projekt jak creatio ex nihilo w rozumieniu biblijnym. W kolejnych odsłonach Leszek Możdżer ukazuje nam nowe brzmienia, kolory , nastroje, wręcz nowe dźwiękowe przestrzenie. Te kosmiczne asocjacje nie są nic a nic przesadzone. Wielki Wybuch, narodziny supernowej, deszcz meteorów byłyby niezłymi metaforami dla tego, co dociera do ucha i wyobraźni słuchaczy.

Przyzwyczajona do symfonicznych koncertów publiczność w pierwszej połowie koncertu starała się zachować charakterystyczną dla filharmonii powściągliwość, nie przerywając oklaskami poszczególnych części utworu. Ale się nie dało. Ręce same składały do oklasków. Publiczność po każdym akcie kreacji potwierdzała głośnym aplauzem, że „było to dobre”, by w końcu nagrodzić artystów owacją na stojąco.

Bis był popisem samym w sobie orkiestry, zespołu jazzowego i przechadzającej się miedzy rzędami saksofonistki, której rozentuzjazmowana publiczność ponad dziesięć  minut wyklaskiwała rytm zapodany przez Leszka Możdżera. Utwór? „Przytul mnie” z repertuaru zespołu ‘Kombi”, ale zaaranżowany w stylu Herbie Hancocka. Wykonanie? Zachwycające! Jak cały koncert. Znakomity przykład, jak z prostego utworu zrobić arcydzieło. No, ale nic dziwnego. Leszek Możdżer to przecież artysta uniwersalny. W sensie kosmicznym.

Rozdział I

Nieraz na ulicy wpadnie mi w oko jakaś dziewczyna. Potrafię się na nią zapatrzyć i dyskretnie zachwycać jej sylwetką, nogami, twarzą, ubiorem albo sposobem poruszania się. Dziś też przytrafiło mi się coś takiego. Długo wpatrywałem się, jak szybkim, drobnym krokiem szła przez miasto nieduża, szczupła dziewczyna w ciemnoszarych botkach na nogach i w wytartych dżinsach, ciasno opinających jej jędrną pupę. Miała na sobie kusą skórzaną kurtkę i zabawną futrzaną czapkę z klapkami na uszy, która całkowicie zasłaniała jej włosy, ale za to cudownie eksponowała jej piękną twarz. Oddalała się ode mnie, więc nie mogłem widzieć jej twarzy, ale nie musiałem jej widzieć, by wiedzieć, jaka jest piękna. Gdyby ujrzał ją Leonardo da Vinci, na pewno by wpadł na pomysł, by narysować jakąś swoją wersję facies ad circulum. Najpierw by umieścił całą jej głowę w prostokącie, którego krawędzie stykałyby się z uszami, górną linią włosów i brodą, a samą twarz – w owalu, odcinającym od niej uszy i włosy, którego dolna antypoda stykałaby się z dolną krawędzią prostokąta. A potem by odmierzył jedną trzecią wysokości owalu na czoło, która wypadłaby dokładnie w punkcie pomiędzy jej oczami, w którym zaczyna wznosić się nos. Na pewno z tego punktu poprowadziłby tuż nad brwiami lekko ukośne linie, które przecinałyby obrysowujący głowę prostokąt dokładnie w dwóch trzecich jego wysokości. Dokonując następnych pomiarów, stwierdziłby, że środek owalu wypada dokładnie w połowie wysokości jej nosa, środkowa linia jej oczu – w połowie wysokości prostokąta, a górna krawędź jej ust – dokładnie w jednej czwartej wysokości owalu. Na pewno taki rysunek głowy i twarzy kobiety, wrysowanych w prostokąt i elipsę, poprzecinanych liniami, pokazującymi ich proporcje, uchodziłby za wzór dla wyrażenia ideału kobiecej urody, podobnie jak jego homo ad circulum uchodzi za wzór ukazujący idealne proporcje sylwetki mężczyzny.

Znam tę twarz. Ja też zeskanowałem ją do swej pamięci, ale nie matematycznie. Zapamiętałem coś innego niż te idealne proporcje. Kiedy na nią patrzę, widzę najpierw błysk jej szmaragdowych źrenic, umieszczonych w łódeczkach jej kocich oczu, których wewnętrzne wierzchołki lekko opadają ku dołowi, a zewnętrzne – lekko unoszą się ku górze, przyozdobionych długimi, czarnymi, zawijającymi się na zewnątrz rzęsami. Nad oczami widzę rysunek jej czarnych brwi – dwie grube czarne kreski namalowane dwoma śmiałymi pociągnięciami pędzla przez jakiegoś nieznanego mistrza japońskiej kaligrafii. Wiem, że te oczy zwykle patrzą nieco w górę, jak u kogoś, kto spogląda sponad okularów. Może dlatego, że dziewczyna jest niewysoka i rozmawiając z na ogół wyższymi od siebie osobami, by spojrzeć im w oczy, musiałaby nieco unieść głowę. Ale jej głowa podczas rozmowy pozostaje zwykle nieruchoma, za to ona wyraźnie unosi sam wzrok. Widzę też jej nieskrywane poniżej czubka nosa dziurki, radośnie pokazujące się światu. I jej usta, które również dwoma zdecydowanymi pociągnięciami pędzla namalował ten sam mistrz japońskiej kaligrafii, tyle tylko, że nie czarną, lecz czerwoną kreską. Ale najbardziej kocham jej piegi, które słońce szczodrze wypaliło na jej twarzy. Te piegi są zwykle zamaskowane pod warstwą pudru, ale ja je mogę zobaczyć przy okazji każdego naszego spotkania, ponieważ puder wyciera się przy naszych namiętnych pocałunkach. Gdy pierwszym razem zachwyciłem się jej cudnymi piegami, ona z lekkim zawstydzeniem odpowiedziała mi, że wiedząc, że im się przyglądam, czuje się naga. Tak, znam te piegi i znam tę twarz. Zapamiętałem ją tak dobrze, bo to twarz mojej dziewczyny, która właśnie przed chwilą wysiadła z mojego samochodu.

Wiedziałem, że pod kurtką ma czerwoną koronkową bluzkę, przez którą prześwituje czarny stanik, dobrany do jej czarnych koronkowych majtek. Oczywiście, na ulicy nikt tego nie widział, ale ja to wiedziałem, ponieważ ranek i przedpołudnie spędziliśmy razem w małym podmiejskim hoteliku, gdzie rozbierając ją, mogłem zobaczyć nie tylko to, co ma na sobie, ale także i to, co nosi pod spodem.

Ujęło mnie, jak z chodnika wchodzi na jezdnię. Mężczyzna, kiedy ma do pokonania przeszkodę w postaci krawężnika lub kałuży, zwykle robi zdecydowany wykrok, przenosi na przednią nogę ciężar ciała i przechodząc przez pion wypina przed siebie tors i ramiona i naprężając się od stóp do głów i wybijając się z tej samej, teraz już tylnej, nogi,  wyrzuca za nimi swoje ciało. Dziewczyny, kobiety – a przynajmniej wiele z nich – robią to inaczej, lekko przysiadając przed przeszkodą, wysuwając nogę i dopiero za nią wysyłając biodra i resztę ciała. Podobne dygnięcie zauważyłem u niej. Zbliżywszy się do krawężnika, szybko dostawiła prawą stopę do lewej, lekko obniżyła biodra i zdecydowanie weszła na jezdnię lewą nogą, zupełnie jak tanguero, który zmienia nogę właśnie w ten, niewyczuwalny dla partnerki, sposób. Wiem coś o tym, bo sam tańczę tango.

Chciałbym i ją nauczyć tanga, pokazać jej jak subtelny to taniec. Marika – tak ma na imię – mówi, że najbardziej lubi pieszczoty delikatne jak muśnięcie motyla. Obdarza mnie nimi i sama ich ode mnie oczekuje. Patrząc na tango, na jego zdecydowane figury, gdy na przykład partner prowadzi partnerkę do ocho atrás i ona porusza się po parkiecie na planie ósemki, zdecydowanie wysuwając nogi w ruchu kroczącym do tyłu, jakby się przed nim zapierała, albo na boleo, gdy tancerz, wprowadzając ciało partnerki w rotację, a następnie je blokując, powoduje wyrzucenie jej nogi do przodu lub do tyłu, czy też na głęboką sakadę, gdy mężczyzna wchodzi w miejsce partnerki wykonując zdecydowany krok pomiędzy jej uda i wyrzuca jej nogę na bok, można mieć wrażenie, że tango to taniec bardzo agresywny, taniec argentyńskich machistas, manifestujących swą dominację w stosunku do kobiet. Ale w takiej opinii nie ma nic bardziej błędnego. Tango to taniec niezwykle delikatny, opierający się na subtelnej komunikacji pomiędzy partnerami. Oczywiście że mężczyzna w nim prowadzi, a kobieta za nim podąża, ale w żadnym ruchu on jej nie przestawia, nie pociąga ani nie popycha. Nie każe jej wykonywać żadnych figur. On ją tylko do nich subtelnie zaprasza. Prawdziwy mistrz tanga swoimi dłońmi właściwie ledwo dotyka partnerki. Łączy ich coś na wzór poduszki magnetycznej. Może właśnie to jest to, o czym mówi Marika: dotyk motyla? Bliski kontakt cielesny w tangu wielu, jakże błędnie, bierze za żelazny uścisk i dlatego tango wydaje się im tańcem modliszki albo jadowitego pająka, ale to nieprawda. Tango to raczej taniec motyla: z kwiatka na kwiatek, nieprzewidywalnie; przyspieszenie, zwolnienie, zmiana rytmu, pauza, zatrzymanie; wahanie i powrót do ruchu; płynnie, płynnie, rotacja, balans, zmiana kierunku i znowu płynnie. Chciałbym to pokazać Marice. Ona pewnie nie wie, że tango to taniec motyla. Wielu rzeczy nie wie.

Nieraz nie mogę się nadziwić, jak wiedza, którą łapie się z powietrza, nie stała się w ogóle jej udziałem. Marika mówi mi, że często czuje się zawstydzona, nie znając słów, których ja używam, albo nie wiedząc, co mi odpowiedzieć, jak skomentować to, co mówię. Muszę jej wyjaśniać, co znaczą słowa: krezus, hedonizm albo poliamoria. Hasła: czarodziejska góra, sto lat samotności, czekanie na Godota, paragraf 22 czy nawet monologi waginy nic jej nie mówią. Marika nie odebrała dobrej edukacji i niewiele czytała. Towarzyszami jej dzieciństwa nie byli ani Kubuś Puchatek, ani Miś Paddington. Ani Alicja w Krainie Czarów, ani Ania z Zielonego Wzgórza. Mówi, że jej rodzice nigdy nie dojrzeli do rodzicielstwa, dlatego wychowywała ją babcia. Szkoły, do których chodziła, to nie były szkoły, w których wszyscy ciężko pracują, by osiągnąć jasno wytyczony cel: studia na prawie, ekonomii czy medycynie. Raczej dryfowała z całym otoczeniem swoich znajomych ku łatwemu życiu z rozrywkami, imprezami i przyjemnościami, polegającymi na niewyszukanej konsumpcji smaków, dźwięków i obrazów, a może i jakichś delirycznych substancji, nie przejmując się, co będzie robić jako dorosła. Aż ją zniosło do zawodówki, w której niczego nie uczyli i niczego nie wymagali. Potem próbowała nadrobić zaległości i zrobić maturę w szkole wieczorowej, ale w szkole wieczorowej znów niewielu ciężko pracuje, by osiągnąć jasno wytyczony cel. Nawet jeśli niektórzy go mają, to na pewno nie są nim studia prawnicze, menedżerskie albo medyczne. Marika zdała wszystkie egzaminy z wyjątkiem matematyki, której przecież „zawsze będzie mogła się nauczyć”. Tak przynajmniej mówi.

Póki co, studiuje kosmetologię, choć ostatnio zawiesiła studia, „bo brakuje jej czasu”. Planuje w przyszłości otworzyć własny gabinet. Mówi, że ma do tego smykałkę i zainteresowanie. Najbardziej ją pociąga tworzenie sztucznych wizerunków za pomocą makijażu, który może zmienić człowieka nie do poznania. Lubię to – mówi. – Malując się i pozując do zdjęcia, mogę być, kim zechcę. I chyba też chciałaby to potrafić. Stawać się tym, kim by chciała. Może właśnie dlatego najbardziej lubi poradniki z psychologii społecznej, o których mi powiedziała, gdy ją zapytałem, co czyta. Potęga podświadomości i temu podobne proste recepty na szczęście i powodzenie w życiu. Powiedziała mi, że pracuje jako fotomodelka, prezentując głównie biżuterię i galanterię albo grając w dziwnych klipach na zlecenie, gdy zamawiający chce dostać filmik z chichotem dziewczyny łaskotanej w stopy lub pod pachami albo z jej piskiem spod zimnego prysznica. Nawet mi przysłała kilka próbek ze swoimi zdjęciami i podobnymi filmikami. Dłonie lub stopy w kolorowych wełnianych rękawiczkach bez palców. Film z głośnym chichotem w tle lekko drgających stóp, łaskotanych co chwila piórkiem lub palcem. Jednak na pierwszym zdjęciu, które mi przysłała, chyba chciała być dziwką. Pozuje na nim w czarnym gorsecie ze złotą lamówką i w czarnych pończochach w siateczkę. Zdecydowanie wpatruje się w obiektyw sponad słonecznych okularów. Gdy powiększyłem zdjęcie, zobaczyłem za okularami femme fatale z demonicznym czarno-srebrnym makijażem, wpatrującą się we mnie wzrokiem pełnym pogardy, jakby mówiła: Wchodzisz w to, chłopcze? Zastanów się, bo mogę zrobić z tobą wszystko, co zechcę.

To zdjęcie przysłała mi w odpowiedzi na moją odpowiedź na jej anons w eamore.com. Gdy wyraziłem swoje zaintrygowanie, ona mi odpowiedziała: Pozowanie do zdjęć to zupełnie inny świat, w którym mogę być, kim chcę. Raz sobą, raz aniołem, raz wcieleniem diabła. Ale na ogół w kontaktach z ludźmi jestem bardzo ostrożna i nieśmiała. Nieśmiałość? – odpisałem. Trudno w to uwierzyć, bo sprawiasz wrażenie dziewczyny, która już z niejednego pieca chleb jadła. A ona na to: Nie wiem jak to odebrać :/. Tak zinterpretowałem twoje zdjęcie w kabaretkach: O, dziewczyna niezwykle swobodna seksualnie, która miała sporo erotycznych doświadczeń. Nie zgadza się? To tylko zabawa i mistyfikacja? Źle mnie odebrałeś i przykro mi z tego powodu, ale masz prawo. Nie miałam wielu erotycznych doświadczeń i chciałabym ci udowodnić, że nie jest tak, jak sobie pomyślałeś. Nie jestem złą, zepsutą dziewczyną. Ani przez moment nie pomyślałem, że jesteś zła, nawet jeśli byś była nienasyconą nimfomanką, doświadczoną kurtyzaną czy łatwą dziewczyną. A może i nawet byłyby to atuty? Złem w tych relacjach byłby dla mnie cynizm, pogarda, przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka. Pięknie ujęte, ale odpowiem ci wprost: Nigdy nie byłam nimfomanką, kurtyzaną ani łatwą dziewczyną. Na decyzję o takim układzie poświęciłam dużo czasu. Mam nadzieję, że ta znajomość będzie głęboka również dla duszy, a nie tylko dla uciech fizycznych. Jak napisałam w ogłoszeniu, interesuje mnie przyjaźń i podtrzymanie znajomości. Nie chcę traktować tego przedmiotowo, chcę cię poznać, polubić i być częścią świata, do którego z chęcią będziesz chciał wracać. Aż mi się nie chce wierzyć, że aż tak dobrze możemy się rozumieć – odpisałem. Ja też długo szukałem takiego kontaktu.

Tak, Marika spotyka się ze mną za pieniądze. Ale, rzeczywiście, nie jest dziwką ani femme fatale. Chyba powinienem być dumny, że spośród kilkudziesięciu mężczyzn, którzy odpowiedzieli na jej anons, wybrała właśnie mnie. Bo wydawałeś mi się najciekawszym z nich wszystkich – napisała. I najbardziej godnym zaufania. Tylko ty napisałeś, że chcesz otoczyć mnie troską. „Cieszyłbym się, gdybym mógł otoczyć cię opieką i czułością. W zamian oczekiwałbym tego samego”. Tak było? – cytuje moją odpowiedź na swój anons.

To dlatego tak się do mnie tuli? Dlatego z taką ufnością patrzy mi w oczy? Dlatego obsypuje mnie deszczem czułych pocałunków? W żadnym calu nie zachowuje się jak dziwka. Wyczułem to już podczas pierwszego spotkania, a podczas drugiego przekonałem się na pewno i wiedziałem nawet, jak to nazwać. Takiej czułości pocałunków i pieszczot, jakimi mnie obdarzyła, doświadczyłem do tej pory jedynie od kobiet, które mnie kochały. Każda z nich przekazywała to w inny sposób, ale żadna – tak subtelnie. Może dlatego, że one kochały się ze mną naprawdę, podniecając się i zmierzając w szale uniesień do szczytu własnej rozkoszy? Ja też potrafię dać Marice rozkosz, ale muszę nad nią popracować metodycznie. Może więc to nie jest rozkosz, a tylko – rozładowanie? Zaspokojenie – mówi mi Marika. Autentyczna czułość jej dotyku, pieszczot, pocałunków, spojrzenia stoi w tak oczywistej sprzeczności z naszym układem – sponsorskim – że już na pierwszym spotkaniu cisnęło mi się na usta pytanie, dlaczego to robi. Dlaczego uprawia seks za pieniądze? Ale nie chciałem wydać się jej moralizującym klientem, który próbuje sprowadzić zepsutą dziewczynę na właściwą drogę i tylko spytałem oględnie, skąd pomysł na takie spotkania. Odpowiedziała mi, że po prostu chciała spróbować takiego doświadczenia. Chyba wiem, co miała na myśli, bo opowiadała mi też i o próbach innych doświadczeń na tym polu. Na przykład, seks z kobietą. W sumie z kobietami, bo znalazła ich już kilka. Internet jest świetnym wynalazkiem do tego rodzaju poszukiwań. Niełatwo jest znaleźć odpowiedniego partnera lub odpowiednią partnerkę w swoim środowisku, jeśli nie chce się ujawniać pewnych skłonności. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo niezamierzonej kompromitacji, która może skomplikować relacje ze znajomymi. A w necie? Piszesz: Chciałabym spróbować seksu z inną dziewczyną – i już po paru godzinach masz kilka kandydatek. Albo: Młoda dziewczyna zaprzyjaźni się ze starszym panem – i od razu zgłasza się kilkudziesięciu.

Oddała mi się cała? Nie. Nie, bo to niemożliwe w jej przypadku. By oddać się w całości, trzeba w całości się otworzyć, a to u niej chyba niemożliwe. Nie w tym sensie, że skrywa jakieś tajemnice, których nie chciałaby ujawnić, lecz raczej w tym, że jest monadą. A monady – wiadomo – są bez okien. Nie można w nie zajrzeć ani ich prześwietlić. Monady nie promieniują całym swoim światłem. Raczej przesącza się przez nie tyle światła, ile można zobaczyć w ciemnym korytarzu, gdy wydobywa się spod drzwi jakiegoś zamkniętego i oświetlonego wewnątrz pomieszczenia. Nie można więc ich zobaczyć, a tylko stwierdzić, że świecą.

Marika pragnie pieszczot delikatnych jak muśnięcie motyla. Przez cały czas pozostaje opanowana w swej delikatności. To ona nadaje ton i tempo naszym pieszczotom. I robi to bez słów. Podczas pierwszego naszego spotkania cierpliwie uprzystępniała mi swoje ciało, jak gdyby badając moje potrzeby i upodobania, ale na początku drugiego – zdecydowanie przewróciła mnie na plecy i obsypała deszczem pocałunków i lawiną pieszczot swojego języka. Nie, nie. Nie deszczem, nie lawiną. Śniegiem, puchem, mgłą… Sam już nie wiem: manną. Uczę się jej niemego kodu, gdy kieruje czepigą mego ramienia, kiedy lemiesz mej dłoni zgłębia istotę jej rzeczy samej w miejscu, gdzie różany jej ogród się szerzy. Wystarczy muśnięcie palców, bym zrozumiał: wzgórek łonowy, pachwina, wargi, pochwa, łechtaczka. Mons pubis, inguine, labia majora, labia minora, vagina, clitoris. Wolniej, nie tak głęboko, stop! Tak, taak, taak, taaaak… Non pudet quia pudendum est.

Przeżyłem z nią kilka momentów, których nie zapomnę do końca życia. Któregoś razu nasze pieszczoty skończyły się długim zespoleniem. Marika leżała na wznak, a ja, zawieszony nad nią swoim torsem i oparty dłońmi o materac łóżka, w powolnym rytmie delikatnie napierałem na nią i cofałem się swoimi biodrami. Marika przez cały czas muskała mnie palcami po przegubach i niewzruszonym wzrokiem wpatrywała się w moje oczy. To była cudna pieszczota z jej strony. Dotyk motyla na moich przegubach. Marika wodziła palcami po moich przegubach, a ja, wpatrując się w jej wpatrujące się we mnie oczy, nie przestając delikatnie z nią kopulować, zacząłem szeptem powoli recytować: Nad łódeczką księżyc świeci, trójgraniasty groszek leci. Czworoboczna większa mniejszą uderzyła, główką haczyk zaczepiła. Co to? – spytała Marika, nie przestając gładzić mnie palcami po przegubach i nieruchomo wpatrywać się w moje oczy. Jakiś wierszyk? Tak – odpowiedziałem. W ten sposób studenci medycyny uczą się nazw kości nadgarstka.

Marika opuściła wzrok do mojego lewego nadgarstka i zatrzymała głaskanie wokół moich przegubów. Prawym kciukiem zaczęła gładzić wewnętrzną powierzchnię przegubu mojej lewej ręki, a pozostałymi czterema palcami – zewnętrzną. Zatrzymała ruch czterech palców, wsparła się nimi na zewnętrznej krawędzi mojej ręki, a kciukiem wyczuła końcówkę kości promieniowej i zaczęła nim ją obwodzić z lekkim naciskiem. Processus styloides radii – powiedziałem. Wyrostek rylcowaty kości promieniowej. Marika wróciła pytającym wzrokiem do moich oczu, a ja wykonałem cztery delikatne ruchy frykcyjne. Nie odrywając wzroku od moich oczu ani swoich czterech palców od zewnętrznej krawędzi mojej dłoni, przesunęła kciukiem w dół, wciskając go w zagłębienie tuż pod przegubem. Os scaphoideum – powiedziałem – łódeczka. I wykonałem kilka następnych delikatnych i powolnych ruchów frykcyjnych, które miały naśladować kołysanie się łódki na krótkiej fali. Marika, z niewzruszonym wyrazem twarzy zwolniła napięcie swojego kciuka i z lekkim naciskiem poruszyła do przodu i do tyłu środkowym palcem. Os lunatum – szepnąłem tajemniczo. Księżyc – przetłumaczyłem z uśmiechem i szeroko otwartymi oczami i kilkoma mocniejszymi ruchami frykcyjnymi spróbowałem wyrzeźbić w jej pochwie jego kształt w nowiu.

Naprawdę nie jesteś lekarzem? – spytała. Nie. Mówiłem ci. Moja żona studiowała medycynę. Podczas studiów uczyła się na mnie anatomii. Zapamiętałem co nieco.

Uważając, by nie oderwała swych palców od mych nadgarstków, przesunąłem jej ręce ruchem okrężnym ponad jej głowę, spocząłem na niej całym ciężarem swego ciała, przysunąłem swoje usta do jej ust i pocałowałem ją delikatnie trzema cmoknięciami, a potem przywarłem mocniej, rozchylając je ruchem swoich warg i wchodząc w nie językiem. Marika odpowiedziała na moje cmoknięcia cmoknięciami. Na mój silniejszy nacisk na jej usta – naciskiem swoich, a na wsunięcie języka – spleceniem z nim swojego. Znów uniosłem się nad nią i wsparłem się dłońmi na materacu łóżka, ale teraz opierając się nad jej głową. Ująwszy palcami prawej dłoni przegub jej lewej ręki, wyrecytowałem ponownie z długimi przerwami: Łódka płynie… księżyc świeci… trójgraniasty groszek leci… Na trapezie… trapeziku… wisi główka na haczyku – naciskając kolejno palcami na jej os scaphoideum, os lunatum, os pisiforme, os trapezium, os trapezoideum, os capitatum i os hamatum.

Ale dla mnie trwało to za długo, więc musiałem zmienić pozycję i wraz z nią przewróciłem się na bok. Marika podciągnęła swoje nogi wzdłuż mojego ciała, oparła pięty na mych ramionach i splotła stopy za moją głową. Wpatrywała się we mnie, a ja leżałem zachwycony w kołysce jej stóp. Patrzyłem w jej szmaragdowe oczy i podziwiałem mistrzostwo kaligrafii jej brwi i ust. Lekkimi ruchami lędźwi przypominałem, że wciąż w niej jestem, ale gdy zauważyłem że jej dziurki od nosa zaczynają coraz silniej się rozszerzać przy wciąganiu powietrza, natychmiast podążyłem za falą jej oddechu, by złapać jej rytm. Kołysałem się na jej falach przyboju, wzbierających z każdym moim ruchem i czekałem, aż, docierając do brzegu, odśpiewa syreni hymn rozkoszy, ale ona wydała tylko krótki, tłumiony spazm ulgi jak zdjęta z haczyka i wyrzucona na ląd ryba, która nie podejmuje już walki. Dwa nieme skurcze: plask, plask.

Leżeliśmy na brzegu, a rozkołysane morze naszych oddechów uspokajało się i cichło. Znów wpatrywała się we mnie swym ołowianym spojrzeniem, a ja podziwiałem jej cudną twarz, tym razem zmąconą wyraźnymi oznakami zmęczenia: wypieki na policzkach, spocone czoło, zmierzwione włosy, lekko przyćmiony blask szmaragdowych źrenic w łódeczkach kocich oczu, unoszonych na czerwonych i czarnych falach jej ust i brwi. A wszystko to w półmroku pokoju, ledwo oświetlonego światłem przedostającym się przez szczeliny zaciągniętych na okno zasłon. Jednak z twarzy Mariki – jakimś niepojętym cudem – bił blask, wyraźnie ukazujący jej szczegóły, jak na obrazach Caravaggia, jednego z pierwszych mistrzów światłocienia, który malował swe postaci spowite – podobnie jak Marika w moich oczach (zarówno dosłownie jak i w przenośni) – głębokim mrokiem, widziane jakby w piwnicznym oświetleniu. Ten blask bijący z twarzy Mariki, był czymś w rodzaju lume sacrale, którego źródło na obrazach Caravaggia pozostawało niezgłębioną tajemnicą. Dla mnie jednak wszystko było aż nader oczywiste. Było to światło mojego zachwytu.

Ponadto Caravaggio zdawał się mówić do Leonarda: Człowiek nie jest taki idealny, jak ty go przedstawiałeś; nęka go zmęczenie, choroba, cierpienie; zwycięża go śmierć. Ale czy w tym nie tkwi również jego piękno? Caravaggio kocha człowieka i świat takimi, jakie są. Nawet na obrazach przedstawiających Jezusa, owoce są robaczywe, a nie jakieś wyidealizowane. Takie było piękno Mariki, zmierzwione wysiłkiem naszego uniesienia i bijące z jej twarzy w zaciemnionym pokoju hotelowym. Nigdy jej tego nie mówiłem, ale jej zaledwie dwudziestosześcioletnie ciało nie wzbudzało we mnie czysto estetycznego zachwytu, podobnego do tego, jaki we mnie budziło dziewicze piękno nieródek, z ich jędrnymi piersiami, pośladkami i wymodelowanymi brzuchami, którym zwykle mówiłem, że nie musiałbym ich dotykać, by się nimi zachwycić, bo wystarczyłoby mi tylko na nie patrzeć. Piersi Mariki po powrocie jej figury od krągłości matki karmiącej do elfiej smukłości nastolatki straciły swą jędrność. I o ile tę stratę dało się jeszcze retuszować optycznie usztywniającym stanikiem czy odpowiednim ustawieniem ciała do zdjęcia, to przy dotknięciu cała prawda wychodziła na jaw. Pod naciskiem palców jej piersi zapadały się jak sylwestrowe baloniki w święto Trzech Króli, do którego jeszcze nie zdążono ich posprzątać. I choć Marika karmiła piersią tylko swą jedyną córeczkę, jej sutki kończyły się wyciągniętymi smoczkami, jak gdyby wykarmiła nimi co najmniej piątkę dzieci. Przebiła je kolczykami, które sprawiają wrażenie, jakby końcówki zostały wyciągnięte specjalnie w tym celu, by ozdobić je biżuterią. Podobnie było z łechtaczką, która nie była już wdzięcznym śliskim kamyczkiem, leżącym na skraju uroczego jeziorka, nie perełką, którą można znaleźć po otwarciu muszli niektórych perłopławów, jak chociażby pinctada albina, która byłaby chyba najlepszym odpowiednikiem waginy blondynki, lecz sterczącym z górnej części małża bisiorem, którego napletek Marika przebiła takim samym co sutki kolczykiem z dwoma rubinowymi zakończeniami. Przydawało to jej uroku wykwintnie podanego zagadkowego owocu morza. Ale mimo wszystko nie oddałbym tego, noszącego już tylko ślady dawnej świetności, ciała Marki za wszystkie razem wzięte perfekcyjne ciała trzech innych panienek, z którymi spotykałem się w tym czasie. Ja nie kochałem i nie pożądałem ciała Mariki. Ja kochałem ją samą.

Kołyska jej stóp pozostała ulubioną pozycją dla naszych rozmów. Moszczę się w niej swoją głową i z odległości kilkudziesięciu centymetrów podziwiam tak kochane przeze mnie szczegóły jej twarzy. To jest dla mnie idealna odległość do patrzenia, ponieważ wtedy mogę widzieć je wszystkie wyraźnie. Jestem mniej więcej dwa razy starszy od Mariki, noszę już okulary do czytania i gdy patrzę na jej twarz z bliska, całując ją lub łowiąc jej oddech, widzę jej szczegóły podwójnie. Jedne nakładają się na drugie, jak na portretach Dory Maar Picassa. Rzęsy bez oczu i oczy bez rzęs. Oczy w miejscu nosa, czasem dwa nosy i troje oczu, pomieszane czarne i czerwone kreski jej brwi i ust. Ja się moszczę głową w kołysce jej stóp, a ona się mości swymi małymi pośladkami w legowisku, jakie jej robię ze swych lędźwi. Leżąc głową w kolebce jej stóp, wyciągam jedną rękę i wsuwam dłoń pod jej policzek, a drugą głaszczę jej ramię lub ucho. Ona też czasami wyciąga swą rękę, by mnie pogłaskać po ramieniu, po brodzie lub twarzy, ale zwykle trzyma dłonie z zaciśniętymi pięściami zsunięte razem na klatce piersiowej, tuż pod brodą. Czasami rozplata kołyskę swych stóp zza mej głowy i ściąga kolana do łokci, przyjmując pozycję embrionalną. Wtedy ja obejmuję ją szeroko rękami, a ona przytula swą głowę do mojego ramienia. Mam ją całą tak blisko. Obejmując ją szeroko rozpostartymi dłońmi – jedną za łopatki, a drugą za wygięty pośladek, próbuję poruszyć jej całym ciałem i umościć ją jeszcze lepiej w swych objęciach. Uwielbiam wtedy wąchać jej włosy, pachnące ziołowym szamponem. Ale dziś jeszcze nie wiem, co tulę. Jej samotność czy pustkę? Czy jakąś nienazwaną tęsknotę? Gdy ją o to pytam, ona mi odpowiada z uśmiechem, że jest jej po prostu zimno. Że kiedy kochaliśmy się nago na kołdrze, byliśmy aktywni, wydzielaliśmy ciepło, a teraz, leżąc bez ruchu, ona marznie i musi się jakoś ogrzać. I zwykle składa mi czuły, delikatny pocałunek w miejscu, gdzie akurat znajdują się jej usta. Albo na mej piersi, albo na ramieniu, albo na dłoni. Boże! Ona całuje moje dłonie! Z zewnątrz i wewnątrz. Dotyka ich wnętrzem lub grzbietem swojej ręki albo tylko opuszkami palców, rozchyla moje palce i przeciąga między nimi swoje. Jak mógłbym nie kochać kogoś, kto daje mi taką, najczulszą pieszczotę?

Któregoś razu kochaliśmy się trzeci raz pod koniec spotkania. Zrobiło mi się wstyd z powodu mojej zachłanności, ponieważ zrozumiałem, że mimo dość silnej erekcji nie będę w stanie osiągnąć kolejnej ejakulacji. Wycofałem się z niej i dyskretnie poprosiłem, by pomogła mi dojść do końca. Marika w pełnym oddaniu robiła, co mogła. Dłonią, palcami, ustami. Prącie, żołądź, napletek, wiązadełko, moszna, jądra. Penis, glans penis, preputium, frenulum, scrotum, testis. Cudowna pieszczota, ale wciąż tylko na krawędzi spełnienia. Brakowało tylko jednego kroku, bym mógł – jak lotniarz – rzucić się w przestwór i odlecieć. Postanowiłem wziąć sprawy (dosłownie) w swoje ręce. Poprosiłem Marikę, by teraz całowała mnie w usta, a dłonią pieściła moje scrotum i testis. Wiedziałem, jak stymulować swój członek, by dojść do końca, ale osiągnięcie tego po raz trzeci w ciągu trzech godzin nie było łatwe. Teraz ja sam kilkukrotnie zbliżyłem się do krawędzi, ale gdy byłem już tuż, tuż, mechanizm nagle się rozprzęgał. Potrzebował nie więcej siły, nie większej dynamiki, lecz precyzyjniejszej stymulacji, dlatego w tym przypadku moja dłoń musiała się okazać skuteczniejsza niż kochana i czuła dłoń Mariki. W końcu udało mi się wywołać ostateczny skurcz, wyrzucający ze mnie na zewnątrz kolejne porcje świeżej gamety. Wydałem z siebie ryk ulgi i upokorzenia. Było mi wstyd przed Mariką, że robię to sam na jej oczach, niewrażliwy już na jej wdzięki, pieszczoty i czułość. Ona musiała to chyba zrozumieć. Delikatnie ujęła moją dłoń, zdjęła ją z mojego członka, podsunęła ją sobie do ust i pocałowała z najwyższą czułością. A potem to samo zrobiła z moim najlepszym przyjacielem.

Czy można kochać kobietę za jej inteligencję, mądrość i błyskotliwość? Wszyscy odpowiedzą, że tak. A za jej piękno, wdzięk, urodę? I tu nikt nie zaprzeczy. Za oddanie, dobro, wierność? I tego nie można nie docenić. A ja kocham Marikę za jej czułość. Za rodzaj czułości, jakiego nigdy nie zaznałem od żadnej z kobiet. Ani od matki, ani od żony, ani od córki czy żadnej z kochanek. Czułość, jakiej zaznałem w życiu, a było jej mnóstwo, była innego rodzaju niż ta, jaką mi daje Marika. Być może aby jej zaznać, trzeba pokonać pewną granicę wieku. Może to właśnie miał na myśli poeta pisząc: Polały się łzy me, czyste rzęsiste, na me dzieciństwo sielskie, anielskie, na młodość moją górną i durną, na mój wiek męski, wiek klęski; polały się łzy me, czyste rzęsiste… Zawsze myślałem, że ten wiersz mówi o łzach smutku, tęsknoty. A może – myślę sobie dziś – chodzi tu o łzy wzruszenia? Kiedy masz już grubo ponad pięćdziesiąt lat, twoja stara matka, o ile wciąż ją jeszcze masz, nie przytuli cię jak małe dziecko. Ani twoja żona, o ile jej nie straciłeś, nie przytuli cię w odruchu czułości jak przed laty po zapierającym dech w piersiach akcie uniesienia, gdy oboje marzyliście, że nasienie, które właśnie złożyłeś w jej łonie, wykiełkuje i wyda wspaniały owoc żywota waszego. Ani twoje dzieci, o ile wciąż potrafisz z nimi rozmawiać, nie przytulą się do ciebie z taką ufnością jak dawniej, jak pisklęta szukające schronienia pod skrzydłami kwoki. One pewnie mają już kogoś innego do przytulania.

Jesień życia, nawet jeśli jest najbardziej pogodna, prędzej czy później musi przynieść jakieś niedomagania: pogarszanie się wzroku, psucie się zębów, trudności z oddawaniem lub trzymaniem moczu. Nawet jeśli nie imają się jeszcze ciebie poważniejsze choroby, to i tak ogólna kondycja zaczyna mniej lub bardziej szwankować. Ale starzenie się oznacza coś jeszcze. Twoje fizyczne więzi z innymi ludźmi, nawet jeśli są twoimi najbliższymi, powoli się rozluźniają. Nikt już nie chce cię dotykać, może z wyjątkiem wnuków, ale to też do czasu. Chcąc nie chcąc, powoli robisz się jak stary grzyb, który aż się prosi, by go kopnąć z odrazą.

Kiedy patrzę w lustro, wyraźnie widzę, jak czas powoli naciąga na moją twarz maskę starości. Siwiejące włosy, coraz głębsze bruzdy zmarszczek, nabrzmiałe powieki, worki pod oczami. Jesień nadciąga nieubłaganie, nawet jeśli wciąż jeszcze całkiem szwarny z ciebie gość. I dobrze wiesz, że to, co ci się może przytrafić najpiękniejszego, to babie lato. Dni już wyraźnie krótsze i zimniejsze, ale od czasu do czasu rozświetla i ogrzewa je cudowne słońce. Woda w jeziorach już naprawdę rześka, ale jeśli jesteś zahartowany i zostały ci resztki dziarskości, wskoczysz do niej, by przypomnieć sobie dreszcz, jaki ogarniał cię przed laty, gdy jako chłopiec w ciepłe dni przed Świętym Janem, nie mogąc doczekać się lata, w tajemnicy przed rodzicami wskakiwałeś do rzeki lub stawu. Noce już chłodne, ale mimo wszystko pójdziesz za głosem romantycznych wspomnień i znów zatęsknisz za tym, by spędzić całą noc przy ognisku w środku lasu. A gdy usłyszysz pohukiwanie puchacza lub chichot puszczyka albo klangor przelatujących kluczy żurawi, zdziwisz się, z jaką łatwością przywykłeś do codziennego szumu samochodów i tykania zegara.

Marika przyniosła mi babie lato czułości. Daje mi ją w najwyższym stopniu, gdy układam się w pozycji embrionalnej i wtulam się w jej ramiona. Wtedy ona obejmuje mnie szeroko rękami i przytula mą głowę do swojej piersi lub ramienia. Ona – mała lala, ja – wielki niedźwiedź. Ona – Wielka Niedźwiedzica, ja – mały miś. Ja – Wielki Wóz z długim dyszlem, szkieletem puszystego ogona Wielkiej Niedźwiedzicy – jej. Mam ją całą tak blisko. Obejmując mnie szeroko rozpostartymi dłońmi – jedną za łopatki, a drugą za wygięty pośladek, próbuje poruszyć moim całym ciałem i umościć mnie jeszcze lepiej w swych objęciach. Uwielbiam wtedy wąchać jej skórę pachnącą ziołowym balsamem i oddawać się bezgranicznie tej pieszczocie: metafizycznemu zespoleniu z czymś, co ogarnia mnie całego, niepodzielonego na role, które muszę grać w swym realnym życiu. W jej ramionach wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni, której doświadczam od zarania dorosłości, nie przeraża mnie. Nie muszę tłumić jej poczucia, grając rolę niewzruszonego mędrca lub nieustraszonego herosa. Rozpoznaję w Marice tę samą samotność i pustkę, która tkwi we mnie.

Rozmowa z Mariką jest mało skomplikowana. Gdy ją o coś pytam, odpowiada mi krótkimi zdaniami. Jeśli chcę wiedzieć więcej, sam muszę się dopytywać o szczegóły. Marika rzadko się otwiera i rzadko podejmuje dłuższe opowiadania. Mówi, że woli słuchać, kiedy ja coś opowiadam. Lubię snuć długie opowieści o przygodach i doświadczeniach ze swojego życia i lubię, jak ona słucha ich w skupieniu wpatrując się w moje oczy. Nie lubi, kiedy wypytuję o szczegóły z jej życia. Mówi, że jeśli będzie czuła taką potrzebę, powoli sama się otworzy. Ale gdy to robi, nie opowiada długich historii, nie opisuje osób w szczegółach. To nie są nawet impresje. To jakby szkice do obrazów. Kilka kresek, owal twarzy bez żadnych szczegółów i już jest postać.

Wiem, że ją i jej siostrę wychowywała babcia. Kim była babcia? – pytam. Babcia? Babcia była babcią. Na tym wyczerpuje się moja wiedza o niej – odpowiada mi trochę obcesowo Marika. Siostra jest od niej starsza o trzy miesiące. To córka siostry jej mamy. Co się stało, że obie siostry oddały swoje córki na wychowanie matce, tego nie wiem. Może się kiedyś dowiem, a może nie. Może Marika kiedyś mi sama to opowie, a może poprzestanie na tym, co często powtarza: że nie ma o czym opowiadać. Marika nieco się rozgaduje, gdy odwożę ją do domu albo do miasta. Być może uzyskuje wtedy jakieś poczucie bezpieczeństwa, wiedząc że za chwilę będzie mogła wysiąść i zostawić mnie bez ceregieli ze wszystkimi moimi pytaniami.

Czy babcia wciąż żyje? – zapytałem któregoś razu. Ta babcia? Uhu. Nie. Znalazłam ją martwą, gdy miałam dwanaście lat. Jak to: „Znalazłam”? Zwyczajnie. Siedziała nieżywa w fotelu. Podeszłam do niej i zobaczyłam, że nie żyje. Wystraszyłaś się bardzo? Nie. Od razu zrozumiałam, że umarła. I co zrobiłaś? Poszłam zawołać rodziców. Byli w drugim pokoju. Było ci smutno? Tak. Ona mnie bardzo kochała. Bardzo płakałaś? Nie. Możesz się tutaj zatrzymać? Taka jest Marika. Zanim wysiadła, zwróciła twarz ku mnie i powiedziała: Dziękuję za miłe przedpołudnie i przytrzymała na moment mój wzrok swoim wzrokiem, delikatnie kiwając głową jak piesek-maskotka, jaką niektórzy kierowcy lubią umieszczać w swoich pojazdach. Te pieski kiwają głową pociesznie i bardzo wyraźnie, w rytm kołysania się samochodu, a Marika zrobiła to niemal niezauważalnie. Nie wiem, czy kto inny by to zauważył, może i ja – też nie, ale tyle razy spostrzegłem ten gest, gdy nasze głowy nie spoczywały akurat w żadnym podparciu, lecz utrzymywały się w górze dzięki pracy mięśni szyi, że nie mogłem nie zwrócić nań uwagi. Nie zdawałem sobie do tej pory sprawy z tego, że aby nasze głowy utrzymywane były w pozycji pionowej, nasze mięśnie szyi, musculi colli, stale muszą pracować. Marika otwiera mi nowy, subtelny wymiar rzeczywistości. W sumie, to nie ona to robi. On mi się sam przy niej otwiera. Ta próba utrzymania przez nią naszych spojrzeń w równowadze nie była ani skinieniem na pożegnaniem, ani ukłonem podziękowania, raczej przyjacielskim objęciem i uściskiem, zakończonym czułym przytuleniem pierś w pierś. W środku miasta i wewnątrz samochodu Marika nie mogła zrobić tego ramionami, przekazała więc mi to wzrokiem. Nie słowa, lecz spojrzenie, uśmiech, dotyk. To są środki językowe nowego rodzaju mowy, który poznaję: mowy ciała i duszy Mariki.

Znam jeszcze parę szczegółów z jej życia. Ma małą córeczkę, która jest dla niej wszystkim. I ma męża, dla którego, być może, i one są wszystkim, ale – mówi – przestała go kochać. Kocha go jako ojca swego dziecka, ale przestała go kochać jako mężczyznę. I nie pozwala mu być mężczyzną u swego boku. Chce od niego odejść, bo – to też jej słowa – nie potrafi kochać ani z obowiązku, ani z litości.

Wiem, że Marika jest na rozdrożu, w punkcie, w którym będzie musiała coś zdecydować i ruszyć do przodu. Kocham ją, ale ja nie jestem dla niej żadnym rozwiązaniem, żadną alternatywną drogą. Jestem zaułkiem, w którym się skryła w pewnym momencie swego życia. Nie wiem, jak długo w nim pozostanie. Prawie nic nie wiem, co się wydarzyło w jej życiu i nie wiem kompletnie nic, co się w jej życiu wydarzy. Może, jeśli poznam ją bliżej, będę mógł o nim opowiedzieć, ale boję się, że któregoś dnia, oddalając się ode mnie swoim drobnym krokiem i pokonując przeszkody – kałużę czy krawężnik – swoim wdzięcznym dygnięciem i wysunięciem nogi, odejdzie na zawsze i już nigdy więcej nie pojawi się w naszym tajemnym świecie. Już teraz, gdy za nią tęsknię pomiędzy spotkaniami, łapię się na tym, że bezwiednie zakładam dłonie za głowę, głaszczę się palcami po karku i wyobrażam sobie, że leżę w kołysce jej stóp.