Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Trebah Garden

Odwiedziłem jw w tym roku

Na Pojezierzu Drawskim i nad Drawą

Pojezierze Drawskie to kraina urzekająca pięknem i spokojem, kusząca masą letnich atrakcji. Jeśli ktoś chce uciec od wielkiego miasta, tłumu i cywilizacji, potrafi czerpać radość z przebywania na łonie przyrody i lubi aktywny wypoczynek, nie może trafić lepiej.

Każdy kto jechał w kierunku Szczecina trasą A 10 lub A 20 musiał zauważyć gdzieś za Piłą lub Szczecinkiem ciągnące się przez dziesiątki kilometrów wspaniałe lasy. Droga wije się wśród jezior, wznosi się na pagórki i spokojnie z nich opada, a co chwila odsłania się panorama z pofałdowanymi łąkami i polami, z widocznymi w oddali lasami i jeziorami. Pełne uroku są również małe, senne miasteczka, położone często nad dwoma lub trzema jeziorami. A gdy zobaczymy z mostu grupę kajakarzy lub miniemy grupę rowerzystów, trudno nam będzie oprzeć się pokusie, by nie wrócić tu kiedyś i nie skręcić w bok od szosy głównej.

Wśród jezior i lasów

Polodowcowy krajobraz Pojezierza Drawskiego pofałdowany jest łagodnymi wzniesieniami, których zbocza często rozdzierają jary i wąwozy. O jego pięknie decydują jednak setki jezior, wypełniających malownicze doliny. Króluje wśród nich jezioro Drawsko, dwunaste pod względem powierzchni i drugie pod względem głębokości w Polsce. Inne duże jeziora regionu to: Wielimie, Lubie, Pile, Siecino, Komorze, Wierzchowo. Nad każdym z nich znajdują się kąpieliska, ośrodki sportów wodnych, kampingi i leśne pola biwakowe. Co krok spotykamy też małe jeziora wytopiskowe, tzw. oczka, z wolna zarastające i zanikające. Jest ich kilka tysięcy. Ciekawostką krainy są dość liczne jeziora lobeliowe, o piaszczystych dnach, w których uboga w związki mineralne woda zachowuje bardzo dużą przeźroczystość. Ich nazwa pochodzi od niezwykle rzadkiej, występującej tylko w tych warunkach rośliny – lobelii wodnej. Znajdujemy tu liczne rezerwaty przyrody, do których prowadzą szlaki turystyczne i ścieżki dydaktyczne.

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego rozpościera się Puszcza Drawska, na terenie której utworzono Drawieński Park Narodowy. Obydwa obszary łączy w jedną turystyczną całość rzeka Drawa. Szlak kajakowy Drawy nosi imię ks. kardynała Karola Wojtyły, który nim kilkakrotnie spływał. Kajakarzom dobrze znane są również Gwda i Piława. Wszystkie trzy płyną z północy na południe, tocząc swe czyste wody wśród łąk i lasów.

Po całym Pojezierzu rozsiane są małe miasteczka, liczące na ogół nie więcej niż 10 tys. mieszkańców. Najstarszym miastem regionu jest Drawsko Pomorskie, w którym zaczynają się ciekawe trasy rowerowe: wokół jeziora Lubie lub do „wodospadów” przepięknej rzeki Brzeźnicka Węgorza. Złocieniec może być świetnym punktem wypadowym do pobliskich rezerwatów oraz nad bajecznie piękne jezioro Siecino – jedno z najczystszych jezior w Polsce. Połczyn-Zdrój to znane uzdrowisko z przepięknym parkiem zdrojowym.

Leżący pomiędzy dwoma jeziorami uroczy Czaplinek z pięknym kompleksem staromiejskim jest najważniejszym centrum turystycznym regionu. Nad jeziorem Drawsko znajduje się kilka ośrodków wczasowych, plaża i przystanie żeglarskie. W okolicy rozpoczynają się szlaki kajakowe Drawy i Piławy, a z rynku wyrusza kilka wspaniałych tras rowerowych.

Borne Sulinowo pierwotnie stanowiło zaplecze wielkiego niemieckiego poligonu artyleryjskiego, a po wojnie było tajną bazą wojsk radzieckich. Do ich wycofania z Polski w 1992 roku miasta nie było na mapie. Po zwróceniu go polskiej administracji sukcesywnie przekształcane jest w centrum wypoczynkowe.

Największe miasto Pomorza Drawskiego – Szczecinek liczy ponad 40 tys. mieszkańców. To leżące pomiędzy jeziorami Trzesiecko i Wielimie miasto z licznymi obiektami sportowymi już przed wojną było znanym ośrodkiem turystycznym. Drawno, rozpostarte nad jeziorami Grażyna i Adamowo, leży kilkadziesiąt kilometrów na południe od Pojezierza Drawskiego, ale jako ważny punkt spływu Drawą, pod względem turystycznym ściśle łączy się z miejscowościami położonego na północ od siebie regionu. Znajduje się tu punkt informacyjny Drawieńskiego Parku Narodowego oraz duża stanica wodna PTTK.

W miasteczkach oraz na szlakach turystycznych często napotykamy pojedyncze zabytkowe obiekty, stanowiące relikty przeszłości: małe urokliwe kościółki, ruiny zamków, pałace i parki dworskie. Można spotkać tu też liczne przykłady XIX-wiecznej architektury wiejskiej z domami budowanymi z czerwonej cegły.

Na turystów czekają liczne ośrodki wczasowe, położone nad dużymi jeziorami. Ale można też wybrać się tu z własnym namiotem lub przyczepą kempingową i zaszyć się głęboko w lesie na malowniczo położonym polu biwakowym lub zamieszkać w gospodarstwach agroturystycznych, pensjonatach, hotelach, a nawet w pałacach, przystosowanych do potrzeb ruchu turystycznego.

Atrakcje dla aktywnych

Największą atrakcją regionu są wspaniałe możliwości aktywnego wypoczynku. Rower, żagle, kajaki, konie na ogół kojarzą się z latem, ale wcale nie muszą. Rozważmy, czy – jeśli nie latem – nie warto wybrać się tu na przedłużony weekend jesienią lub wiosną.

Na rowerze. By się nie pogubić w plątaninie licznych szlaków turystycznych Pojezierza Drawskiego – pieszych, rowerowych, kajakowych i konnych, dobrze jest się zaopatrzyć w specjalistyczne mapy i atlasy. Warunki do uprawiania turystyki rowerowej są tu wspaniałe, a łączna długość tras – przeogromna. Przez całe Pojezierze Drawskie ciasno meandruje ekologiczny szlak rowerowy Greenway – Naszyjnik Północy, przebiegający przez wszystkie ważniejsze miejscowości i nie omijający niemal żadnej atrakcji przyrodniczej – najpiękniejszych lasów, jezior, rezerwatów. Naszyjnik Północy biegnie na obszarze czterech województw i zagląda w najciekawsze zakamarki Ziemi Krajeńskiej, Pomorza Drawskiego i Borów Tucholskich. Jego łączna długość wynosi 850 km, z czego aż 460 km przypada na Pojezierze Drawskie.

Prócz Naszyjnika Północy, znajdziemy tu ponad 40 oznakowanych lokalnych szlaków pętlowych, tzn. rozpoczynających i kończących się w tym samym punkcie. Ich tajemnicze nazwy: „Zaklęty Trójkąt”, „Lobeliowe Jeziora”, „Zaczarowane Pejzaże” trafnie oddają klimat czekającej nas na szlaku przygody. Trasy rozpoczynające się w Czaplinku, Połczynie, Drawsku, Złocieńcu, Szczecinku czy w Bornem Sulinowie mają podobny do siebie charakter. Mają od 30 do 60 km długości i przewidziane są na kilka godzin jazdy. Wiodą na ogół rzadko uczęszczanymi bocznymi drogami asfaltowymi, ale równie często w terenie, drogami gruntowymi. Pofałdowanie terenu zmusza do forsownych podjazdów, ale wynagradza je frajdą szalonych zjazdów. Szlaki prowadzą nas do rezerwatów i pomników przyrody, wspaniałych punktów widokowych, zabytków i ciekawych miejsc historycznych oraz malowniczych miejscowości. Przebiegają przez puszcze i lasy, wzdłuż rzek i jezior, pośród łąk, pól i zdziczałych sadów. Po drodze spotykamy stare kościółki, pałace, parki, stare młyny i browary. Ale przede wszystkim podziwiać możemy przyrodę. Często można zobaczyć wielkie ptaki: czarne bociany, samotne czaple czy pary żurawi. W pobliżu jezior możemy spotkać dzikie kaczki, perkozy i łabędzie. Lasy rozbrzmiewają śpiewem kosów, drozdów i rudzików. W przestworzach majestatycznie szybują myszołowy, jastrzębie, kanie, a nawet orły.

Pod żaglami. Na Pojezierzu Drawskim istnieją bardzo dobre warunki do uprawiania żeglarstwai windsurfingu. Umożliwiają to duże jeziora, ich urozmaicona linia brzegowa i korzystne wiatry. Żegluje się po jeziorze Drawsko, Lubie, Siecino i Trzesiecko oraz w mniejszym stopniu po jeziorze Krosino i Pile. Żaglówki można wypożyczyć nad jeziorem Siecino oraz w Lubieszewie, Czaplinku i Szczecinku. Na jeziorze Drawsko zakosztujemy żeglarstwa podobnego jak na Mazurach. Jezioro ma bardzo rozbudowaną linią brzegową, której długość wynosi 76 km. Jego brzegi na wielu odcinkach mają charakter klifów, ich wysokość dochodzi do 40 metrów ponad poziom lustra wody. W Czaplinku wynajmiemy zarówno lekkie żaglówki sportowe, jak i łodzie kabinowe z pełnym wyposażeniem turystycznym, by na kilka dni wybrać się w rejs po jezierze i spenetrować jego wspaniałe zatoki i wyspy.

Kajakiem. Jeśli nasze doświadczenia w pływaniu kajakiem ograniczają się jedynie do krótkich wypadów na jezioro dla urozmaicenia monotonii plażowania, to ledwo możemy przeczuwać uroki spływów kajakowych. Meandrowanie po rozlewiskach lub pokonywanie ostrych zakoli, zmieniające się krajobrazy, a wraz z nimi warunki żeglugi dostarczają podczas spływu niezapomnianych wrażeń. Płyniemy przez odkryte jezioro, potem gęste trzcinowisko, innym razem przez łąki grążeli lub skrzypu, raz niesie nas leniwy nurt, innym razem wpadamy w porywające kajak bystrza.  Największą atrakcją jest jednak pokonywanie przewróconych w poprzek rzeki drzew, gdy trzeba umiejętnie sterować kajakiem wśród gałęzi, czasem błyskawicznie się w nim położyć, by się zmieścić pomiędzy lustrem wody i kłodą. Czasem trzeba wyjść z kajaka na pień drzewa i przeciągnąć go ponad nim. Temu wszystkiemu towarzyszy niepowtarzalna atmosfera na biwakach i bindugach: ognisko, gitara, śpiew.

Szlaki kajakowe prowadzą po wodach aż siedmiu rzek Pojezierza Drawskiego, nie licząc ich małych dopływów z bocznych jezior. Najpopularniejsze z nich to: Drawa, Piława i Gwda. Znany, aczkolwiek rzadziej uczęszczany jest szlak jeziorny „Pętla Szczecinecka”. Najpiękniejszy jest odcinek Drawy pomiędzy Drawnem a Głuskiem. Rzeka ma tutaj wybitnie górski charakter. Płynie wartkim nurtem przez puszczę na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego. Wysokie na kilkadziesiąt metrów brzegi porasta wspaniały las bukowy, a przeszkody w postaci zwalonych w poprzek rzeki drzew pojawiają się jedna za drugą.

– „Daleko jeszcze?” – to najczęściej zadawane pytanie przez tych, co na spływ wybrali się po raz pierwszy. Zwykle jest daleko. Na typowym spływie codziennie płynie się 5 do 7 godzin, by pokonać 10 do 20 kilometrów. Na pokonanie całej Gwdy potrzebować będziemy sześć dni. Na pokonanie Drawy – co najmniej dziesięć. Ale możemy też wybrać krótszy odcinek na jeden dzień lub weekend. Kajaki wypożyczyć można w miejscach rozpoczęcia spływu: w Czaplinku, Szczecinku, Bornem Sulinowie i w Drawnie.

Konno. Po całym Pojezierzu i na obrzeżach Puszczy Drawskiej rozsianych jest kilkadziesiąt stadnin, do których możemy przyjechać na weekend lub wczasy w siodle. Ale konno możemy uprawiać również turystykę. W Szczecinku, Łobzie i Drawsku Pomorskim znajdziemy oznakowane kilkukilometrowe lokalne szlaki konne. Bardziej doświadczeni jeźdźcy mogą tu przeżyć prawdziwą przygodę. Z Łobza do Białego Boru wiedzie szlak konny Pojezierza Drawskiego. Długość szlaku, oznakowanego pomarańczowym kołem, wynosi 186 km. Podzielony jest na 5 odcinków o długości od 16 do 69 km, z których każdy rozpoczyna się i kończy przy dużym ośrodku jeździeckim. Szlak przebiega mało uczęszczanymi drogami gruntowymi i ścieżkami w wyjątkowo malowniczym krajobrazie przez rozległe pola, łąki, nieużytki i lasy.

Raj wędkarzy i grzybiarzy

Tutejsze jeziora to prawdziwe eldorado dla wędkarzy. Ich trofeami mogą być szczupaki, których waga dochodzi do 25 kg, węgorze, sandacze, okonie, tony płoci, linów, leszczy, a nawet potężny, liczący 2 m sum. Spokój, zupełne odludzie i kompletny brak konkurencji. Wprawny wędkarz w godzinę zapełni swoje wiaderko, a później będzie się…słodko nudził.

Od końca lata aż do późnej jesieni tutejsze bory i puszcze obfitują w kurki, podgrzybki i prawdziwki. Minęły już czasy, gdy rozdeptywane były przez tłumy przyjeżdżające z zakładowymi wycieczkami z Poznania i Szczecina. Jesienią wcale tu nie ma tłoku i przyjeżdżając w te strony na pewno doświadczymy kojącej ciszy i samotności. Dobrze jest przyjechać na weekend i zatrzymać się w jednym z gospodarstw agroturystycznych, we wsi letniskowej lub w kwaterach należących do leśników. Ich właściciele na pewno szepną nam słówko, dokąd się udać, by w mig napełnić grzybami całe kosze. Nie martwmy się, jak poradzimy sobie z ich nadmiarem. Miejsca dla turystów-grzybiarzy zazwyczaj wyposażone są w specjalne suszarnie. Jeśli po trudach zbierania grzybów starczy nam siły na ich obranie, rano będziemy mieli gotowe zapasy na Wigilię.

Blaski życia w ciemności

Gdy się wejdzie na jedno z pobliskich wzgórz, w pełni widać, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Szeroka wstęga fiordu wije się aż po horyzont, jej odnogi głęboko wcinają się w niemal pionowe zbocza przez cały rok ośnieżonych gór. Z tej perspektywy wszystko  wydaje się zastygłe i nieruchome, ale to tylko pozory, w głębi doliny płynie życie w powolnym, typowym dla Norwegii, rytmie.

Hommelstø to miejscowość, jakich w Norwegii jest wiele. Leży 380 km na północ od Trondheim, , otulona górami, ukryta w cichej zatoczce fiordu Velfjord. Wśród skał i drzew porozrzucane kolorowe domy z lekko stromymi dachami. Jedne tuż nad brzegiem fiordu, drugie nieco wyżej – na wzgórzach, jeszcze inne zawieszone wprost nad wodą: jednym końcem przytwierdzone do skały, a drugim wsparte na sięgających dna fiordu palach. Każdy w stosownej odległości od sąsiada. Pomiędzy domami nie ma żadnych ogrodzeń. Ani murków, ani płotów. Każdy dobrze wie, gdzie kończy się jego działka i gdzie zaczyna się teren sąsiada.

W 400-osobowej społeczności Velfjordu nie ma bezrobocia. Największym pracodawcą w okolicy jest kopalnia kredy, zatrudniająca 90 osób. Kilkadziesiąt osób pracuje w odległym o 30 km Bronnoysund – 4-tysięcznym miasteczku, w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 500 miejscami pracy, obsługujące instytucje administracyjne z całej Norwegii. Działa tu parę małych firm budowlanych, kilka osób pracuje na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest szkoła, dom opieki, supermarket z mini pocztą i mini bankiem, stacja benzynowa, restauracja, pensjonat. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych.

Beate

Beate i Arnt kilka lat temu postanowili założyć firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg. Każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają 6 osób, do tego pracują sami. Arnt jest szefem, ale też sam potrafi obsługiwać wszystkie maszyny. Beate nie ustępuje mu pola. Ona także jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. Ale przede wszystkim prowadzi księgowość. Oprócz tego jest zastępczym nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, dyrektor wzywa Beate do pomocy. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. Ich dochody są nieco wyższe od przeciętnych, dlatego mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i w miarę nowego mercedesa. Byli raz w Afryce i raz w Indiach – odwiedzić znajomych, ale jakoś nie ciągnie ich w świat.

Od kilku lat każdy urlop spędzają w Velfjordzie, gdzie kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Kompletna ruina: dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co tylko się da, by gospodarstwo wyglądało jak dawniej. Uszczelnili już dach, teraz ocieplają ściany, remontują stare okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat.

Choć w Hommelstø mieszkają na uboczu, dopiero tutaj czują się naprawdę dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate.  – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund

Sigmund nie wygląda na swoje 65 lat. Od rana do wieczora krząta się po swoim pensjonacie: sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez ponad 20 lat był nauczycielem w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu parcelę ze starym domem i nieczynnym tartakiem, wziął w banku kredyt  i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Sigmund wynajmuje im apartamenty i łodzie, na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy,. łososi morskich i halibutów. Aarstrand Pensjonat dysponuje 45 lóżkami, ale Sigmund nikogo nie zatrudnia. Radzi sobie zupełnie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą w pensjonacie ruch zamiera, a Sigmund wyjeżdża  na 4 miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Norwegia się zmienia – mówi – Pieniądze z ropy nas psują. Tutaj zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Rząd pompuje ogromne pieniądze w rolnictwo i rybołówstwo, ale ludzie, mimo dotacji, nie chcą być rolnikami i rybakami. Kto dziś pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą wygodne życie i czystą pracę w biurze. To jeszcze nie jest takie złe, bo, niestety, coraz więcej ludzi wybiera życie bez pracy. Nic dziwnego, jeśli na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron. Zawsze się szczyciliśmy, że jesteśmy najzdrowszym społeczeństwem w Europie, ale ostatnio coraz więcej ludzi korzysta ze zwolnień lekarskich. Czy można się dziwić, jeśli zasiłek chorobowy wynosi 100% pensji, już od pierwszego dnia zwolnienia, a zwolnienie na 3 dni można sobie wypisać samemu, bez wizyty u lekarza?

W tym roku Sigmund nie pracuje sam. Ponieważ zimowe rezerwacje były lepsze niż w poprzednich latach, uznał, że tym razem musi mieć kogoś do pomocy na stałe. Z kłopotu  wybawił go Walter, jego niemiecki klient i przyjaciel.

Walter

Walter  od 20 lat zajmuje się w Niemczech sprzedażą programów komputerowych do obsługi firm. Dorobił się mocnej pozycji na rynku, wybudował dom z kilkoma mieszkaniami na wynajem i sporo odłożył na przyszłość. Od lat wraz z żoną każdy urlop spędza w Norwegii. Zatrzymują się w Aarstrand Pensjonat, z którego właścicielem bardzo się zaprzyjaźnili. Walter, słysząc o czekającym Sigmunda nawale pracy, zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie gotów jest pracować u niego przez całe lato. – Zawsze podobała mi się Norwegia – mówi – zawsze byłem jej ciekaw, chciałem sprawdzić, jak się żyje z dala od miejskiego hałasu. Ale na urlopie nie doświadczysz prawdziwego życia w obcym kraju. Żeby je poznać, trzeba tu mieszkać, pracować, spotykać się z ludźmi, którzy tu żyją. Teraz Walter sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, wykonuje drobne naprawy i dogląda łodzi. W wolnych chwilach wypływa na wędkowanie w fiordzie, zbiera grzyby, ale najchętniej urządza przyjęcia nad brzegiem fiordu. Jest świetnym kucharzem.

Przez dwadzieścia lat siedziałem za biurkiem – mówi – zajmowałem się marketingiem, pisałem maile, wysyłałem oferty, przygotowywałem umowy. Rozmawiałem z klientami przez telefon, ale rzadko spotykałem się z ludźmi osobiście. Efekt mojej pracy sprowadzał się do stanu mojego konta, na które wpływały prowizje. Tutaj uzyskałem nową perspektywę. To, co zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, na sprzątnięty pokój, na przybitą deskę czy pomalowaną ścianę. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy. Być może, za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland

Vieland – także Niemiec – już to zrobił. Norwegia zafascynowała go 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Od tego czasu marzył, by się tu przenieść. Nauczył się norweskiego i parę lat temu spróbował odnowić swoją przyjaźń z sympatią z dawnych lat. Okazało się, że uczucie nie wygasło. Vieland zwinął swój interes w Niemczech i przeniósł się do Norwegii. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał trudności ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył. Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Pomysł wydaje się trafiony, bo Norwegowie masowo wycofują się z podobnego stylu życia. Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale kobiet chętnych do takiego życia jest już naprawdę niewiele. Chcą na co dzień korzystać z miejskich wygód i atrakcji, gdzie pod ręką mają restauracje, kina, butiki.

– Już dwa razy znalazłem gospodarstwo, o jakim marzyłem. Dawni właściciele zmarli, a dzieci nie były zainteresowane pracą na roli. Ale kiedy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie potrzebują tych pieniędzy i nie chcą pozbywać się rodzinnej własności.

Alexander

Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje tu od 4 lat. Swoją żonę, Helenę poznał dwa lata temu przez Internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – mówi z uśmiechem młody pastor. Po miesiącu ”klikania” Helena przyjechała do Hommelstø. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Wkrótce urodziła się im córeczka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu zbyt wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest też całkiem przyzwoita, a w takim miejscu jak Hommelstø rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. – Częściej by się nie opłacało – mówi. – Żeby odbyło się nabożeństwo, do Hommelstø musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku… żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za ich pracę i podróż. Największe koszty są w zimie. Żeby można było odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół musi być ogrzewany przez tydzień wcześniej. Na mszę przychodzi 3 do 6 osób.

-Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Nigdy nie wygraża z ambony palcem, że ludzie tak rzadko zjawiają się w kościele, za to angażuje się w lokalne życie. Założył klub młodzieżowy, sędziuje piłkarskie mecze, regularnie odwiedza dom opieki.

Starsi ludzie potrzebują, by z nimi porozmawiać, czasami nie ma z nimi kontaktu i mogę tylko potrzymać ich za rękę lub popatrzeć głęboko w oczy. Zdarza się, że trafiam na czyjeś urodziny. Każdy chce, bym wypił z nim kieliszek za jego zdrowie. Nie mogę odmawiać, dlatego do domu opieki zawsze chodzę piechotą. Na co dzień Alexander jeździ motocyklem.

W zeszłym roku odbyły się 3 śluby, 4 chrzty i 8 pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre

Sindre jest świeżo upieczonym konfirmantem. Właściwie nie chciał być konfirmowany w Kościele, wolał przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, ale 100 km na północ i południe prócz niego chętna była tylko jedna dziewczyna i nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre zdecydował się więc na zwykłą, czyli kościelną konfirmację, bo – jak mówi –Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, w czasie których przez tydzień swoją twórczość prezentują lokalni artyści. Na tarasie małego baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Po nich na scenę wchodzą kolejne, coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje sie coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa, żadnej agresji, żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie: w tłumie ludzi wyczuwa się jakiś naturalny porządek. Koło jedenastej nastolatki znikają, na imprezie zostają sami dorośli. Na stołach rosną stosy pustych puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża z ich sprzątaniem. I wtedy pojawia się Åge.

Åge

Po twarzy Åge’go wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Mężczyzna próbuje zaprowadzić trochę porządku. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, tiszircie,  bejsbolówce, z finką przy pasie i pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale Åge nie jest dozorcą, on jest tu gospodarzem: jest właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów stąd, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Systematycznie urządzają tu koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelstø i kamping w Nevernes to swoiste hobby Åge’go, by utrzymać kontakt z ludźmi i miejscem, z którego pochodzi jego żona. Do Velfjord przyjeżdżają na lato. W Nevernes mają dom, który specjalnie nie różni się od zabudowań sąsiadów. A mógłby, ponieważ Åge, będąc właścicielem flotylli tankowców gazowych jest jednym z najbogatszych ludzi w Norwegii. Jego ubiór, dom, sposób spędzania wolnego czasu niczym go nie wyróżniają spośród mieszkańców fiordu i całego kraju. Epatowanie bogactwem zawsze tu było w złym guście.

Ingrid

Ingrid jest zapaloną sportsmenką. Świetnie chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Gdy odbywa się bieg narciarski w Hommelstø, jego dawni mieszkańcy zjeżdżają się z całej Norwegii. W zeszłym roku biegło ponad 300 osób w wieku od 7 do 70 lat.

Ingrid uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje dla Hurtigruten jako przewodnik turystyczny. Hurtigruten to system połączeń kabotażowych, który kiedyś zapewniał łączność pocztową, dziś firma jest wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. Codziennie inny liniowiec Hurtigruten wyrusza z Bergen w liczącą 1250 Mm trasę przez krąg polarny i Przylądek Północny do Kirkenes przy granicy z Rosją, po drodze zawija do 34 portów. Rejs trwa 6 dni i zaliczany jest do jednej z najpiękniejszych podróży morskich na świecie.  – Pasażerowie – mówi Ingrid – to na ogół starsi ludzie z całego świata. Wśród nich jest wielu bogatych turystów, ale też i wiele osób, dla których jest to urlop życia, na który musieli długo oszczędzać.

Grethe i Ronald

Grethe i Ronald mieszkają w Bergen. Ona jest pracownikiem opieki społecznej, a on – dekarzem. Poznali się zaledwie trzy miesiące temu i postanowili wspólnie spędzić urlop. Wybrali się w podróż do Kirkenes i z powrotem. Na północ płynęli luksusowym statkiem Hurtigruten, na południe wracają motocyklem. W Hommelstø zatrzymali się na kilkudniowy odpoczynek. Mają za sobą 1800 km jazdy, zostało im jeszcze 1200.

Przez tydzień mieliśmy luksusowe życie – mówi Ronald –świetne jedzenie, basen, kręgle, dancingi, jacuzzi na górnym pokładzie. Codziennie wpływaliśmy do jakiegoś  fiordu i podziwialiśmy piękne widoki… Straszna nuda! Nie mogłem się doczekać, aż wsiądę na swoją yamachę i będę mógł jechać, jechać, jechać…

Amber

Amber właśnie skończyła pierwszą klasę. Ona także przyjechała tu na wakacje, do swojego dziadka. Amber ma czworo dziadków, ale w trzech miejscach. Jej kolega Snorre ma ich aż ośmioro. Wszyscy jego dziadkowie są rozwiedzieni i każdy z nich ma nowego partnera.

Także rodzice Sindre są rozwiedzieni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na 4 miesiące z odległego o 600 km Kristiansund. Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe 3 lata przenosi się więc do matki i jej przyjaciela. By odpowiedzieć na pytanie, ile ma rodzeństwa, musi się trochę zastanowić.: starsza siostra, która z nim mieszkała przez kilka lat – to jasne, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw, dwoje mamy, to w sumie będzie… pięcioro.

Anders, kolega Sindre mieszka z mamą i trójką rodzeństwa, ale dzieci wolą przebywać z ojcem, mieszkającym kilka kilometrów od nich. Gdy nie wracają na noc, matka jest spokojna, bo wie, że zostały u niego.

Jeszcze bliżej do swojego taty ma Ragnvald, inny kolega Sindre. Mieszka z bratem i siostrą u mamy, a tata z nową żoną i dzieckiem mieszkają w sąsiednim domu.

Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać ze sobą razem?

Decyzję o tym, kto zajmuje się dziećmi, ułatwia państwo, przyznając każdemu rodzicowi po 1000 koron miesięcznie. Rodzic, wychowujący dziecko samotnie dostaje podwójny zasiłek.

Spośród dorosłych bohaterów reportażu rozwiedziony nie był tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku rozwodów innym.

Rozdział VII (ok. 25 minut czytania)

W kilka dni po Nowym Roku mam urodziny. Do życzeń wszystkiego najlepszego Marika dołącza prezent. Jest w załączniku e-maila. JPEG, więc pewnie zdjęcie. Ale jakie! Piękny akt półpostaci Mariki. Wzniesione ponad głowę ramiona przywracają perfekcyjną krągłość jej piersiom i rozciągają jej korpus tak, że wyraźnie widać żebra, pępek i mięśnie brzucha. Dłonie ma złożone na kark, a łokcie – ściągnięte jak najbliżej siebie wysoko powyżej głowy. Lekko wzniesiona do tyłu i delikatnie przekręcona w prawo głowa sprawia, że wyraźnie widać napięte ścięgna szyi. Jednak moją uwagę natychmiast przykuwa jej twarz, i to tak, że nie mogę oderwać odeń wzroku. Oczy zamknięte, powieki uróżowione pastelowym pudrem i obwiedzione czarną kreską na krawędzi powyżej długich, czarnych rzęs, których zasłona zdaje się wpełzać na policzki. Dziurki od nosa widziane od dołu powodują, że chce mi się wstrzymać własny oddech, by wyczuć ich tchnienie. No i usta: lekko rozchylone, ukazujące białe zęby pomiędzy makowymi płatkami jej warg. To właśnie ich widok powoduje przyspieszone bicie mojego serca i zapieranie tchu w piersiach. Zdjęcie zrobione jest na tle czarnej kotary. Sylwetka Mariki oświetlona jest ostrym światłem, które gra na jej ciele, pokazując kontrast pomiędzy jego opalenizną i bladością jej wygolonych pach oraz podkreślając poszczególne krawędzie jej ciała: zarys sylwetki, krągłość piersi, ostrość kłykci jej łokci, żeber i napiętych mięśni i ścięgien.

Moje skojarzenie jest natychmiastowe i nieodparte: Madonna Muncha. Podobna elfia sylwetka z wyrazistymi piersiami, tylko głowa przechylona w bok w drugą stronę, ale nastrój obrazu i zdjęcia – ten sam. U Mariki brak aureoli, jednak moja wyobraźnia szybko ją domalowuje. Od czegóż w końcu jest lume sacrale mojego zachwytu.

Natychmiast chcę się nim podzielić z Mariką. Piszę o nim w mailu i załączam link do strony z obrazem Edwarda Muncha. I zaraz potem idę za głosem drugiego skojarzenia: Gustav Klimt i jego okryte złotymi płaszczami kobiety z zamkniętymi oczami i rozchylonymi ustami, w podobnym ekstatycznym zamyśleniu co Madonna Muncha: Danae, Judyta, nagie kobiety o sylwetkach sylfidy z obrazów o tematach wodnych, a przede wszystkim dziewczyna z Pocałunku. Marika jednak nie podziela mojej ekscytacji i nie odpowiada na mój e-mail. Wysyłam jej więc linki do stron z obrazami Muncha i Klimta z analizą dla licealistów, ale mimo to Marika nie daje się wciągnąć w dyskusję. Mnie jednak ekscytacja nie opuszcza. Oglądam jej obraz kilka razy dziennie – choć zdążył się już odbić w mojej pamięci z najdrobniejszymi szczegółami – aż w końcu zaczynam się do niego modlić. Wierszem.

Moja Madonna

Twoje oczy zamknięte, Madonno
Twoje włosy tak pachną, Madonno
Usta twe rozchylone, Madonno
Twoje piersi odkryte, Madonno

Twoje serce tak czyste, Madonno
Twoje myśli tak skryte, Madonno
Twoje słowa tak skąpe, Madonno
A twój uśmiech tak rzadki, Madonno

Twoje ciało bez grzechu, Madonno
Moje ciało bezwstydne, Madonno
Twoje szczęście tak wątłe, Madonno
Twoja rozkosz mym szczęściem, Madonno

Twoje życie niewinne, Madonno
Moje życie zachłanne, Madonno
Moja miłość spragniona, Madonno
Twoja miłość tak szczodra, Madonno

Na kolana przed tobą, Madonno
Otwórz oczy przede mną, Madonno
Przytul mnie, przytul, Madonno
Całuj moje rany, Madonno

Kadruję zdjęcie Mariki, by jak najdokładniej przypominało obraz Muncha i na lewo od jej sylwetki, na czarnym tle, wklejam pisany białą czcionką swój wiersz. Wysyłam obraz Marice, ale ona wciąż nie reaguje. Jestem tak rozczarowany! Co jeszcze mogę zrobić, by wyrazić swój zachwyt jej urodą? Jakiż hołd mogę ci jeszcze złożyć? Obraz, wiersz, modlitwa, a może to jeszcze za mało? – piszę do niej. A ty ciągle milczysz – dopisuję głęboko po północy. Jeśli chciałaś mnie upokorzyć, to ci się udało. Tak właśnie się czuję.

Śpię jeszcze, gdy nad ranem słyszę trzy sygnały SMS. Jerzy, przepraszam cię bardzo. Nie chciałam cię urazić. Gniewasz się na mnie? Nie, owieczko – odpisuję. Jest mi tylko przykro. Nie miałam pojęcia, że to dla ciebie takie ważne. Jerzy, ten wiersz był tak piękny, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jerzy, wybacz mi. Kochana owieczko, proszę, nie używaj takich słów. Nie mam ci czego wybaczać. Sprawiłam ci przykrość. Wiesz, że nie chciałam i nigdy nie chciałabym tego zrobić. Jerzy, nikt dla mnie nie pisał wierszy, nikt do mnie nigdy nie mówił tak, jak ty do mnie mówisz. Nie gniewaj się na mnie, że nie wiem, co odpowiedzieć. Strasznie mi przykro, że jest ci przykro. Owieczko kochana, przepraszam cię, że sprawiłem ci przykrość. To moja wina. Mój narcyzm. Mój egoizm. To ty mi wybacz. Jerzy, czy między nami wszystko w porządku? Nie gniewasz się na mnie? Tak, owieczko, kocham cię. To dobrze. Wystraszyłam się, że coś popsułam.

Wszystko w porządku, kochana. Czy moglibyśmy się dziś spotkać? Choć na chwilę? Dziś nie mogę – odpisuje mi moja owieczka. Przedwczoraj moja siostra urodziła synka. Obiecałam jej, że ją odwiedzę. W którym szpitalu? Marika podaje mi adres. To na drugim końcu miasta. Świetnie, że tak daleko! – odpisuję. Podwiozę cię. Nie protestuj. Będę tam, gdzie zwykle. Za dwie godziny. Za trzy – odpisuje mi moja owieczka.

Gdy do mnie wsiada, uśmiecha się takim uśmiechem, jakiego nigdy jeszcze u niej nie widziałem: Z radością, z ulgą, z czułością, z tęsknotą, ze smutkiem. Z miłością? Nie wiem. Chciałbym, żeby tak było, ale wystarcza mi, że czuję jej sympatię i pieszczotę. Mistrzyni uśmiechu. Nadstawia mi swoje usta do cmoknięcia na powitanie. Cmokam więc je z radością, a potem biorę w rękę jej dłoń, przysuwam do swoich ust i całuję – z czułością. Trzy razy. Spoglądamy sobie w oczy: Dobrze jest, wszystko w porządku – mówią nasze łzawe uśmiechy.

Prawą ręką przekręcam kluczyk w stacyjce, przesuwam lewarek na pierwszy bieg, przekładam ją na kierownicę i ruszamy. Zaraz potem wrzucam drugi bieg, skręcam w prawo na drogę główną, ale zanim zdążam dodać gazu, Marika zdejmuje lewą ręką moją prawą dłoń z kierownicy, podsuwa sobie do ust i całuje ją w kostkę środkowego palca. Trzy razy. Nie odejmując dłoni od jej ust, mówię: Trójka. Marika, nie odrywając mojej prawej dłoni od swych ust, przekłada ją sobie do prawej ręki, a lewą sięga do lewarka skrzyni biegów i wrzuca trzeci bieg. Rozpędzam samochód i mówię: Czwórka. Marika wrzuca czwarty bieg. Rozpędzam samochód jeszcze bardziej, a mój pilot wrzuca piątkę, wsuwa mi lewą dłoń pod pachę i przytula swoją głowę do mego ramienia.

Spotykamy się następnego dnia. Marika kocha się ze mną z takim żarem, z jakim kobieta musi się kochać żegnając swojego mężczyznę odchodzącego na wojnę. A może witając go wracającego z wojny? Jerzy – mówi do mnie z wciąż jeszcze nieutulonym lękiem – nie chciałabym cię stracić. Owieczko kochana, czy ty wiesz, co ty do mnie mówisz? – pytam wzruszony do granic. Przepraszam cię za ten lęk. To moja wina. Tak bardzo bym chciał zdobyć twoje zaufanie i przyjaźń. Jerzy, zdobyłeś je, wiesz przecież. Kiedy mnie tulisz i opowiadasz jakąś historię, jest mi miło i przyjemnie i wtedy jestem prawdziwa. Owieczko moja, seks przestał być dla mnie najważniejszy. On musi być, ponieważ budzisz moje pożądanie, pragnę cię, ale gdy tęsknię za tobą, to w swoich marzeniach nie wyobrażam sobie, jak się kochamy, tylko jak cię tulę w ramionach, jak z tobą rozmawiam, jak ty na mnie patrzysz i jak mnie dotykasz. Kocham cię, maleńka i chciałbym się rozpłynąć w tym uczuciu do ciebie.

Patrzę na Marikę ze łzami wzruszenia w oczach, a ona patrzy na mnie poprzez swoje łzy wzruszenia. Moje szkliste oczy odbijają się w jej szklistych oczach. Widzę w tym odbiciu, jak jej szkliste oczy odbijają się w moich. Jesteśmy jak dwa lustra postawione naprzeciwko siebie, które w nieskończoność odbijają swe odbicia. O tak, to jest korytarz, którym nawzajem możemy wejść jedno w głąb drugiego. Zapadamy się w tym naszym wzajemnym wzruszeniu. Lecę, lecę, lecę… To jest studnia bez dna. Nagle czuję, że Marika dotyka palcami swojej prawej dłoni grzbietu mojej lewej dłoni, spoczywającej do tej pory bez czucia na prześcieradle. Skąd wiedziała, że w tym momencie jest to najwrażliwsze miejsce mego ciała? Przesuwa swoje cztery palce przywodzące po moim nadgarstku przez wystające knykcie i wklęsłe zagłębienia między nimi i dalej po moich czterech palcach. Stabilizuje ten ruch swoim kciukiem, którym sunie po bocznej powierzchni mojego palca wskazującego. Gdy dojeżdża do połączenia drugiego paliczka z trzecim, odrywa od mojej dłoni wszystkie pięć palców i zsuwa je ze sobą, jakby chciała w nie zebrać nagromadzony we mnie ładunek elektrostatyczny, a potem powtarza ten ruch od nowa, a ja odczuwam za każdym razem ten sam dreszcz.

Marika jednym ruchem swojego ciała przewraca mnie na wznak i kładzie się na mnie na brzuchu. Sięga dłonią do mojej głowy i delikatnie gładzi moje włosy. Mam wrażenie, że stoją mi dęba, jak podczas eksperymentów z elektrostatyki, które robiliśmy w szkole na lekcjach fizyki. Wezbrane w moich oczach dwie łzy wzruszenia nagle pękają pod swoim ciężarem i rozlewają się mokrymi strumyczkami na skronie. Zmęczony burz szaleństwem od dawna pragnę kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany i mą bezsłowną tęsknotę usłyszy, kto rozszalałe serce me ukoi, kładąc na moje oczy miłosierne ręce. Nie płacz – mówi Marika z najsłodszym uśmiechem i scałowuje obydwa strumyki. Nie mogę w sobie pomieścić tej jej cudnej czułości i wybucham płaczem jak małe dziecko. Nie płacz – powtarza Marika. Nie poznaliśmy się po to, by płakać.

Marika całuje moje policzki, a potem moje usta. Muska i cmoka je delikatnie. Czuję na jej wargach słony smak własnych łez. Pozwól mi płakać – mówię, patrząc w jej szkliste oczy. Tak dawno nie płakałem ze szczęścia. Głaszczę Marikę po głowie, patrzę w jej niezgłębione, wpatrujące się we mnie z czułością oczy i na nowo wchodząc w ten nieskończony tunel naszych spojrzeń zaczynam szeptem recytować: Kto teraz płacze gdziekolwiek na świecie, bez powodu płacze na świecie, płacze nade mną. Kto teraz śmieje się gdziekolwiek nocą, bez przyczyny śmieje się nocą, śmieje się ze mnie. Kto, ktokolwiek teraz umiera na świecie, bez przyczyny umiera na świecie, spogląda ku mnie. Jerzy – mówi z przejęciem Marika. – Znów te twoje smutne wiersze. Skąd ty je wszystkie znasz? Siedzą mi głęboko w głowie i grają mi w głębi duszy, a ty je ze mnie wydobywasz na powierzchnię świadomości. Wierszem myślę o tobie i wierszem za tobą tęsknię.

Marika nie odzywa się słowem, za komentarz wystarcza mi głębokie, pełne wzruszenia i czułości spojrzenie jej szkliwiących się oczu. Chłonę je, pieszczę się nim i w nim się pławię. Twoje oczy lubią mnie… i to mnie zgubi – mówię cytując słowa piosenki. Och nie! – Marika stanowczo protestuje i dodaje z czułością, z czułością dotykając dłonią mojego policzka: Nie mów tak, przecież wiesz, że nie potrafiłabym zrobić ci krzywdy. Sam ją sobie zrobię – odpowiadam w zamyśleniu, może i nawet nieco za szorstko. Jerzy, proszę cię. Nie strasz mnie. Daj mi wstążkę błękitną — mówię wpatrując się od dołu w błękit rozpościerającego się nade mną nieba jej oczu – oddam ci ją bez opóźnienia…Albo — daj mi cień twój z giętką twą szyją… Nie! Nie chcę cienia. Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką, bo on nie kłamie! – mówię twardo, przemieniając łagodne spojrzenie w żądło swego wzroku. Marika drętwieje, jak od ukąszenia drętwy. Widzę w jej oczach panikę. Nie wie już sama, co jest prawdą, a co poezją, a przecież wszystko, co mówię i co przeżywam z Mariką, to najprawdziwsza prawda, zwłaszcza, kiedy wyrażam ją wierszem, cudzym lub własnym. Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko, usuwam ramię… – mówię szorstko, przebijając jej oczy kamiennym sztyletem swego spojrzenia. Zdejmuję z jej ramienia i potylicy swoje dłonie i rozkładam je zrezygnowanym ruchem na pościeli. Jerzy – mówi pełnym lęku szeptem Marika – ty naprawdę mnie straszysz. Bo piękno czasem na to jest… by wystraszało – mówię tym razem parafrazując mojego ukochanego poetę i przekształcając ostry wyraz swego spojrzenia w najczulszy uśmiech.

Jerzy – powtarza czułym szeptem Marika. Wyraz lęku znika z jej oczu i ponownie wypełniają je łzy wzruszenia. Moje, zresztą, też. To się musi skończyć płaczem – mówię wracając do poważnego tonu i przywołując nasze rodzinne powiedzenie, którego używaliśmy z dziećmi w momentach największego rozbawienia. Chciałbym, żeby spotkało to mnie, a nie ciebie. Nikogo z nas to nie spotka – mówi Marika z naciskiem, jakby wypowiadała zaklęcie i dla zwilżenia mych spragnionych ust podaje mi soczysty miąższ owocu ust swoich.

Mimo że smukłe i drobne, ciało mojej elfetki zaczyna mi trochę ciążyć, a jej kości, dlatego że smukłe i drobne, lekko mnie – uwierać. Delikatnie zsuwam ją z siebie i układamy się na boku. Marika zaciska palce prawej dłoni, obejmuje pięść palcami lewej i podsuwa sobie pod brodę. Ja robię to samo. Leżymy na boku podpierając swe brody oboma dłońmi i patrząc w głąb naszych oczu. Oczy Mariki wciąż wypełnia ten wyraz zamętu i niepewności. By go usunąć, powoli sięgam jej dłoni, delikatnie obejmuję je swoimi i przysuwam je sobie do ust, które wykonują trzy muśnięcia motyla, lecz nie siadają na nich. Następnie przystawiam do jej dłoni swój nos i wyraźnie je obwąchuję, patrząc w oczy Mariki pytającym wzrokiem. Gdy Marika już ma spytać, czy coś nie tak, z moich ust wykwita kolejny wiersz: Pani pachnie jak tuberozy. To nastraja i to podnieca. A ja lubię tuman narkozy, a najbardziej – gdy jest kobieca. Uśmiechamy się do siebie z czułością. Mówię ładnie? – Marika z uśmiechem kiwa głową na tak, myśląc, że to moje pytanie, a nie dalszy ciąg wiersza. …I melodyjnie? Zdania perlę jak z pereł kolię? Gdy się reflektuje, że wpadła w pułapkę, wybucha bezgłośnym śmiechem z samej siebie, aż jej się ramiona trzęsą, po czym, wciąż się uśmiechając, kręci głową z niedowierzania, jak łatwo dała się w nią złapać. Gdy się uspokaja, wyraźnie czeka na ciąg dalszy, a na jej twarzy zastyga czuły uśmiech porozumienia. Przeciągam ten moment ciszy, delektując się jej spojrzeniem, po czym kończę frazę: Pani patrzy – melancholijnie… Skąd ma pani tę melancholię? Jerzy, skąd ty się wziąłeś? – szepce Marika, czule przeciągając „e” przy wypowiadaniu mojego imienia. Spadłem z księżyca, a potem ty spadłaś mi z nieba. A ty, owieczko, skąd ty się wzięłaś? Nie wiem. Nie było mnie. To ty mnie wynalazłeś, to ty mnie wymyśliłeś. Gdy wrócę do domu, rozpłynę się w powietrzu. Założę kapcie i znów się przemienię w Kopciuszka. W kapciuszka? – Przyciągam ją do siebie i łaskoczę pod pachami. Marika śmieje się wniebogłosy i próbuje mi się wyrwać. Luzuję uścisk i przysuwam swoją twarz do jej twarzy. Wyciskam na jej ustach trzy wesołe buziaki, a potem dwa wyraźnie lżejsze… i jeszcze lżejsze… i jeszcze… Marika zamyka oczy, a ja znów uczę moje usta dotyku motyla.

Rozdział VI (ok. 14 minut czytania)

Ale ostatnio się rozgadałam – mówi Marika podczas następnego spotkania, gdy wreszcie ze spokojem wtulamy się w siebie po osiągnięciu szybkiego rozładowania. Jeszcze nigdy nie wypowiedziałam tylu słów bez przerwy. Eee, chyba żartujesz – podaję w wątpliwość to, co mówi. Naprawdę. Nikt ze mną nie rozmawia tak jak ty. Wszyscy tylko mówią: Cześć, co słychać, co robisz, dokąd idziesz, jak ci się podobał film? I odpowiadają: Wszystko w porządku, idę na zakupy, świetny był. A jak się spotykacie w jakimś większym gronie? To trochę świrujemy, śmiejemy się, niektórzy opowiadają dowcipy, ale to nie są rozmowy. Ty też opowiadasz dowcipy? Ja? – pyta Marika podnosząc wysoko brwi. I lekko kręcąc głową odpowiada: – Nie.

A ze mną lubisz rozmawiać? Marika spogląda mi w uczy z czułością, lekko napręża policzki w wyrażającym ufność uśmiechu i mówi: Bardzo. Przytula głowę do mojej piersi i szepce tak, że czuję na swojej skórze tchnienie jej ust. Czuję się przy tobie taka bezpieczna. Nie obawiam się niczego, niczego się nie wstydzę. To dobrze, kochana owieczko. Przytul się mocniej. Okryję nas kołdrą, żebyś nie zmarzła. Jesteś taki opiekuńczy. Na pewno byłeś świetnym ojcem.

Nie do końca, choć rzeczywiście, przez dwadzieścia lat byłem tatusiem i byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy. Lubiłem bawić się z dziećmi w odkrywanie świata. Podnosiliśmy kamienie, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w lesie rozgarnialiśmy krzaki, żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie kryje. Gdy wybieraliśmy się samochodem w dłuższą trasę, którą już znaliśmy, ja szukałem jakichś skrótów drugorzędnymi drogami, żeby zobaczyć dokąd nas zaprowadzą, gdy skręcimy w bok od szosy głównej. Zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego, ale najbardziej się cieszyliśmy, gdy zabrnąłem w jakąś ślepą uliczkę, kończącą się wjazdem do chłopskiego gospodarstwa z kupą gnoju na podwórzu. Dzieci się ze mnie śmiały: Tatuś-odkrywca, dzisiaj odkrył kupę gnoju. Lubiliśmy te nasze włóczęgi. Najpierw po kraju, potem trochę po świecie. Nie było w nich chwili nudy, nawet gdy przemierzaliśmy jakąś trasę przez kilka godzin. Lubiliśmy grać w „Kto to jest?”. Po kolei jedno z nas wymyślało jakąś postać, a reszta zgadywała, zadając pytania, na które odpowiadało się tylko „tak” lub „nie”. Tak się w tym wyspecjalizowaliśmy, że wystarczało nam kilka pytań, by odgadnąć o kogo chodzi, nawet jeśli to były najbardziej absurdalne pomysły, na przykład, rowerzysta, którego właśnie minęliśmy albo osiołek, na którym Maryja z Dzieciątkiem i Józefem uszli do Egiptu przed prześladowaniami Heroda. Każdy z nas zabierał ze sobą zestaw kaset, których słuchaliśmy po kolei. I nie było żadnego marudzenia. Jak jazz, to jazz, jak Michael Jackson, to Michael Jackson, jak ballady, to ballady. Przeszliśmy razem wszystkie nasze góry ze wschodu na zachód i z powrotem. Każdego lata przynajmniej tydzień albo dwa spędzaliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi na żaglach i na kajakach. Lubiłem to najbardziej, bo to była najlepsza szkoła dla małych dzieci. Uczyły się obowiązku, ostrożności, pracy, przewidywania, zasad bezpieczeństwa. No i niezapomniane noce w środku lasu, przy ognisku, z opowieściami i piosenkami. Często sen na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem, liczenie meteorów. Gdyby nie te nasze wyjazdy, one, mieszkając w mieście, nie znałyby smaku deszczu i wiatru, śniegu i mrozu. Nie wiedziałyby, jak rozgwieżdżone może być niebo. Nie wiedziałyby, kiedy księżyc się cofa, a kiedy dopełnia. Gdy miały dwanaście lat, mówiły płynnie trzema językami, a gdy czternaście – miały patenty żeglarskie, jeździły konno, na nartach – super, coś tam potrafiły zagrać na pianinie i na gitarze, ale żadna z nich nie potrafiła jeździć na rowerze. Przeze mnie. Próbowałem je nauczyć, gdy miały cztery lata czy pięć, ale im nie wychłodziło. Złościłem się na nie tak, że obie się zraziły tak bardzo, że przez całe lata nie dawały się namówić, by wsiąść na rower. Strasznie mnie to martwiło, że takie duże dzieci, które wszystko potrafią, nie potrafią jeździć na rowerze i wyrzucałem sobie, że to przeze mnie. Ale gdy miały pojechać na obóz survivalowy, przełamały się. Nie chciały, żeby inne dzieci się z nich śmiały i nauczyły się. W jeden dzień. Odetchnąłem z ulgą, ale ten rower ciążył mi przez całe lata.

A ty potrafiłaś jeździć na rowerze jako dziecko? Tak – uśmiecha się Marika. Dostałam na pierwszą komunię piękny rower od chrzestnego. Z różową ramą i białymi oponami. Nawet nim jeździłam przez miesiąc. Czemu tylko przez miesiąc? Przebiłam oponę. I nie miał mi kto naprawić. No, a tata? Ciągle zapominał kupić łatki i klej. A mama nie mogła go przycisnąć? Mama mówiła, że ze mną są ciągle jakieś kłopoty, chociaż nie było żadnych. A jak już się jakiś pojawił naprawdę, to mówiła, że ze mną nie ma żadnych kłopotów. A babcia? Wybacz, babcia nie naprawiała rowerów. Naprawił mi go tata mojego kolegi w następnym roku. Gdy zauważył, że nie jeżdżę, spytał, dlaczego. Wziął bez pytania mój rower, który stał w wózkowni i oddał mi go po godzinie. Dziura zaklejona, koła napompowane, łańcuch nasmarowany, możesz śmigać – powiedział. Miły pan. Tak, mieszkał dwa piętra pod nami. Jego syn chodził ze mną do klasy. Tak samo nieśmiały jak ja, ale gdy jego tata oddawał mi naprawiony rower, on stał obok niego dumny jak paw i wyprężony jak struna. Bardzo się ośmielił. Potem często podbiegał do mnie, ściągał mi z włosów frotkę i uciekał. Następnego dnia znajdowałam ją założoną na klamkę od naszego mieszkania. Ja niby się na to złościłam, ale w głębi duszy cieszyłam się, że ktoś się do mnie zbliżył, że coś się koło mnie dzieje. Do dziś jego tata, kiedy mnie spotyka, gdy przychodzę odwiedzić moich rodziców, zagaduje mnie i mówi: Marika, jaka ty jesteś piękna. Tyle razy mówiłem swojemu Danielowi, żeby się koło ciebie zakręcił, a on przegapił taką okazję.

Poprawiam ułożenie mojej owieczki w objęciach i całuję ją w czubek głowy. Gdzie spędzasz Święta? – pyta mnie Marika. W cyrku, jak co roku – odpowiadam jej z figlarnym uśmiechem. Marika zwraca twarz ku mojej i odpowiada mi swoim rozbrajającym uśmiechem: Znów te twoje tajemnicze żarty. Nie, żadna tajemnica. Co roku urządzamy cyrk bożonarodzeniowy, Christmas Circus. My wszyscy bardzo lubimy tradycję. Walentynki, urodziny, malowanie jajek na Wielkanoc, śmigus-dyngus, odwiedzanie grobów na Zaduszki, prezenty na Mikołaja, no i cały ten cyrk na Gwiazdkę. Mamy wielki salon. To właściwie jedno wielkie studio, wysokie prawie na dwa piętra, mnóstwo przestrzeni, jak w jakimś lofcie. Mamy gdzie się pomieścić, więc od lat wszystkie większe imprezy rodzinne organizujemy u nas. Na Wigilię przychodzi do nas ze dwadzieścia osób. Nie tylko najbliższa rodzina. Starsza generacja powoli się wykrusza, więc zapraszamy tych, co zostają sami. Czasem przyjedzie ktoś z przyjaciół naszych dzieci, kto nie udaje się do domu, bo ma za daleko: do Ameryki, Japonii czy Australii. Przygląda się z zaintrygowaniem tym wszystkim naszym dziwnym zwyczajom, bo oczywiście musi być sianko pod obrusem, łuska z karpia pod talerzem, dwanaście potraw, kompot z suszonych owoców, uszka, pierogi i tak dalej. I wszystko robione własnoręcznie w domu.

Na dwadzieścia osób, to musicie mieć naprawdę dużo pracy. Nie jest tak źle, każdy bierze coś na siebie i przynosi jedną gotową potrawę: pierogi, uszka, karpia, kluski z makiem. No i mamy dużo młodzieży, więc miło popatrzeć, jak śmigają przy stole, obsługując dziadków. Dziewczyny i chłopaki. A potem śpiewamy kolędy. Dzieci grają na pianinie, a reszta śpiewa. Oczywiście, znamy tylko pierwsze zwrotki, ale każdy może dostać śpiewnik ze słowami, jeśli potrzebuje. Nawet goście z zagranicy próbują z nami śpiewać, choć nie rozumieją słów. Ale każdy i tak dostaje swoją szansę, bo na koniec śpiewamy Cichą Noc we wszystkich językach, jakie znamy: po naszemu, po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku. To musi niesamowicie brzmieć. Tak, lubimy to bardzo. Po naszemu śpiewają prawie wszyscy, po angielsku tylko połowa, po niemiecku trzy lub cztery osoby, po francusku i hiszpańsku – też dwie lub trzy. Najfajniejsza jest ostatnia zwrotka, którą śpiewamy wszyscy, każdy w języku, jaki zna. No a potem prezenty. Do znudzenia, bo pod choinką leży ich cała góra. Na szczęście nie każdy kupuje każdemu, bo inaczej byłoby dwadzieścia do kwadratu. Patrzę na Marikę. Uśmiecha się. Moja uczennica chyba wie, jak to obliczyć, ale nie zgłasza się do odpowiedzi.

Magiczna atmosfera. Dobrze mówisz, bo na pewno nie religijna. Do kościoła chodzą tylko dziadkowie, a z następnych generacji chyba nikt nie jest wierzący. A ty jak spędzasz Święta? – pytam Marikę. Idziemy do rodziny Łukasza, do mojej – też, chociaż chyba nie powinniśmy. Czemu? Matka powiedziała do mnie: Są Święta. Adres znasz. Jeśli chcesz, możesz nas odwiedzić. Miłe zaproszenie. Właśnie. I co mam z tym zrobić? Obrazić się? Nie. To byłoby najgorsze. A Sylwester? Wyjeżdżamy do znajomych na wieś. Właśnie jutro się z nimi spotykamy, żeby ustalić szczegóły.

I jak się udał świąteczny cyrk? – pyta mnie Marika podczas następnego spotkania. Świetnie. Doszły nam trzy nowe języki do Silent Night, bo okazało się, że nasi Anglicy są Brytyjczykami z Walii, a dzieci zaczęły uczyć się arabskiego i japońskiego. A jak u ciebie? Niespecjalnie. Moja rodzina się mnie czepiała. Zostawiłam ich i poszłam odwiedzić sąsiadów. Ja się u nich czuję lepiej niż we własnym domu. Rodziców Daniela? Tak – odpowiada mi Marika z łagodnym uśmiechem wzruszenia na twarzy. A Daniel też był? No taak – Marika potwierdza jakby z uśmiechem zawstydzenia. Idę z nim na Sylwestra. Jego znajomi organizują u siebie imprezę.

A co z wyjazdem? – pytam ją z surowym wzrokiem. Nic. Łukasz wyjeżdża sam. Pokłóciliśmy się. Niedobrze. Nie cieszy mnie to, a martwi. Nie, Jerzy, nie martw się o mnie. Tak jest dobrze. Musimy to zakończyć. Martwię się o ciebie, owieczko. Twoja łódeczka taka maleńka, a ocean życia ogromny. Dokąd ty się wybierasz, mała dziewczynko? Sama w świat? Jerzy, tylko ty jeden myślisz o mnie jak o małej dziewczynce, a ja nią już od dawna nie jestem. Jestem dorosłą kobietą, jestem mamą. Z tym większą troską myślę o tobie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić – Marika głaszcze mnie wnętrzem dłoni po policzku. Ja się o nią martwię, a ona mnie pociesza, żebym się o nią nie martwił. Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty.

To nasz kraj

To nasz kraj

Słowa: Jerzy Kruk

Muzyka: Madness – Our house

Prezes długo nie mógł wstać
Rankiem nie zawarczał dziś
W noc go naszła złota myśl
Jak ulepszyć by nasz kraj
Jak uszczelnić okna w nim
I jak pozamykać drzwi

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Marionetki idą w tan
Jak im zagra starszy pan
I pojmują wszystkie w mig
Co gdzie kiedy jak ma być
Starczy jeden S-M-S
I wiadomo wszystko jest

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Klamek już nie mamy w drzwiach
Pleksi w oknach zamiast szyb
I gumowe ściany są
Krzywdy nam nie zrobi nikt
Tu wariatów mamy dom
Gdzie szczęśliwi wszyscy są

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

Czy pamiętasz tamte dni
Kiedy już nie kłamał nikt
Czy pamiętasz tamten czas
Gdy łączyło wszystko nas
Szczęście prawda dobre sny
Śniłem ja i śniłaś ty

Dziś niedziela a więc ksiądz
W złoty ornat ubrał się
Spod ornatu czarny wąż
Przed ołtarzem wije się
Brzęczy pieniądz bije dzwon
Ciągnie lud ze wszystkich stron

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
Twierdza w środku kontynentu
To nasz kraj
Gdzie zniknęły dobre sny

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj
W samym środku

To nasz kraj
W samym środku kontynentu
To nasz kraj