Totalitaryzm religijny zaczyna zbierać w Polsce śmiertelne żniwo

Myśl liberalna (demokracja) i racjonalna (nauka), podobnie jak spadająca z nieba woda (deszcz) nie rozlewa się po świecie równo i bez przeszkód. Wszędzie musi sobie utorować drogę do struktury społecznej, wciskając się w szczeliny spajającej ją — często od setek, a nawet tysięcy lat —narracji. I choć szeroko (aczkolwiek i tu nie bez przeszkód) rozlała się po górach, nizinach, wyspach i półwyspach Zachodniej Europy i po preriach i lasach Ameryki Północnej, w innych miejscach globu nie tworzy życiodajnych zalewów. W krajach arabskich wsiąka w piasek bezlitośnie wypalony narracją islamską. W Afryce znika pod bujnie się pleniącą fauną rodzimych bandytyzmów. Podobnie w Ameryce Łacińskiej – od Ziemi Ognistej po płaskowyże Północnego Meksyku. Trudno jej się przebić przez Wielki Mur chińskiego despotyzmu czy jego tamy na wielkich rzekach Rosji i innych państw postsowieckich. Po upadku komunizmu szeroko rozlewała się na polskiej części Niżu Środkowoeuropejskiego, ale i tu natrafiła na opór. Już się przesączała przez zwietrzały mur polskiego nacjonalizmu, ale pojawił się rodzimy inżynier marzeń, który postanowił go uszczelnić spoiwem dewocji i populizmu. Zmobilizowany przez niego ciemny lud, od tysiąca lat ćwiczony w zawracaniu Wisły kijem, rzucił się do uszczelniania przecieków, by do jego świadomości nie dotarły modernistyczne prądy. Bazą tego lepiszcza jest oczywiście religia chrześcijańska, a ściślej: jej polska katolicko-narodowa odmiana.

Religia w Polsce przetrwała trudny okres komunizmu, w którym oficjalnie była zwalczana, ponieważ tradycyjna świadomość religijna stała na drodze nowej świadomości klasowej. I bez wątpienia Polska w dużym stopniu zawdzięcza religii przetrwanie świadomości narodowej, postaw inteligenckich i w końcu upadek komunizmu. Stąd u nas tak silne poczucie wdzięczności i szacunek dla uczuć religijnych, których nikomu nie wolno obrażać, a nawet trzeba je szczególnie szanować. Ale po transformacji religia w formie indywidualnej pobożności i politycznej instytucji Kościoła zaczęła domagać się więcej i więcej i nadużywać swej szczególnej społecznej pozycji, dążąc do zajęcia po komunizmie miejsca totalitarnego hegemona. Religia w decydującym stopniu określa dziś politykę naszego państwa, chciałaby narzucić swoje zasady całemu społeczeństwu i kontrolować działania na polu moralności, sztuki, nauki i medycyny. Religia staje się w Polsce nowym totalitaryzmem i, jak w drugiej połowie XX w. komunizm, rości sobie prawa do posiadania prawdy absolutnej, nie znosi krytyki ni sprzeciwu, domaga się specjalnej pozycji społecznej i politycznej. Nic więc dziwnego, że taka postawa budzi społeczny opór i że coraz częściej poszczególne jednostki i całe grupy społeczne odnoszą się do niej nie z szacunkiem, lecz z obrzydzeniem i pogardą. By utrzymać swą uprzywilejowaną pozycję, religia, tak jak przed laty komunizm czy autorytaryzm w ogóle, posługuje się kłamstwem, manipulacją i propagandą i bez skrupułów korzysta z rozwiązań siłowych: policji i restrykcyjnych rozwiązań prawnych. Środkiem przeciwko zakłamanemu totalitaryzmowi zawsze była wolność i prawda.

Religia w Polsce wyraźnie przeciągnęła strunę, zwracając się przeciwko wszystkiemu, co podważa jej hegemoniczną pozycję: ateizmowi, laicyzacji, świeckiej dobroczynności, awangardowej sztuce, niezależnemu kinu, oświeconej filozofii i literaturze, feminizmowi, gender, homoseksualizmowi, idei wolnej miłości, życiu bez ślubu i innych sakramentów. Czy należy z nią walczyć? Oczywiście! Nie możne się już dłużej do niej odnosić z pozycji tradycyjnego szacunku dla uczuć religijnych czy tolerancji światopoglądowej, skoro ona sama podważa szacunek do innych uczuć: racjonalnych, naukowych, liberalnych i głosi światopoglądową nietolerancję. To tak, jakby czynić zadość faszyzmowi i komunizmowi, które przecież— jak chcą ich obrońcy — były tylko jednymi z możliwych orientacji politycznych. Zasada tolerancyjności nie może się stosować do żadnej z form totalitaryzmu. Co zatem mamy robić? Oh, my, Polacy mamy pod tym względem bogate doświadczenia, które wynieśliśmy z walki z komunizmem.

Przede wszystkim: prawda. Nie gódźmy się na wciskanie się we wszelkie zakamarki naszego życia i świadomości narracji, którą cywilizowany świat już dawno między bajki włożył. Nie poddawajmy naszych dzieci katechizacji czy jakimkolwiek innym formom kształtowania umysłów przez Kościół, kato-faszystowskie państwo i religijnych fundamentalistów. I tak jak wielu rodziców nie godziło się w okresie komunizmu na przynależność swoich dzieci do harcerstwa, pionierów czy różnych związków socjalistycznych, udziału w komunistycznych manifestacjach, strzeżmy nasze dzieci przed udziałem w imprezach i organizacjach działającymi pod skrzydłami Kościoła, Opus Dei czy innych mniej lub bardziej zakamuflowanych religijnych organizacji. I tak jak za komuny czymś wstydliwym była przynależność do partii, tak i dziś czymś wstydliwym powinno być przystępowanie do chrztu, komunii, bierzmowania, kościelnego ślubu, czy urządzanie kościelnego pogrzebu, „bo tak nakazuje tradycja”. Niech sobie ją kultywują wierzący, ale nie pozwólmy, by wciskała się w życie tych, co myślą i chcą żyć inaczej.

Czytajmy książki i propagujmy wiedzę o człowieku, którą rozwija współczesna biologia i medycyna, filozofia, antropologia, historia, psychologia, socjologia i kulturoznawstwo, gdzie religia jest tylko jednym z elementów kultury, w dodatku już od dawna nieprzystającym do liberalnej i naukowej cywilizacji współczesnego świata. Już ponad sto lat temu nawet religijni autorzy pisali, że naukowy ateizm jest w świadomości społecznej czymś oczywistym, a wiara religijna wymaga niełatwego uzasadnienia. Ale nie w Polsce. Tu wiara, zabobony, uprzedzenia zawsze były czymś naturalnym, a przed pręgież ustawiane były rozum, nauka, oświecenie. I taka właśnie atmosfera dominuje w Polsce do dziś.

Po drugie: kontrola. Nie możemy pozwolić władzy polityczno-religijnej na bezkarność. Musimy im patrzeć na ręce i domagać się, by złapanego na gorącym uczynku przestępcę, nawet jeśli byłby księdzem, biskupem, ministrem czy prezydentem, surowo ukarać. Dlatego z jeszcze większą determinacją musimy bronić niezawisłości sądów, bo „sądy” Ziobry czy Kaczyńskiego nie gwarantują ochrony prawa i sprawiedliwości.

I po trzecie: wolność. Jeśli opór wobec komunistycznego totalitaryzmu chciałoby się streścić w jednym słowie, to byłby nim „pluralizm”. Bo pluralizm, różnorodność jest tym, co rozsadza monolit totalitaryzmu, dążącego zawsze do zjednoczenia wszystkich wokół jednego ośrodka. Tym ośrodkiem w czasach komunizmu była ideologia marksistowska, która pełniła tę sama rolę, co dziś w Polsce religia i ideologia narodowo-katolicka. Kto do niej nie przystaje i się jej sprzeciwia, zostaje napiętnowany i wykluczony, a co najmniej wypchnięty na margines w dziedzinach kontrolowanych przez władzę. W haśle pluralizmu w czasach komunistycznych chodziło o różnorodność polityczną, a dziś chodzi o różnorodność kulturową.

Domagajmy się więc prawa do swobody życia w formach, w jakich chcą je realizować ludzie niewierzący, racjonaliści, walczący o pełną emancypację kobiet i prawa osób nieheteronormatywnych. Róbmy swoje i nie kryjmy się z tym. Może to coś da, kto wie? – pytał z nadzieją w ponurych czasach komunistycznych jeden z naszych piewców wolności. Ja bym jednak nie podtrzymywał tej formy hipotetycznej, a raczej użyłbym formy kategorycznej: Róbmy swoje! To na pewno coś da!

JERZY KRUK

A może kupisz moją powieść?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *