Учиться, учиться и еще раз: учиться

O Roku 1984 słyszałem już w plotkach w szkole średniej. Że był jakiś Orwell i że był jakiś Amalrik. Samą książkę Orwella zobaczyłem dopiero w roku… 1984. W RFN, a konkretnie w Tybindze, pięknym mieście uniwersyteckim w Szwabii. Wtedy miało 60 tysięcy mieszkańców, w tym 25 tysięcy studentów, z tego co najmniej połowa płci właściwej dla moich zainteresowań. Nie, nie. Nie chodzi o chłopaków. Gdy wjeżdżałem do miasta po raz pierwszy zaszokowały mnie olbrzymie parkingi pełne rowerów. Takiej ilości rowerów nie było w Polsce nawet w magazynie zbytu Rometu. W Tybindze znalazłem się po raz pierwszy w roku 81. dzięki koledze ze studiów, który poznał to piękne miasto już rok wcześniej. Mieliśmy tam wyjechać razem, ale on musiał zostać jeszcze na kilka dni w Warszawie, więc dał mi tylko adres: Johann Sebastian Bach, Ludwigstrasse 15. Myślałem, że to żart.

Dobrze, że pojechałem sam. Autostopem przez Czechy w trzy dni. To była przygoda. Czesi byli bardzo zamknięci i nie zabierali autostopowiczów, ale Niemcy – przeciwnie. Na granicy czesko-niemieckiej, którą przekroczyłem pieszo (kilometrowy pas z zasiekami, wieżami strażniczymi i patrolami z psami) niemieccy celnicy mieli akurat przerwę i zaprosili mnie na piwo, a potem postawili mi drugie i obiecali, że sami znajdą mi transport. Zagadnęli pewnego kierowcę TIR-a, a on zadzwonił do centrali, czy może zabrać autostopowicza z Polski, bo wpuszczanie obcych osób do samochodu było zabronione. Zgodzili się. Wyrzucił mnie koło Norymbergi, gdzie złapałem podrasowanego Golfa turbo. Było nas troje autostopowiczów, ale przez godzinę nikt się nie odzywał, bo wszyscy patrzyliśmy na licznik. 220 na godzinę. Cały czas lewym pasem z miganiem światłami. W godzinkę przeskoczyliśmy pod Stuttgart, a tam spotkałem młodego punka z klasycznym tęczowym irokezem. Trochę się bałem, bo wyglądał agresywnie i nie wiedziałem, czy czasem nie będzie podobnie się zachowywał, ale gdzie tam! Robił się wieczór i zaprosił mnie do domu swoich rodziców, do których jechał z Berlina Zachodniego. Jego mama, widząc moją koszulę po trzech dniach autostopu, wzięła ją do prania i dała mi nową w prezencie. Jego tata zawiózł mnie rano na autostradę. Do Tybingi podwiózł mnie luksusowym mercedesem starszy pan, który jechał w odwiedziny do swojego syna studenta. Dał mi 50 marek, żebym wypił za jego zdrowie. To byli ci „źli Niemcy”.

Znalazłem dom na Ludwigstrasse fünfzehn i mieszkanie Johanna na pierwszym piętrze. Patrzę na wizytówkę na drzwiach, a tam rzeczywiście: trzy nazwiska i J.S. Bach. Dzwonię i otwiera mi jakiś punk. To już drugi w ciągu dwóch dni. Mówię, że szukam Johanna Sebastiana Bacha, a on na to: Das bin ich. A ja: Ale przecież miałeś być hippisem, a on na to: Hippisem byłem w zeszłym roku, a teraz jestem punkiem. Wypiliśmy parę piw i on mi tłumaczył , o co w tym punku chodzi. (Odwiedziłem go trzy lata później i przywiozłem mu kasety Maanamu, żeby udowodnić, że i Polacy gęsi język znają).

Przez Tybingę przepływał Neckar, po którym młodzi ludzie pływali płaskodennymi łodziami jak W Cambridge lub Oksfordzie. Ale najładniejsze było stare miasto: knajpa przy knajpie, a nad nimi kolejna knajpa. I jeszcze kolejne w podziemiach. Nasza studencka kultura piwna ze Spartakusem na Żwirkach albo z łaźnią miejską naprzeciw naszego instytutu na Krakowskim Przedmieściu nawet się nie umywała do tego „Zachodu”.

O tym, że jestem „na Zachodzie” przypominały mi nie tylko knajpy i supermarkety, ale też i księgarnie, których w uniwersyteckim miasteczku było zatrzęsienie. Gdy zjawiłem się w nim po raz drugi w roku 84, po otwarciu zamkniętych w stanie wojennym granic, by odwiedzić mojego przyjaciela Niemca, Rolfa, z którym zaprzyjaźniłem się dużo bardziej niż z Johanem Sebastianem Bachem, moje zdjęcie ukazało się w lokalnej gazecie jako ilustracja do artykułu na temat kondycji księgarń. Stoję z wielkim plecakiem przed witryną jednej z małych księgarń i wybałuszam gały na wystawę. A tam: tylko jeden tytuł. Rok 1984 Orwella. U nas za drukowanie i kolportowanie tej i innych podobnych książek wsadzali do więzienia, a tam: leżały sobie w witrynach i zachęcały do kupienia.

Polska i RFN, Warszawa i Tybinga to były dwa różne światy, ale właśnie dzięki temu, że byłem z „innego świata” bardzo zaprzyjaźniłem się z Rolfem, który był pożeraczem książek. Nie mogliśmy się nagadać. Pierwszy raz Rolf zaczepił mnie w knajpie, do której wszedłem, by rozmienić 50 marek, żeby mieć drobne na telefon do mojego przyjaciela w Warszawie. „Czy ty czasem nie jesteś tym Polakiem, który mieszka w naszym domu?” — spytał. Potwierdziłem, a on zaprosił mnie, bym się dosiadł do niego i jego dziewczyny na piwko. Wypiłem trzy. Rolf – dwanaście. Następnego dnia zajrzał do mojego pokoju i spytał, czy nie miałbym chęci pójść znów z nimi na piwo. No, jak mogłem nie mieć.

Powiedziałem mu, że przyjechałem do Reichu na wakacje, by zarobić na utrzymanie na studiach, a on mi odpowiedział, że pomoże mi znaleźć pracę. I codziennie przez miesiąc zapraszał mnie do knajpy, a jak się trafił ktoś z jego znajomych, pytał, czy nie wie o jakiejś możliwości pracy dla mnie. Mówiłem wtedy bardzo słabo po niemiecku. Jego dziewczyna, Renate od razu mi kupiła drugi stopień Deutsch 2000. Uczyłem się z niego przedpołudniami, a wieczorami praktykowałem Perfekt, Passiv i Konjunktiv II, wzbudzając ich entuzjazm, że tak dobrze sobie radzę. I tak nauczyłem się niemieckiego. No i zacząłem dorównywać Rolfowi w spożyciu piwa. Übung macht den Meister.

O Roku 1984 usłyszałem też od pewnego Szweda, którego poznałem w Warszawie. „To jest opis naszego społeczeństwa”, skwitował krótko. Ha, ha! Roześmiałem się głośno. Szwedzkiego? Przecież to opis systemu komunistycznego. Nie miałem racji. Folwark zwierzęcy to była oczywiście parodia systemu sowieckiego, ale Rok 1984 był czymś więcej. Pokazywał mechanizmy totalitaryzmu, systemu, którego komunizm czy faszyzm były oczywistą egzemplifikacją, ale Orwell w swej genialnej wizji przewidywał, co może się wydarzyć w przyszłości. Nie tylko w państwie typu sowieckiego. Dziś nie mogę uwierzyć, jak trafnie opisał zakusy i działania państwa PiS. Albo na odwrót: jak wiernie Jarosław Kaczyński kopiuje działania Wielkiego Brata, łącznie z gumkowaniem bohaterów z historii i usuwaniem piosenek z list przebojów. Ale czy Rok 1984 nie opowiada też o ciągłej inwigilacji i manipulacji jednostką przez informatyczne koncerny?

Totalitaryzm jest dziś powszechnie używanym słowem, ale w roku 84. pojęcie to tylko ledwo ledwo majaczyło w przestrzeni społecznej. Poznałem je dzięki Leszkowi Kołakowskiemu (Hannah Arendt znałem z nazwiska, ale jej książek wtedy jeszcze nie czytałem). Kołakowski uczył mnie nowego języka filozofii i polityki i miał ogromny wpływ na kształtowanie się nowej kultury politycznej, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Tłumaczył nie tylko, czym jest totalitaryzm czy sowietyzacja, ale i dogrzebywał się w stalinizmie marksistowskich korzeni i uczył, jak być liberalno-konserwatywnym socjalistą.

O swojej niedojrzałości filozoficzno-politycznej przekonałem się też w tejże Tybindze, gdy któryś z moich niemieckich rozmówców spytał mnie, dlaczego w Polsce jest tak źle. Bo mamy komunizm, odparłem. Ale komunizm to przecież marksizm, więc jak to się dzieje, że produkuje zło, tyranię, ubóstwo? – mój rozmówca drążył temat na poważnie. I nagle zdałem sobie sprawę z tego, że nie potrafię tego wyjaśnić. Wszyscy wiedzieliśmy, że komunizm jest okropny. Nienawidziliśmy Związku Radzieckiego i Jaruzelskiego, gardziliśmy ludźmi robiącymi partyjne kariery, ale nie potrafiliśmy, a przynajmniej wtedy nie potrafiłem tego ja, powiedzieć dlaczego na Zachodzie z nauki Marksa wyrosła socjaldemokracja, dająca społeczeństwom kapitalistycznym dobrobyt i wolność, a w społeczeństwach socjalistycznych zaowocowała tyranią i ubóstwem.

Jak mieliśmy walczyć ze złem, nie rozumiejąc jego mechanizmów i nie potrafiąc go nazwać, nie posiadając do jego opisu odpowiedniego języka? Myślę, że z podobnym problemem mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce i na Węgrzech. I u nas i u nich ludzie są po prostu głupi w podstawowym sensie tego słowa. Ich głupota to niewiedza, brak wykształcenia. Oni nie widzą żadnego zagrożenia w lansowanej przez Kaczyńskiego i Orbana demokracji nieliberalnej, bo nie rozumieją, co to jest demokracja, co to jest liberalizm, co to jest konsensus, co to jest faszyzm, totalitaryzm. Dlatego pojęcia „trójpodział władzy” czy „niezawisłe sądy” albo „wybory tajne, jawne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne” nic im nie mówią. Obaj bratankowie wmówili im , że to nie są wartości ludowe, tylko liberalne, elitarne. I że ten, kto zdobywa wyborczą większość, bierze wszystko: rząd, parlament, sądy, media i gospodarkę. Komu można wcisnąć taki kit? Tylko ciemniakowi. Głupkowi bez wykształcenia. Nie mówię o szkołach, uczelniach, tylko o braku elementarnej kultury politycznej.

W każdym razie w tamtych, komunistycznych czasach uczyłem się, co to jest totalitaryzm, sowietyzacja czy gospodarka niedoboru, przez które u nas jest tak źle. To ostatnie pojęcie uświadomił mi węgierski ekonomista Janos Kornai, o którym artykuły (czy bodaj nie Leszka Balcerowicza?) czytałem w „Vakacie”, który drukowali moi koledzy ze studiów. Kornai wyjaśniał, że niewydolność gospodarki socjalistycznej bierze się właśnie z systemowego wytwarzania niedoborów w gospodarstwie domowym, w przedsiębiorstwach, w gospodarce narodowej i w całym bloku gospodarczym.

5 lat później uczestniczyłem w Hamburgu (znowu Niemcy) w seminarium Goethe-Institut dla nauczycieli języka niemieckiego. Tam byli ludzie z piętnastu krajów świata i oczywiście musiała się pojawić kwestia różnicy pomiędzy Wschodem a Zachodem. Pamiętam, że kiedy już została postawiona expressis verbis, oczy wszystkich zwróciły się na mnie, bo dałem się już poznać jako ktoś, kto zawsze ma coś do powiedzenia, a w dodatku pochodziłem z kraju, w którym 4 czerwca ogłoszono upadek komunizmu (i wszyscy mnie pytali, jak było). Zdobyłem sobie wielkie uznanie, wyjaśniając, skąd w kapitalizmie bierze się dobrobyt, a w komunizmie bieda, opisując różnice pomiędzy gospodarką rynkową a gospodarka planową. Największe oczy zrobiły koleżanki (bo kolegów na szczęście było niewielu) z KDL. Już nie byłem ćwokiem, który mówi, że komunizm jest zły, bo… jest zły, lecz oczytanym obywatelem świata, rozumiejącym jego zjawiska i ich mechanizmy. I pomyśleć, że wszystko to dzięki zasadzie Lenina: Учиться, учиться и еще раз: учиться.

JERZY KRUK

Zachęcam Cię do kupienia mojej pierwszej powieści i wsparcia mojego debiutu.

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę
(przesyłka przez RUCH za 1 grosz,
a przez innych przewoźników za pół ceny)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *