Ach, witaj zono! Ty jesteś jak łyk ozonu!

O Sołżenicynie też się szeptało w latach siedemdziesiątych, oczywiście w kontekście Archipelagu GUŁag. Jednak pierwszą książką Sołżenicyna, która mi wpadła w ręce był Oddział chorych na raka. To było dla mnie kompletne zaskoczenie. Spodziewałem się antykomunistycznej bestii z ostrymi pazurami, jakiejś syberyjskiej wersji Drakuli, a okazało się, że znalazłem wielkiego humanistę, człowieka łagodnego, pełnego empatii dla innych, który opisywał świat, w którym ludzie nie mają prawa do osobistego szczęścia, do przyjaźni, do miłości. I że największym pięknem, jakiego mogą doświadczyć, jest choćby cień miłości, marzenie o niej.

Książka, którą czytałem, to był przedruk wydania paryskiego w formacie dwa razy mniejszym. To była gruba książka w twardej granatowej oprawie przypominająca swym formatem kieszonkowe wydanie Biblii. Dlaczego taka mała? Z powodu oszczędności papieru.

Wydanie było oczywiście nielegalne i nielegalny był cały proceder wydawniczo-dystrybucyjny. Na te książki nie było przydziału papieru, więc trzeba go było jakoś zorganizować, a czasami wręcz ukraść. Nakłady popularnych książek wynosiły kilka tysięcy. A ile papieru potrzebne jest do wydrukowania pięciu tysięcy książek? Furgonetka, ciężarówka? Pół?

I ile tych książek było?! Obliczono, że w latach 70. i 80. wydano ponad siedem tysięcy tytułów. Tytułów, nie egzemplarzy! Kiedyś policzyłem książki w swoim gabinecie, gdy stały w regałach na trzech ścianach od podłogi do sufitu. Było tego tylko dwa i pół tysiąca. Więc wyobrażacie sobie siedem tysięcy książek?! Każda inna. A dochodziły do tego jeszcze ulotki i czasopisma. Dwa tysiące tytułów czasopism! A potem do tego przecież doszły kasety. Z piosenkami Jacka Kaczmarskiego czy z Festiwalu Piosenki Prawdziwej. I filmy! Nagle półkowniki z Przesłuchaniem Bugajskiego na czele dzięki kasetom wideo ujrzały światło dzienne.

To, co było zakazane przez cenzurę, było wydawane w podziemiu, dla którego ukuto też eufemizm „drugi obieg”. Literatura rosyjska: Sołżenicyn i Pasternak, Mandelsztam, Ginzburg, Szałamow, Jerofiejew. Czeska: Hrabal, Kundera, Havel, Harnicek. Polska: Konwicki, Brandys, Miłosz, Gombrowicz, Andrzejewski, Hłasko, a nawet… Żeromski. Poeci: Barańczak, Krynicki, Zagajewski i jeszcze raz Miłosz. Pisarze zachodni: Orwell, Jarry. Publicystyka polityczna: Kuroń, Michnik, Cywiński, Torańska, Fikus. Historia: Andrzej Albert, Jan Abramski, Moczulski, Kersten, Kukliński, . Filozofia i politologia: Arendt, Aron, Berlin, Hayek, Kołakowski, Patocka, Toynbee. Setki, tysiące autorów.

Ja byłem bardzo dumny z tego, co robimy, bo taki ruch kulturalny jest chyba ewenementem na skalę światową. A w dodatku sam trochę przyłożyłem do tego ręki. Przełom nastąpił 13 grudnia roku pamiętnego. To było dla wielu ludzi „albo-albo”. Jak już wchodzisz na barykadę, to musisz się zdeklarować, po której jesteś stronie, ze wszystkimi konsekwencjami, do ostatecznych włącznie. Możesz stracić miejsce na studiach, pracę, a nawet życie. Na szczęście tych, co zapłacili najwyższą cenę, nie było dużo, ale nie można o nich zapomnieć.

13 grudnia to był szok, po którym nastąpił paraliż społeczeństwa. Nie wiadomo było, co robić. Mój przyjaciel ze studiów, który był najbardziej z nas zaangażowany w niezależny ruch wydawniczy, zniknął z zajęć, ale pojawił się po paru miesiącach. Co robić? Drukować, rozprowadzać, informować, czytać. Dzięki niemu miałem dostęp do bibuły w bardzo dużych ilościach, więc podjąłem się zadania przerzucania, co mogłem, do mojego miasta.

W naszym mieście miałem już wcześniej w związku z tym kontakty. W stanie wojennym dla rozprowadzania tych setek książek, które przerzucałem, trzeba było zbudować jakąś siatkę. Jeden z odbiorców moich książek w stolicy obiecał mi, że mnie skontaktuje z kimś z naszego miasta. Dla pewności przedarł na pół stołeczny bilet tramwajowy, który mieliśmy złożyć z agentem dla potwierdzenia autentyczności kontaktu. Pamiętam, że mnie umówił w naszym mieście na bulwarach rzeki, która przez nie przepływała. Agent 01 jako znak rozpoznawczy miał mieć ze sobą siatkę z butelkami po mleku. Wyobraźcie sobie taką scenerię: nadrzeczny bulwar z muzeami, teatrami i urzędem wojewódzkim, na którym nie ma budynków mieszkalnych. Jeśli ktoś zapuszcza się w te rejony, to co najwyżej jacyś spacerowicze, ale nie w niedzielę o dziewiątej rano! Miasto śpi, a dwóch facetów spotyka się na otwartej ulicy. Przyszedłem i czekam. Patrzę, a zza rogu teatru wyłania się jakiś facet, chudy i wysoki jak tyka. Idzie przez puste miasto i dzwoni pustymi butelkami po mleku, które mu się obijają w siatce. W niedzielę rano! Podchodzi do mnie i przykładamy do siebie dwie połówki stołecznego biletu. No, konspira na całego! Szkoda, że tam jakiegoś reżysera komedii nie było, bo miałby gotowy materiał do filmu. Dziś się dziwię, że nie kazali mi się przebrać za kominiarza albo za świętego mikołaja. W każdym razie nawiązaliśmy kontakt i ustaliliśmy, pod jaki adres mam dostarczać książki i że ktoś też będzie je ode mnie odbierał w stolicy.

Pierwszy kurier zjawił się u mnie też w niedzielę. Nocny pociąg z naszego miasta przyjeżdżał o szóstej z minutami. Śpię sobie w swoim pokoju w akademiku, a tu ktoś cichutko puka do drzwi. Otwieram, a jakiś niewysoki mężczyzna pyta o mnie i mówi, że ma coś ode mnie odebrać. Metr sześćdziesiąt w kapeluszu i w dodatku chucherko takie, że jakby go wypuścić na wiatr, to uleciałby jak latawiec. Pytam go, w co chce to zapakować, a on wyciąga z kieszeni dziadówkę wielkości A4. Nie wiem, czy pamiętacie. Reklamówki, to były te plastikowe torby z Zachodu z reklamą Wranglerów czy czegoś tam, a dziadówki to szyte z materiału ich nasze rodzime imitacje. Zaprosiłem pana Stasia – tak miał na imię – do pokoju. Moi koledzy twardo spali i nigdy nawet słówkiem nie wspomnieli o moim knuciu. Otwieram szafę na ubrania i mówię: Niech pan zobaczy, ile tego mam. A tam: półtora metra bibuły w dwóch rzędach. Ale ja już jestem po dwóch zawałach, usprawiedliwił się pan Stanisław. Zapakował w dziadówkę z siedem czy osiem numerów Vacatu, bo to było dość grube czasopismo, a ja mu wcisnąłem pod pachę jeszcze dwa, żeby sam miał co poczytać, bo co dziesiąty numer był dla kolportera gratis. No i powiózł to do naszego miasta.

Spotkałem go raz jeszcze przypadkiem w pociągu. Próbował wstawić na półkę małą walizeczkę. Pomogę panu, powiedziałem i chwyciłem za rączkę. Nie, nie – zaprotestował przerażony, że wyczuję jej ciężar. Niech się pan nie obawia, panie Stasiu – powiedziałem i wyrwałem mu walizkę z rąk. Spojrzał na mnie i wyszeptał z ulgą: A, to pan. Jeździł dalej po bibułę w ilościach detalicznych. Pewnie się dziwicie, że nie miał takiej zgrabnej walizeczki na kółkach, bo byłoby mu łatwiej. Ano nie miał. Wiecie czemu? Bo takich walizek u nas wtedy nie było. Poziom techniczny naszego przemysłu lekkiego był tak niski. Za to ciężkiego – ponoć wysoki.

Jedna z moich skrzynek mieściła się w willi pani Karoliny. Odwiedziłem ją kilka razy. Któregoś razu obecny był jej mąż, który był marynarzem. Akurat wśród książek był Barańczak i Krynicki. Co to jest? – żachnął się. Chyba był trochę podpity. Wierszyki? I wy chcecie wierszykami komunę obalić? No, a jak? —spytałem. Czołgami! — wypalił matros. — Tu czołgów potrzeba! Pani Karolina spojrzała na mnie z zawstydzeniem. Oczywiście nie miał racji. Po pierwsze, nie mieliśmy czołgów, a po drugie gdyby ktoś się porwał na przemoc zbrojną, zostałby zgładzony jak mucha packą. Ja wierzyłem w potęgę słowa. To nie czołgi obaliły Mur Berliński i całe komunistyczne imperium, lecz słowo o wolności. I słowa rozsądku pozwoliły w naszym kraju dokonać bezkrwawej transformacji, a słowo honoru pozwoliło nam zbudować stabilny porządek gwarantujący wolność każdemu, pozwalający mu żyć, jak chce, i niosący wszystkim jako taki dostatek. Teraz, wierzę, będzie podobnie. Piosenka, czyli słowo śpiewane, będzie początkiem końca państwa PiS.

Woziłem tę bibułę w wielkim plecaku ze stelażem, to było najnowsze osiągnięcie w dziedzinie krajowego sprzętu turystycznego, i w ręcznej torbie turystycznej. Miałem takiego długiego na metr dwadzieścia jamnika ze sztucznej skóry. Kurwa! Jakie to było ciężkie! Zwłaszcza raz, gdy wyskakiwałem na stacji na przedmieściach naszego miasta, bo wydało mi się że zostałem namierzony i jakiś ubek mnie eskortuje w kuszetce. Gdy zniknął z przedziału, ja zgarnąłem plecak i jamnika i wyskoczyłem na stacji, a tam: wejście na drewniany pomost, przejście nad torami i zejście po schodach. Myślałem, że mi ręka odpadnie. Pewnie coś sobie ubzdurałem i niepotrzebnie spanikowałem.

Dorwali mnie trochę później, a właściwie nie dorwali mnie nigdy, bo nikt mnie nie złapał za rękę i do niczego się nie przyznałem. Nie, chyba jednak mnie dorwali, bo mnie wyrzucili z pracy na uniwersytecie.

To był dzień, w którym po raz ostatni widziałem pana Stanisława, na zdjęciu. Akurat dałem się wziąć do wojska. Rozpracowali nasza siatkę i oficer SB pofatygował się do mnie do podchorążówki, która się mieściła niedaleko stolicy. Najpierw oględnie: Gdzie byłem na przepustce… A ja, że u mojego kumpla… A kto to jest?… A kolega… A czy ma coś wspólnego z drugim obiegiem?… A ma… A co?… A siedział za drukowanie książek… I ja z nim też siedziałem… w jednej sali wykładowej, a nawet w jednej ławce… A czy ja też coś drukowałem?… A jakże… pracę magisterską… A czy kolportowałem?… Nie… a właściwie tak, bo wydrukowałem ją w trzech egzemplarzach… jeden dla mnie, a drugi i trzeci dla promotora i recenzenta… A czy znam którąś z tych osób?… I otwiera album rodzinny. A ja myślę sobie…. Znam prawie wszystkich, ale powiem, że nie znam… A szef kontrwywiadu, że to niemożliwe… A ja myślę sobie: Pocałuj mnie w dupę…

Taa… Rozłożyli  przede mną album z naszą siatką: pan Stanisław, Dominik, ten długi, pani Karolina i zdjęcia jeszcze kilkunastu innych osób. Znałem prawie wszystkich. Szef kontrwywiadu, major Major, mówi mi, że dobrze by było, żebym kogoś rozpoznał, bo wtedy pojadę na praktykę do swojego miasta, o którą się mi wystarał po znajomości ojciec mojej koleżanki, też major, tylko o innym nazwisku niż Major, dziś już oficer w stanie świętego spoczynku, i będę mógł zamieszkać ze swoją ciężarną żoną i dochodzić na praktykę do jednostki na osiem godzin, jak do brygady pracy socjalistycznej. Więc długo się nie zastanawiałem i mówię, że jedną osobę znam. Major Major się podpalił i przejął śledztwo od oficera SB. Którą? – warknął, a ja spokojnie wskazałem palcem na swoje zdjęcie paszportowe. Ale się wkurwił! Nie pojedziesz do domu! Wyślemy cię na białe niedźwiedzie! Wiedziałem, że blefuje. Wysłali mnie na Hel. Wiecie, co to jest Hel w wojsku? Z trzech stron morze, z czwartej WSW.

Zagrali ze mną nie fair i uznałem, że i ja mam prawo do podobnej zagrywki. Popadłem w depresję endogenną i z Helu wysłali mnie do szpitala psychiatrycznego w Gdańsku. Przez miesiąc patrzyłem w sufit, ale któregoś razu podszedł do mnie na spacerze kolega z sali i mówi: Te tabletki, które codziennie wypluwasz do kibla, już powinny zacząć działać, więc nie przeginaj pały i się wreszcie obudź.

Zabrałem ze sobą kilka książek, ale ich nie czytałem, tylko położyłem na szafce przy łóżku. Na wierzchu ułożyłem Kafkę i Wojaczka, żeby pokazać, jaki jestem zdołowany, ale kapitan psychiatra, który codziennie przychodził na obchód, chyba się na tym nie poznał. Nie mogłem ich też czytać, gdy mi przeszła depresja endogenna, więc poszedłem do szpitalnej biblioteki i jeden po drugim wypożyczałem najgrubsze buchy: Wojna i pokój, Bracia Karamazow, Józef i jego bracia. Zwolnili mnie do domu w miesiąc po uzdrowieniu. Byłem zły, bo nie doczytałem do końca W poszukiwaniu straconego czasu i do dziś jestem na szóstym tomie.

Po powrocie do domu pan oficer SB skontaktował się ze mną ponownie i spytał, czy mi bardzo zależy na tej pracy na uniwerku, bo jak mi zależy, to on nie widzi przeszkód, żebym do niej wrócił, tylko że mi dołożą ćwierć etatu u nich. Powiedziałem mu, że aż tak bardzo mi nie zależy. No i zostałem stolarzem.

Mój ojciec był stolarzem, mój brat był stolarzem, czemu więc ja nie mogłem być stolarzem, skoro to była nasza rodzinna profesja? Nie powiem, że się do tego paliłem. Bałem się maszyn. Tak głośno huczały i miały takie ostre noże. Warsztat mieliśmy na budowie naszego domu. Kiedyś robiłem coś na piętrze (przynieś, wynieś, pozamiataj, posmaruj, dociśnij, skocz po piwo – to był zakres moich obowiązków) i usłyszałem, jak z warsztatu woła mnie brat. Pobiegłem do niego, a on mówi: Wyłącz heblarkę, uciąłem sobie palec. Wyłączyłem maszynę, przyklęknąłem na posadzce i zacząłem grzebać w trocinach, a mój brat pyta: Co robisz? A ja na to: Szukam palca. A on: Kurwa, idioto, mam go w ręku. Zawieź mnie do szpitala, zanim zemdleję. Dobrze, że sam nie zemdlałem. Przyszyli mu ten palec, ale jakoś krzywo. Nie będę mógł więcej grać na gitarze, skwitował mój brat po operacji, patrząc na odstający na zewnątrz palec wskazujący. Przerzucił się więc na instrument jednoręczny, to znaczy na trąbkę, bo na trąbce gra się tylko jedną ręką, a drugą się tylko trzyma.

Z pracy stolarza najbardziej lubiłem dojazdy do pracy i powroty z pracy. Z mieszkania moich teściów, u którym zamieszkałem na początek z moją żoną, do naszego przyszłego domu był kawałek drogi i musiałem jechać dwoma tramwajami i autobusem. Oczywiście w drodze zawsze coś czytałem. Pamiętam to poczucie szczęścia, które mnie przepełniało w tamtym czasie. Żona na studiach, dziecko w drodze, a ja w tramwaju z książką. W dodatku z oddziału psychiatrycznego trafiłem wprost na Oddział chorych na raka. Naprawdę przeczytałem go w tramwaju.

Lata osiemdziesiąte to był ponury czas. Bez nadziei, bez perspektyw. Wielu naszych przyjaciół wybrało emigrację. Do Stanów, do Niemiec, do Szwajcarii, do Szwecji. Ja też byłem na Zachodzie kilka razy. Oczywiście że mi imponowały te supermarkety, butiki, samochody, mieszkania, bary, kosmetyki dla wszystkich. Ale co miałbym tam robić? Malować? Tapetować? Pracować przy przeprowadzkach? Co to za praca? Tutaj przynajmniej mogłem być czytającym książki stolarzem.

Z całej tej bibuły chyba najsilniejsze wrażenie wywierała na mnie literatura łagierna. Archipelag Gułag, Stroma ściana, Opowiadania Kołymskie, Inny świat, Na nieludzkiej ziemi, Po wyzwoleniu, Oddział chorych na raka… Siedziałem  sobie w tym tramwaju z książką w ręku, odpychałem asocjacje z zachodnimi zapachami cytrynowego płynu do mycia podłóg, dezodorantu 8×4, mydełka Fa, rozglądałem się po brudnych ulicach i myślałem sobie: Ach, witaj zono! Ty jesteś jak łyk ozonu!

JERZY KRUK

Zachęcam Cię do kupienia mojej pierwszej powieści i wsparcia mojego debiutu.

Tu możesz przeczytać obszerne fragmenty

A tu możesz kupić książkę
(przesyłka przez RUCH za 1 grosz,
a przez innych przewoźników za pół ceny)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *