Rozdział VI (ok. 14 minut czytania)

Ale ostatnio się rozgadałam – mówi Marika podczas następnego spotkania, gdy wreszcie ze spokojem wtulamy się w siebie po osiągnięciu szybkiego rozładowania. Jeszcze nigdy nie wypowiedziałam tylu słów bez przerwy. Eee, chyba żartujesz – podaję w wątpliwość to, co mówi. Naprawdę. Nikt ze mną nie rozmawia tak jak ty. Wszyscy tylko mówią: Cześć, co słychać, co robisz, dokąd idziesz, jak ci się podobał film? I odpowiadają: Wszystko w porządku, idę na zakupy, świetny był. A jak się spotykacie w jakimś większym gronie? To trochę świrujemy, śmiejemy się, niektórzy opowiadają dowcipy, ale to nie są rozmowy. Ty też opowiadasz dowcipy? Ja? – pyta Marika podnosząc wysoko brwi. I lekko kręcąc głową odpowiada: – Nie.

A ze mną lubisz rozmawiać? Marika spogląda mi w uczy z czułością, lekko napręża policzki w wyrażającym ufność uśmiechu i mówi: Bardzo. Przytula głowę do mojej piersi i szepce tak, że czuję na swojej skórze tchnienie jej ust. Czuję się przy tobie taka bezpieczna. Nie obawiam się niczego, niczego się nie wstydzę. To dobrze, kochana owieczko. Przytul się mocniej. Okryję nas kołdrą, żebyś nie zmarzła. Jesteś taki opiekuńczy. Na pewno byłeś świetnym ojcem.

Nie do końca, choć rzeczywiście, przez dwadzieścia lat byłem tatusiem i byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Ale do dziś nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy. Lubiłem bawić się z dziećmi w odkrywanie świata. Podnosiliśmy kamienie, żeby zobaczyć, co jest pod spodem, w lesie rozgarnialiśmy krzaki, żeby sprawdzić, czy coś się w nich nie kryje. Gdy wybieraliśmy się samochodem w dłuższą trasę, którą już znaliśmy, ja szukałem jakichś skrótów drugorzędnymi drogami, żeby zobaczyć dokąd nas zaprowadzą, gdy skręcimy w bok od szosy głównej. Zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego, ale najbardziej się cieszyliśmy, gdy zabrnąłem w jakąś ślepą uliczkę, kończącą się wjazdem do chłopskiego gospodarstwa z kupą gnoju na podwórzu. Dzieci się ze mnie śmiały: Tatuś-odkrywca, dzisiaj odkrył kupę gnoju. Lubiliśmy te nasze włóczęgi. Najpierw po kraju, potem trochę po świecie. Nie było w nich chwili nudy, nawet gdy przemierzaliśmy jakąś trasę przez kilka godzin. Lubiliśmy grać w „Kto to jest?”. Po kolei jedno z nas wymyślało jakąś postać, a reszta zgadywała, zadając pytania, na które odpowiadało się tylko „tak” lub „nie”. Tak się w tym wyspecjalizowaliśmy, że wystarczało nam kilka pytań, by odgadnąć o kogo chodzi, nawet jeśli to były najbardziej absurdalne pomysły, na przykład, rowerzysta, którego właśnie minęliśmy albo osiołek, na którym Maryja z Dzieciątkiem i Józefem uszli do Egiptu przed prześladowaniami Heroda. Każdy z nas zabierał ze sobą zestaw kaset, których słuchaliśmy po kolei. I nie było żadnego marudzenia. Jak jazz, to jazz, jak Michael Jackson, to Michael Jackson, jak ballady, to ballady. Przeszliśmy razem wszystkie nasze góry ze wschodu na zachód i z powrotem. Każdego lata przynajmniej tydzień albo dwa spędzaliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi na żaglach i na kajakach. Lubiłem to najbardziej, bo to była najlepsza szkoła dla małych dzieci. Uczyły się obowiązku, ostrożności, pracy, przewidywania, zasad bezpieczeństwa. No i niezapomniane noce w środku lasu, przy ognisku, z opowieściami i piosenkami. Często sen na karimacie pod rozgwieżdżonym niebem, liczenie meteorów. Gdyby nie te nasze wyjazdy, one, mieszkając w mieście, nie znałyby smaku deszczu i wiatru, śniegu i mrozu. Nie wiedziałyby, jak rozgwieżdżone może być niebo. Nie wiedziałyby, kiedy księżyc się cofa, a kiedy dopełnia. Gdy miały dwanaście lat, mówiły płynnie trzema językami, a gdy czternaście – miały patenty żeglarskie, jeździły konno, na nartach – super, coś tam potrafiły zagrać na pianinie i na gitarze, ale żadna z nich nie potrafiła jeździć na rowerze. Przeze mnie. Próbowałem je nauczyć, gdy miały cztery lata czy pięć, ale im nie wychłodziło. Złościłem się na nie tak, że obie się zraziły tak bardzo, że przez całe lata nie dawały się namówić, by wsiąść na rower. Strasznie mnie to martwiło, że takie duże dzieci, które wszystko potrafią, nie potrafią jeździć na rowerze i wyrzucałem sobie, że to przeze mnie. Ale gdy miały pojechać na obóz survivalowy, przełamały się. Nie chciały, żeby inne dzieci się z nich śmiały i nauczyły się. W jeden dzień. Odetchnąłem z ulgą, ale ten rower ciążył mi przez całe lata.

A ty potrafiłaś jeździć na rowerze jako dziecko? Tak – uśmiecha się Marika. Dostałam na pierwszą komunię piękny rower od chrzestnego. Z różową ramą i białymi oponami. Nawet nim jeździłam przez miesiąc. Czemu tylko przez miesiąc? Przebiłam oponę. I nie miał mi kto naprawić. No, a tata? Ciągle zapominał kupić łatki i klej. A mama nie mogła go przycisnąć? Mama mówiła, że ze mną są ciągle jakieś kłopoty, chociaż nie było żadnych. A jak już się jakiś pojawił naprawdę, to mówiła, że ze mną nie ma żadnych kłopotów. A babcia? Wybacz, babcia nie naprawiała rowerów. Naprawił mi go tata mojego kolegi w następnym roku. Gdy zauważył, że nie jeżdżę, spytał, dlaczego. Wziął bez pytania mój rower, który stał w wózkowni i oddał mi go po godzinie. Dziura zaklejona, koła napompowane, łańcuch nasmarowany, możesz śmigać – powiedział. Miły pan. Tak, mieszkał dwa piętra pod nami. Jego syn chodził ze mną do klasy. Tak samo nieśmiały jak ja, ale gdy jego tata oddawał mi naprawiony rower, on stał obok niego dumny jak paw i wyprężony jak struna. Bardzo się ośmielił. Potem często podbiegał do mnie, ściągał mi z włosów frotkę i uciekał. Następnego dnia znajdowałam ją założoną na klamkę od naszego mieszkania. Ja niby się na to złościłam, ale w głębi duszy cieszyłam się, że ktoś się do mnie zbliżył, że coś się koło mnie dzieje. Do dziś jego tata, kiedy mnie spotyka, gdy przychodzę odwiedzić moich rodziców, zagaduje mnie i mówi: Marika, jaka ty jesteś piękna. Tyle razy mówiłem swojemu Danielowi, żeby się koło ciebie zakręcił, a on przegapił taką okazję.

Poprawiam ułożenie mojej owieczki w objęciach i całuję ją w czubek głowy. Gdzie spędzasz Święta? – pyta mnie Marika. W cyrku, jak co roku – odpowiadam jej z figlarnym uśmiechem. Marika zwraca twarz ku mojej i odpowiada mi swoim rozbrajającym uśmiechem: Znów te twoje tajemnicze żarty. Nie, żadna tajemnica. Co roku urządzamy cyrk bożonarodzeniowy, Christmas Circus. My wszyscy bardzo lubimy tradycję. Walentynki, urodziny, malowanie jajek na Wielkanoc, śmigus-dyngus, odwiedzanie grobów na Zaduszki, prezenty na Mikołaja, no i cały ten cyrk na Gwiazdkę. Mamy wielki salon. To właściwie jedno wielkie studio, wysokie prawie na dwa piętra, mnóstwo przestrzeni, jak w jakimś lofcie. Mamy gdzie się pomieścić, więc od lat wszystkie większe imprezy rodzinne organizujemy u nas. Na Wigilię przychodzi do nas ze dwadzieścia osób. Nie tylko najbliższa rodzina. Starsza generacja powoli się wykrusza, więc zapraszamy tych, co zostają sami. Czasem przyjedzie ktoś z przyjaciół naszych dzieci, kto nie udaje się do domu, bo ma za daleko: do Ameryki, Japonii czy Australii. Przygląda się z zaintrygowaniem tym wszystkim naszym dziwnym zwyczajom, bo oczywiście musi być sianko pod obrusem, łuska z karpia pod talerzem, dwanaście potraw, kompot z suszonych owoców, uszka, pierogi i tak dalej. I wszystko robione własnoręcznie w domu.

Na dwadzieścia osób, to musicie mieć naprawdę dużo pracy. Nie jest tak źle, każdy bierze coś na siebie i przynosi jedną gotową potrawę: pierogi, uszka, karpia, kluski z makiem. No i mamy dużo młodzieży, więc miło popatrzeć, jak śmigają przy stole, obsługując dziadków. Dziewczyny i chłopaki. A potem śpiewamy kolędy. Dzieci grają na pianinie, a reszta śpiewa. Oczywiście, znamy tylko pierwsze zwrotki, ale każdy może dostać śpiewnik ze słowami, jeśli potrzebuje. Nawet goście z zagranicy próbują z nami śpiewać, choć nie rozumieją słów. Ale każdy i tak dostaje swoją szansę, bo na koniec śpiewamy Cichą Noc we wszystkich językach, jakie znamy: po naszemu, po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, rosyjsku. To musi niesamowicie brzmieć. Tak, lubimy to bardzo. Po naszemu śpiewają prawie wszyscy, po angielsku tylko połowa, po niemiecku trzy lub cztery osoby, po francusku i hiszpańsku – też dwie lub trzy. Najfajniejsza jest ostatnia zwrotka, którą śpiewamy wszyscy, każdy w języku, jaki zna. No a potem prezenty. Do znudzenia, bo pod choinką leży ich cała góra. Na szczęście nie każdy kupuje każdemu, bo inaczej byłoby dwadzieścia do kwadratu. Patrzę na Marikę. Uśmiecha się. Moja uczennica chyba wie, jak to obliczyć, ale nie zgłasza się do odpowiedzi.

Magiczna atmosfera. Dobrze mówisz, bo na pewno nie religijna. Do kościoła chodzą tylko dziadkowie, a z następnych generacji chyba nikt nie jest wierzący. A ty jak spędzasz Święta? – pytam Marikę. Idziemy do rodziny Łukasza, do mojej – też, chociaż chyba nie powinniśmy. Czemu? Matka powiedziała do mnie: Są Święta. Adres znasz. Jeśli chcesz, możesz nas odwiedzić. Miłe zaproszenie. Właśnie. I co mam z tym zrobić? Obrazić się? Nie. To byłoby najgorsze. A Sylwester? Wyjeżdżamy do znajomych na wieś. Właśnie jutro się z nimi spotykamy, żeby ustalić szczegóły.

I jak się udał świąteczny cyrk? – pyta mnie Marika podczas następnego spotkania. Świetnie. Doszły nam trzy nowe języki do Silent Night, bo okazało się, że nasi Anglicy są Brytyjczykami z Walii, a dzieci zaczęły uczyć się arabskiego i japońskiego. A jak u ciebie? Niespecjalnie. Moja rodzina się mnie czepiała. Zostawiłam ich i poszłam odwiedzić sąsiadów. Ja się u nich czuję lepiej niż we własnym domu. Rodziców Daniela? Tak – odpowiada mi Marika z łagodnym uśmiechem wzruszenia na twarzy. A Daniel też był? No taak – Marika potwierdza jakby z uśmiechem zawstydzenia. Idę z nim na Sylwestra. Jego znajomi organizują u siebie imprezę.

A co z wyjazdem? – pytam ją z surowym wzrokiem. Nic. Łukasz wyjeżdża sam. Pokłóciliśmy się. Niedobrze. Nie cieszy mnie to, a martwi. Nie, Jerzy, nie martw się o mnie. Tak jest dobrze. Musimy to zakończyć. Martwię się o ciebie, owieczko. Twoja łódeczka taka maleńka, a ocean życia ogromny. Dokąd ty się wybierasz, mała dziewczynko? Sama w świat? Jerzy, tylko ty jeden myślisz o mnie jak o małej dziewczynce, a ja nią już od dawna nie jestem. Jestem dorosłą kobietą, jestem mamą. Z tym większą troską myślę o tobie. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić – Marika głaszcze mnie wnętrzem dłoni po policzku. Ja się o nią martwię, a ona mnie pociesza, żebym się o nią nie martwił. Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty.

Rozdział V (ok. 30 minut czytania)

Na początku następnego spotkania Marika wsiadając do mojego samochodu wita mnie promiennym uśmiechem. Zwykle wsiada jakby zafrasowana, a może i nawet trochę wystraszona, i mówi: Jedziemy! Albo: Uciekamy stąd!

Wiesz, że dziś po raz pierwszy przywitałaś się ze mną z uśmiechem? Cudny. Marika gasi ten uśmiech radości i zastępuje go uśmiechem zakłopotania pomieszanego z zawstydzeniem, jakbym przyłapał ją na czymś, co robi bez kontroli. Wtedy wciąż jeszcze tego nie wiem, ale jest to ostatni radosny uśmiech, jaki dostaję od niej na powitanie. I nie wiem też, że w zanadrzu ma jeszcze jedną niespodziankę. Czyżby nagroda za tamtą lekcję?

Gdy wchodzimy do pokoju, w hotelu, Marika mnie przeprasza i wychodzi do łazienki. Rozbieram się i czekam na nią w łóżku przykryty do pasa kołdrą. Marika wraca, ostrożnie stawiając nogi i lekko stukając o podłogę obcasami czarnych szpilek. Jest o kilka centymetrów wyższa niż boso. Nogi w czarnych kabaretkach przypiętych paskami do obcisłego jedwabnego gorsetu, również czarnego, ze złotą lamówką. Teraz rozumiem, do czego był potrzebny ten ostry złoto-czarny makijaż, który zwrócił moją uwagę podczas naszej rozmowy w samochodzie. „Czarna madonna, czarny anioł – rozlegają mi się w głowie słowa piosenki – za każdym razem ten sam dreszcz. Jedna jedyna w swym rodzaju niedościgniona złodziejka serc”. Marika staje tyłem u szczytu łóżka, widzę jej cudnie zaokrąglone pośladki, prawie całe odkryte. Dopiero teraz spostrzegam, że pod gorsetem ma jeszcze czarne jedwabne majtki, które szerokim klinem zbiegają się z jej bioder, by zniknąć wąskim paskiem w zakamarku jej krocza. Mój niecierpliwy przyjaciel też chce wszystko widzieć. Pręży się tak mocno, jak tylko potrafi. Marika odwraca do nas twarz i pyta: Znasz ten strój? Tak. W to byłaś ubrana na pierwszym zdjęciu, które mi przysłałaś. Jak dziwka? Leżę na wznak z rękami pod głową. Pierś mi faluje i głośno przez nozdrza wypuszczam powietrze. Nie. Czarna madonna, czarny anioł. Anioł chyba nie. Dziś moje diabelskie wcielenie.

Marika wchodzi w butach na łóżko i siada mi na piersi. Chcę wyciągnąć rękę zza głowy, by ją pogłaskać, ale ona mówi: Ręce przy sobie. I podsuwa mi do ust wewnętrzną stronę nagiego kawałka swojego uda. Całuję je, gdzie tylko uda mi się sięgnąć. Próbuję unieść głowę w kierunku jej pachwiny, ale ona mówi zdecydowanie: Nie podnoś głowy. W ogóle się nie ruszaj. Mam cię przywiązać? Wstaje i obraca się do mnie tyłem. Znów siada na mojej piersi i tym razem podsuwa mi do całowania nieosłonięte części swoich pośladków. Całuję je ustami, pieszczę językiem i pożeram wzrokiem. Mój przyjaciel też się domaga pieszczot, ale Marika wita się z nim na razie tylko kurtuazyjnym podaniem dłoni. W końcu znajduje trochę litości i wita się wylewnie i po przyjacielsku z nami dwoma. Najpierw ze mną – cudownym pocałunkiem swych szeroko otwartych ust i lizaniem językiem obu moich policzków, od wewnątrz. Wita mnie długo i czule. Co ja mówię! Wylewnie i wyuzdanie. Gdy znów chcę nieco unieść głowę, by moje usta i język miały trochę więcej swobody w tym powitalnym uścisku, Marika powtarza zdecydowanie: Nie podnoś głowy. Żadnych ruchów. Po czym udaje się na powitanie mojego przyjaciela, który z daleka wyciąga do niej szyję i mruga z radości swym jedynym oczkiem. Marika bierze go czule w objęcia swoich ust, jakby się nie widzieli co najmniej od roku. Następnie ściąga z siebie jedwabie, przysiada tyłem do mojej twarzy i wsuwa sobie mojego przyjaciela między nogi, ale ani on, ani ja nie jesteśmy zachwyceni. Marika przysiada pewnie na odzianych w buty stopach, opiera się dłońmi o moje kolana i ćwiczy przysiady, ale tylko do połowy. Coraz szybciej i szybciej. Usiądź, proszę, do końca. Nie, sorry, dziś ja rządzę. Proszę, błagam – mówię, ale Marika pozostaje nieubłagana i zamiast tego robi coś zupełnie odwrotnego. Wstaje i dwoma kopnięciami zrzuca na podłogę swoje pantofelki. Odwraca się twarzą w moja stronę, rozsuwa na boki moje nogi i siada pośladkami pomiędzy moimi udami. Zapiera się z tyłu rękami i znów bierze mojego przyjaciela w objęcia. Tym razem – swych zwinnych stóp. Pieści go, biorąc raz po raz pomiędzy palce, pomiędzy śródstopia, pomiędzy pięty albo kostki. Nie mogę się nadziwić zwinności jej stóp, gdy jedną podkłada od spodu, a drugą gładzi mojego przyjaciela z góry. W pewnym momencie moja zwinna artystka podnosi ręce i bierze w nie swoje stopy, zaciskając mojego przyjaciela w kleszczach ostatecznej rozkoszy. Spomiędzy jej stóp wytryska mała fontanna. Nie taka, jak przed laty, ale na tyle radosna, byśmy obydwoje wybuchnęli śmiechem spowodowanym poczuciem ulgi i przyjemności.

Pomoczyłam sobie pończochy – śmieje się Marika – będę musiała je zaprać. Zdejmuje je, rzuca na podłogę obok łóżka i układa się koło mnie. Pragnę cię coraz bardziej – mówię do niej, a ona dotyka wnętrzem dłoni mojego policzka i głaszcze mnie po nim, a potem składa na mych ustach słodkie cmoknięcie swych ust i patrzy mi w oczy z radosnym uśmiechem. To chyba dobrze – mówi. Za pierwszym razem myślałam, że się tobie nie podobam. Czemu tak pomyślałaś? Nie wiesz? Nie byłeś taki gotowy jak dziś. Och, przepraszam. Chyba byłem trochę stremowany. Stremowany? Nie wierzę. Chyba trochę rozczarowany. Pamiętam twoje zaskoczenie, gdy mi zdjąłeś stanik i zobaczyłeś kolczyki w sutkach. A potem majtki, i jak cię przeraził kolczyk w mojej łechtaczce. Wykręciłam je dla ciebie. Przepraszam, że nie oponowałem. Nie ma sprawy. Nie mogłam ich sobie z powrotem wsadzić i musiałam iść do kosmetyczki, żeby mi na nowo przekłuła dziurki. Przepraszam cię, owieczko. Ale za drugim razem, gdy chciałaś je wyjąć, powiedziałem, żebyś je zostawiła. Marika uśmiecha się do mnie słodko. I chyba byłem już trochę twardszy? Tak – mówi Marika. Czasem nawet za twardy i za duży. Nie wierzę, jak mógłbym być za twardy lub za duży. Przecież każda kobieta… Nie masz racji – przerywa mi Marika. Duży penis nie zawsze jest atutem. Najważniejsze, że się uczysz, jak być delikatnym. Uczę się? A jeszcze nie potrafię? Oooo…. – śmieje się Marika. Starasz się, ale ci jeszcze dużo brakuje. Ale przecież nie jestem gruboskórnym draniem? Oczywiście, że nie. Jesteś bardzo czuły i opiekuńczy, ale czasem ruszasz się w łóżku jak słoń w składzie porcelany. Przepraszam cię, moja krucha chińska filiżanko, zwrócę na to uwagę.

Przysuwam sobie jej dłoń do ust i składam kilka czułych pocałunków po jej grzbietowej stronie. Mogę się napić? Oczywiście – odpowiada mi zdziwiona Marika. – Czemu pytasz? Bo chciałbym to zrobić z chińskiej filiżanki. Wstaję i przynoszę do łóżka butelkę z wodą mineralną. Układam dłoń Mariki w kształt miseczki i mówię: Zaciśnij, żeby się nie wylało – i nalewam w nią po same brzegi wodę, a potem się schylam i wypijam wszystko, wysysając na koniec ostatnie kropelki. Ja też chcę – mówi Marika z jakąś niezwykłą powagą w głosie. Pochylam butelkę z wodą i czekam, aż mi nadstawi dłoń, ale ona mówi: Nie mam miseczki.

Przechodzi mnie dreszcz zachwytu. Układam swoją dłoń w kształt miseczki, napełniam wodą z butelki, a Marika przysuwa ją sobie ostrożnie do ust. Nie chcąc uronić ani kropli, musi ją lekko wykręcić, co sprawia mi niewielki ból. Następnie wypija jej zawartość patrząc mi w oczy z najwyższą powagą.

Na następnym spotkaniu pytam: Wiesz, po czym rozpoznaję swój stan prawdziwego zakochania? Po czym? Po tym, że piszę wiersze. Chciałbym ci przeczytać, co napisałem dla ciebie. Naprawdę? – pyta Marika. Tak. Napisałem wiersz dla ciebie. O rety, aż się boję. Nie ma czego, posłuchaj:

Jeszcze jedna taka wiosna
Choćby jeden maj
Jedna noc do brzasku


Jeszcze jeden świt
Chłód poranka
Ptaków śpiew
I akacji zapach

Jeszcze jedno rozmarzenie
Jeszcze jedno pożądanie
I marzeń spełnienie

Jeszcze jedno przewieszenie
Sukienki na krześle
Jeszcze jedno łopotanie
Firanek na wietrze

Jeszcze jeden deszcz ożywczy
Jedna błyskawica grzmot
Jeszcze jedna tęcza

Jeszcze jedno pobłądzenie
W lesie twoich włosów
Jeszcze jedno zasłuchanie
W szum twego oddechu

Jeszcze jedno kołysanie
Rytmem twego serca
Jeszcze jedno falowanie
Po morzu twych piersi

Jeszcze jedno zamyślenie
Jeszcze jedno zapatrzenie
W twoje ciało po horyzont

Marika długo nic nie mówi, tylko patrzy mi w oczy z czułością i zachwytem. Jej policzki promienieją uśmiechem ufności. Piękne – odzywa się wreszcie. Chciałabym to zapamiętać. Nie musisz – sięgam do kieszeni leżących na podłodze spodni i podaję jej złożoną na cztery kartkę papieru z napisanym odręcznie wierszem. Marika kładzie się na wznak, podnosi kartkę na wysokość twarzy i czyta ponownie wiersz w milczeniu. Składa kartkę i mówi: Jerzy, ja nie zasługuję na wiersze. Leżę na lewym boku i patrzę na jej profil. Udając smutek, z kamienną twarzą odpowiadam innym wierszem, tym razem nie moim własnym: Za smutek mój, a pani wdzięk, ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii, a pani cóż, nie chce tych róż, że takie brzydkie i że z kolcami… Jerzy, jest piękny. Zachowam go. Będę musiała tylko schować, żeby go czasem mój mąż nie znalazł. A jak wam się układa? Coraz gorzej. Przykro mi to słyszeć. Czemu tak się dzieje? Po prostu przestaliśmy się kochać. Coś we mnie pękło w ostatniego Sylwestra. Łukasz się upił i zrozumiałam, że od dłuższego czasu czuję do niego niechęć. Z powodu upicia się? I to w Sylwestra? Gdyby Anna miała mnie zostawić z powodu upicia się, zrobiłaby to już ze sto razy. Nie o to chodzi. On nic złego nie zrobił. Wszyscy mieliśmy mocno w czubie, zwłaszcza panowie, ale wszyscy świetnie się przy tym bawili. Tańczyli, wygłupiali się. A on zapadł się w sobie, a potem zasnął na siedząco. Wystraszyłam się, że takie może być całe nasze życie. Przemilczane, przespane. Jak u moich rodziców.

A jak było u rodziców? Widzę, że Marika albo się zastanawia, jak mi to opowiedzieć, albo waha się, czy mi to w ogóle powiedzieć. Nie lubiłam swojego domu. Od zawsze, od kiedy tylko pamiętam. Moi rodzice się nie kochali. Traktowali siebie nawzajem jak powietrze. Powietrze, którego nie widać, ale którym się oddycha, by żyć. Pobrali się, ponieważ mama zaszła w ciążę. Ze mną. Ona była ładną kobietą, tata też nie był najbrzydszy, ale ona chyba liczyła w życiu na coś więcej. Była urzędniczką, po liceum ekonomicznym, a ojciec pracował jako monter w gazowni. Gdy mnie spłodzili, mieli po dwadzieścia lat. Nie mieli mieszkania i wprowadzili się do babci, która miała dwupokojowe mieszkanie. Akurat rok wcześniej umarł dziadek i jeden pokój był wolny. W zasadzie to był pokój mojej mamy, bo ona nigdy nie wyprowadzała się z domu. Mieszkała w tym pokoju od dziecka z siostrą, ale jej siostra poznała pewnego Włocha i wyprowadziła się do niego, więc moja mama miała pokój tylko dla siebie. Tata się do niej wprowadził i mieszkali tam we dwoje, a potem była nas trójka, chociaż ja nie pamiętam, żebyśmy mieszkali we trójkę w jednym pokoju. Pamiętam tylko, że zawsze spałam z babcią w małym pokoju. Mama spała sama w dużym pokoju, a tata rozkładał sobie na noc łóżko polowe w kuchni. Mama go tam wysyłała, bo strasznie chrapał, przez co mama nie mogła spać. Ona go całkowicie stłamsiła. On nie miał własnej woli ani swojego zdania. Pamiętam, że, gdy byłam już większa, widziałam, jak dwa razy w miesiącu przynosił wypłatę. Kładł przed nią na stole odcinek i pieniądze, co do grosza. Mama przyjmowała to z obojętnością i mówiła do niego z pogardą,… może nie z pogardą, ale z lekceważeniem: Nawet na piwo nie poszedłeś z kolegami? A on na to odpowiadał, że nie jest z tych, co wystają pod budką z piwem. Gdy tylko zjadł obiad, który gotowała babcia, zaraz uciekał do klubu brydżowego. Wracał dopiero wieczorem, gdy mama oglądała telewizję. Ale on nigdy nie dotykał pilota. Nawet jak był jakiś mecz, a mama chciała oglądać coś innego, mówił, że wystarczy mu, że pozna wynik. Mama też zwykle znikała na plotki z koleżankami. Szły na kawę albo do „kina na obcasach”. W pokoju zawsze stała szachownica z poustawianymi figurami, a w regale tata miał swoją półkę na czasopisma brydżowe i szachowe. Najgorsze były niedziele, bo wszyscy byliśmy razem. Ojciec siedział sobie cichutko i analizował partie szachów albo brydża, a mama przeglądała czasopisma dla kobiet albo rozwiązywała krzyżówkę. Ja siedziałam jak mysz pod miotłą. Gdy tylko odezwałam się głośniej, albo spróbowałam pobiegać, mama zawsze mówiła: Marika, nie szalej, przeszkadzasz tatusiowi się skupić. Nie lubiłam wychodzić na podwórko, bo tam dzieci bawiły się głośno, biegały, krzyczały. Cały czas to słyszałam, bo jedno okno mieliśmy od podwórza.

Jak byłam mała, babcia codziennie odprowadzała mnie do szkoły, a kiedy była wywiadówka, mama próbowała wypchnąć na nią tatę, ale tata mówił, że on by się tam źle czuł, bo na pewno będą same mamy. Wtedy babcia mówiła, że ona pójdzie. Gdy babcia umarła, byłam w piątej klasie. I wtedy nie miał kto chodzić na wywiadówki. Czasami chodziła mama, ale najczęściej coś jej wypadało. Mówiła, że nic się nie stało, bo przecież ze mną nie ma żadnych problemów, bo jestem w szkole grzeczna i mam całkiem dobre stopnie. A gdy zabrakło babci, to z kim zostawałaś? Jak to z kim? Sama. Przecież byłam już duża. Czasami przychodziła do mnie moja siostra i zostawała na kilka nocy. Okazało się, że ten Włoch, jej ojciec był żonaty. Wrócił do siebie do kraju, ale przynajmniej zostawił im mieszkanie. Moja ciotka była strasznie głupia. Uganiała się za mężczyznami, a córeczka jej w tym przeszkadzała, przywoziła ją więc czasem na kilka dni do babci, a potem już tylko do mnie. Byłyśmy ze sobą po południu i wieczorami, bo ona chodziła do innej szkoły. Po śmierci babci miałam pokój tylko dla siebie, mama spała w salonie, a ojciec ciągle w kuchni. Czasami widziałam, jak ojciec w kuchni podchodzi od tyłu do mamy, przekłada jej ręce pod pachami, łapie ją za piersi i próbuje pocałować w kark. Wtedy ona zwykle mówiła: Daj spokój, dostałeś już nagrodę. Byłam już na tyle duża, żeby wiedzieć, że to seks był w nagrodę. Musieli to robić, gdy wychodziłam z babcią na spacer albo do kościoła, a jak już nie było babci – to do kina. Gdy mu się trafiła jakaś fucha i zarobił dodatkowe pieniądze, przynosił jej je jak pies w zębach i mówił: Kup sobie jakiś płaszczyk albo buty.

Nie mogłam tego znieść. Gdy miałam szesnaście lat, wyprowadziłam się z domu. Dzięki temu on zaczął sypiać w pokoju, jak człowiek. I dokąd się wyprowadziłaś? Mieszkałam z różnymi ludźmi. Wynajmowaliśmy mieszkanie w kilka osób. Miałaś pieniądze na czynsz? Oczywiście. Od razu zaczęłam pracować. Co robiłaś? Sprzedawałam kebab, kurczaki, czasem gotowałam w jakimś barze, zmywałam… Takie prace. A co ze szkołą? Chodziłam do technikum gastronomicznego, ale mi się nudziło. Nie miałam czasu ani chęci na naukę i przeniosłam się do zawodówki. O jakim profilu? To samo. Handel i gastronomia. Nauczyciele mi mówili, że nie pasuję do tej szkoły, że powinnam robić coś lepszego, ale mi to odpowiadało. A rodzice? Co na to? Nic. Matka tylko powiedziała: Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

A jak zostałaś modelką? Przypadkiem. Poszliśmy z Łukaszem po ślubie zrobić sobie zdjęcia. Bardzo fajnie wyszły. Fotograf od razu zauważył, że mam talent do pozowania i zaproponował mi sesję. Rozbieraną? Niee. Glamour. Chcesz zobaczyć? Jasne. Marika sięga po komórkę. Widzę, że przerzuca jakieś kolorowe zdjęcia i zatrzymuje się na kilku w kolorze sepii. Leży na nich w skromnej, ale eleganckiej sukience i tęsknym wzrokiem wpatruje się w obiektyw. Ładne – mówię. Lubię je najbardziej, chociaż wyglądam na nich jak klucha, bo to było parę miesięcy po urodzeniu Elizy. Potem dostałam inne propozycje i trafiłam do studia, w którym kręcimy łaskotki.

Ale czemu ci o tym opowiadam? Mówiłaś o Sylwestrze. No tak. Kiedy zobaczyłam Łukasza takiego sflaczałego, pomyślałam sobie o moim ojcu. Nie chciałam mieć takiego życia jak moi rodzice. Łukasz to dobry człowiek, zwłaszcza świetny ojciec. Dużo czasu poświęcał Elizie, ale myślał, że jak zarobi na rodzinę i trochę się zajmie dzieckiem, gdy jest w domu, to wystarczy. A ja chciałam czegoś więcej. Gdzieś wyjść, pogadać o czymś. Pomyślałam sobie, że jestem za młoda, żeby tak przedreptać przez życie, bez rozmowy, bez uczucia i zaproponowałam mu, żebyśmy się rozwiedli. On nie chciał o tym słyszeć. Był bardzo zdziwiony, bo myślał, że wszystko jest w porządku, ale potem mi przyznał rację, że nic nie jest w porządku. Zaczęliśmy spać osobno. Ja z Elizą, a on sam. Mimo to poprosił mnie, żebyśmy dali sobie jeszcze przez pół roku szansę. I że jeśli przez ten czas nic się nie zmieni, to pomyślimy o rozwodzie. Ale po pół roku było tylko gorzej. Wtedy on mi zaproponował kolejne trzy miesiące, do końca roku, po których zrobiło się kompletnie źle. Już prawie nie rozmawiamy ze sobą. Rozmowy ograniczają się tylko do wymiany informacji o dziecku. On jest stale w warsztacie i wpada czasem do domu znienacka. Więcej chyba zdarzy mi się porozmawiać z sąsiadką niż z nim. Ostatnio nawet całe noce spędza w warsztacie, bo mają dużo zleceń. Jest coraz więcej bolesnych słów i gestów. Nawet jakbyśmy chcieli, nie da się już tego posklejać. Wczoraj w ciągu całego dnia były dwa zwroty akcji. W jednym – chciałam się do niego przytulić, ale on mnie odepchnął, w drugim – podszedł do mnie, przytulił się i kiedy chciał mnie pocałować, odwróciłam głowę w drugą stronę. To nie było kontrolowane. Raczej samoistne. Już takie mam odruchy.

Zgoda, to są odruchy, może i niekontrolowane, ale – jak widzę – pojawiają się zarówno te negatywne, jak i pozytywne, może więc coś z tego będzie, może się rozwiną. Może to są pączki, które muszą przetrwać zimę, z których rozwiną się piękne kwiaty? Sprawę załatwiłby seks. Przywraca równowagę, bliskość, wymazuje błędy. Ran może nie leczy, ale goi małe zadraśnięcia. No, ale jeśli on nie podejmuje akcji… Nie mówię, że ma wziąć cię siłą, ale powinien wykorzystać siłę seksu. Wystarczy położyć się razem do łóżka, nawet jeśli będziecie zwróceni każde w inną stronę, i zasnąć. Pożądanie przyjdzie samo. Od przypadkowych dotknięć, delikatnych muśnięć. Mężczyzna w wieku twojego męża powinien mieć erekcję w wyniku samej obecności tak pięknej, bliskiej i prawdopodobnie wciąż jeszcze kochanej kobiety. Wystarczy, żeby ci ją pokazał, przytulając się mocniej. Ty przecież też nie jesteś z drewna. Twoje ciało musi reagować na takie bodźce, zwłaszcza w półśnie, gdy nie jest chronione tarczą świadomości. Seks jest jak syreni śpiew, któremu nie można się oprzeć, a wy przywiązujecie się jak Odys do masztu, by mu nie ulec.

Problem w tym że moja świadomość, podświadomość i nadświadomość tworzą blokadę przed Łukaszem. Już kilka razy starał się w czasie mojego snu dotrzeć do mnie intymnie, ale efekt był zawsze taki, że automatycznie się budziłam i po jego zagrywkach czułam niesmak. To już kompletna klapa. Co on takiego ci zrobił? Nic. Prawdopodobnie wszystko potoczyło się za szybko: dziecko, ślub, mieszkanie, wcześniej wypadek samochodowy, w którym straciłam pierwsze dziecko. I to wszystko w ciągu dwóch lat. I wiesz, czego zabrakło w tym wszystkim? Pewności, że prawdziwe uczucie jest…

Chyba rzeczywiście powinnaś postawić sprawę jasno. Ale jemu potrzebne jest racjonalne wyjaśnienie, żeby to zaakceptować. Musi wiedzieć, czemu musicie się rozstać. On już zrozumiał, że nic na siłę. Zgoda, ale on musi jeszcze wiedzieć dlaczego. Dlaczego nie. Jeśli racjonalnie nie pojmie przyczyny waszego rozstania, będzie miał irracjonalne poczucie krzywdy, z którym nie będzie wiedział, co zrobić. I, żeby je przezwyciężyć, skieruje je przeciwko tobie. To atawistyczna logika, która drzemie w każdym z nas: oko za oko, ząb za ząb. Ale nie wiem, czy wiesz, że to tylko największy skrót, bo idąc dalej za tą logiką, kodeks Hammurabiego mówi także: dziecko za dziecko. I jego irracjonalne poczucie krzywdy może go do tego punktu doprowadzić.

Nie, mój mąż to dobry człowiek. Nigdy nie zrobi mi krzywdy, chociażby ze względu na Elizę. A zwłaszcza jej. Owieczko, wciąż się o ciebie martwię. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie trudności cię czekają? Załóżmy wariant najgorszy. On akceptuje wasze rozstanie i całkowicie się od ciebie odwraca. Zatrzymuje sobie mieszkanie, nie daje ci pieniędzy na życie. I co wtedy? Jak sobie poradzisz? Jerzy, uwierz we mnie, potrafię sobie poradzić. Mariko, nie znam waszej sytuacji, nie znam was, a zwłaszcza jego. Ale jeśli on was kocha i chce, żebyście byli razem jako rodzina, gdzieś popełnia błąd. Może jest zbyt leniwy, może nie jest wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że o związek trzeba dbać stale. Jeśli chce mieć rodzinę, to powinien z nią być, organizować jej ciekawie czas, stwarzać miłe sytuacje, do których chce się wracać. Może on tego nie wie, bo dostał wszystko za darmo. Musiał o ciebie walczyć, zalecać się do ciebie, zabiegać o twoje względy czy po prostu ty sama wpadłaś mu w ramiona? Czy on się o was troszczy, jest szczęśliwy, gdy jest z wami, czy może myśli, że po prostu wystarczy być i dać pieniądze na życie? Mówisz, że nie ma już czego ratować, że nie warto, bo żadne z was nie chce. Ty mówisz otwarcie, że nie chcesz i dążysz do rozwodu. On – rzekomo – nie, ale czemu spędza tyle czasu poza domem. Noce w warsztacie? Naprawdę? Pół roku bez seksu? Ja w to nie wierzę.

Jerzy, gdybym z nim sypiała, nie spotykałabym się z tobą. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o niego. Żaden mężczyzna, zwłaszcza młody, nie wytrzyma pół roku bez seksu. Nie chciałbym w tobie budzić nieuzasadnionych podejrzeń, ale… może on kogoś ma? Nie. Wyczułabym to. Wiem, jak na niego działam. Wystarczy, że się do niego zbliżę. To może chodzi na dziwki? Przecież musi sobie jakoś radzić. Och, nie! Nie zdobyłby się na to. OK. Nie chcę ci podsuwać fałszywych myśli. Wydaje mi się, że znam męską naturę, ale może ty znasz go lepiej. Ale jeśli on musi radzić sobie z tym sam, mieszkając z tobą pod jednym dachem, to musi być to dla niego strasznie upokarzające. Nic na to nie poradzę – mówi Marika z nieznaną mi do tej pory obojętnością, w której wyczuwam lekki cień okrucieństwa. Ja nie potrafię kochać ani z obowiązku, ani z litości.

Rozdział III (18 minut czytania)

Żegnając się z Mariką, mówię: Następnym razem opowieści waginy. Co masz na myśli? – pyta zdezorientowana Marika. Twoje opowieści. Ze mną nie jest tak łatwo, ja nie potrafię opowiadać tak jak ty – a zresztą – nie mam o czym. Nieprawda. Nie wierzę w to. Każdy człowiek jest ciekawą księgą. Jeśli tak, to moja jest zamknięta. I niech na razie taka zostanie. Ja ją rzadko otwieram, nawet sama przed sobą. Chciałbym móc do niej zajrzeć. Może kiedyś…. Ale nie naciskaj, ja sama muszę chcieć ją otworzyć. Najlepiej razem z udami. Ułożę się między nimi, wtulę się głową i będę słuchał monologów twojej waginy. Nie podoba mi się to określenie. Czemu tak to nazywasz? Nie czytałaś Monologów waginy? Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałam. To tytuł książki Eve Ensler, amerykańskiej pisarki, raczej słabej, która zebrała w niej wypowiedzi różnych kobiet na temat ich kobiecości, wygłaszane właśnie z perspektywy ich waginy, ich wręcz fizjologicznej seksualności. Znam ją, bo przez jakiś czas leżała u nas w domu niewstawiona na półkę, czytana przez moją żonę i dorastające córki.

Wieczorem znajduję książkę w Internecie i wysyłam Marice fragment o tym, jak pewnej nastolatce elegancka i podziwiana przez nią trzydziestoletnia sąsiadka pomogła odnaleźć jej seksualną, lesbijską tożsamość. Marika jest pod wrażeniem. Ciekawe – odpisuje.

Na następnym spotkaniu mam dla niej niespodziankę. Podczas wypoczynku na pierwszej przełęczy naszych uniesień wyciągam książkę Eve Ensler, kładziemy się na brzuchu i wspólnie czytamy wybrane przeze mnie fragmenty. Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła? – powtarzam pytanie autorki. Jedwabne pończochy – wybiera Marika z listy odpowiedzi. Suknię wieczorową – pada mój wybór. Dżinsy, tak jak lubię – dodaje od siebie Marika. Czarną, przezroczystą bieliznę, tak jak ja lubię – pieczętuję swój wybór krótkim cmoknięciem ust Mariki, a ona odpowiada mi uśmiechem, że zrozumiała aluzję. Maseczkę karnawałową – Marika zagląda mi w oczy z szelmowskim uśmiechem. Fioletową piżamę z aksamitu. Czerwoną muchę. Jedwabne kimono. Spodnie dresowe. Wysokie obcasy. Okulary przeciwsłoneczne. Koronki. Tatuaże. Kapelusze. Bikini. Kabaretki. Listek figowy. Wieniec laurowy – przekrzykujemy się, rzucamy się na siebie ze śmiechem i turlamy od jednego do drugiego końca łóżka. Gdy się uspokajamy, Marika mówi do mnie: Nie znam bardziej zwariowanego mężczyzny. A ja drugiej takiej kobiety, na punkcie której mógłbym tak zwariować.

Sięgam po książkę, która spadła na podłogę i czytam pytanie do kolejnej litanii: Gdyby twoja pochwa umiała mówić, to co by powiedziała w kilku słowach? Marika wybiera z listy: Pobawmy się. Przytul mnie. Obejmij. Powolutku. Delikatnie. Taaak, taaak. Wyliż mnie. Nie przestawaj. Pragnę. Nakarm mnie. Błagam, jeszcze. Za mocno. Teraz dobrze. Jeszcze, jeszcze. Kołysz mnie. Tak, tutaj. O matko! O Boże!

Przechodzi mnie dreszcz podniecenia. Rozkładam szeroko na boki nogi Mariki i próbuję odegrać wszystko, o co prosiła. Czy poeta to właśnie miał na myśli, pisząc: Oby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa? Nie trwa długo, by Marikę przeszyły dwa kolejne skurcze, ale tym razem dodaje do nich długi i głęboki pomruk ulgi. Odczekuję moment i ponownie przywieram do niej ustami, ale jej ciało wygina się w obronnym odruchu. Podciągam się lekko ku górze i kładę głowę na jej brzuchu. Opuszkami palców wyczuwam na jej mons pubis ostrą tarkę odrastających włosków. Zapada cisza. Wyraźnie słyszę przez czaszkę szelest włosów na mojej głowie, uginających się pod delikatnym dotykiem jej dłoni, zupełnie jak poszum wiatru pośród drzew w lesie. Oczyma wyobraźni widzę, jak moją głowę pokrywa skóra jej brzucha. Ten cud życia, pulsujący pod tą napiętą kopułą, czekający na swe ponowne narodziny, to ja.

Mein Schnuckel – mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle, co owieczka. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja – w kołysce jej stóp, a ona – w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko – szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Ona zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, co chwila to przyciskając, to odrywając od niej usta. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi delikatnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje się przyssać, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla swoje usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni ustami, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, ona odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki przenosząc się z grzbietu dłoni poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje ustami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je dłonią i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.

Próbuję przez jej źrenice wypatrzeć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me, czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w jej szmaragdowe źrenice, a wtedy ona wysuwa swą lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak?! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży – nie protestuje. W środkowy – też nie. W malutki – także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy już się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z arbuza. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.

Widzę, że Marika traci równowagę swojego spojrzenia i co chwila przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta spojrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że znów mamy sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka i biorąc ją pod pachy stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling. I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, swiatyj Gieorgij gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłaniające okno zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji – myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika, oczywiście, nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami tak, że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby, prócz podwiązki, zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, by wyzionął ducha, wydając przez usta Mariki ochrypłe charczenie. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.

Lanca świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt, to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taaak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen – mówię, głaszcząc ją po włosach.

Lubisz niemiecki? Język tak, ale swojej pracy – nie. Czemu? Kiedyś ją lubiłem. Zaraz po studiach tłumaczyłem książki, nawet dwie mi wydali. Ale prawie nic na nich nie zarobiłem. Rok pracy za darmo. A przecież trzeba jakoś zarobić na życie. Gdy jeszcze wszyscy myśleli, że komputer to taka zabawka dla dzieci, zainwestowałem w swoją pierwszą maszynę. I to był strzał w dziesiątkę. Moi koledzy przepisywali każde tłumaczenie na maszynie do pisania, a ja miałem gotowe schematy. Dowody osobiste, paszporty, akty małżeństwa, akty urodzenia…. Akty nierządne – zdobywa się na żart Marika, wywołując we mnie delikatny uśmiech. W każdym razie miałem gotowe schematy, zmieniałem tylko daty i nazwiska. Trzaskałem tłumaczenia setkami i zarabiałem krocie. Wtedy postanowiłem przejąć od rodziny nasz wielki dom, myślałem, że będę mógł zrobić z niego hotel czy coś takiego. Wziąłem w banku duży kredyt i wykończyłem go tak, by dawał jakiś dochód. Hotel z tego nie wyszedł, ale trzy mieszkania i lokal użytkowy. A potem każdy mógł sobie kupić komputer i cudowne źródełko wyschło. Zresztą tłumaczenia dokumentów przestały być potrzebne. Nie starczało mi na spłatę raty i ratowałem się kolejnymi kredytami, aż pętla zacisnęła się tak mocno, że myślałem, że mnie udusi. Ale wtedy bardzo mocno zaczęły się rozwijać nasze kontakty handlowe z zagranicą i okazało się, że można zarobić na tłumaczeniach dla firm. Umowy handlowe, instrukcje obsługi i warunki gwarancji wiertarek, mikserów, maszyn. Ekspertyzy, kosztorysy, opisy projektów, analizy. I tak to trzepię do dziś. Kokosów z tego nie ma, ale da się wyżyć.

A pomógłbyś mi coś napisać? Może… a co takiego? Mam do napisania pracę semestralną. Kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać. Taka trudna? Może nie, ale… wiesz, mój niemiecki jest szczątkowy. Prześlę ci zadanie na e-mail, jak chcesz. Dobrze. Wieczorem dostaję e-mail z zadaniem. Poziom: pierwsza klasa liceum w zakresie podstawowym. Oba zadania mają początek i koniec, trzeba je tylko uzupełnić. Wystarczy napisać cztery zdania – nawet z błędami, byle komunikatywnie – a tekst będzie brzmiał, jakby egzaminowany naprawdę znał język. Odpowiadam Marice, że mógłbym to napisać w pięć minut, ale nie będę tego robił za nią. Mogę się z nią spotkać w dodatkowym terminie i z nią nad tym popracować, a najlepiej by było, żebyśmy spotykali się regularnie dwa razy w tygodniu. Raz na nasze spotkanie, a raz na korepetycje z niemieckiego, ale Marika mi odpowiada, że nie ma tyle wolnego czasu. Spotykamy się więc w naszym normalnym czasie.

Norwegia w jeden dzień

Jak opisać Norwegię w kilku słowach? Strome góry nad brzegami przepięknych fiordów, zachwycające potężne wodospady i rwące rzeki, przyprawiające o zawrót głowy urwiska. Liczne jeziora i porośnięte lasem doliny, ciągnące się po horyzont wyżyny, lśniące w oddali majestatyczne lodowce. Malownicze miasta i wioski z drewnianą zabudową. Otwarci, życzliwi ludzie. To wszystko możemy zobaczyć w jeden dzień podczas wycieczki „Norway in a Nutshell” (Norwegia w łupince orzecha).

Norwegia, jako najdroższy kraj w Europie może się wydawać niedostępna dla polskiego turysty, jednakże tanimi liniami lotniczym, jeśli tylko odpowiednio wcześnie kupimy bilet, do Oslo lub do Bergen możemy polecieć już za 149 zł. A jeśli weźmiemy ze sobą namiot i prowiant, możemy uniknąć wydatków na noclegi i wyżywienie, których ceny szokują nawet zachodnich turystów. Ze względów turystycznych szczególnie atrakcyjne jest połączenie z Bergen, gdzie możemy zwiedzić nie tylko to najpiękniejsze miasto Norwegii, ale także jej największą atrakcję – najwspanialsze w świecie fiordy.

Turystom proponuje się kilka jednodniowych wycieczek po fiordach Zachodniej Norwegii, spośród których najpopularniejszą jest „Norway in a Nutshell”. Podczas wycieczki podróżować będziemy jadącym nad przepaściami i znikającym co chwila w tunelach pociągiem, pokonującym serpentyny dróg na niewiarygodnie stromych zboczach autokarem i statkiem, który, widziany z górskich szczytów, pomiędzy potężnymi ścianami fiordów wygląda jak zabawka.

Wycieczkę można rozpocząć w Bergen albo w Oslo, ale także w dowolnym innym punkcie trasy. W ciągu 2 godzin z Bergen, a 5 z Oslo pociąg dowozi pasażerów do Voss lub Myrdal, w zależności od tego, w jakim kierunku zdecydujemy się pokonać pętlę wycieczki. W Voss podstawiane są autokary, które przez wąwóz Stalheim zawożą turystów do Gudvangen, gdzie czeka statek, by zabrać ich w rejs przez Nærøyfjorden i Aurlandsfjorden, dwie odnogi długiego na ponad 120 km Sognefjorden, najdłuższego fiordu na świecie. Statek przypływa do Flåm, w dolinie Flåmsdalen, przez którą brawurowo poprowadzono linię kolejową Flåmsbana. Na odcinku 20 km pociąg wjeżdża na wysokość prawie 900 m. Wycieczka kończy się w Myrdal, skąd turyści pociągiem mogą wrócić do punktu wyjścia lub udać się dalej do Oslo lub Bergen.

Latem wycieczka trwa jeden dzień, zimą trzeba ją podzielić na dwa dni. Niektóre biura turystyczne oferują przebycie trasy w ciągu 3 do 5 dni z noclegami i posiłkami w luksusowych hotelach po drodze.

W jakim kierunku zamierzamy pokonać Pętlę Myrdal – Flåm – Gudvangen – Voss należy ustalić przy kupowaniu biletu. Ale to nie jedyna możliwość elastycznego kształtowania programu. Jeśli na zwiedzanie tej części Norwegii chcemy poświęcić więcej niż jeden dzień, w ramach biletu bez trudności możemy zaplanować nawet kilkudniową przerwę w podróży, by skorzystać z dodatkowych atrakcji regionu: pływania po Nærøyfjorden kajakiem, wycieczek pieszych z Aurland, czy z Flåm, podczas których z górskich zboczy i szczytów możemy oglądać zachwycające widoki na fiordy, wędkowania w górskich rzekach i jeziorach w Voss czy z wyprawy na lodowiec, wędrówek po płaskowyżu Hardangervidda lub przejazdu rowerem po słynnej drodze budowniczych kolei, Rallarvegen z Finse. Przed lub po zakończeniu wycieczki możemy spędzić dzień lub dwa w Oslo lub Bergen.

W Bergen wycieczka rozpoczyna się przed dziewiątą rano na dworcu kolejowym. Cały czas poruszamy się publicznymi środkami lokomocji, z których korzysta – choć rzadko – także miejscowa ludność. Wycieczka nie ma pilota, ale nie martwmy się, nie sposób się tu zgubić.

Bergen, najpiękniejsze miasto Norwegii

Przewodniki opisują podróż pociągiem pomiędzy Oslo i Bergen jako jedną z najpiękniejszych w świecie, ale opinia ta jest grubo przesadzona, zwłaszcza w odniesieniu do odcinka w pobliżu Bergen. Trasa wiedzie wprawdzie wzdłuż pięknej rzeki, koło Voss możemy podziwiać piękną dolinę, ale widoki te trwają bardzo krótko, ponieważ przeważnie trasa prowadzi przez tunele, tunele, tunele… Na szczęście trwa to tylko godzinę.

Gdy na stacji Voss zobaczymy, że z pociągu wraz z nami wysiada tłum podróżnych – większość z walizkami na kółkach, z czego przynajmniej połowa to turyści japońscy – możemy być spokojni, że nie zbłądziliśmy. Na miejscu czekają dobrze oznakowane autokary.

AUTOKAREM PRZEZ WĄWÓZ

Gdy po drodze pojawiają się pierwsze potężne wodospady, atmosfera od razu się rozgrzewa. Idą w ruch aparaty japońskich turystów. Prawdziwa wycieczka rozpoczyna się jednak dopiero, gdy autokar wspina się pod górę do hotelu Stalheim.

Widok z okna autokaru na wawóz Stalheim

Z przełęczy rozpościera się wspaniały widok na długi na kilka kilometrów i głęboki na kilkaset metrów wąwóz Stahlheim. Droga, którą mamy jechać w dół wygląda jak splątana serpentyna. Gdy bierzemy kolejne zakręty i zatrzymujemy się przy przepięknych wodospadach, wśród pasażerów powstaje wyraźne poruszenie. Od tej chwili atmosfera napięcia i zachwytu towarzyszyć nam będzie do końca wycieczki.

Wawóz Stalheim widziany z dołu w miejscowosci Gudvangen

Miejscowość Gudvangen to zaledwie kilkanaście domów, restauracja, sklep z pamiątkami, wypożyczalnia kajaków i przystań, na której już czeka na nas statek. Walizki na kółkach tym razem wjeżdżają na pokład, na którym przygotowano na nie specjalny wielki regał.

Najbardziej typowe pamiątki z Norwegii to gadżety z flagą narodową

PROMEM PREZ FIORDY

Nærøyfjorden, przez który wiedzie pierwsza część rejsu jest najwęższym fiordem na świecie. W niektórych miejscach wysokość jego ścian dwukrotnie przekracza szerokość lustra wody. Fiord został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Kajaki w Nærøyfjorden

Pokonując kolejne zakręty, raz płyniemy przez skąpane w słońcu przestrzenie, to znów pogrążamy się w cieniu kilkusetmetrowych ścian fiordu. Mijamy nieliczne maleńkie miejscowości, czasami statek bez cumowania dobija do brzegu, by na pomost wyrzucić worek z pocztą. Co jakiś czas pojawiają się samotne gospodarstwa, założone w miejscach maleńkich wypłaszczeń, jedne tuż nad wodą, inne wysoko zawieszone nad pionową skałą. Do wielu dotrzeć można jedynie drogą wodną.

Klimaty fiordu Nærøyfjorden

Położone na odludziu pojedyncze gospodarstwa i wioski Nærøyfjorden uprzytamniają nam, jak od wieków wyglądało życie w Norwegii, gdy mieszkające w trudno dostępnych zakątkach pojedyncze rodziny lub niewielkie społeczności żyły z pola, lasu i morza. Norwegowie są bardzo dumni z tej chłopskiej kultury, w której mimo izolacji i wielkich odległości pomiędzy ludzkimi osiedlami, obecne były szkoły, muzyka i książki. Jej dowody zgromadzono w muzeach i skansenach, gęsto rozsianych po całym kraju.

Czy tam w ogóle można mieszkać?
Samotne gospodarstwa nad Nærøyfjorden
Do wioski Undredal nad Aurlandsfjorden można przybyć droga lądową dopiero od 20 lat, dzięki kilkukilometrowemu tunelowi

W połowie drogi zmieniamy kurs i wpływamy do Aurlandsfjorden. Aurland jest jedyną większą miejscowością w regionie. Stąd do końca fiordu zaledwie kilka kilometrów. Już z daleka widać olbrzymie transoceaniczne wycieczkowce, cumujące na przystani w miejscowości Flåm. Ich obecność uświadamia nam, jak wielkie i głębokie są fiordy Zachodniej Norwegii.

Olbrzymie wycieczkowce cumujące w pobliżu Flåm

Wielkie statki turystyczne podczas wycieczek po fiordach robią kilkugodzinne postoje, by turyści mogli zwiedzić czekające na lądzie atrakcje. Z Flåm jedni wybierają się motorówkami na „Fjordsafari”, podpływając do pionowych brzegów i spadających z nich wprost do wody wodospadów, inni udają się na przejażdżkę Flåmsbana, najbardziej niezwykłą koleją w Norwegii.

POCIĄGIEM NAD PRZEPAŚCIAMI

Flåmsbana

Na stacji urządzone jest małe muzeum Flåmsbana, w którym zgromadzono prymitywne pojazdy, urządzenia i narzędzia wykorzystywane przy budowie kolei w okresie międzywojennym, a także ciekawe stare zdjęcia, dokumenty, mundury i rekwizyty kolejowe. Patrząc na makietę doliny Flåm, trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł poprowadzenia tędy kolei.

Budowa, którą rozpoczęto w 1923 r., by połączyć miejscowości położone nad fiordem Sognefjorden z uruchomioną 14 lat wcześniej linią kolejową Bergen-Oslo, trwała 20 lat. Zbudowanie drogi kolejowej, prowadzącej z wyżyny w Myrdal po ostro opadających w dół zboczach górskiej doliny było niezwykłym wyzwaniem dla inżynierów tamtych czasów, a wydrążenie spiralnego tunelu, dzięki któremu pociąg zataczając pętle na coraz niższych poziomach to wjeżdża, to wyjeżdża ze zbocza góry, jest dowodem niezwykłej śmiałości projektantów i sztuki inżynierskiej najwyższego lotu.

Pociąg, który na pokonanie 20-kilometrowej trasy potrzebuje około godziny, jedzie przez 20 tuneli o łącznej długości 6 km. 18 z nich zostało wykopanych ręcznie. Wykopanie jednego metra tunelu kosztowało kopaczy miesiąc ciężkiej pracy. By ominąć miejsca zagrożone lawinami, trasa trzykrotnie przekracza rzekę i dno doliny. Zamiast budowania mostów ponad rzeką, poprowadzono rzekę tunelem poniżej torów.

Widok z okna pociągu na wioskę Flåm

Flåmsbana należy do najpiękniejszych i najefektowniejszych tras kolejowych w świecie. Z okien pociągu można podziwiać zapierające dech w piersiach widoki na dolinę Flåmsdalen. W dole leżą malownicze wioski, pojedyncze gospodarstwa tulą się do stromych zboczy, rwąca rzeka i potoki wiją się w głębokich jarach i dolinach, wodospady spadają ze zboczy pokrytych śniegiem gór.

Widok z okna pociągu. Tylna ściana doliny Flåmsdalen. Na horyzoncie rysuje się budynek
stacji w Myrdal. Po lewej stronie u góry widać fragmenty linii kolejowej. Widoczna w środku
serpentyna to łagodniejsza cześć górnego odcinka drogi rowerowej Rallarvegen.

Wśród pasażerów mieszają się uczucia zachwytu tymi wspaniałymi widokami i rozczarowania, że znikają tak szybko. Rekompensatą za to jest przystanek przy wodospadzie Kjosfossen, na którym mogą wysiąść z wagonów i z bliska podziwiać żywioł ogromnych mas wody spadających z jeziora Reinungavatnet. To przepiękne górskie jezioro możemy oglądać na pożegnanie, gdy pociąg zatrzymuje się na przedostatniej stacji.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Wodospad Kjosfossen

Wycieczka kończy się w Myrdal, na samotnej stacyjce wśród ośnieżonych górskich szczytów. Na peronie znów tłumy turystów z walizkami na kółkach, czekających na pociąg w kierunku Bergen lub Oslo. Pomiędzy nimi ostrożnie przejeżdżają rowerzyści, którzy zjeżdżają z peronu na drogę budowniczych kolei, Rallarvegen, wiodącą po kamieniach i ubitej ziemi w dół do samego fiordu. Zjechać tędy rowerem i doświadczyć piękna doliny z bliska, to jest dopiero przeżycie!

Stacja w Myrdal. Zjazd rowerem drogą Rallarvegen (na razie bardzo łagodny)

Tekst i zdjęcia: Jerzy Kruk

Cena wycieczki „Norway in a Nutshell”: Voss – Voss – 625 NOK; Bergen – Bergen – 935 NOK; Bergen – Oslo – 1295 NOK r, 1 NOK = 0,50 PLN.

Bilety można kupić na stronie www.fjordtours.com, w kasach kolei norweskich (NSB) oraz w biurach informacji turystycznej w Bergen, Oslo, Voss i Flåm.

Fragment I – Rodzice (5 minut czytania)

Rodzice jej, gdzieś tam przez dalekie i zawiłe koligacje, byli spowinowaceni, jak to na wsi, ale nie byli krewnymi. Narzeczony mieszkał ze swoją owdowiałą matką (ojciec umarł na raka kilka lat wcześniej). Odziedziczył po ojcu gospodarkę. 15 hektarów, pięć krów i małą chlewnię. Nie będę ciągnął trzech srok za ogon, zdecydował, gdy został gospodarzem. Kto to widział, wydoić krowy, wyprowadzić na pastwisko, nakarmić świnie, obsiać, zebrać, wymłócić wszystko. Trójpolówka jakaś. Założę farmę tuczników, zdecydował. Wziął kredyt i zbudował. Pole oddał w dzierżawę, za darmo. Dopłaty mi wystarczą, mówił. Paszę kupię gotową, Higiena, antybiotyki, witaminy, to dzisiaj jest ważne. Ma chłop głowę na karku, mówili o nim we wsi.

Potrzebna mu była podobna kobieta. Zdecydowana, twarda, co to po ziemi twardo stąpa i pracy się nie boi, nie tam jakaś lala z miasta, tylko czerstwa dziewucha ze wsi. I znalazł taką. Robotna była, wesoła, a w dodatku pobożna i nosa nie zadzierała, chociaż jej ojciec od lat był sołtysem.

W niespełna półtora roku po ślubie urodziła im się dziewczynka. Geny im się dobrały nad podziw udanie. Dziecię rosło szybko i nabierało mocy, napełniając się mądrością. Dziewczynka lubiła przesiadywać z dorosłymi, przysłuchiwać się im i zadawać pytania. Wszyscy zaś, którzy jej słuchali, byli zdumieni bystrością jej umysłu i odpowiedziami. Jej matka chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Tereska zaś czyniła postępy w mądrości, w latach i łasce u Boga i u ludzi.

Od najmłodszych lat była bardzo religijna. Po matce, i po ojcu chyba też. Rodzice nigdy nie zaniedbywali niedzielnej mszy świętej. Matka w każdą sobotę dokładnie sprzątała dom, od poddasza po parter i od okien do drzwi. Ojciec ogarniał obejście. Grabił, wymiatał, wyrównywał. Wieczorem matka prasowała białą koszulę ojca i jedną ze swych białych bluzek. Miała ich kilka, ale najbardziej lubiła tę lniano-bawełnianą po swej matce z dużym, koronką obszywanym kołnierzem, który zawsze krochmaliła przy praniu. Zakładała ją rzadko. Od święta albo na odpust. W zwykłą niedzielę wybierała coś z taniej konfekcji. Ojciec zajmował się butami. Czyścił je, pastował i glansował do połysku. Gdy dzieci podrosły, rodzice wciągali je w swoje prace. Tereska pomagała matce, a chłopcy – ojcu. W sobotę wieczorem na wieszakach czekały dwie białe bluzki i trzy białe koszule, trzy pary zaprasowanych na kant spodni i pięć par butów. Niosący się z sieni zapach pasty do butów mieszał się z roznoszącym się po całym domu zapachem pasty do podłogi.

Choć kobiety i mężczyźni, dziewczynki i chłopcy od lat mieszali się ze sobą w kościele, Tereska z matką siadała zawsze w prawym rzędzie ławek, a chłopcy z ojcem udawali się na lewo. Siadali z przodu, nie w pierwszym rzędzie, ale dość blisko balasków. Jeszcze zanim poszła do pierwszej komunii, objawiła swój talent muzyczny. Nasz słowik, mówił o niej stary ksiądz proboszcz, i panie z parafii też. Znała słowa wszystkich pieśni. Czy ona się uczy ich w domu na pamięć? – dopytywał się ksiądz i ludzie. Nie, mówiła matka. Wystarczy jej raz posłuchać piosenki, w radiu lub w kościele, by ją samodzielnie zaśpiewać w całości. Zdolna była, wiedzieli to wszyscy. W szkole też – prymuska. Co roku nagroda i świadectwo z paskiem.

Rodzice jej też byli pobożni, ale bez przesady. We wsi dość było prawdziwych dewotek i dewotów. Ojciec nosił baldachim w Boże Ciało,  Matka przychodziła posprzątać kościół tylko raz w roku, przed Wielkanocą. Czasami przynosiła kwiaty z własnego ogrodu. Na tacę rzucali tylko monety. Oni – grubsze, dzieci – drobniejsze. Banknot, też nie za gruby, był tylko do koperty, gdy ksiądz przychodził po kolędzie. Katolicki głos z radia rozlegał się w ich domu dość regularnie, katolicki obraz z telewizji – rzadziej, ale nie to co u teściowej: od rana do wieczora.

Ludzie ich szanowali. Pogodni byli, spokojni, zwyczajni. Ojciec szedł po mszy na piwo, wypijał dwa. Na weselach, komuniach, chrzcinach i imieninach wypijał więcej, ale bez przesady, jak wszyscy. Gdy wypił o jeden kieliszek za dużo, nie awanturował się, nie bił żony – jak inni – tylko, zmęczony, dawał się odprowadzić do domu i położyć do łóżka.

Ojciec o rolnictwie myślał nowocześnie, ale o problemach nowoczesności nie myślał w ogóle. Ja jestem chłop, a nie filozof, odpowiadał Teresce, gdy go pytała o gender, o eutanazję, o homoseksualizm, o in vitro. Świniopas, a nie chłop zażartowała raz Tereska, a on się przez to na nią obraził. Dbał o nią, kochał, pracował dla niej, wstawał o świcie, serce by dla niej oddał, dałby się pokroić na kawałki, a ona mu wyrzucała, że w domu nie ma książek, że gazet nikt nie czyta, że do teatru nie chodzą, do kina nawet też nie. Niewdzięczną mam córkę, powtarzał ze smutkiem, a ona na to, że tata jest szorstki. I tak wykopali rów pomiędzy sobą, który się z każdym rokiem powiększał. Ojciec gorzkniał, a córka zamykała się w sobie.

Skąd o tym wiem? Tereska mi opowiedziała.

Rozdział I (ok. 30 minut czytania)

Pogrzeby są trzy. Pierwsza odbywa się świecka kremacja zwłok w obecności rodziny i najbliższych przyjaciół. Dwóch z nich wygłasza krótkie, pożegnalne epitafium nad umęczonymi zwłokami Ksawerego, po czym każdy z obecnych żegna go pocałunkiem w usta, w czoło lub dotknięciem ręki jego zimnego jak kamień truchła, zostawiając w trumnie po jednym gołym kwiecie. Sosnowa trumna zostaje przykryta wiekiem i przy dźwiękach muzyki zaczyna powoli wjeżdżać za wiszącą za nią kurtynę. Matka Ksawerego wybucha głośnym płaczem. Jej mąż próbuje utulić ją w bólu, ale i on nie może powstrzymać się od łez. Dołącza do niej siostra Ksawerego, wtórując matce piskliwym, niekontrolowanym wyciem. Ich pełne smutku spazmy stają się nie do wytrzymania i ich żałość zaraża wszystkich obecnych. Smutek przyjaciół z powodu śmierci Ksawerego łączy się teraz ze współczuciem dla najgłębszego bólu jego najbliższych. Kurtyna powoli opada i żałosny spektakl się kończy.

Truchło Ksawerego zostaje poddane termicznej obróbce, której efektem staje się kupka prochu. Wsypana do plastikowej urny, zostaje przekazana synom Ksawerego. Ich zadaniem jest dostarczenie urny do kościoła, w którym ma się odbyć pogrzeb właściwy, urządzony zgodnie z wolą i decyzją rodziców Ksawerego, a więc: katolicki.

Samochód prowadzi starszy syn, a młodszy trzyma urnę na kolanach. Bierze w dłoń pokrywkę i mówi:

– Odkręca się.

– I co z tego? – pyta gburowato starszy brat.

– Podzielmy prochy i urządźmy ojcu taki pogrzeb, jakiego sam by sobie życzył. Rozsypiemy prochy na jeziorze, a nie: msza w kościele – mówi łodszy brat marszcząc czoło i wydymając usta..

– Ojciec słysząc o tym pewnie przewraca się w grobie – starszy brat wydaje się zgadzać się z młodszym.

– Chyba w puszce – mówi młodszy brat, potrząsa urną i obaj wybuchają śmiechem.

– Ale na to chyba potrzebne jest specjalne zezwolenie – zastanawia się głośno starszy brat.

– Na co? – pyta młodszy.

– Żeby rozsypać prochy poza terenem cmentarza.

– Nie ma już na to czasu, a poza tym, kto o tym będzie wiedział?

Zatrzymują samochód na parkingu supermarketu i udają się na poszukiwanie odpowiedniego pojemnika. Młodszy brat wybiera kawę Illy.

– Taka wystarczy? – zwraca się do starszego brata, biorąc do ręki złotą półlitrową puszkę.

– Za droga – odpowiada starszy brat. Przecież i tak wysypiemy kawę do kosza.

Decydują się na zielonego jacobsa, ale już stojąc z nim w kolejce do kasy zauważają promocję czekoladek Raffaello w dużym, płaskim metalowym pudełku.

– Ta nie będzie lepsza? – pyta młodszy brat. – Łatwiej się przesypie i jeszcze będziemy mieli czekoladki dla dzieci.

– Masz rację – odpowiada starszy.

Otwierają klapę bagażnika, żeby się lepiej zasłonić przed ewentualnym wzrokiem ciekawskich, zdejmują przykrywkę z pudełka i opróżniają je upychając po kieszeniach czekoladki. Starszy brat przytrzymuje od dołu pudełko, a młodszy odkręca urnę z prochami. Odwraca ją otworem do dołu i ostrożnie próbuje przesypać część prochów ojca do bombonierki, ale z urny nic nie leci. Przechyla ją więc mocniej i wysypuje się z niej prawie cała zawartość.

– Co robisz, idioto! – starszy brat po chamsku ruga młodszego.

Kupka prochu uderza tępo o dno blaszanego pudełka, spora część rozpyla się w powietrzu, które wiatr rozwiewa po parkingu. Czwarty pogrzeb? Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie, że po raz drugi grób twój grabarz trzęsie!

Bracia ruszają w dalszą drogę.

– Prawie nic nie zostało – mówi młodszy brat potrząsając urną. – Może odsypiemy z powrotem?

– Zwariowałeś? – odpowiada mu starszy. – Jak tak będziemy przesypywać w te i we w te, to naprawdę nic nie zostanie. Zresztą i tak nikt poza tobą nie będzie dotykał urny.

– A na pogrzebie? – pyta młodszy.

– Ty ją będziesz niósł.

– Czemu ja?

– Bo jesteś młodszy – odpowiada starszy.

Milczą przez jakiś czas.

– Jak chcesz to zorganizować? – odzywa się starszy brat.

– Porozsyłamy po ludziach SMS-y, żadnych ogłoszeń w prasie ani na Fecebooku. Impreza tylko dla przyjaciół.

– Okej – zgadza się starszy. – Kiedy to zrobimy?

– Dzień przed pogrzebem.

– Widzę, że wszystko masz przemyślane. Niezły byłby z ciebie undertaker. Może zmienisz branżę? – mówi starszy z autentycznym uznaniem, a młodszy lekko się uśmiecha. – Pomyślałeś też, gdzie?

– Uhu – pomrukuje młodszy. – Nad tym jeziorem, gdzie ojciec lubił łowić szczupaki.

– Tak daleko? Myślisz, że ktoś tam przyjedzie?

– Kto będzie chciał, ten przyjedzie.

Rozalia, pierwsza żona Ksawerego bardzo chciała, żebyśmy przyjechali z Anną do stolicy na cały weekend, żeby zabrać się stamtąd z nią nad jezioro i mieć możliwość spotkania z innymi naszymi przyjaciółmi, z których rodzinami swego czasu zrosło się nasze życie. Oni – siłą rzeczy – żyli w większej bliskości, bo wszyscy mieszkali niedaleko siebie. Nie tylko spotykali się na imprezach, ale też pomagali sobie na co dzień, opiekując się nawzajem swoimi małymi dziećmi, a potem – starszymi rodzicami. Ale i z nami widzieli się często, bo odwiedzaliśmy się całymi rodzinami i wyjeżdżaliśmy razem w góry, na rowery, na żagle, na narty. Trwało to przez całe lata, dopóki dzieci były małe, a potem spotykaliśmy się już bez nich, w gronie dorosłych. Oczywiście, był wśród nas także Ksawery, ale w pewnym momencie wysublimował z naszego towarzystwa.

Jezioro, w którym Ksawery najbardziej lubił łowić szczupaki, znam dość dobrze. Byliśmy nad nim we dwóch kilka razy, łowiąc z pontonu na spinning. Gdyby nie mój przyjaciel, chyba nigdy bym się nie dowiedział, jak wielkie i czerwone może być słońce wschodzące nad horyzontem. Wiem od Ksawerego, że prócz mnie zabierał nad to jezioro różne panienki, posuwając je na kocu lub pod namiotem.

Jedziemy tam samochodem Rózi. Towarzyszy nam jeszcze Bożenka, przyjaciółka Rózi z liceum. Mamy ponad trzy godziny w jedną stronę i tyle samo z powrotem, jest więc sporo czasu, by pogadać. Rózia i Bożenka mówią jedna przez drugą. To od nich dowiaduję się o szczegółach związanych z prochami Ksawerego i z jego życiem, w którym już od lat bezpośrednio nie uczestniczyłem, a zwłaszcza o tym, co działo się w nim pod koniec.

Jest pochmurny czerwcowy dzień, ale gdy docieramy w pobliże jeziora, wspaniale się wypogadza. Ciepłe promienie słońca bez trudu przebijają się przez krystalicznie czyste powietrze, wywołując w roślinach wzmożony proces fotosyntezy. Chlorofil aż kipi. Stąd tak zielono. Bez trudu znajdujemy wyznaczone w głębi lasu miejsce zbiórki. Co jak co, ale traperski zmysł synowie Ksawerego, którzy porozsyłali SMS-y z instrukcją dojazdu, na pewno po nim odziedziczyli. Na miejscu zaparkowanych jest kilkanaście samochodów i kilkadziesiąt osób czeka na ostatnich przyjezdnych. Wszyscy się znamy, jeśli nie osobiście, to przynajmniej z widzenia lub z nazwiska. Kto mógł i chciał, ten przyjechał. Ale pewnie nie wszyscy mogli. Z przykrością stwierdzam brak niektórych z naszych najbliższych przyjaciół.

Całą grupą udajemy się nad brzeg jeziora. Jezioro, w którym Ksawery najbardziej lubił łowić szczupaki i nad brzegami którego – chyba jeszcze bardziej – lubił bzykać panienki, jest niedużym, dzikim leśnym akwenem, o brzegach zarośniętych szuwarami, otoczonym wysoką skarpą, którą porastają stare sosny. Ich terpentynowy zapach uderza nas, mieszczuchów w nozdrza, że aż dech zapiera. Tu i ówdzie szuwary zostawiają trochę miejsca maleńkim trawiastym plażom, umożliwiającym wygodny dostęp do wody. W jednym z takich miejsc czeka przycumowana mała wędkarska łódeczka, do której wsiada młodszy syn Ksawerego z Katarzyną, jego ostatnią żoną. Kasia trzyma w ręku szkatułkę, do której z blaszanego pudełka po czekoladkach Raffaello zostały przesypane prochy jej męża. Nowa szkatułka też jest z blachy, ale Ksaweremu chyba jest wszystko jedno. Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie, przyjacielu. Ale gdzie, kiedy, w jakim sensie i obliczu, chyba nie jest ci obojętne?

Młodszy syn Ksawerego włącza tranzystorowy odtwarzacz, z którego głośników rozlega się ukraińska dumka. To jeden z nielicznych gatunków muzyki, jakie tolerował Ksawery. Muzyka klasyczna – nie. Jazz – nie. Rock – także nie. Pop – broń Boże. Ale piosenki ułańskie, szanty, muzykę rosyjską: cerkiewną i łagierną, tudzież ukraińską kochał całym sercem. Wszyscy to wiemy, więc dźwięki płynącej po jeziorze dumki ściskają nam serca. Milkną rozmowy. Poruszana wiosłami łódka odpływa coraz dalej od brzegu. Muzykę słychać coraz słabiej, za to coraz wyraźniej słychać śpiew ptaków, szum wiatru i plusk wody. Spośród trzech ceremonii pogrzebowych – dla mnie i pewnie dla wielu innych – ta właśnie jest prawdziwym ostatnim pożegnaniem naszego przyjaciela. Chłopcy mieli rację: lepszego pochówku ich ojciec nie mógł sobie wymarzyć. Wodowanie zamiast pogrzebania.

Tę pełną zadumy ciszę w pewnym momencie zakłóca Kasia, która na środku jeziora wybucha głośnym płaczem. W oddali widać, jak znad łódki unosi się niewielki tuman kurzu. To syn Ksawerego rzucił na wiatr i wodę prochy ojca. Kilka kroków ode mnie stoi Rózia. Widzę, jak po jej ściągniętej twarzy płyną duże łzy. Po jeziorze niesie się szloch ostatniej żony Ksawerego, a ja słyszę, jak z brzegów odpowiadają mu echem spazmy rozkoszy bzykanych przez niego nad jeziorem panienek.

Na cmentarzu jest kilka publicznie znanych osób, które chyba zna każdy mieszkaniec naszego kraju: Adam – szef największej naszej gazety i, być może, największy bohater naszych czasów; Jonasz – bogaty przedsiębiorca i szef jednej z nowych partii, które ostatnio powstają u nas jak grzyby po deszczu, śmiały i wesoły skandalista, ulubieniec mediów; Jarek – szef wiadomości jednej z prywatnych telewizji i inni znani, choć już nie tak bardzo, politycy, żurnaliści, artyści. I naukowcy, a raczej: filozofowie, o nazwiskach znanych specjalistom w swojej niszy, ale już poza nią nikomu z niczym się nie kojarzących. Stoją rozproszeni, z kamiennymi twarzami. Nie rozglądają się po dwustu- a może i trzystuosobowym, dla nich pewnie anonimowym, tłumie, w którym woleliby się rozmyć, pozostając nierozpoznani. Zasada głosząca, że przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem, tutaj nie działa. Przyjaźń jest tu relacją nieprzechodnią.

Dawni przyjaciele, znajomi i wielbiciele Ksawerego zbili się w niewielkie grupki. Tłum przenika zdrowa plotka, które z obecnych tu kobiet to jego żony, a które tylko bliższe lub dalsze jego sercu, tudzież innym organom, przyjaciółki. Ksawery ponoć przeleciał pół obecnej i dawnej stolicy, więc – wnioskując dedukcyjnie – można by powiedzieć, że połowa z obecnych na cmentarzu kobiet to szwagierki. Szkoda, że wnioskowanie statystyczne nie ma charakteru redukcyjnego, bo gdyby tak było, ciekawscy mogliby je tu na miejscu zidentyfikować.

O śmierci Ksawerego dowiedziałem się z Facebooka, zauważając na jego profilu post jednego z naszych wspólnych znajomych. Żegnaj Przyjacielu – napisał krótko. Natychmiastowy telefon do Rózi utwierdził mnie w przypuszczeniach co do jego sensu. Śmierć Ksawerego nie była dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałem, że ciężko choruje. Pół roku wcześniej spotkałem się z Sajmonem, naszym wspólnym przyjacielem ze studiów, który oznajmił wyraźnie: Ksawery umiera. Lekarze są bezradni, nie widzą dla niego ratunku, nie potrafią nawet dokładnie zdiagnozować jego choroby.

Na Facebooku od razu się zaczyna ubrązowianie postaci Ksawerego: Oczywiście, że wielki filozof, myśliciel, wyjątkowy rozmówca, urodzony gawędziarz, ale też i wspaniały ojciec, mąż, syn, brat i przyjaciel. Ja sam dokładam do tego pomnika swoją porcyjkę cennego kruszcu, przed laty stopionego w tyglu moich myśli, więc już trochę pokrytego patyną. Dzielę się na jego profilu myślą, którą noszę w sobie od lat: Przyjaciel to ktoś niezastępowalny i niewymienialny na nikogo innego. Kto nim może być? Mam takie swoje osobiste kryterium. Załóżmy, że znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Cały świat się ode mnie odwrócił, bo zostałem o coś oskarżony i wszyscy są przekonani o mojej winie. Ale ja jestem niewinny. Do kogo mogę się zwrócić o pomoc? Do mojego przyjaciela. Do kogoś, kto jest pewien, że nigdy bym go nie oszukał ani nie wykorzystał i kto nigdy nie zostawi mnie w biedzie ani mi nie wypomni, że obarczam go takim ciężarem. Co o tym zdecydowało? Zbliżenie naszych egzystencji, które kiedyś przeżyliśmy lub wciąż przeżywamy. Ilu takich ludzi spotkałem w życiu? – zapytuję sam siebie retorycznie w swoim poście i sam sobie odpowiadam: Gdy próbowałem ich policzyć, wychodziło mi nie więcej niż pięć osób. Do wczoraj. Od dziś jest o jedną osobę mniej. Był nią Ksawery, który dziś odszedł od nas na zawsze. Żegnaj, Przyjacielu – kończę.

W dniu pogrzebu w gazecie Adama – nie tylko największej, ale i najbardziej prestiżowej w kraju – ukazuje się przedśmiertna rozmowa z Ksawerym na temat przyjaźni. Czytam ją i na przemian to się z nim zgadzam, to się buntuję. Uśmiecham się życzliwie, gdy Ksawery mówi: Dar przyjaźni pozwala się odmieniać, być innym, niż się jest. W przyjaźni ryzykuję własną niewzruszoną tożsamość, pozwalam sobie nie tylko być z innym, ale też być innym. Przyjaźń otwiera szeroko okna i drzwi mojego świata. – No, ładnie powiedziane. Empatia. – myślę sobie. Ale nie wierzę w to, że on sam wierzy w to, co mówi. Czy za chwilę nie zaprzeczy temu, mówiąc o ustępowaniu miejsca, o wycofywaniu się, nie wtrącaniu się w życie drugiego?

Wolność od oceniania to jedna z najbardziej urodziwych stron przyjaźni. Żyjemy w świecie pełnym ocen. Co za ulga – znaleźć się w takim ustronnym miejscu bez ocen! Świat rządzony przez ducha przyjaźni obywa się bez ocen, więcej – wystrzega się ich jak zarazy, podejrzewając słusznie, że mogą tu tylko szkodzić, a nawet wyznaczać kres przyjaźni.

Brzmi znajomo, wydaje mi się nawet, że kiedyś znaleźliśmy się w takim momencie. Pani redaktor też zdaje się podzielać mój punkt widzenia, bo zauważa:

Ale przecież nie mogę milczeć, gdy przyjaciel robi coś złego.

A niby skąd czerpię tę pewność, co jest dobrem dla mojego przyjaciela? – obrusza się Sokrates znad jeziora. – I po co mi ta wiedza? Żeby się wywyższyć czyimś kosztem?

To ja sam już nie wiem, angażować się czy nie, bo zaraz dalej czytam:

Niepowtarzalna uroda przyjaźni polega na zaangażowaniu, które przybiera postać troski i dbałości. Na przyjacielu nie można się zawieść. Gdy przychodzi moment zawodu, przyjaciela już nie ma, przyjaźń się kończy. Przyjaźń nie jest dana raz na zawsze. Może się nagle skończyć, nawet bez powodu. Jak się nie dokłada do ogniska, ogień zgaśnie. – To oczywiste, trudno się nie zgodzić.

Gdy jednak czytam inne fragmenty wywiadu, coś woła we mnie: Fałsz, fałsz, fałsz i nieprawda! Największy bunt budzi we mnie arbitralne przekształcenie słowa „przyjaźń” w „przyjaśń”. Wolę przyjaśń – mówi Ksawery. Słowo „przyjaśń” jest przychylne, poufałe, łagodne. Jaśniejsze i bardziej lekkomyślne niż „przyjaźń”. I – najważniejsze! – nie ma w sobie egoistycznej cząstki „jaźń”, a tym samym sugestii, że źródłem przyjaźni jest moje „ja”. „Ja”, które może łaskawie zaprosić kogoś do siebie, na swoich warunkach i do zaspokojenia egoistycznych potrzeb. W przyjaźni nie ma na to miejsca. Przyjaźń zakłada, że „ja” ustępuje – że się wycofuje z gry zawstydzone swoją potrzebą bycia na pierwszym planie. Stoi sobie z boku i co najwyżej przygląda się zdziwione. – Ha, ha! A to mnie rozbawił! Już widzę ustępujące, wycofujące się z gry narcystyczne „ja” Ksawerego, zawstydzone swoją potrzebą bycia na pierwszym planie!

Przyjaźń nie rozgrywa się między „ja” i „ty” – ciągnie dalej Ksawery – lecz „pomiędzy”, które powstaje wtedy, gdy oba „ja” ustępują sobie miejsca. Jakie „pomiędzy”? – pytam. Pomiędzy jest przyimkiem, który zawsze łączy się z rzeczownikami. Czy pamiętasz, co miało miejsce pomiędzy tobą a mną pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem naszego życia? Czy pamiętasz nasze dyskusje o różnicy pomiędzy Heideggerem a Kartezjuszem, które wiedliśmy przeciskając się pomiędzy szarymi ludźmi, pokonując pieszo drogę pomiędzy uczelnią i akademikiem? Tak wiele wydarzyło się pomiędzy nami, gdy zastanawialiśmy się nad wyborem pomiędzy różnymi życiowymi możliwościami. Pamiętasz te czasy, gdy mogliśmy przebierać pomiędzy młodymi dziewczynami? Wszyscy wiedzą, że byłeś wyjątkowym jebaką pomiędzy zwykłymi mężczyznami. Wiem, skąd bierze się twój żargon, ale nie ma żadnego „pomiędzy” samego w sobie. Ta słowna żonglerka budzi we mnie prawdziwą złość i oburzenie. Owszem, to dopuszczalne, a często i urocze, w poezji, w piosence, ale nie w filozofii, w której myślenie musi się opierać na kategoriach, inaczej przekształca się w bezsensowny bełkot.

Ja nie pozwalam zbić się z tropu, ale co może zrobić w takiej sytuacji młoda pani redaktor, która pokonała dwieście kilometrów wąskimi, krętymi drogami, by dotrzeć do pustelni filozofa? Rozdziawia tylko buzię i mówi: Hmm, dość tajemnicza definicja… O nic nie pyta, niczego nie podważa, nie dyskutuje. Ustępuje, wycofuje się z gry zawstydzona swoją potrzebą przeprowadzenia wywiadu. Bo przecież wywiad musi być. Taką ma pracę. Jej zadanie nie polega na myśleniu, na dyskutowaniu, tylko na wyrobieniu wierszówki. Staje więc sobie z boku i przygląda się zdziwiona, ale tak naprawdę ona też bardzo by chciała zaprzyjaśnić się, dać rozjaśnić sobie w głowie. Zaprzyjaźnić się z profesorem X, który łaskawie zaprosił ją do siebie do zaspokojenia egoistycznych potrzeb (ciekawe czyich, jej czy jego?) ale będzie rozmawiał na swoich warunkach. – Czy on nie chce się ze mną zaprzyjaźnić? – myśli skonfundowana dziewczyna, ale filozof już spieszy z pomocą: Przyjaźń należy do istot płochliwych i dyskretnych – kokietuje. Wiem, że bardzo by się obruszył, zdenerwował, a w końcu obraził, gdyby go ktoś zapytał o te istoty. Bo przecież nie chodzi mu o istotę rzeczy, czyli o sedno sprawy, lecz o: istoty. Co oznacza ten rzeczownik użyty w liczbie mnogiej? Istoty duchowe czy istoty żywe? Anioły czy zwierzęta? Innymi słowy, przyjaźń to taki płochliwy aniołek czy zwierzątko? Na przykład sarenka. A może chodzi tu o płochliwą i dyskretną istotkę, jak niektórzy nieco pieszczotliwie, a na pewno protekcjonalnie lubią określać kobiety. Hej, dziewczyno! Rusz głową! Więcej śmiałości, jeśli chcesz mieć ten wywiad! Nawet nie wiesz, jakie to proste. Pan profesor dźwiga już co prawda szósty krzyżyk, stracił większość zębów, co przecież w tym wieku jest naturalne, gdy się nie dba o higienę i nie chodzi do dentysty; nie wstawił sobie nowych, ponieważ w stosunku do dentysty jest istotą płochliwą, ale za często tego nie pokazuje, ponieważ jest także istotą dyskretną. Choroba i wągry przekształciły mu nos w kiełkujący na wiosnę kartofel, breżniewowskie brwi wybujały na jego czole jak chwasty za jego domem, ale posłuchaj go tylko, jak kokietuje intelektem. To jego feromon, na który młode, atrakcyjne kobiety wciąż lecą, jak muchy do miodu, a ty? Nie będziesz pierwsza. Też możesz dołączyć do tego szacownego grona. Wszak przyjaźń nie rozgrywa się między „ja” i „ty”, lecz „pomiędzy”, które powstaje wtedy, gdy oba „ja” ustępują sobie miejsca. Ustąp więc trochę, a dostaniesz zgrabny wywiadzik, dla którego przygotowano już miejsce w prestiżowej gazecie. Twoje nazwisko wymienią w nagłówku artykułu.

Ale czy gazeta nie ma redakcji? Czy nikt tego nie przeczyta przed wydrukowaniem? Nie mówię, że ze zrozumieniem, ale choćby z intencją, z chęcią zrozumienia. Czy nikt sobie nie zada trudu, by spytać, jak przyjaźń przekształca się w przyaśń? W coś, co rozjaśnia? Może i nawet w światło samo? W naszym języku to proste. Wystarczy na klawiaturze palcem prawej ręki wcisnąć klawisz Alt, a palcem lewej zamiast w X uderzyć w S. Taka prosta, zwyczajna literówka – klawisz o jeden poziom wyżej. I staje się światło. Ale jak zrobić to w innych językach? Jak przekształcić na przykład friendship w light? Albo Freundschaft w Licht, czy też amitié w lumière. A może amicitia w lux? Do tego chyba jednak potrzeba nadprzyrodzonych zdolności na miarę cudu eucharystii lub zesłania Ducha Świętego, których, o ile mi wiadomo, Ksawery nie posiadał. No, ale poczekajmy. Dopiero po śmierci JP2 dowiedzieliśmy się, że czynił cuda. Nie wiadomo, co wyjdzie na jaw po śmierci profesora X. Na razie jednak trudno mi się pogodzić z tym, co o przyjaźni mówił w wywiadzie mój przyjaciel, a mianowicie, że – choć tak być nie powinno – altruistyczna przyjaźń zawiera w sobie egoistyczną jaźń. Na zasadzie prostego rachunku:
przyjaźń – przy = jaźń, chyba analogicznie do rachunku: bojaźń – bo = jaźń. Ale wtedy trzeba by wywnioskować, że bo = przy, o ile znam podstawy matematyki. Pytam więc konsekwentnie, czy niemieckie Freundschaft także zawiera w sobie das Ich, francuskie amitiélas moi, a łacińskie amicitiaego? Może coś by wyszło z tego rachunku po angielsku, ponieważ równanie: friendship – friend = ship, wydaje się całkiem sensowne, ale chyba tylko w sensie żartu. Zastanawiam się, dlaczego Ksawery pozwolił sobie na taką niedorzeczność? Może chciał sobie zażartować z pani redaktor? Ale żeby zadrwić sobie z gazety Adama? Eee… chyba nie. Nie pozwoliłby sobie na to. Jak na razie przychodzi mi do głowy tylko jedno sensowne wytłumaczenie, zaczerpnięte z Dziejów Apostolskich, opowiadających o zesłaniu Ducha Świętego, który sprawił, że apostołowie, mówiąc swoim językiem, rozumiani byli przez tłumy pochodzące z różnych stron świata: Upił się młodym winem.

Czytam artykuł dalej i jestem coraz bardziej zniesmaczony – jak lubił mówić mój przyjaciel – jego rewelacjami. Na przykład, że „przyjaźń niczemu nie służy, ani nie ma żadnego określonego czy choćby mglistego celu”. Rozumiem, że przyjaźń jest bezinteresowna, ale czy zawierająca się w niej gotowość do niesienia pomocy nigdy się nie ziszcza? Czy konsekwencją wspólnego obcowania ze sobą przyjaciół, wspólnego działania, dzielenia swoich pasji i zainteresowań nie jest poczucie satysfakcji, przyjemności? Wręcz szczęścia, które jest efektem zbliżenia egzystencji, jak w miłości? To właśnie kiedyś przeżyłem z Ksawerym. Zawsze myślałem, że i on to samo przeżywa ze mną. Wierzę, że tak było. Ale czytając dziś jego słowa, myślę sobie, że albo ja się mylę, rozumiejąc przez przyjaźń coś, czego sensu nikomu z tych, co jej doświadczyli, nie trzeba tłumaczyć, albo pogubił się Ksawery, zapominając o tym, czym przyjaźń jest dla większości ludzi i przekształcając ją w jakiś dziwaczny filozoficzny abstrakt.