Upadek Ikarii

Upadek Ikarii – autor: Jerzy Kruk. Obraz wygenerowany przy pomocy Chat GPT

Widzieliśmy to prawie wszyscy. Jeśli nie na żywo, to potem w wiadomościach albo za pośrednictwem linków podsyłanych nam przez znajomych. Lindsey Vonn, 85-krotna zwyciężczyni zawodów pucharu świata w narciarstwie alpejskim, złota medalistka olimpijska, słynna na cały świat celebrytka, która w swej karierze zarobiła miliony, piękna niegdyś dziewczyna, a dziś kobieta, która odważyła się nawet pokazać swe wdzięki w Playboyu, po pięciu latach zmagań z kontuzjami i kilku operacjach postanowiła w wieku 40 lat wrócić do sportowej rywalizacji. I choć kilka dni temu zerwała więzadło kolana, z protezą w drugim, stanęła na starcie olimpijskiego zjazdu w Cortinie d’Ampezzo. Startowała z numerem 13 i po 13 sekundach, lecąc w długim wyskoku, zawadziła ręką o bramkę. Na żywo widać było tylko wielki tuman śniegu, a gdy opadł – leżącą bez ruchu zawodniczkę. Skojarzenie z upadkiem Ikara narzuca się samo.

Nawet małe dzieci znają tę historię. Ikar, uciekając z Krety wraz z ojcem, Dedalem, który w tym celu skonstruował sztuczne skrzydła, spajając drewniane listwy i ptasie pióra woskiem, niepomny przestróg ojca, wzbił się jak najbliżej słońca, którego promienie rozpuściły wosk, co spowodowało jego śmiertelny upadek. Mit o Ikarze powinien być dla nas przestrogą przed nadmierną ambicją, brawurą, zachłannością, ale często nie jest. Dla Lindsey Vonn na pewno nie był. I nie jest dla współczesnego, modernistycznego świata opartego na paradygmacie prometejskim.

Człowiek, otrzymawszy od Prometeusza wykradziony bogom ogień, korzysta z tej boskiej mocy bez opamiętania, posuwając się do bluźnierstwa polegającego na chęci dorównania mieszkańcom Olimpu. Podobny, a może nawet i ten sam, mit znajdujemy w kulturze judeochrześcijańskiej opowiadającej o upadku czy strąceniu Aniołów, którzy zapragnęli stać się równi Bogu.

Prometeizm to twórcza, dynamiczna postawa człowieka w stosunku do zastanej rzeczywistości i samego siebie, mobilizująca do opanowania i przekształcania świata. „Prometejski” znaczy: śmiały, twórczy, heroiczny, tytaniczny, buntowniczy. Postawa prometejska polega na dążeniu do przekraczania naturalnych ograniczeń człowieka, podporządkowaniu natury technice, rozumowi, woli mocy, traktowaniu świata i ciała jako materiału do przekształcania. Czy nie na tym polegała niezgoda 41-latki na zaakceptowanie ograniczeń swojego organizmu wynikających z wieku biologicznego i swojego wielokrotnie operowanego ciała, które przecież nie jest maszyną, którą można w nieskończoność naprawiać i udoskonalać? Wydaje się, że tę samą naiwną – choć ja wolałbym powiedzieć: wulgarną – wiarę w paradygmat prometejski podzielają Władimir Putin i Xi Jinping przyłapani na rozmowie o nieśmiertelności i biotechnologii.

Przeciwieństwem paradygmatu prometejskiego może być paradygmat taoistyczny. Taoizm to chiński nurt filozoficzno-religijny, którego kluczowe idee to tao (droga) – naturalny porządek świata, i wu wei – niedziałanie lub działanie zgodne z naturalnym przepływem, bez przemocy wobec rzeczywistości. Postawa taoistyczna polega na harmonii z naturą zamiast dominacji, na płynności, spontaniczności, adaptacji zamiast kontroli. W odniesieniu do naszego problemu, prometeizm to nowoczesna ideologia prędkości i przekraczania ciała, a taoizm to metafora praktyk, które wpisują się w rytm świata zamiast go forsować.

Czy zauważyliśmy, w jak pięknych okolicznościach przyrody wydarzył się wypadek? Wszak Dolomity to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Jednak to piękno zostało zgwałcone przez ludzką pychę, brawurę, zachłanność. W podobnych okolicznościach przyrody może być pięknie inaczej: gdyby tam wejść na własnych nogach, odsapnąć, rozejrzeć się dookoła, pooddychać krystalicznie czystym powietrzem, pozachwycać się widokami. Kto chodzi po górach i lasach, pływa po rzekach i jeziorach, wie, o czym mówię, i rozumie argumenty obrońców przyrody nawołujących do ochrony środowiska naturalnego i bijących na alarm z powodu jego zanieczyszczenia i zniszczenia. A kto tego nie rozumie, będzie się naśmiewał z wiatraków, rowerów, samochodów elektrycznych. I nawoływał: Drill, baby, drill! Albo przechwalał, że mamy zasoby węgla na co najmniej 200 lat i powinniśmy je wydobyć i spalić, bez względu na konsekwencje.

To jest waśnie walka prometeizmu z taoizmem. To jest wojna cywilizacyjna, w której uczestniczy każdy z nas. Uczestniczą w niej też formacje kulturowe i polityczne. A kiedy angażują się w nią przywódcy największych mocarstw, staje się to niezwykle ważne. Ostatnio, niestety, ich zaangażowanie w ten konflikt kulturowy nie napawa optymizmem. Weźmy przywódców Ameryki, Rosji i Chin. Gdyby byli wyznawcami paradygmatu taoistycznego, mogliby być mężami opatrznościowymi dla całego świata, troszczącymi się o jego bezpieczeństwo i pomyślność, ale, znów niestety, Donald Tramp, Władimir Putin i Xi Jinping są wyznawcami paradygmatu prometejskiego, i już nawet nie wulgarnego, ale wręcz jaskiniowego. Miast być mężami opatrznościowymi dla świata, stali się jego największym zagrożeniem. Putin prowadzi wojnę w Ukrainie, ale już łakomym okiem spogląda na inne kraje Europy Wschodniej. Tramp otwarcie mówi, że chciałby przyłączyć do USA Grenlandię, Kanadę i Zatokę Meksykańską, zapewne z jej wyspami, a Xi zamierza się co najmniej na Tajwan. Wszyscy oni mówią o pokoju, ale ich marzeniem jest wojna. Po co? By mieć więcej.

Podobnie było z Lindsey Vonn. Też chciała więcej. Więcej zwycięstw, więcej sławy, więcej podziwu. Swą zachłanność przypłaciła „tylko” złamaniem nogi. „Tylko”, bo mogła przypłacić ją życiem, co zapewne nienasycony w swej żądzy przesuwania ludzkich możliwości „świat” sportu i żądna gladiatorskich walk na śmierć i życie publiczność powitałyby z jeszcze większą ekscytacją.

Niech więc ten w gruncie rzeczy szczęśliwy upadek współczesnej Ikarii będzie dla nas przestrogą, by, tak jak Lindsey Vonn wypadła z trasy, świat nie „wypadł z kolein” i nie dał jakiemuś nieznanemu złośliwemu demonowi powodu do zawołania za Grekiem Zorbą: Jaka piękna katastrofa!

Jerzy Kruk

Pin It on Pinterest