fbpx

Niezwykłe przypadki Mateusza Kłoska

Gdy uporządkuje się fakty z życia Mateusza Kłoska, kontekst kampanii bilbordowej staje się zupełnie klarowny.

Mateusz Kłosek to biznesmen, który odniósł spektakularny sukces w branży stolarki budowlanej. Jego firma Eko-Okna należy do największych firm prywatnych w kraju. W 2019 roku jej wartość została wyceniona na 1 mld zł. Zdobyła tytuł „Diament Forbesa”.

Właścicielom tak wielkiej fortuny, często przychodzą do głowy marzenia, by dzięki niej zrobić coś dobrego dla świata i ludzi: zakładają fundacje, fundują stypendia, wspomagają działalność charytatywną, pomagają potrzebującym. Nic dziwnego, że podobne pomysły chodziły po głowie Mateusza Kłoska.

Nie dziwi, że miłośnik zwierząt część swojej fortuny przeznacza na ochronę ginących gatunków czy pomoc dla zaniedbanych przez człowieka zwierząt domowych czy gospodarczych; ekolog – na ochronę środowiska, pacyfista — na organizacje pokojowe, a intelektualista — na edukację. Mateusz Kłosek, prócz tego, że jest zdolnym biznesmenem, jest także człowiekiem bardzo religijnym i z tego względu już od lat przeznaczał duże kwoty na obiekty i wydarzenia o charakterze religijnym. Najkosztowniejszym jego przedsięwzięciem była budowa klasztoru Wspólnoty Niepokalanej Matki Wielkiego Zawierzenia z przeznaczeniem dla 30 sióstr i kaplicy, w której odbywa się nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. To ponoć było wotum dziękczynne dla Matki Boskiej za rozwój fabryki.

Ale Mateusz Kłosek chciałby też dać coś ludziom. Mówi się o jego planach budowy osiedla dla pracowników, przedszkola i żłobka oraz ośrodka dla bezdomnych. To jednak pomysły na niewielką, bo przecież tylko lokalną skalę. A taki bogacz i filantrop chciałby dać coś całej ludzkości, na przykład zlikwidowanie pandemii. By wybłagać u Mastki Boskiej cofnięcie covidowej zarazy, wraz z pracownikami fabryki wypuścił do nieba wielki biało-niebieski różaniec z balonów. Jak na razie efektów cudownego wsparcia nie widać.

Ale niezrażony tą biernością niebios Mateusz Kłosek działa dalej: przeprowadza trzy akcje bilbordowe. Jesienią zeszłego roku w całym kraju na standardowych bilbordach ukazała się grafika z dzieckiem w łonie matki uformowanym na kształt serca. Stopniowo zaczęły ją uzupełniać hasła ruchu pro life. W lutym w dużych miastach na wielkich bilbordach, często o wysokości kilku pięter, pojawiło się hasło „Kochajcie się mamo i tato”. Wprawdzie nie było na nim wykrzyknika, ale sama wielkość i ilość olbrzymich banerów musiała działać na emocje odbiorcy. A potem pojawiły się nowe bilbordy ze zbliżeniami poszczególnych części ciał dzieci w łonie matki.

Gdyby zobaczył to Norwid, zapewne skwitowałby słowami swojej fraszki: „Dewocja krzyczy”. Czemu dewocja? Wynika to choćby z sygnujących plakaty katolickich fundacji i stowarzyszeń i ze sposobu działania fundatora akcji, który wydał na nią 10 milionów złotych.

Co chciał przez to osiągnąć? Fundator mówi, że chciał wesprzeć trudne małżeństwa w kryzysie związku. I co? Są jakieś efekty? Ludzie zaczęli się kochać i przestali rozwodzić? Wątpię.

A ta akcja antyaborcyjna w kraju, w którym aborcja prawie nie ma miejsca, bo jest prawnie zakazana, to po co? Cel może być tylko jeden: podsycenie antyaborcyjnej histerii.

W zeszłym roku oficjalnie dokonano 1100 zabiegów przerwania ciąży, z których większość to była aborcja embriopatologiczna. Ale dla katolickich fundamentalistów to i tak za dużo. Jesienią trybunał odkrycia towarzyskiego warczącego wielkorządcy podważył jej legalność, wysyłając sygnał do kobiet: „Macie rodzić! To wasza rola i powinność! Oczekuje tego od was Kościół, państwo i partia!” „Masz rodzić, choćbyś miała urodzić trupa lub potwora”.

Odpowiedzią na tę decyzję były wielkie protesty w całym kraju. Czy można się dziwić milionom kobiet, że nie chcą się na to zgodzić, że wychodzą na ulicę protestować? Większość społeczeństwa je popiera, ale partyjno-państwowa propaganda nazywa je cynicznie „aborcjonistkami”, zwolenniczkami aborcji, tak jakby opowiadały się za aborcją dla zabawy i własnej przyjemności, pod wpływem mody czy jakiegoś trendu, które chciałyby narzucić innym. Dla ich stłumienia władza użyła potężnych oddziałów policji, która wykazała się wielką brutalnością, bijąc kobiety pałkami, aresztując je i przetrzymując bez możliwości kontaktu z adwokatem. Jako organ represji został wykorzystany również sanepid, nakładający na protestujące horrendalne mandaty za rzekome nieprzestrzeganie dystansu społecznego. I w ten właśnie kontekst swoją akcją bilardową wpisuje się biznesmen z Raciborza. Co może zrobić? Wyłącznie zaognić sytuację, dolać oliwy do ognia.

Rzekome przesłanie miłości akcji Kłoska znika całkowicie, za to wychodzi na jaw przesłanie PiS i jej prezesa: „Dziel i rządź!”. Co prawda prezes PiS zwrócił się niedawno z orędziem do narodu: „Jesteśmy jedną rodziną”, ale nikt nie wierzy w szczerość jego słów, bo bezustannie sieje i pogłębia rozbrat między rodakami. Dla Jarosława Kaczyńskiego konsensus jest przeżytkiem demokracji liberalnej. Dla niego ważne są podział i napięcia społeczne, które coraz bardziej polaryzują społeczeństwo.  To jest fundament jego polityki. W tym kontekście Mateusz Kłosek okazuje się wielkim sojusznikiem Kaczyńskiego. A prezes takich aktów wsparcia nie zapomina. Polska to dość duży kraj, ponoć w ruinie. By go odbudować, szkoły, urzędy, państwowe firmy potrzebować będą wielkiej ilości materiałów budowlanych, zwłaszcza okien, które firma Mateusza Kłoska jest w stanie dostarczyć w dowolnych ilościach, ale na pewno nie będą to okna na świat, choć na pewno będą pasować do dziury zabitej dechami, jaką staje się nasz kraj.

JERZY KRUK

Zawłaszczanie przestrzeni dyskursu

Czy jest wśród Was choć jedna osoba, która nie widziała tych bilbordów w swoim mieście? Nie wiem, jak wygląda kwestia outdoorowej reklamy we wsiach i małych miasteczkach, ale w dużych miastach one są na każdym kroku. Krzyczą zwłaszcza te olbrzymie na kilkupiętrowych ścianach wieżowców.

Najpierw był obrazek z płodem dziecka w macicy w kształcie serca, potem hasło „Kochajcie się mamo i tato”. Teraz pojawiają się plakaty z częściami ciała nienarodzonych dzieci. Te wszystkie treści są słuszne same w sobie: miłość do dziecka, miłość między rodzicami, a mimo to drażnią. Przez co?

Przede wszystkim z powodu nadawcy. Nie, nie chodzi mi ani o bigoteryjnego biznesmena, który tę akcję finansuje, ani o podpisujące się pod hasłami organizacje. Nadawcą, podmiotem liryczno-propagandowym lansowanych treści — jeśli mogę się tak wyrazić — jest wojujący katolicyzm. Katolicyzm, który krzyczy: „Tylko nasza droga jest właściwa! A kto nią nie idzie, schodzi na manowce cywilizacji śmierci i zepsucia”. Dewocja krzyczy, powiedziałby Norwid. To jest postawa charakterystyczna dla myślenia totalitarnego. „My jesteśmy wszystkim, wy jesteście niczym.”

A po drugie, wszystkie te bilbordy drażnią z powodu swej nachalności. Po co ich aż tyle? Po co takie wielkie? By jeszcze bardziej zawłaszczyć przestrzeń dyskursu. Propaganda w radiu i telewizji, wykupienie lokalnych gazet i czasopism, zamach na wolne media to wciąż jeszcze za mało.

Ostatnia akcja bilbordowa to prawdziwa histeria, jakby w naszym kraju aborcja dokonywana była na każdym kroku i była najbardziej rozpowszechnionym środkiem antykoncepcyjnym. Tymczasem jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. W zeszłym roku oficjalnie dokonano 1100 zabiegów przerwania ciąży, z których większość to była aborcja embriopatologiczna. Ale dla katolickich fundamentalistów to i tak za dużo. W zeszłym roku trybunał odkrycia towarzyskiego warczącego wielkorządcy podważył jej legalność, wysyłając sygnał do kobiet: „Masz rodzić! To twoja rola i powinność! Oczekuje tego od ciebie Kościół, państwo i partia!” Czy można się dziwić milionom kobiet, że nie chcą się na to zgodzić, że wychodzą na ulicę protestować? Większość społeczeństwa je popiera, ale partyjno-państwowa propaganda nazywa je cynicznie „aborcjonistkami” i „zwolenniczkami zabijania dzieci”, tak jakby opowiadały się za aborcją dla swej sadystycznej rozkoszy, czy pod wpływem jakiejś zdegenerowanej mody, którą chciałyby narzucić innym. Niestety, większość członków naszego społeczeństwa popiera też władzę i propagandę partii rządzącej, więc ich emocje nie mają żadnego znaczenia w konfrontacji z decyzjami wyborczymi, które podejmują.

Podobnie z rozwodami. Dla większości osób rozwód jest traumą porównywalną z aborcją. Nikt nie robi ani jednego, ani drugiego dla zabawy, bo to przecież oznacza rozpad małżeństwa, rodziny. Zarówno jedna, jak i druga decyzja podejmowana jest zwykle w sytuacji granicznej, dla ratowania siebie i własnego życia, a często i życia dzieci i rodziny. Ale katoliccy fundamentaliści chcą zakazać jednego i drugiego. „Masz rodzić, choćbyś miała urodzić trupa lub potwora”. „Niechby pił, niechby bił, ale by był!” – to jeszcze do niedawna były zasady, którym się musiały podporządkować kobiety, ponieważ stanowiły fundament życia po bożemu.

W cywilizowanym świecie emancypacja – nie tylko kobiet, ale człowieka w ogóle — doprowadziła do uwolnienia życia jednostek od tych koszmarów. Ale nie w Polsce, bo tutaj takie kulturowe osiągnięcia nazywa się, mówiąc głosem największego duchowego autorytetu narodu, „cywilizacją śmierci”.

Dlaczego oni tak nas nie znoszą? – można by zapytać tych wszystkich przeciwników feminizmu, gender, LGBT, liberalizmu, ekologii, wegetarianizmu. Bo wszystkie te orientacje pokazują, że człowiek może sobie ułożyć szczęśliwe, godne i wartościowe życie bez religii i Boga. No cóż, takie czasy! Religia umiera w konwulsjach terroryzmu (islam) i fundamentalizmu (katolicyzm).

Za komuny mówiło się, że władza dokręca śruby, mając na myśli podwyżki cen i ograniczenia swobód politycznych. Dziś możemy powiedzieć, że władza naciąga strunę. Ale marionetkowy prezydent, marionetkowy premier, marionetkowy rząd i marionetkowy parlament, łamanie konstytucji, naruszanie trójpodziału władzy, kwestionowanie niezawisłości sądów, bezczelny nepotyzm, szkalowanie opozycji, nachalna propaganda sukcesu, sojusz państwa i Kościoła, ograniczenia praw człowieka (zwłaszcza praw kobiet i mniejszości seksualnych), tłumienie manifestacji przy użyciu policji to jest już przeciąganie struny.

Tylko patrzeć jak pęknie. Albo sflaczeje, jak wielki różaniec z balonów, który biznesmen-dewota wypuścił do nieba by wybłagać u Matki Boskiej  zatrzymanie covidowej zarazy.

JERZY KRUK

Pin It on Pinterest