Szekspir

Uwielbiam witać się z Mariką pocałunkiem w samochodzie w pierwszym zaułku, w jaki wjeżdżamy po wyruszeniu spod jej domu. Uwielbiam brać ją w swe objęcia, gdy znajdziemy się wreszcie schowani przed światem w pokoju naszego hoteliku. Uwielbiam z bliska lustrować jej twarz i sprawdzać, czy wszystko jest w niej na swoim miejscu: smutne, nieco wylęknione oczy, przesadnie długie sztuczne rzęsy, perfekcyjne, gotowe do pocałunku usta, napięte w lekkim uśmiechu policzki i najpiękniejsze na świecie piegi. Uwielbiam zdejmować z niej jedna po drugiej części garderoby: bluzkę, spodnie, stanik, majtki. Uwielbiam patrzeć na jej nagie piersi, uwielbiam patrzeć na jej nagą sylwetkę sylfidy. Uwielbiam obejmować ją w talii z niedowierzaniem, że może być tak wąska, i przytulać w tym samym momencie policzek do jej brzucha. Uwielbiam całować ją po brzuchu. Uwielbiam całować ją po piersiach. Uwielbiam całować ją po plecach. Uwielbiam całować ją po pośladkach. Uwielbiam całować ją po nogach. Uwielbiam całować ją po wszystkim. Uwielbiam pokonywanie grawitacji i taniec naszych ciał w stanie nieważkości: twarzą w twarz, twarzą w lędźwiach, twarzą przy plecach. Ja na dole, ona na górze, ja na górze, ona na dole. Uwielbiam napięcie, w jakim mój najlepszy przyjaciel czeka na dalszy rozwój wydarzeń. Uwielbiam swobodę i naturalność jej rozkładających się na boki ud. Mój przyjaciel uwielbia gościnność jej przyjaciółki. Uwielbiam jej pot, uwielbiam jej ślinę, uwielbiam jej śluz. Uwielbiam jej bezgłośne szczytowanie. Uwielbiam rozkosz, którą odczuwam, gdy ona mi uchyla nieba bram. Uwielbiam po wielokroć powtarzać z Mariką to, co uwielbiam. Uwielbiam ciszę, w której z błogim spokojem wracam na ziemię. Uwielbiam znajdować czekającą tam na mnie w błogim spokoju Marikę.

Układam się z nią na boku, tak jak najbardziej lubię, podciągam jej nogi do swojej głowy, a ona splata za nią stopy w kołyskę. Moszczę się w niej jak dziecko, a zarazem jak ptak w gnieździe, który chroni swoje małe — palce jej małych stóp. Patrzymy sobie w oczy nieruchomym wzrokiem. Biorę jej lewą dłoń w swoją prawą, delikatnie przyciągam do ust i całuję najczulej, jak potrafię, po grzbietowej stronie palców. Raz… dwa… trzy… cztery… pięć. Długie i głębokie, najczulsze: pięć. Przyciskam ją delikatnie do swego policzka. Palce Mariki rozumieją bez słów, że to jest moja prośba o głaskanie brody, i automatycznie, czule i powoli wykonują ruch w kształcie znaku nieskończoności: raz grzbietem, raz wnętrzem. Raz wnętrzem, raz grzbietem.

Marika splata swój wzrok z moim spojrzeniem, a ja powoli, wyraźnie, z długimi przerwami zaczynam recytować: Późną porę roku we mnie już dostrzeżesz, co liście pożółci, nim je z drzew postrąca, abyś mogła dojrzeć wśród nagich gałęzi, że puste już gniazda ptaków śpiewających. Dnia zobaczysz we mnie cichutkie zmierzchanie, co hen za widnokrąg spycha tarczę słońca; gdy zgaśnie, już tylko noc czarna nastanie, ulgę niosąc we śnie, który nie ma końca. Dopatrzysz się we mnie, jak ogień dogasa na stosie popiołów spalonej młodości, przez to, czym się sycił w swych najlepszych czasach pożarty do szczętu, bez żadnej litości. Niechaj więc twe serce mocniej kochać łaknie wszystko, czego wkrótce niechybnie zabraknie.

Kończę i wpatruję się nieruchomym wzrokiem w nieruchome oczy Mariki. Śledzę jej spokojny oddech. Piękne — mówi. Ale i trudne. To Szekspir. Sonet siedemdziesiąty trzeci. Natknąłem się na niego ostatnio. Od razu wydał mi się piękny i głęboki i zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale też coś mi chrzęściło w jego tłumaczeniu. Zajrzałem więc do internetu i znalazłem kilkanaście różnych tłumaczeń, zarówno znanych tłumaczy, jak i młodych amatorów poezji i sztuki translatorskiej, a tam: artystyczny bełkot, jakby nic nie zrozumieli. Ja wiem, że staroangielski i sam Szekspir nie są łatwe i że tłumaczenie takich tekstów na język obcy musi być bardzo trudne. Trzeba zachować czternastowersowy rymowany układ tekstu, charakterystyczny dla klasycznego sonetu, ale przecież nie można się w tym pogubić i zapomnieć sensu. A oni wszyscy zapomnieli o sensie wiersza. Koncentrują się na nic nieznaczących szczegółach: opisie jesieni, konarach drzewa, pejzażu z ruinami klasztoru… Krytycy też w to brną i popisują się swoją erudycją, nawiązując do historii Anglii kształtowanej przez Henryka VIII, który walcząc z Kościołem rzymskim, zlikwidował w Anglii klasztory. Boże drogi, cóż za bzdura! Gdzie jest w tym wszystkim Szekspir! Gdzie jest literatura!

Widzę, jak moje pytania odbijają się w oczach nieco zdezorientowanej Mariki, która ma prawo czuć się jak studentka na sali wykładowej. Przeniosła dłoń do swojej brody, pociera ją od dołu kciukiem, a od góry zgiętym palcem wskazującym, pomagając sobie w osiągnięciu stanu skupienia, które rysuje się na jej ściągniętym czole. Wyobrażam sobie, że przechadzam się po sali wykładowej; studenci notują z pochylonymi głowami, a ona jedna, odłożywszy długopis i podniósłszy głowę, wpatruje się we mnie i wsłuchuje się w moje słowa, pokazując, że tylko ona zrozumiała, że nie czas teraz na notowanie, tylko na wnikliwe słuchanie, by uchwycić sedno sprawy. Czemu nie jest na odwrót? Czemu jest tutaj ze mną, a nie na sali wykładowej?

(…)

Uspokojona Marika patrzy na mnie, jakbym jej właśnie wręczał wielki bukiet róż. Posłuchaj raz jeszcze. Odrzućmy wszelkie decorum, które służy wyłącznie do zachowania formy sonetu, i skoncentrujmy się na tym, co on do niej mówi. Zobacz, co z tego zostanie. I nie odrywając wzroku od oczu Mariki, deklamuję wypreparowany szkielet sonetu Szekspira.

Późną porę roku we mnie już dostrzeżesz,
Dnia zobaczysz we mnie cichutkie zmierzchanie,
Dopatrzysz się we mnie, jak ogień dogasa.
Niechaj więc twe serce mocniej kochać łaknie
Wszystko, czego wkrótce niechybnie zabraknie.

Marika wpatruje się w moje oczy spojrzeniem, którego sens nauczyłem się rozumieć jak specjalista od czytania z ruchu warg. To nie jest tępy stupor. Jej lekko przymrużone powieki, lekko załzawione gałki oczne, lekko napięte i zaczerwienione policzki i lekko uśmiechnięte usta mówią: Piękne. Mądre. Podoba mi się, bardzo. Podziwiam cię za twoją wiedzę i pamięć. Kocham cię za to, co do mnie mówisz. Kocham cię za to, jak ze mną rozmawiasz, ale ja naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Nie gniewaj się na mnie za to, proszę. Pokrywam więc jej milczenie potrójnym pytaniem: Dostrzeżesz? Zobaczysz? Dopatrzysz się we mnie? Marika ze łzami w oczach zbliża swoje usta do moich, składa na nich muśnięcie motyla i z czułością wypowiada moje imię.

Inne nastolatki mają to w szkole albo na studiach — mówię, wyrównując oddech i powstrzymując się przed rozpłakaniem się ze wzruszenia. W ten sposób próbuje się je kształcić do rozumienia sensu życia i literatury, a ty musiałaś spotkać starzejącego się mężczyznę, żeby ci to wszystko wyłożył. Marika ujmuje swoją ręką moją dłoń, podsuwa ją sobie do ust, delikatnie całuje moje palce i mówi: Nie chcę, żeby żaden pan ani żadna pani od literatury wykładali mi Szekspira. Mam najlepszego nauczyciela na świecie.

Podnoszę się i opieram plecami o wezgłowie łóżka. Zdecydowanie biorę swoją studentkę w ramiona i zachłannie przywieram ustami do jej ust. To nie jest pieszczota delikatna jak dotyk motyla. Mocniej dziś całować łaknę wszystko, czego wkrótce niechybnie zabraknie.

A może mielibyście chęć przeczytać rozdział o Szekspirze i samą powieść w całości? Znajdziecie je tutaj:


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *