Marika jak Lolita

Marzy mi się, aby imię Mariki odmieniano w literaturze na tyle sposobów, na ile odmienia się w niej imię Lolity.

Nie mam nawet z kim podzielić swojego bólu. I nagle wpadam na pomysł, że może jednak poszukam kogoś wśród swoich starych przyjaciół. Lolitę po raz pierwszy czytałem ze trzydzieści lat temu, z niezdrowym podekscytowaniem skandalem, jaki wywołała historia związku czterdziestokilkuletniego mężczyzny z o trzydzieści lat młodszą dziewczynką, a potem, przed kilku laty, pokłóciłem się o tę książkę ze swoją przyjaciółką. Do dziś grają we mnie emocje wywołane tym sporem. Sięgam więc po Lolitę ponownie. Humbert Humbert jest na pewno kimś, kto mnie zrozumie. I nie zawodzę się. Czytając Nabokova po raz drugi, wolny od kulturowych i seksistowskich uprzedzeń, znajduję w jego książce to, co chyba zamierzał w niej zawrzeć. Lolita wydaje mi się teraz piękną i liryczną opowieścią o miłości. Chyba z dziesięć razy czytam fragment opisujący ostatnie spotkanie Humberta Humberta z Lolitą, który wypreparował swoje uczucie do niej z seksualnego pożądania i dopiero teraz widzi jasno i wyraźnie, że jest ono czystą miłością. Nie chorym pożądaniem dorastającej dziewczynki przez nieuleczalnego pedofila, lecz miłością, która wyrosła ze spotkania dwóch egzystencji i która chciałaby się zmaterializować w realizacji marzenia o wspólnym życiu. I ze łzami w oczach — ponoć tak samo, jak robił to sam autor Lolity — kontempluję beznadziejną samotność Humberta, który pyta Lolitę o swoją rolę w jej życiu jako mężczyzny, a ona mu odpowiada, że owszem, był dobrym… ojcem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *