Fragment IV – Kazanie księdza Jana (ok. 22 minuty czytania)

Nie wiem, czy będę potrafił słowo w słowo odtworzyć kazanie księdza Jana. Pewnie nie, bo do tego trzeba by mieć jego dar słowa, którego ja nie posiadam, ale może mi się uda przekazać sens tego, co usłyszałem i zobaczyłem.

– Dobrze wiecie, że niedaleko od nas kilka lat temu powstał ośrodek dla cudzoziemców. Gdy go otworzyli, nikomu to się nie podobało. Ludzie mówili, że przesiedleńcy dostawali więcej kieszonkowego niż nasi bezrobotni na życie w ogóle, a oni mieli przecież zapewniony dach nad głową, wikt i opierunek. Ale im jeszcze było mało. Podobno chodzili nocą po wsiach i kradli owoce. Ludzie mówili, że w promieniu dziesięciu kilometrów na drzewach nie było ani jednego jabłka. Widocznie brakowało im witamin, że mieli tak wielki apetyt na owoce – mówi ksiądz Jan z uśmiechem.

Ludzie pojmują jego ironię i też się uśmiechają, Rozglądają się po sobie i kiwają z uznaniem głowami na znak, że ksiądz dobrze mówi. A wtedy on zwraca się do nich przyciszonym głosem:

– A ja się was pytam: Dlaczego oni pod osłoną nocy chodzili po sadach i kradli te jabłka? Jak myślicie? Dlaczego? Czy dostali za małe wsparcie? Źle im ustawiono dietę? – z twarzy parafian znikają uśmieszki i zalega cisza jak makiem zasiał.

– Nie! – odpowiada ksiądz sam sobie, pełnym głosem, ale bez krzyku, za to szorstko, z naciskiem. – Oni przyszli do nich, bo tamci do nich nie poszli. Nie zanieśli im tych jabłek. A powinni je zebrać i zanieść je im bez pytania, a właściwie z pytaniem: Czy nie potrzebujecie czegoś więcej? Ale nie! Oni lamentują: złodzieje nas nachodzą. I co im ukradli? Te jabłka czy śliwki, których oni by i tak nie zebrali? Bo za tanie, bo im się nie opłaca, bo im się nie chce, bo i tak nie mają z nimi co zrobić?

 Za oceanem jest wielki kraj. Wielki i bogaty, zbudowany na zbrodni i wyzysku. To jest właściwie kontynent. Zza wielkiej wody przybyli tam przybysze z innego kontynentu i wymordowali miejscową ludność. Wyrżnęli miliony mężczyzn, kobiet i dzieci. Zagarnęli ich ziemie, ale ziemi było tak dużo, że nie byli w stanie jej obrobić. Wybrali się więc na jeszcze inny kontynent, by wyłapać ludzi do pracy. Uczynili ich swoimi niewolnikami. Zakuli ich w kajdany i przewieźli za ocean. Miliony mężczyzn, kobiet i dzieci. Połowa z nich nie przeżyła podróży i zmarła w zatłoczonych ładowniach. Ci, co przeżyli zostali batem zapędzeni do pracy na plantacjach bawełny i trzciny cukrowej.  Harowali od świtu do zmierzchu, przez pokolenia. Tak, mieli dzieci, ale ich dzieci czekał taki sam los co rodziców. Niewolnicy płodzili niewolników. Dzieci nie chodziły do szkoły, nie uczono ich czytać ani pisać. Uczono ich tylko, jak zbierać bawełnę i trzcinę.

Na początku dziewiętnastego wieku zniesiono niewolnictwo w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej i w Imperium Brytyjskim, ale nie w USA, bo ten wielki kraj czerpał z niewolnictwa tak duże zyski, że nie chciał się pogodzić z ich utratą. Nastąpiło to dopiero w 1863 roku i to w wyniku wyniszczającej kraj wojny domowej. Murzyni, bo to przecież oni w większości byli niewolnikami,  uzyskali wolność, mogli pójść, dokąd chcieli, ale z czym? Ale jak? Nie dostali żadnych odpraw, żadnych zaległych wypłat ani podziękowania, ani błogosławieństwa. Od samego początku zostali skazani na życie w nędzy i najgorzej płatną pracę. Jeszcze przez sto lat czarnoskóre i białe dzieci nie mogły się uczyć w tych samych szkołach. Ba! Kościoły mieli nawet oddzielne. Chrześcijańskie! A czarny musiał białemu ustępować miejsca w autobusie. Po stu latach sytuacja czarnych nieco się polepszyła, państwo stało się bogatsze, ale i tak tylko nieliczni przebijają się do elity. Chyba wiecie, że czarnoskóry nawet został prezydentem tego potężnego kraju? – Wierni uśmiechają się, że i oni wiedzą coś o świecie.

Ale już mają nowego prezydenta. Czerwonoskórego. – Ludzie znów z uśmiechem rozglądają się po sobie. – Nie, nie Indianina, tylko blondyna o jasnej karnacji skóry. Ale on nie lubi czarnych, ani czerwonych, żółtych zresztą też nie. Obraża ich, ale znajduje miliony popleczników, którzy go popierają. Ich kraj stał się nieprawdopodobnie bogaty, tak bogaty, że niektórzy ludzie wariują od pieniędzy, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Budują sobie pałace, kupują po sto samochodów, jachty i z tego nienasycenia potrafią się wykoleić, upaść na dno lub stracić życie z przedawkowania narkotyków. Nic dziwnego, że do tego Eldorado ciągną ludzie z całego świata, a najbardziej z krajów, w których toczy się wojna. Najwięcej ich jednak napiera z południa, z biednego Meksyku. I ten czerwonoskóry prezydent o białych włosach obiecał swoim wyborcom, że powstrzyma ten napór. Bo po co im te miliony biednych? „Zbuduj mur, zbuduj mur” – krzyczeli na jego wiecach. W większości to byli ludzie, którzy identyfikowali się jako chrześcijanie. „Zbuduj mur” – woła dzisiejszy chrześcijanin. Ci, co chcą się dostać do środka to też chrześcijanie, więc ich bracia i siostry, powinni więc wołać „Otwórz bramy”, „Podzielmy się naszym bogactwem”, ale nie, oni wołają „Zbuduj mur”. Czy to jest postawa chrześcijańska? Czy tak nauczał Jezus? Ci ludzie może i nawet chodzą co niedzielę do kościoła, ale pewnie do takiego, do którego czarny nie ma wstępu albo co najmniej jest tam niemile widziany. Czy zatem, aby być chrześcijaninem, wystarczy  chodzić do kościoła? Czy bycie chrześcijaninem polega na tym, by raz w tygodniu odbębnić tę godzinę na mszy świętej? A potem odgradzać się murem od innych, bo czarny, bo Żyd, bo uchodźca? Jak myślicie? Rozważcie to w swoich sumieniach.

Dzisiejsze czytanie Ewangelii jednoznacznie odpowiada na to pytanie. Gdy pewien uczony, chcąc wystawić Pana Jezusa na próbę, pyta Go: „Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, Jezus odpowiada mu pytaniem, jakie przykazanie znajduje w tej kwestii w Piśmie Świętym, a on odpowiada: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jednak uczony pyta dalej: „A kto jest moim bliźnim?” Słowo bliźni w sensie najściślejszym może wskazywać na bliźniaka. Bliźni to mój brat lub moja siostra, z którą byłem w łonie matki, a w sensie szerszym, to ktoś podobny do mnie, taki sam jak ja: mój sąsiad, mój krajan, mój współwyznawca. Inni są obcy. Jednak następne słowa Jezusa nie pozostawiają wątpliwości. Przytacza on przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Kim byli Samarytanie? To był lud, do dziś zresztą jest, który zamieszkiwał tereny na pograniczu dawnej Palestyny. Choć Samarytanie etnicznie, kulturowo i religijnie spokrewnieni byli z Żydami, nie byli przez nich uważani za żydów, ani przez małe, ani przez duże „Ż”. Żydzi odmawiali im przynależności do ludu Izraela i udziału w wyznaniu mojżeszowym. To byli obcy. Kseno, jak powiedzieliby Grecy. Barbarzyńcy. Jezus opowiada o człowieku w potrzebie, którego pobili zbójcy i na wpół umarłego pozostawili na pastwę losu. Przypadkiem przechodził tą drogą kapłan, taki ksiądz jak ja czy ksiądz wikary – ksiądz Jan puszcza do mnie oko – tylko że żydowski; zobaczył go i minął. Tak samo zachował się lewita, czyli ktoś przeznaczony do służby w świątyni – kościelny, organista czy członek rady parafialnej, powiedzielibyśmy dzisiaj. Albo po prostu osoba bardzo religijna, która często przebywa w kościele – wyjaśnia ksiądz Jan nonszalancko i wraca  do biblijnej opowieści tonem wytrawnego gawędziarza: –  Zobaczył go i minął. – I jak zawodowy aktor buduje napięcie za pomocą pauzy. – Ale przechodził tam również pewien Samarytanin, czyli ktoś obcy, inny, kseno, barbarzyńca. Gdy zobaczył rannego, wzruszył się głęboko, podszedł do niego i opatrzył mu rany, posadził na swoim osiołku, zawiózł do gospody, czyli schronienia dla podróżnych, oddał pod opiekę gospodarza i mu z góry za nią zapłacił.  – Ksiądz Jan mówi tak, że w oczach słuchających powstają żywe obrazy. – I jeszcze mu przykazał, by go dobrze pielęgnował, i obiecał mu, że jeśli poniesie większe koszty, on mu je wyrówna, gdy będzie wracał. „Który z tych trzech okazał się bliźnim człowieka w potrzebie?” – pyta Jezus. – Długa pauza. – Zauważyliście to? Pyta Jezus. To nie sa moje słowa. To sa słowa Pana naszego Jezusa Chrystusa: „Który z tych trzech okazał się bliźnim – to słowo ksiądz Jan wypowiada głośno i z naciskiem – człowieka w potrzebie?” Czy kapłan i człowiek pobożny, którzy niemal bez przerwy przebywają w świątyni, a odwracają wzrok od człowieka w potrzebie, czy obcy, który okazał mu pomoc? Odpowiedź jest jednoznaczna. I przykazanie Jezusa też – Ksiądz Jan znów stopniuje poziom głośności swojego głosu i napięcia słuchających i mówi z największą łagodnością: – „Idź, i ty czyń podobnie”.  I to też nie są moje słowa. To mówi do nas Jezus Chrystus.  „Idź, i ty czyń podobnie” – znów cicho, łagodnie, kojąco, jak maść na rany. I dalej też spokojnie, łagodnie: „Zbuduj mur, uchodźcy roznoszą zarazki, nie chcemy ich tutaj” to nie są słowa chrześcijanina, to nie są słowa Ewangelii. To są słowa szatana. Rozważcie więc, czy się go naprawdę wyrzekliście, czy słuchacie jego podszeptów.

Jest jak najdoskonalszy dyrygent, von Karajan czy Bernstain z tych jego czarnych płyt, z wirtuozerią kierujący orkiestrą i emocjami słuchaczy. Ksiądz Jan robi długą przerwę. Nie mówi w próżnię, lecz zwraca się do nich osobiście. Podnosi wzrok i próbuje każdemu po kolei spojrzeć w oczy, ale oni spuszczają wzrok. Tylko nieliczni trzymają głowę prosto i odpowiadają na spojrzenie księdza łagodnym uśmiechem.

– Czy wzięliście sobie do serca słowa Ewangelii o tym, co będzie na Sądzie Ostatecznym? Że  Syn Boży oddzieli jednych ludzi od drugich? Jednych postawi po prawej, a drugich po swojej lewej stronie? I odezwie się do tych po prawej: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;  byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem –  ksiądz wypowiada te dwa słowa głośno i z naciskiem, niemal na granicy krzyku – a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”. A kiedy oni Go spytają: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? Spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? Lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?”,  Chrystus im odpowie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” – ksiądz Jan znów szuka wzrokiem podniesionych twarzy, ale nawet w oczach tych, co mają siłę znieść siłę jego spojrzenia, stają łzy. Niektórym ciekną po policzkach. – Ksiądz Jan przeciąga jeszcze przez chwilę milczenie i zmienia ton, jakby wypowiadał przestrogę:

– A potem Chrystus odezwie się do tych po lewej stronie – i to już nie jest przestroga, lecz surowy wyrok Najwyższego Sędzi, który ksiądz Jan wypowiada, zataczając lewym palcem wskazującym łuk przez cały kościół i zastygając  z wciągniętą ręką i wyprostowanym palcem w pozie wskazującej na boczne drzwi do kościoła: – „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” – Bierze głęboki wdech i wydech i znów wraca do łagodnego tonu, bez przestrogi, bez groźby, jak gdyby wyrażał  skargę i żal bezbronnego – „Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść – pauza – byłem spragniony, a nie daliście Mi pić – ksiądz cedzi każde zdanie. – Byłem przybyszem – znów nacisk na to słowo –  a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie” – płaczą już wszyscy, nawet ja niby to się drapię w brew, a przy okazji ścieram palcem łzę z oka. Znów pauza, a po niej werdykt wygłaszany tonem łagodności i rezygnacji; nie tak, jak surowy sędzia grzmi na skazańca, lecz jak wyrozumiały rodzic przemawia do uznającego swą winę i wyrażającego skruchę dziecka:

– Pan Bóg nie spyta was na Sądzie Ostatecznym, ile godzin przesiedzieliście w kościele, ile tajemnic różańca odmówiliście, ile modlitw odklepaliście, ile daliście na tacę, bo to są gesty faryzeuszy, tylko spyta was o jedno – pauza, długa pauza – Coście uczynili  swoim bliźnim?

Ksiądz Jan znów daje chwilę, by otrzeć łzy płaczący mogli i mówi do nich z perswazją, ale wciąż łagodnie: 

– Nie wierzcie fałszywym prorokom, którzy każą wznosić mury i zamykać bramy przed potrzebującymi, którzy mówią, że obcy, uciekając od wojny,  przynoszą tylko przestępczość i roznoszą zarazki. Tak, jakbyśmy my ich nie roznosili – wtrąca z lekką drwiną. – Kiedy twoje dziecko zetknie się z grypą w przedszkolu, przychodzi chore do domu, samo choruje i zaraża całą rodzinę, to zamykasz przed nim drzwi? Nie. Pielęgnujesz je i leczysz.  „Bo byłem chory, a odwiedziliście mnie”. Dlaczego przez tyle lat w Ameryce i RPA istniała segregacja rasowa? Dlaczego czarni nie mogli korzystać z tych samych co biali  miejsc w środkach komunikacji publicznej,  salach koncertowych, dworcowych poczekalniach? Dlaczego nie mogli korzystać z tych samych co biali  szkół, szpitali, a nawet kościołów? Bo byli brudni, mówili rasiści, bo roznosili zarazki. Ci fałszywi prorocy, którzy zamykają bramy przed potrzebującymi i odwracają się od chorych i rannych, nie wyznają nauki Chrystusa, choć modlą się na pokaz i niemal nie wstają z klęczek. Oni są jak ten kapłan i lewita, którzy bezustannie przebywają w świątyni, a odwracają wzrok od człowieka w potrzebie.

Po czym zdaje się, że zmienia temat, ale to tylko pozory, bo ja już wiem, że uderzy jeszcze mocniej:

– Największy zbrodniarz ludzkości, którego nazwiska brzydzę się wymawiać, w imię czystości narodu postanowił zabić wszystkich Żydów we własnym i w podbitych przez siebie krajach. Najpierw pozamykano ich w gettach, by oddzielić od nich przedstawicieli ras wyższych. Ale już podczas tej wstępnej segregacji zabijano ich na miejscu strzałem z karabinu, uderzeniem pałką w głowę albo trując ich spalinami samochodowymi. Okazało się jednak, że aby unicestwić ich wszystkich, tak dużo ich było, trzeba było wynaleźć przemysłowe metody zabijania. Zbudowano więc prawdziwe fabryki śmierci, do których zwożono ich z całej Europy pociągami. Z Amsterdamu, z Paryża, z Wiednia, Hamburga i Berlina, z Łodzi i Warszawy,  z Pragi i Budapesztu, i nawet z Salonik w Grecji. Wyobrażacie sobie taką podróż z Salonik do Oświęcimia? Grecja-Polska? Albo z Włoch czy nawet z Norwegii? W nieogrzewanym, bydlęcym wagonie? Ludzie stłoczeni, że szpilki nie ma gdzie wetknąć? Mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, matki z niemowlakami przy piersi? Kobiety w ciąży? Bez toalety? Z jednym bochenkiem czarnego chleba na całą podróż? Bez wody? I w jakim celu? By ich zagazować, a ich ciała spalić w krematoriach – pauza na zaczerpnięcie powietrza, jak przy zabawie w podtapianie.

– A teraz wyobraźcie sobie podróż z Afryki przez Atlantyk do Nowej Ziemi. W statku zbudowanym specjalnie do przewozu black cargo. Wyobraźcie sobie afrykańskich niewolników poukładanych pod pokładem jeden przy drugim w kilu piętrach. Nie mogących nawet wstać i wyprostować ciała. W sztormie. Skutych łańcuchami – znów pauza. – Papież Jan Paweł Drugi, podróżując po całym świecie, odwiedzając chrześcijan we wszystkich zakątkach Ziemi, odwiedzał także miejsca ludzkiej hańby. Na pewno widzieliście to w telewizji. Co czuł, modląc się w celi śmierci w Oświęcimiu? – spróbuj  nie płakać. – Albo w lochach twierdzy na wyspie Goree w Senegalu, skąd wysyłano za Atlantyk żywy towar? Czy chrześcijanin, wypowiadając słowo „Żyd” albo „Murzyn”, może czuć coś innego niż on? Jeśli nie czuje tego samego bólu, co nasz wielki papież, to czy wciąż jeszcze jest chrześcijaninem? Zwłaszcza jeśli zamiast tego bólu i współczucia nasuwają mu się inne skojarzenia: obcy, inny, gorszy? To samo dotyczy Cyganów, homoseksualistów, chorych umysłowo, których hitlerowcy w imię czystości rasy i narodu zabijali lub zamykali w obozach koncentracyjnych. Zastanówcie się więc, bracia i siostry – ksiądz Jan nie bał się w podniosłych momentach używać tego, zdawałoby się zarezerwowanego już tylko dla literatury epistolarnej, jak sam by powiedział, zwrotu – czy sądząc, że  ci ludzie są kimś gorszym od was, wciąż jesteście chrześcijanami? Jeśli nie miłujecie bliźniego swego, jeśli odwracacie wzrok od człowieka w potrzebie, a zamiast tego uzyskujecie dobre samopoczucie odbębniając tę godzinkę na niedzielnej mszy świętej, nie jesteście w duchu chrześcijanami, lecz zachowujecie się jak ten bezduszny kapłan i lewita, co całymi dniami przesiadywali w świątyni, a nie widzieli cierpienia ni potrzeb drugiego człowieka. To nie jest chrześcijaństwo. To jest faryzeizm.

Ludzie po mszy wychodzili zdruzgotani. Ksiądz Jan zresztą także. Zwykle po takich wystąpieniach długo dochodził do siebie. Gdy wracał na plebanię, zazwyczaj przepraszał, że nie będzie jadł obiadu i zamykał się w swoim pokoju do wieczora. Leżał na łóżku w sutannie i w butach, był tak wyczerpany, jakby przebiegł maraton.

Fragment III – Dobry dotyk (ok. 2 minuty czytania)

Mogę tak sobie posiedzieć tutaj? W salonie? Koło księdza i poczytać? Dobrze wiedziała, jak bardzo to lubię. Górne światła zgaszone, tylko lampki w oknach świecą. Z daleka widać, że ktoś jest w domu, ale co się dzieje w środku – nie widać. Żeby to zobaczyć, trzeba by przystawić nos do szyby. Ona i ja w fotelach, z daleka od siebie, każde z nas pod swoją lampą. Od czasu do czasu rzucamy na siebie spojrzenie i posyłamy sobie serdeczny uśmiech, ona – niewinny, radosny, pełen podziwu i ufności, ja – z łezką wzruszenia, pełen zachwytu, miłości. Zrobię nam herbatę. Ja księdzu zrobię. Siedź i czytaj, nie jesteś moją służącą. Więc siedzi i czyta. Zwykle w spodniach od dresu albo leginsach, z podkulonymi nogami, zwinięta w kłębek jak kotek. Przedziera się przez tekst, bo niełatwy. Nie prześlizguje się po nim, chyba, że się zamyśli, więc czyta bezmyślnie, ale gdy się na tym łapie, zawsze wraca, przewraca kartki wstecz, czyta drugi raz w skupieniu.

Czasem oddech jej staje się nierówny, pozrywany, głośno wypuszcza powietrze przez nos. Od razu widzę, że nie może się skupić. Gdy powodem jej rozproszenia jest tekst, proszę, by przeczytała na głos ze zrozumieniem. Pomaga. Ale gdy powód jest inny, podnosi się ze swego fotela, podchodzi do mnie i siada mi na kolanach. Obejmuje mnie ramieniem za szyję. Nie mogę się skupić, proszę księdza. Sięga po moją dłoń i wsuwa pomiędzy nogi, by mi pokazać, jakie mokre ma leginsy. To owulacja. Odciąga obie gumki, leginsów i majtek, a ja łagodnie wsuwam się pod nie swoją ręką. Jak tylko mogę, przedłużam jej wędrówkę po tym pagórku gęsto zalesionym, by palcem wyszukać kamyczek ukojenia. Czasami, gdy dłoń mi się wsunie między leginsy a majtki, odchylam ich materiał i sunę do jej kamyczka od dołu, jarem, gdzie wilgotna  ścieżka się szerzy. Nie trwa długo, zwykle kilka ruchów wzdłuż i wszerz, czasem dookoła, dwie minutki, trzy, by Tereska dotarła do cichej zatoki ulgi. Gdy dociera do brzegu, zwykle przysuwa swe usta  do mego ucha, bym mógł poczuć poszum wiatru w jej pragnącym spokoju oddechu. I zwykle, by nie wydać głośnych westchnień, zaciska zęby na krawędzi mojej drugiej dłoni albo zatyka swoje usta moimi ustami, przywierając do nich mocno.

To był dobry dotyk, proszę księdza, mówi mi na odchodne i jak gdyby nigdy nic wraca na swój fotel i kontynuuje przerwaną lekturę z rumieńcami na policzkach.

Fragment II – Goethe i Schiller (10 minut czytania)

O ile Tereska zwykle skakała po kuchni jak pchełka, o tyle dziś fruwała przy stole jak jaskółeczka i szczebiotała jak skowronek. Żywe srebro – powiedział ksiądz wikary z błyskiem w oku i z trudem tłumionym lubieżnym uśmiechem na ustach, gdy obsługiwała nas przy obiedzie. Szczere złoto, poprawiłem go z pełnym zachwytu uśmiechem i łezką wzruszenia w oku. Po obiedzie przenieśliśmy się do kominka i zapadliśmy w głębokie zagłębienia foteli. Może rozpalę, spytałem, ale wikary odpowiedział, że nie ma potrzeby. Majowy chłodek podwieczoru jest tak samo przyjemny jak ciepełko południa. Tereska podała nam kawę, z gracją gejszy przykucając przy stawianiu filiżanek na niskim stoliku. Uważała, zwłaszcza podając ją mnie, by się nie pochylić i nie wypiąć pupy na mojego gościa, chociaż on chyba nie miałby nic przeciw temu. Zawsze podziwiałem, jak w mig chwyta moje uwagi i reprymendy i nigdy nie powtarza wytkniętych raz błędów. Jednak podając filiżankę księdzu wikaremu, odwrócona do mnie tyłem, nie była już taka taktowna. Odetchnąłem, gdy wreszcie zostaliśmy sami.

Słyszę ją, jak stuka talerzami przy zmywaniu. Właściwie powinienem był kupić zmywarkę, pomyślałem, ale wiedziałem też, że nie spodobałoby się to moim parafianom, obchodzącym się na co dzień bez takich luksusów, zwłaszcza, że miałem bezpłatną pomywaczkę, i to niejedną. Wchodzę do kuchni i siadam przy stole. Składam dłonie ze sobą i podpieram brodę wyprostowanymi kciukami. Dziękuję ci za obiad, był bardzo dobry. A ona na to, odwracając się przez lewe ramię: Szczęśboże, z pogodnym uśmiechem. Wyjmuje talerze z suszarki do naczyń, wyciera je suchą ściereczką i wstawia do kredensu. Muszę się księdzu pochwalić. Wstaję od stołu i podchodzę do zmywaka. Ja też nie mogę się doczekać, aż wyjawi mi powód swego szczebiotu. Wygrałam w szkole konkurs z niemieckiego, pojadę na olimpiadę. Zuch dziewczynka, mówię z uśmiechem. Rejonową, a jak mi się uda, to może i dalej. Ach, młodości! – wzdycham, chłonąc radosne spojrzenie jej niebieskich oczu, ty nad poziomy wylatuj! Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga – odpowiada mi figlarnie przekręcając głowę. Łam, czego rozum nie złamie. Hasło, odzew, odzew na odzew. Tereska zdejmuje bawełniany fartuch i odwiesza go na haczyk z boku kredensu. Przez cienką bawełnianą bluzkę prześwituje jej biały stanik. Przytrzymuję się wzrokiem jej spojrzenia, by mi nie opadł, dając jej poznać, że i co zauważyłem. Ona chyba jednak nie zauważa mej konfuzji ani tego, że kurczowo wpatruję się w jej oczy. A ksiądz zna niemiecki? Trochę. To niech ksiądz coś powie. Nie wypuszczamy swych spojrzeń z łagodnego uścisku. Ach… wzdycham, habe ich nun Philosophie, Juristirei und Medizin und leider auch Theologie durchaus studiert, mit heißem Bemühn. Zaczynam recytować nasycając swe spojrzenie teatralnym wyrazem rezygnacji, aż w końcu wbijam w jej oczy kamienne ostrze swego wzroku: Da steh ich nun, ich alter Tor! Und bin so dumm als wie zuvor. Tereska popada w całkowity stupor, jakby to nie ksiądz, lecz Bazyliszek przebijał ją swym wzrokiem. Łagodzę uścisk swego spojrzenia i moja twarz powoli wypełnia się coraz bardziej rozpogadzającym się uśmiechem. Heiße Magister, heiße Doktor gar und ziehe schon an die zehen Jahr herauf, herab und quer und krumm meine Schüler an der Nase herum. Wyciągam prawą dłoń w kierunku jej twarzy, lekko chwytam jej nosek dwoma palcami i delikatnie jej go ucieram. Tereska odpowiada mi uśmiechem zaskoczenia. Und sehe, dass wir nichts wissen können! Teraz teatralnie wybałuszam oczy. Das will mir schier das Herz verbrennen. Zwar bin ich gescheiter als all die Laffen, Doktoren, Magister, Schreiber und Pfaffen. Mich plagen keine Skrupel noch Zweifel, fürchte mich weder vor Hölle noch Teufel, cedzę ostatnie słowa niby głosem czarnoksiężnika. Ale numer, Tereska rozdziawia swoją buźkę w geście zaskoczenia. Może ksiądz jeszcze raz? Powoli? Habe studiert. Studiowałem, tłumaczy Tereska na głos. Philosophie, Juristerei und Medizin. Filozofię i medycynę. Ju-ris-ti-raj? Jura, mówię, Jurist? Dziennikarz? Nie, nie… ten, no… prawnik. Dobrze. A Jura? Prawo? Uhu. Juristirei? Prawoznawstwo? Może być! Und leider auch Theologie. Leider? – pyta Tereska. Leider, odpowiadam. Mit heißem Bemühn. Z gorącym… – zawiesza głos. Trudem, z wielkim zapałem, podpowiadam. Da steh ich nun, ich alter Tor! Stara brama? Brama to das Tor. Der Tor to głupiec. Aha! Tereska wyraża zaskoczenie cichym mruknięciem. Und bin so dumm als wie zuvor. I jestem tak głupi jak przedtem? Lekko kiwam głową.

To Schiller? Wychodzę do biblioteki, wyszukuję grube tomiszcze Fausta i przynoszę Teresce do kuchni. Goethe, mówi Tereska, patrząc na wytłoczony na płóciennej oprawie tytuł. W książce tkwi kilka zakładek. Otwieram książkę mniej więcej w połowie grubości i podaję Teresce. Czyta na głos, od razu próbując znaleźć odpowiednią teatralną modulację.

Przestudiowałem wszystkie fakultety,
Ach, filozofię, medycynę, prawo
I w teologię też, niestety,
Do dna samegom wgryzł się pracą krwawą –
I jak ten głupiec u mądrości wrót
Stoję – i tyle wiem, com wiedział wprzód.
Zwę się magistrem, ba, doktora tytuł
Mam i lat dziesięć z górą, do przesytu
I tak, i wspak, i w skos, po krętej drodze
Tam i z powrotem uczniów za nos wodzę,
A wiem, że wiedzieć nic nam nie jest dano!
Myśl ta w mym sercu wieczną gore raną.
Wprawdziem mądrzejszy jest od tych jełopów,
Doktorów, skrybów, magistrów i popów,
Obca mi zwątpień i skrupułów męka,
Diabła ni piekła grozy się nie lękam 

Ale numer, mówi. Nauczę się na pamięć. W obu językach. A Schillera ksiądz też zna?

Ich weiß nicht, was soll es bedeuten, dass ich so traurig bin; ein Märchen aus alten Zeiten, das kommt mir nicht aus dem Sinn, recytuję z zadumą.

Nie wiem, co to ma znaczyć, że jestem tak… smutny? Smutna? Znów tłumaczy na głos i dopytuje się o szczegóły Tereska. Smutny. Bajka ze starych czasów nie schodzi mi… Pukam się palcem w skroń. Z głowy? Z pamięci? – pyta. Kiwam głową niby na niby w zamyśleniu. Dalej ksiądz też zna?

Die Luft ist kühl und es dunkelt, 
Und ruhig fließt der Rhein; 
Der Gipfel des Berges funkelt 
Im Abendsonnenschein.

Die schönste Jungfrau sitzet 
Dort oben wunderbar; 
Ihr goldnes Geschmeide blitzet, 
Sie kämmt ihr goldenes Haar.

Sie kämmt es mit goldenem Kamme 
Und singt ein Lied dabei; 
Das hat ‘ne wundersame, 
G‘waltige Melodei.

Den Schiffer im kleinen Schiffe 
Ergreift es mit wildem Weh; 
Er schaut nicht die Felsenriffe, 
Er schaut nur hinauf in die Höh.

Ich glaube, die Wellen verschlingen 
Am Ende Schiffer und Kahn; 
Und das hat mit ihrem Singen 
Die Lore-Ley getan.

Cudowne. Ma ksiądz też tłumaczenie? Przechodzimy do biblioteki. A wiesz kto był większym poetą? Schiller czy Goethe? Tereska rozkłada ręce w geście niewiedzy. Każdy niemiecki uczeń to wie. Że Schiller. A skąd to wiadomo? Schiller miał  metr osiemdziesiąt wzrostu, a Goethe był dość niski, miał tylko metr sześćdziesiąt dziewięć. Proszę księdza! I śmiech. Bez trudu znajduję w przeszklonej szafie Wiersze Schillera. Zawsze chciałam tu zajrzeć. Zaglądaj bez pytania. Bierz co chcesz. A co by ksiądz polecił? O miłości, najlepiej o miłości. O miłości? Hmm. Przebiegam wzrokiem książki, wyjmuję jedną po drugiej i kładę na stole. Kochanek lady Chatterlay. Naprawdę? Naprawdę. Lolita? Chyba ksiądz żartuje? Nie. Anna Karenina. Idiota. Cierpienia młodego Wertera. Romeo i Julia. Tristan i Izolda. Miłość w czasach zarazy. I jeszcze ta, najważniejsza. Biorę z komody i kładę na wierzch stosiku książek Nowy Testament. Ale czytania! Od czego zacząć? Oczywiście od Ewangelii... Czemu? Najważniejsze książki zostaw sobie na koniec. Taka powinna być kolejność. Do arcydzieł trzeba dorosnąć, powinny być nagrodą za wytrwałość w czytaniu, za dojrzałość, do której przecież dochodzi się powoli, a w szkole nauka literatury postawiona jest do góry nogami. Czy można się dziwić, że młodzi ludzie nie chcą czytać, jeśli katuje się ich jako dzieci Sofoklesem, Szekspirem, Goethem, Cervantesem? To się powinno przerabiać dopiero przed samą maturą, a zaczynać powinno się od otaczającego nas świata, by nauczyć ludzi, że ich życie też jest literaturą, jeśli mu się nada odpowiednią narrację. Czytałaś Zapałkę na zakręcie? Nie? A Beethoven i jeansy? O tym psie? Nie! Był taki film. Wiem! Zapach rumianku? Też nie. Wypożycz sobie z biblioteki. Od tego zacznij.

I tak zrobiła. Następnego dnia pokazała mi z dumą rozsypujący się egzemplarz Jeziora osobliwości, a kolejnego powiedziała, że już przeczytała. W jedną noc.

Fragment I – Rodzice (5 minut czytania)

Rodzice jej, gdzieś tam przez dalekie i zawiłe koligacje, byli spowinowaceni, jak to na wsi, ale nie byli krewnymi. Narzeczony mieszkał ze swoją owdowiałą matką (ojciec umarł na raka kilka lat wcześniej). Odziedziczył po ojcu gospodarkę. 15 hektarów, pięć krów i małą chlewnię. Nie będę ciągnął trzech srok za ogon, zdecydował, gdy został gospodarzem. Kto to widział, wydoić krowy, wyprowadzić na pastwisko, nakarmić świnie, obsiać, zebrać, wymłócić wszystko. Trójpolówka jakaś. Założę farmę tuczników, zdecydował. Wziął kredyt i zbudował. Pole oddał w dzierżawę, za darmo. Dopłaty mi wystarczą, mówił. Paszę kupię gotową, Higiena, antybiotyki, witaminy, to dzisiaj jest ważne. Ma chłop głowę na karku, mówili o nim we wsi.

Potrzebna mu była podobna kobieta. Zdecydowana, twarda, co to po ziemi twardo stąpa i pracy się nie boi, nie tam jakaś lala z miasta, tylko czerstwa dziewucha ze wsi. I znalazł taką. Robotna była, wesoła, a w dodatku pobożna i nosa nie zadzierała, chociaż jej ojciec od lat był sołtysem.

W niespełna półtora roku po ślubie urodziła im się dziewczynka. Geny im się dobrały nad podziw udanie. Dziecię rosło szybko i nabierało mocy, napełniając się mądrością. Dziewczynka lubiła przesiadywać z dorosłymi, przysłuchiwać się im i zadawać pytania. Wszyscy zaś, którzy jej słuchali, byli zdumieni bystrością jej umysłu i odpowiedziami. Jej matka chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Tereska zaś czyniła postępy w mądrości, w latach i łasce u Boga i u ludzi.

Od najmłodszych lat była bardzo religijna. Po matce, i po ojcu chyba też. Rodzice nigdy nie zaniedbywali niedzielnej mszy świętej. Matka w każdą sobotę dokładnie sprzątała dom, od poddasza po parter i od okien do drzwi. Ojciec ogarniał obejście. Grabił, wymiatał, wyrównywał. Wieczorem matka prasowała białą koszulę ojca i jedną ze swych białych bluzek. Miała ich kilka, ale najbardziej lubiła tę lniano-bawełnianą po swej matce z dużym, koronką obszywanym kołnierzem, który zawsze krochmaliła przy praniu. Zakładała ją rzadko. Od święta albo na odpust. W zwykłą niedzielę wybierała coś z taniej konfekcji. Ojciec zajmował się butami. Czyścił je, pastował i glansował do połysku. Gdy dzieci podrosły, rodzice wciągali je w swoje prace. Tereska pomagała matce, a chłopcy – ojcu. W sobotę wieczorem na wieszakach czekały dwie białe bluzki i trzy białe koszule, trzy pary zaprasowanych na kant spodni i pięć par butów. Niosący się z sieni zapach pasty do butów mieszał się z roznoszącym się po całym domu zapachem pasty do podłogi.

Choć kobiety i mężczyźni, dziewczynki i chłopcy od lat mieszali się ze sobą w kościele, Tereska z matką siadała zawsze w prawym rzędzie ławek, a chłopcy z ojcem udawali się na lewo. Siadali z przodu, nie w pierwszym rzędzie, ale dość blisko balasków. Jeszcze zanim poszła do pierwszej komunii, objawiła swój talent muzyczny. Nasz słowik, mówił o niej stary ksiądz proboszcz, i panie z parafii też. Znała słowa wszystkich pieśni. Czy ona się uczy ich w domu na pamięć? – dopytywał się ksiądz i ludzie. Nie, mówiła matka. Wystarczy jej raz posłuchać piosenki, w radiu lub w kościele, by ją samodzielnie zaśpiewać w całości. Zdolna była, wiedzieli to wszyscy. W szkole też – prymuska. Co roku nagroda i świadectwo z paskiem.

Rodzice jej też byli pobożni, ale bez przesady. We wsi dość było prawdziwych dewotek i dewotów. Ojciec nosił baldachim w Boże Ciało,  Matka przychodziła posprzątać kościół tylko raz w roku, przed Wielkanocą. Czasami przynosiła kwiaty z własnego ogrodu. Na tacę rzucali tylko monety. Oni – grubsze, dzieci – drobniejsze. Banknot, też nie za gruby, był tylko do koperty, gdy ksiądz przychodził po kolędzie. Katolicki głos z radia rozlegał się w ich domu dość regularnie, katolicki obraz z telewizji – rzadziej, ale nie to co u teściowej: od rana do wieczora.

Ludzie ich szanowali. Pogodni byli, spokojni, zwyczajni. Ojciec szedł po mszy na piwo, wypijał dwa. Na weselach, komuniach, chrzcinach i imieninach wypijał więcej, ale bez przesady, jak wszyscy. Gdy wypił o jeden kieliszek za dużo, nie awanturował się, nie bił żony – jak inni – tylko, zmęczony, dawał się odprowadzić do domu i położyć do łóżka.

Ojciec o rolnictwie myślał nowocześnie, ale o problemach nowoczesności nie myślał w ogóle. Ja jestem chłop, a nie filozof, odpowiadał Teresce, gdy go pytała o gender, o eutanazję, o homoseksualizm, o in vitro. Świniopas, a nie chłop zażartowała raz Tereska, a on się przez to na nią obraził. Dbał o nią, kochał, pracował dla niej, wstawał o świcie, serce by dla niej oddał, dałby się pokroić na kawałki, a ona mu wyrzucała, że w domu nie ma książek, że gazet nikt nie czyta, że do teatru nie chodzą, do kina nawet też nie. Niewdzięczną mam córkę, powtarzał ze smutkiem, a ona na to, że tata jest szorstki. I tak wykopali rów pomiędzy sobą, który się z każdym rokiem powiększał. Ojciec gorzkniał, a córka zamykała się w sobie.

Skąd o tym wiem? Tereska mi opowiedziała.