Krajobraz po walce

Analogia stanu, w jakim znajduje się obecnie polskie społeczeństwo do stanu, w jakim znajdowało się społeczeństwo niemieckie w latach trzydziestych i czterdziestych, narzuca się sama.

Niemcy, po przegranej pierwszej wojnie światowej, chcieli zbudować nowoczesne państwo i społeczeństwo, określane dziś jako Republika Weimarska, które miało sprostać wyzwaniom, jakie niósł ze sobą XX wiek. Fundamentem tego nowego państwa miała być liberalna demokracja i gospodarka rynkowa. Ale niestety, rzeczywistość kapitalistycznego świata na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku, okazała się nad wyraz skomplikowana. Zamiast powszechnego dobrobytu i spełnienia marzeń zwykłych ludzi o godziwym i wygodnym życiu przyniosła głęboki kryzys, którego konsekwencją stało się bezrobocie, bieda i beznadzieja szerokich mas w Ameryce i Europie. System oparty na demokracji liberalnej i gospodarce wolnorynkowej zdawał się być wobec tych problemów bezradny. Nic dziwnego, że zarówno w umysłach poszczególnych jednostek, jak i w polityce coraz bardziej dochodziły do głosu koncepcje antyliberalne i antyrynkowe: komunizm i faszyzm. Brakowało tylko przywódców, którzy by te społeczne nastroje podchwycili i pociągnęli za sobą tłumy.

Taką postacią w Niemczech okazał się pewien bezdzietny, nieżonaty mężczyzna, sfrustrowany niepowodzeniami swej młodzieńczej artystycznej kariery. Człowiek o złym charakterze. Agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Jednym słowem: nienawidzący elit. Ale jednocześnie myślący z troską o prostym człowieku – niemieckim robotniku, któremu, zdaniem przyszłego Führera, należał się lepszy los: praca za godziwe wynagrodzenie w przyjaznych warunkach, mieszkanie, odpoczynek podczas płatnego urlopu. To wszystko obiecał prostym ludziom w Niemczech, ale postawił warunek ideologiczny. Możecie to wszystko mieć, jeśli obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową, którą – przynajmniej po części – chciał zastąpić rozwiązaniami etatystycznymi, w których pracodawcą i uczestnikiem gry ekonomicznej staje się państwo. Jego antyelitarna spiskowa teoria potrzebowała jeszcze wroga, za którego uznał Żydów, wśród których było wielu wyznających internacjonalistyczne wartości przedstawicieli proletariatu i inteligencji oraz właścicieli międzynarodowego kapitału, a także – w jego rozumieniu – wżerających się w zdrowe niemieckie społeczeństwo wybitnych artystów i naukowców.

To wszystko, oczywiście, w wielkim uproszczeniu. U podstaw ideologii Hitlera leżała jeszcze koncepcja wyższości rasy aryjskiej w stosunku do innych i jego wyobrażenie o doskonałości narodu niemieckiego opartej na fizjologicznym zdrowiu i czystości etnicznej, politycznej, seksualnej, umysłowej. Stąd jego plany oczyszczenia „zdrowego” społeczeństwa ze zdegenerowanych elementów: Żydów, Cyganów, komunistów, homoseksualistów i osób chorych umysłowo.

Hitler, wykorzystując (nie będące samo w sobie niczym złym) pragnienie dobrobytu i pomyślności szarych ludzi, wciągnął naród niemiecki w swoje aberracje. Najpierw poszli za nim faszystowscy fanatycy, tworząc bojówki zamykające usta wszelkim krytykom, potem stopniowo całe tłumy: robotników, urzędników, przedsiębiorców, naukowców, aż w końcu niemieckie społeczeństwo stało się polityczno-ideowym monolitem, w którym nie było już miejsca na krytykę lub protest. Nawet jeśli ktoś całym sercem się buntował, to swój protest musiał zachować w swojej głowie, bo wyrażając go publicznie, mógł trafić do obozu koncentracyjnego, na front albo od razu na cmentarz. Poszczególne jednostki chcąc nie chcąc stawały się elementami wspierającymi system: czy to pracujący dla zwiększenia gospodarczej siły państwa robotnicy, podporządkowani jego polityce gospodarczej przedsiębiorcy, czy legitymizujący władzę nazistów nauczyciele i naukowcy.

Za kulminacyjny moment tego uzależnienia i zaślepienia można uznać wiec w berlińskim Pałacu Sportu z 18 lutego 1943 r. Na Hamburg, Berlin i inne miasta Niemiec spadają bomby aliantów, a oszalały z wściekłości Goebbels pyta uczestników wiecu: „Wollt ihr den totalen Krieg?” (Czy chcecie totalnej wojny?) a wielotysięczny tłum odpowiada w swym zaślepieniu „Ja! Ja! Ja!”(Tak! Tak! Tak!). I zatracili się, aż do zatknięcia na Bramie Brandenburskiej zwycięskich flag aliantów.

Czy społeczeństwo polskie, zachowując wszelkie proporcje (czy może lepiej powiedzieć: podkreślając nieproporcjonalność doświadczeń) nie znajduje się w podobnej psychologicznej sytuacji? My też po 89. roku z mozołem budowaliśmy nowoczesne społeczeństwo oparte na liberalnej demokracji i gospodarce rynkowej, czego symbolami stały się „gruba kreska” Mazowieckiego i reformy Balcerowicza. Tadeusz Mazowiecki wraz z Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, Bronisławem Geremkiem i innymi przedstawicielami antykomunistycznej opozycji uświadamiali nam, że elementem nowoczesnej demokracji jest tolerancja. Po pierwsze, każdy może żyć jak chce i myśleć, co mu się podoba, byleby nie ograniczał przez to wolności innym. Ale i też tolerancja w polityce. W systemie demokratycznym władzę przejmuje to ugrupowanie, które zdobędzie większość głosów aktywnych wyborców. Ale ono nie mści się na swoich politycznych przeciwnikach, nie bierze odwetu, nie utrudnia działalności opozycji, która przygotowuje się do konfrontacji w następnych wyborach. Nawiasem mówiąc, doświadczenia lat dziewięćdziesiątych pokazały, jak szybko w kolejnych wyborach zwycięzcy mogą okazać się pokonanymi. Leszek Balcerowicz i jego zwolennicy powtarzali do znudzenia: Państwo i przedsiębiorstwo nie może dawać pracownikom więcej niż samo zarabia; jeśli przedsiębiorstwo przynosi straty, powinno zostać zamknięte, a na jego upadłym majątku należy zbudować nowe, którego priorytetem i zasadą działania będzie rentowność. W dodatku i jedni i drudzy powtarzali: Bierzcie sprawy w swoje ręce. Kraj nasz powoli dźwigał się z cywilizacyjnego zacofania i gospodarczej zapaści. A gdzież tam powoli! Patrząc na ten proces z długodystansowej perspektywy historycznej, należy powiedzieć: Szybko, dynamicznie!

W dodatku sytuacja geopolityczna okazała się tak korzystna, że o podobnej kilka lat wcześniej nie mogliśmy marzyć nawet w najśmielszych snach. Z Polski zostały wycofane wojska Armii Czerwonej, zostaliśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej. Rozwijały się małe i większe rodzime firmy. Do Polski napływał kapitał zagraniczny, dzięki któremu nastąpił skok w zakresie technologii i kultury pracy, powstawały nowe miejsca zatrudnienia, a do budżetu płynęły podatki i środki uzyskane ze sprzedaży nierentownych przedsiębiorstw. Powstał nowoczesny system bankowy, pozwalający podejmować i rozwijać inwestycje, budować mieszkania i kupować na kredyt dobra luksusowe. Szybko rozwinął się rynek mieszkaniowy. Nikt już nie czekał na przydziałowe mieszkanie przez trzydzieści lat. Można je sobie było kupić na kredyt lub wynająć. Wystarczyło mieć w miarę dobrze płatną pracę. Dzięki członkostwu w Unii Europejskiej zaczęliśmy swobodnie podróżować po świecie i legalnie pracować za granicą. Ze zdezelowanych „kaszlaków” przesiedliśmy się na nowe lub prawie nowe samochody wszelkich marek. Dzięki dotacjom z Unii zbudowaliśmy tysiące kilometrów dróg, autostrad, obwodnic, oczyszczalni i innych obiektów publicznych. Wczasy za granicą przestały być niedostępnym dla mas dobrem luksusowym. Oczywiście nie wszystkim powodziło się tak samo. Jedni mieli więcej, inni mniej. Wśród tych, co mieli mniej frustracja rosła. Czuli, że im też się należy. Za darmo, skoro kraj tak kwitnie.

Nic dziwnego, że ich niezadowolenie próbowali wykorzystać demagodzy różnej maści, opierający swe programy na prymitywnym populizmie, katolickiej nienawiści do wszystkiego co inne, czy rzekomej solidarności polskich rodzin. Wśród nich najwytrwalszy i najskuteczniejszy okazał się – podobnie jak w Niemczech w latach trzydziestych – nieżonaty, bezdzietny mężczyzna niewielkiego wzrostu, sfrustrowany niepowodzeniami swej politycznej kariery, a przy tym złośliwy człowiek o złym charakterze, agresywny i pełen nienawiści do tych, którym powiodło się na wolnym rynku idei i działań gospodarczych. Określający sam siebie jako wroga elit. Ktoś, kto – mając u swojej mamusi zapewniony wikt i opierunek, a potem opiekę niemal noszących go na rękach członków własnej partii – przez całe życie nic nie robił, tylko oddawał się swojej żądzy władzy i swoim politycznym wymysłom. I – tak jak Hitler zanegował osiągnięcia Republiki Weimarskiej i ogłosił powstanie III Rzeszy – tak on zanegował osiągnięcia III Rzeczypospolitej i ogłosił powstanie IV. To, co widzicie, głosił, to złudzenie. Kraj nasz nie rozkwita, lecz pogrążony jest w biedzie. Pociągane przez niego za sznurki marionetki filmowały się na tle opuszczonych fabryk, lansując hasło „Polska w ruinie”. Nasz system polityczny to żadna demokracja, przekonywał przywódca. To oszustwo, to zmowa elit, które was wykorzystują. To spisek polityków, finansistów, przedsiębiorców, sędziów, dziennikarzy, lekarzy. Przedstawiciele elit mnożyli się jak króliki wyciągane z kapelusza przez prestidigitatora. Rozumiem waszą frustrację, przymilał się do tłumów przywódca. Należy wam się więcej. I ja dam wam to bez pracy, pod jednym wszakże warunkiem, że obalimy dawny ład: prowadzącą do rządów elit demokrację liberalną i opartą na wyzysku mas przez finansowe elity gospodarkę rynkową. Wszystkim dam pracę, a nawet pieniądze bez pracy, mieszkania, książki dla dzieci. Znów uruchomimy stocznie, huty, kopalnie i inne rozkradzione przez postkomunistyczne elity przedsiębiorstwa, obiecywał. Te elity oczywiście będą bronić swoich interesów, dlatego musimy zbudować nowy ład antyelitarny: system demokracji nieliberalnej. Bez trójpodziału władzy, bez wolnych mediów, ale z publiczną propagandą wzmacniającą naszą walkę, wyjaśniał. I kolejnymi prezentami socjalnymi zabiegał o poparcie tłumów, zwłaszcza w walce z przeciwnikami politycznymi, których trzeba zlustrować, zdekomunizować, zdeubekizować. Oni się nie poddają, grzmiał nasz wielki mały przywódca, utworzyli opozycję totalną. Sytuacja stała się już na tyle rozhisteryzowana, że gdy pytał (nie dosłownie, ale jego wypowiedzi miały taki właśnie sens): Czy chcecie totalnej walki z totalną opozycją, masy mu odpowiadały: Tak! Tak! Tak! Na wiecach, na mszach, na meczach. W internecie, na forach dyskusyjnych. I ostatecznie: przy urnach wyborczych. Ten niby szeregowy poseł, ale de facto samozwańczy naczelnik państwa i przywódca „prawdziwych” Polaków, stojący ponad prezydentem, premierem, marszałkiem sejmu i generalnym prokuratorem wysyłał – za pośrednictwem telewizji, SMS-owych instrukcji, pokrzykiwań marionetek – coraz to nowe sygnały do tłumu, instruując go, jak ma mówić i myśleć. I ten, na co dzień odporny na wiedzę i naukę, tłum ochoczo przyswajał sobie i powtarzał nowe hasła i pojęcia: antypolska gra, brukselskie elity, czwarta RP, demokracja nieliberalna, dobra zmiana, kondominium rosyjsko-niemieckie, lewactwo, odnowa moralna, totalna opozycja, zamach smoleński, zdrajcy i zdradzeni o świcie. W ten sposób połowa społeczeństwa zaczęła posługiwać się językiem dyktatora.

Foto: Ekspozycja książek w jednej z księgarń. Przypadkowa czy zamierzona?

Spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Niemców zaraz po kapitulacji. Patrząc na obrócone w perzynę miasta: Berlin, Hamburg, Drezno, Düsseldorf czy Kolonię; patrząc na uwolnione z obozów koncentracyjnych w Dachau, Gross-Rosen, Buchenwaldzie żywe ludzkie trupy; uświadamiając sobie zbrodnie popełnione na innych narodach, a zwłaszcza niepojęty horror holokaustu, w ramach którego z całej Europy zwożono pociągami do Auschwitz i innych obozów zagłady Żydów: mężczyzn, starców, kobiety i dzieci po to tylko, by ich na miejscu zabić i unicestwić; i wreszcie opłakując pięć milionów własnych rodaków, głównie mężczyzn – mężów, ojców, synów, braci, którym ten horror odebrał życie, ci, którym bielmo fanatyzmu i strachu spadło z oczu, pytali zapewne: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Niemcy, którzy uważaliśmy się za najnowocześniejszy, najzdolniejszy, najbardziej kulturalny, najbardziej wykształcony, najbardziej pracowity naród na świecie, okazaliśmy się największymi barbarzyńcami.

A teraz spróbujmy wyobrazić sobie stan umysłu Polaków po upadku PiS, który na pewno nastąpi, i to z wielkim hukiem. Głupotą jest zaślepienie stetryczałego już starego szaleńca i jego zidiociałych od służalstwa i uzyskiwanych korzyści popleczników, że wydumany projekt demokracji nieliberalnej, mającej być tamą postawioną w poprzek i wbrew zachodzącym w świecie przemianom społecznym i procesom historycznym, powiedzie się i da się utrzymać. Nie takie kolosy upadały w historii.

Oczywiście, nie będzie gruzów po zniszczonych miastach, obozy koncentracyjne też nam nie grożą ani obfitująca śmiertelnymi ofiarami wojna. Ruina, do której zmierza nasz kraj, to pozrywane więzi społeczne, które wcześniej pozwalały każdemu żyć, jak chce i akceptować odmienność innych; to zdewastowany system polityczny z niezależnością władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i z niezależnością jej struktur poziomych: krajowych, wojewódzkich, gminnych; to chaos komunikacji społecznej, która powinna opierać się na mówieniu prawdy, a została zdominowana przez kłamstwo i manipulację; to zachwiany system wartości, według którego każdy wie, że jest kowalem swego losu i że jego powodzenie życiowe zależy od jego pracowitości, pilności w szkole, wykształcenia, a nie od szczodrobliwości możnowładców.

Nie mam wątpliwości co do tego, że wkrótce i Polakom spadnie z oczu bielmo złudzeń i propagandy i spytamy zdziwieni: Jak to wszystko było możliwe? Jak mogliśmy do tego dopuścić? My, Polacy, którzy uważaliśmy się i których uważano za najdzielniejszy, najodważniejszy, najbardziej miłujący wolność i demokrację naród w Europie Wschodniej, a może i jeszcze dalej? Jak mogliśmy dopuścić do tego, że cała Europa wytyka nas sobie palcami jako najgłupszy, najbardziej zaślepiony, najciemniejszy i najbardziej zacofany naród.

JERZY KRUK