365 dni. Skąd ta popularność?

Powodzenie 365 dni Blanki Lipnickiej i dwóch jej  kolejnych książek jest chyba najgłośniejszym od lat wydarzeniem w branży księgarsko-czytelniczej.

  1. Aspekt artystyczny.
    Jak to możliwe? – pytają wydawcy. Jak to możliwe? – pytają inni pisarze. Jak to możliwe? – pytają czytelnicy. Jak to możliwe, że taki knot, taki gniot, taka chała osiągnęła pół miliona nakładu? Przecież ona nie umie pisać. Książka odrzuca każdego w miarę wyrobionego czytelnika. Płaska, nudna, wulgarna. W miarę wyrobiony czytelnik zniechęca się do jej czytania po pierwszych kilku stronach. Tyle pomyj już wylano na głowę autorki, tyle szyderstw w jej stronę posłano, tyle lamentów do Boga wzniesiono, że widzi i nie grzmi, że szkoda mi własnego i waszego czasu na analizowanie walorów artystycznych tego dzieła, których ono po prostu nie ma. A mimo to wciąż się sprzedaje, i to jak! Zatem o jej komercyjnym sukcesie musiało przesądzać coś innego niż walory estetyczne.

  2. Aspekt etyczny.
    Wyobraź sobie, że jesteś kobietą. Wymarzył sobie ciebie, wyśnił pewien mężczyzna. Jesteś ucieleśnieniem jego ideału. Wspaniale, prawda? Ale okazuje się, że ten mężczyzna jest nieznośnym egoistą i chce cię odciąć od całego świata, od twoich bliskich, od twojej pracy, od twojego kraju, by mieć cię tylko dla siebie. Zaakceptowałabyś to? I jeszcze chce, byś go pokochała. Nie ty chcesz pokochać bestię, tylko bestia chce, byś pokochała ją. A to, że jest bestią, udowadnia ci od pierwszych chwil znajomości, z zimną krwią zabijając na twoich oczach człowieka, który wykazał się wobec niego nielojalnością. I jeszcze ci grozi, że jeśli go nie spróbujesz pokochać, on zabije twoją matkę, ojca i brata. W dodatku jest o ciebie chorobliwie zazdrosny. Na widok każdego mężczyzny, próbującego się do ciebie zbliżyć, chwyta za broń. I w końcu w szale zazdrości zabija twojego byłego chłopaka, z którym przeżyłaś sześć lat. Przeszłabyś nad każdym z tych przypadków do porządku dziennego? Każda kobieta mającą odrobine oleju w głowie powie, że nie. 365 dni odrzuca w aspekcie etycznym. Ale nie miłośniczki talentu Blanki Lipińskiej. Im to nie przeszkadza i w setkach tysięcy kupują kolejne tomy jej twórczości.

  3. Aspekt erotyczny.
    Co je zatem pociąga? Może aspekt erotyczny? Ale ta książka nie jest nawet romansidłem. Tam nie ma ani krzty uczucia, ani krzty czułości, ani krzty namiętności. Owszem, występujące w niej postaci pieprzą się jak aktorzy w filmie porno, ale to nie jest seks dwojga namiętnych kochanków, lecz seks porno robotów. Gdy główny bohater mówi głównej bohaterce, że chciałby, by nauczyła go czułości, ona mu odpowiada, że ona też tego nie zna, bo ona tylko ostro się pieprzy. Szczerze, ale i też mało oryginalnie. Już gdzieś słyszałem te słowa. Wy – chyba też. Zatem jeśli aspekt artystyczny, etyczny i erotyczny nie mogą przyciągać czytelników, to co? Uświadomiła mi to jedna z moich rozmówczyń.

  4. Aspekt masturbacyjny.
    Przestańcie się wytrząsać nad miernością artystyczną, mizerią moralną i pustką uczuciową tej książki – napisała do mnie i mnie oświeciła: No tak się właśnie pisze książki masturbacyjne. To proza użytkowa, a nie literatura piękna. Ma dosłownie sprawić, że czytelniczka w trakcie czytania zacznie się masturbować.  Wreszcie zrozumiałem. I tyle o książce. Dalej będzie już nie o książce, tylko o jej czytelniczkach.

  5. Kim one są?
    Moje znajome, mające głębszy i szerszy wgląd w życie kobiet niż ja jako mężczyzna, potwierdziły te opinię. Nawet nie wiesz, ile kobiet skazanych jest na życie bez seksu – tłumaczyły mi. Nie tylko te, uważane przez potencjalnych partnerów za nieatrakcyjne, za zbyt grube, za za stare, ale i te w kwiecie wieku i urody, żyjące w małżeństwie z całkiem młodymi jeszcze mężczyznami, takimi koło czterdziestki, trochę starszymi, ale i nawet dużo młodszymi. Czemu tak się dzieje? Bo mąż nie wykazuje zainteresowania, a jeśli już, to gdy naprawdę go przypili, gdzieś nad ranem, bez gry wstępnej, myśląc tylko o sobie. Nuda i upokorzenie. Czemu tak jest? Powody są różne. Bo stres, bo zmęczenie, bo rozczarowanie życiem, bo mają wygodniejsze formy rozładowania, na przykład masturbacja przed komputerem.  A one zostają same i nie mają tych samych szans. Na przykład porno. Wiadomo, że facetów to kręci i nawet jak któregoś przyłapać na gorącym uczynku, to dla niego żaden wstyd. A kobieta? Kto to widział? Jeśli w domu używa się jednego komputera, to zagrożenie jest zbyt duże, bo jeszcze mąż to odkryje, albo – to byłby wstyd! – dziecko. Albo masturbacja. Wiadomo, że facet jest łatwy w obsłudze, a kobieta – trochę trudniejsza. Potrzebuje większej intymności, spokoju, pewności. Nie każda potrafi to zrobić w toalecie w pracy.  A w domu? Obiad trzeba ugotować, mieszkanie sprzątnąć, dzieci dopilnować – nie ma nawet kiedy. Facet potrafi to zrobić bez żadnych gadżetów, a kobiecie one pomagają. Ale kupić sobie wibrator? I gdzie go trzymać? Jeszcze nie daj Boże mąż, dziecko albo teściowa odkryje. Ale byłaby afera! A książka Blanki Lipińskiej kusi. Jej bohaterka zabiera swojego gumowego kolegę nawet na urlop ze swoim chłopakiem. Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi – wyznaje.  Która by nie chciała przeżyć fali orgazmów? W dodatku podniesionej do trzeciej potęgi, bo najgrubsza część wibratora – instruuje Lipińska – służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę. Blanka, jesteś Wisłocką naszych czasów – piszą do niej miłośniczki. Więc może i jednak o to właśnie chodzi? O aspekt masturbacyjny. Ja kupiłem tę książkę z ciekawości, gdy było o niej już głośno, by sprawdzić, co trzeba napisać, żeby sprzedać pół miliona egzemplarzy. Z tego, co wiem, ogromna ilość kobiet dokładnie z tego samego powodu. Ale coś przecież już wcześniej musiało uczynić ją słynną. Aspekt masturbacyjny? OK, czemu nie? Jeśli to ludziom, a ściślej: przedstawicielkom płci pięknej potrzebne? Nie protestuję, nie oburzam się, nie wytrząsam. Ale wiecie, co dla mnie jest w tym wszystkim najbardziej przerażające? Że jest ich tak dużo.

JERZY KRUK

365 dni

Blanka Lipińska, jeśli mierzyć sukces w kategoriach komercyjnych, to największa polska pisarka ostatnich czasów. Na swoim koncie ma już chyba ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy! W kilkanaście miesięcy! Na listach dziesięciu najlepiej sprzedających się książek znajdują się aż trzy pozycje jej autorstwa, z których największym przebojem jest 365 dni.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że bohaterka tego powieścidła jest alter ego autorki. Tak samo pusta, wulgarna i nudna. Na głowie ma czarne włosy, które w połowie powieści, pewnie z braku pomysłu na zwrot akcji, zostają „genialnie obcięte na boba” i przefarbowane na blond. Jednak w środku główki – niestety fiu-bździu. I to zarówno pod względem intelektualnym, jak i emocjonalnym.

Wprawdzie bohaterka tego gniota nie pozostaje niewzruszona, gdy jej oprawca, a później ukochany na jej oczach z zimną krwią zabija człowieka, który mu podpadł, a potem w szale zazdrości topi w stawie jej dawnego chłopaka, z którym przeżyła sześć lat, ale nie są to doznania zbyt głębokie; bohaterka szybko o nich zapomina, gdy dostaje w prezencie sukienkę od Roberta Cavalliego, szpilki od Louboutina , torebkę od Louisa Vuittona, zegarek z napisem Patek Philippe albo bieliznę Victoria’s Secret, bo Laura uwielbia chwile, gdy „czuje się atrakcyjna i bardzo markowa”. W takich momentach jej emocje są naprawdę silne i szczere. „Aż podskoczyłam z zachwytu na ich widok” – pisze jako narratorka, a jako bohaterka mocno przytula dwie pary kozaków, które dostała w prezencie od Czarnego, każda po trzy i pół tysiąca złotych. „Byłam szaleńczo zakochana w tych butach, ale nikt normalny nie wydałby na nie prawie siedmiu tysięcy” – wyznaje z rozbrajającą pensjonarską bezpretensjonalnością. Voucher do luksusowego spa też przytula do serca. To też od Czarnego. Wszystko ma od Czarnego: SUV, BMW, porsche, ferrari, zegarek o wartości mieszkania, platynową kolię z diamentami od… kogo? Zgadnijcie! Oczywiście od Tiffaniego! Koronkowe majtki i staniki, spodnie, sukienki, tuniki. Kozaki, sandałki i szpilki. Wszystko na poziomie producentów wymienionych powyżej. Od rana do wieczora popija różowego moëta, aż dziw, że się w nim nie kąpie.

Czarny nie jest Murzynem. To Włoch, więc ponad wszelką wątpliwość w jego określeniu chodzi o to, że to brunet o ciemnej karnacji skóry. I o czarnym charakterze. Jest szefem sycylijskiej mafii – co prawda „nie cappo di tutti capi , a tylko campofamiglia, czyli don, tak jak w Ojcu Chrzestnym”– dla którego zastrzelenie czy uduszenie własnymi rękami człowieka, to tyle co zabicie muchy packą. Twardy lecz czuły (był kiedyś serial o takim tytule z Rogerem Moore’m w roli głównej, ale nie wiem, czy leciał w Polsce) i też nie za mądry. Biegle włada pięcioma językami, w tym rosyjskim, ale ani słowa nie rozumie z tego, co jego kobieta mówi po polsku. A ta używa ojczystego języka, gdy się spotyka ze swoimi ziomalami: „Kurwa, ja pierdolę, zajebiście. Wkurwiasz mnie, jesteś jebnięta, gówno mnie to obchodzi” – to jest język, jakim bohaterka rozmawia z rodakami, nawet ze swą matką. Polski czytelnik (bo chyba jeszcze nie ma zagranicznych?) może czuć się w jej powieści swojsko jak na ulicy w swoim mieście.

O Czarnym dowiadujemy się niewiele, bo ciągle pracuje. Głównie na Sycylii, ale też w Rzymie, w Wenecji, w Warszawie, w Lublinie, w Szczecinie. Wszędzie ma pracę, a prócz tego „prowadzi interesy w Rosji, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych”. Nie wszędzie może zabierać swą kobietę mafii, bo wiadomo: mafia ma swoje tajemnice. Jednak czasami może, by ją w drodze „co sto kilometrów wydymać”. I jej i jego bez przerwy strzegą ochroniarze, ale w momencie dymania dyskretnie usuwają się na stronę. A ma czym to robić, bo „ma kutasa po kolana”, jak mówi najbliższa i chyba jedyna przyjaciółka Laury, jeszcze większy pustak niż ona, utrzymanka „fagasa, który podbija kolejne rynki kosmetyczne”, nie przepuszczająca żadnemu przystojniakowi, co „dyma się jak rakieta”.

Czarny nazywa się Massimo Dutti, czy jakoś tak. Jest chorobliwie zazdrosny o swoją Laurę i nie potrafi panować nad emocjami, a emocje ma na poziomie przedszkolaka. Gdy do jego kobiety zbliży się jakiś inny mężczyzna, Massimo natychmiast sięga po broń, dusi lub topi. Jednak gdy do Laury zbliży się on, „jego nabrzmiały kutas o mało nie rozerwie spodni”. Laura też jest jakaś rozchwiana emocjonalnie. Na przemian to mdleje, to rzyga. To, że rzyga, gdy jej macho „przy obciąganiu spuści się jej do gardła”, to nic dziwnego, ale ona rzyga też kompulsywnie, gdy doznaje silnych emocji.

Laura jest kobietą marzeń (sennych) Massima. Wyśnił ją sobie, a właściwie – umierając – miał wizję na kształt widzenia Matki Boskiej, tyle tylko, że Massimo nie zobaczył Maryi, lecz Laurę i – jak potężny renesansowy mecenas (jakiś książę czy papież) – po zmartwychwstaniu zlecił wybitnym malarzom uwiecznienie jej wizerunku na dziesiątkach obrazów, które zdobią pokoje jego willi, biur i hoteli.

„Szukał jej na całym świecie”, więc czy można się mu dziwić, że – będąc człowiekiem, który może mieć wszystko – gdy jego senna zjawa zjawia się na urlopie na Sycylii w osobie Laury Biel, menedżerki hotelowej z Polski, ten ją porywa i więzi w „domu , który wygląda trochę jak willa z Dynastii”? Nie zamyka jej w celi, lecz „w pokoju, który ma pewnie z osiemdziesiąt metrów i jest w nim wszystko, czego kobieta może zapragnąć, na przykład wielka garderoba, żywcem jak z Seksu w wielkim mieście”. Na razie pusta, ale wkrótce szybko się zapełni. Czaicie te klimaty? Te chaty?

Massimo „daje Laurze szansę, by go pokochała i została z nim nie z przymusu, ale dlatego, że zechce”. Gwałci ją wielokrotnie, ale w sposób nie zanadto brutalny, bo gdy to robi, ona „czuje każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny”. Informuje ją, „nie proponuje, tylko informuje”, że najbliższe 365 dni spędzi w jego złotej klatce, a on „postara się zrobić wszystko, by go pokochała, a jeśli za rok, w jej urodziny, nic się nie zmieni” obiecuje ją wypuścić. Jako polisę, że mu nie ucieknie przedstawia jej ultimatum: Jeśli by to uczyniła, on zabije jej rodzinę: matkę, ojca i brata.

Nie potrzeba było roku. Laura, więziona, gwałcona, zastraszana i szantażowana, lecz rozpieszczana bezustannym leniuchowaniem, przeskakiwaniem po kanałach włoskiej telewizji, której nie rozumie, bo nie zna języka, popijaniem szampana i drobiazgami od Diora, YSL, Guerlaina, Chanel, a przede wszystkim od Lancôme’a, zakochuje się w nim na zabój w niespełna półtora miesiąca. Psychologia dla określenia takiego przypadku używa pojęcia syndrom sztokholmski, jednak głębia, a raczej płycizna, psychologiczna pisarki Blanka Lipińska nie odwołuje się do takich pojęć.

Blanka Lipińska to pisarka, która dba o najdrobniejsze detale: „Przepakowałam się w kremową torbę od Prady” – pisze rzeczowo. Albo: „Z kolejnego pudła wyciągnęłam czarną, przezroczystą krótką sukienkę, a z następnego pasujące do kompletu szpilki Lauboutina” – wyjaśnia fachowo. Czy też: „Wyjątkowo było mi wszystko jedno, w co się ubiorę. Chwyciłam biały dres Victoria’s Secret” – informuje nonszalancko. I jeszcze: „Spotkałam Domenica rozkładającego wielkie walizki LV”. Nie trzeba być matematykiem, łamiącym kod Enigmy, by rozszyfrować branżowy skrót. I jeszcze mój ulubiony: „Leżał w łóżku z komputerem na kolanach. Był nagi, nie licząc białych bokserek CK”.

Albo z innej beczki: „Ciągnęłam mocno i szybko, a moje palce delikatnie głaskały jego jądra”. A w innym miejscu: „Pierwszy orgazm przyszedł po kilku sekundach, a kolejne nadchodziły falami w odstępie najwyżej pół minuty. Po kilku chwilach byłam tak wykończona, że z trudem wyjęłam różowego z siebie i zsunęłam nogi”. Różowy to „gumowy kolega” Laury, trójelementowy wibrator, „którego najgrubsza część służy do zatapiania w pulsującym wnętrzu pochwy, gdy druga końcówka w kształcie króliczka wsuwa się w tylne wejście, a trzecia, najbardziej wibrująca, opiera się o nabrzmiałą łechtaczkę”, gdy ona, Laura wyobraża sobie stojącego pod prysznicem Czarnego, „trzymającego w rękach swojego pięknego kutasa”. W rolach głównych: Czarny i różowy.

Książkopodobny wyrób Blanki Lipińskiej reklamowany jest za pomocą sloganu „Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym”. Pomińmy niestosowność porównania do twórczości Mario Puzo, ale 50 twarzy przy 365 dniach, to Himalaje literatury. Może nie Himalaje, ale co najmniej Alpy, no, może Sudety. Ale to i tak wysoko w porównaniu z poziomem bagien na Żuławach, w jakich tapla się twórczość pisarki Blanka Lipińska.

JERZY KRUK

P.S.
W cudzysłów zostały ujęte oryginalne cytaty z opisywanego, najgłośniejszego w ostatnich latach polskiego dzieła literackiego.