Blaski życia w ciemności

Gdy się wejdzie na jedno z pobliskich wzgórz, w pełni widać, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Szeroka wstęga fiordu wije się aż po horyzont, jej odnogi głęboko wcinają się w niemal pionowe zbocza przez cały rok ośnieżonych gór. Z tej perspektywy wszystko  wydaje się zastygłe i nieruchome, ale to tylko pozory, w głębi doliny płynie życie w powolnym, typowym dla Norwegii, rytmie.

Hommelstø to miejscowość, jakich w Norwegii jest wiele. Leży 380 km na północ od Trondheim, , otulona górami, ukryta w cichej zatoczce fiordu Velfjord. Wśród skał i drzew porozrzucane kolorowe domy z lekko stromymi dachami. Jedne tuż nad brzegiem fiordu, drugie nieco wyżej – na wzgórzach, jeszcze inne zawieszone wprost nad wodą: jednym końcem przytwierdzone do skały, a drugim wsparte na sięgających dna fiordu palach. Każdy w stosownej odległości od sąsiada. Pomiędzy domami nie ma żadnych ogrodzeń. Ani murków, ani płotów. Każdy dobrze wie, gdzie kończy się jego działka i gdzie zaczyna się teren sąsiada.

W 400-osobowej społeczności Velfjordu nie ma bezrobocia. Największym pracodawcą w okolicy jest kopalnia kredy, zatrudniająca 90 osób. Kilkadziesiąt osób pracuje w odległym o 30 km Bronnoysund – 4-tysięcznym miasteczku, w którym wybudowano elektroniczne centrum obliczeniowe z 500 miejscami pracy, obsługujące instytucje administracyjne z całej Norwegii. Działa tu parę małych firm budowlanych, kilka osób pracuje na niedalekiej platformie wiertniczej. W miejscowości jest szkoła, dom opieki, supermarket z mini pocztą i mini bankiem, stacja benzynowa, restauracja, pensjonat. W okolicy wciąż działa kilkanaście gospodarstw rolnych.

Beate

Beate i Arnt kilka lat temu postanowili założyć firmę budowlaną. Wykupili prawo do wydobywania kamienia na własnej działce, wzięli w leasing wielkie ciężarówki, koparki, maszyny do kruszenia kamienia i budowy dróg. Każda wartości kilku milionów koron. Zatrudniają 6 osób, do tego pracują sami. Arnt jest szefem, ale też sam potrafi obsługiwać wszystkie maszyny. Beate nie ustępuje mu pola. Ona także jeździ ładowarką z olbrzymią łychą i ładuje kamienie na ciężarówkę. Ale przede wszystkim prowadzi księgowość. Oprócz tego jest zastępczym nauczycielem w miejscowej szkole. Gdy zachoruje któryś z pracowników, dyrektor wzywa Beate do pomocy. Uczy wszystkiego: prac ręcznych i wychowania fizycznego, angielskiego i niemieckiego, matematyki i fizyki. Ich dochody są nieco wyższe od przeciętnych, dlatego mogą sobie pozwolić na dużą łódź motorową i w miarę nowego mercedesa. Byli raz w Afryce i raz w Indiach – odwiedzić znajomych, ale jakoś nie ciągnie ich w świat.

Od kilku lat każdy urlop spędzają w Velfjordzie, gdzie kupili stare gospodarstwo na zupełnym odludziu, do którego można dotrzeć jedynie łodzią. Kompletna ruina: dom, szopa i stodoła właściwie się rozpadają. Beate i Arnt spędzają tu każdą wolną chwilę, próbując ocalić, co tylko się da, by gospodarstwo wyglądało jak dawniej. Uszczelnili już dach, teraz ocieplają ściany, remontują stare okna i meble. Mają pracy na najbliższe kilka lat.

Choć w Hommelstø mieszkają na uboczu, dopiero tutaj czują się naprawdę dobrze. – Mamy tu całkowity spokój – mówi Beate.  – Nie ma prądu, nie ma telewizji.

I żadnych nieproszonych gości – dorzuca Arnt, patrząc w daleką przestrzeń pustego fiordu.

Sigmund

Sigmund nie wygląda na swoje 65 lat. Od rana do wieczora krząta się po swoim pensjonacie: sprząta pokoje, pierze i rozwiesza pościel, naprawia łodzie. Przez ponad 20 lat był nauczycielem w Trondheim. Gdy odziedziczył po ojcu parcelę ze starym domem i nieczynnym tartakiem, wziął w banku kredyt  i przebudował dom na pensjonat. Od maja do września przyjeżdżają do niego amatorzy wędkowania w fiordzie. Sigmund wynajmuje im apartamenty i łodzie, na miejscu mogą złowione ryby wyfiletować i zamrozić. Wyjeżdżają ze styropianowymi pojemnikami pełnymi filetów z ponad metrowych dorszy,. łososi morskich i halibutów. Aarstrand Pensjonat dysponuje 45 lóżkami, ale Sigmund nikogo nie zatrudnia. Radzi sobie zupełnie sam. Czasami, w szczycie sezonu, przyjeżdża do pomocy ktoś z rodziny. Zimą w pensjonacie ruch zamiera, a Sigmund wyjeżdża  na 4 miesiące do Trondheim pracować jako taksówkarz.

Norwegia się zmienia – mówi – Pieniądze z ropy nas psują. Tutaj zawsze trzeba było ciężko pracować, by przeżyć, a dziś ludzie dużo dostają za darmo. Rząd pompuje ogromne pieniądze w rolnictwo i rybołówstwo, ale ludzie, mimo dotacji, nie chcą być rolnikami i rybakami. Kto dziś pracuje w norweskich hotelach? Szwedzi. A kto buduje nasze domy? Polacy. Nasze śmieci sprzątają Azjaci i Afrykanie. Norwegowie wolą wygodne życie i czystą pracę w biurze. To jeszcze nie jest takie złe, bo, niestety, coraz więcej ludzi wybiera życie bez pracy. Nic dziwnego, jeśli na rencie lub zasiłku można dostać nawet 20 tys. koron. Zawsze się szczyciliśmy, że jesteśmy najzdrowszym społeczeństwem w Europie, ale ostatnio coraz więcej ludzi korzysta ze zwolnień lekarskich. Czy można się dziwić, jeśli zasiłek chorobowy wynosi 100% pensji, już od pierwszego dnia zwolnienia, a zwolnienie na 3 dni można sobie wypisać samemu, bez wizyty u lekarza?

W tym roku Sigmund nie pracuje sam. Ponieważ zimowe rezerwacje były lepsze niż w poprzednich latach, uznał, że tym razem musi mieć kogoś do pomocy na stałe. Z kłopotu  wybawił go Walter, jego niemiecki klient i przyjaciel.

Walter

Walter  od 20 lat zajmuje się w Niemczech sprzedażą programów komputerowych do obsługi firm. Dorobił się mocnej pozycji na rynku, wybudował dom z kilkoma mieszkaniami na wynajem i sporo odłożył na przyszłość. Od lat wraz z żoną każdy urlop spędza w Norwegii. Zatrzymują się w Aarstrand Pensjonat, z którego właścicielem bardzo się zaprzyjaźnili. Walter, słysząc o czekającym Sigmunda nawale pracy, zaproponował, że za zakwaterowanie i wyżywienie gotów jest pracować u niego przez całe lato. – Zawsze podobała mi się Norwegia – mówi – zawsze byłem jej ciekaw, chciałem sprawdzić, jak się żyje z dala od miejskiego hałasu. Ale na urlopie nie doświadczysz prawdziwego życia w obcym kraju. Żeby je poznać, trzeba tu mieszkać, pracować, spotykać się z ludźmi, którzy tu żyją. Teraz Walter sprząta pokoje, ścieli łóżka, wywozi śmieci, wykonuje drobne naprawy i dogląda łodzi. W wolnych chwilach wypływa na wędkowanie w fiordzie, zbiera grzyby, ale najchętniej urządza przyjęcia nad brzegiem fiordu. Jest świetnym kucharzem.

Przez dwadzieścia lat siedziałem za biurkiem – mówi – zajmowałem się marketingiem, pisałem maile, wysyłałem oferty, przygotowywałem umowy. Rozmawiałem z klientami przez telefon, ale rzadko spotykałem się z ludźmi osobiście. Efekt mojej pracy sprowadzał się do stanu mojego konta, na które wpływały prowizje. Tutaj uzyskałem nową perspektywę. To, co zrobię, jest od razu widoczne. Z przyjemnością patrzę na pościelone przeze mnie łóżko, na sprzątnięty pokój, na przybitą deskę czy pomalowaną ścianę. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy. Być może, za jakiś czas przeprowadzimy się tu z żoną na stałe.

Vieland

Vieland – także Niemiec – już to zrobił. Norwegia zafascynowała go 35 lat temu, gdy po raz pierwszy motorem przemierzył całą Skandynawię. Od tego czasu marzył, by się tu przenieść. Nauczył się norweskiego i parę lat temu spróbował odnowić swoją przyjaźń z sympatią z dawnych lat. Okazało się, że uczucie nie wygasło. Vieland zwinął swój interes w Niemczech i przeniósł się do Norwegii. Jako specjalista od konstrukcji metalowych nie miał trudności ze znalezieniem pracy. W weekendy remontuje stary dom, by go wynająć i mieć dodatkowe dochody do skromnego życia, jakie sobie wymarzył. Chciałby kupić gospodarstwo rolne gdzieś na odludziu, uprawiać ziemię, może hodować owce. Pomysł wydaje się trafiony, bo Norwegowie masowo wycofują się z podobnego stylu życia. Jest jeszcze trochę mężczyzn, których wciąż pociąga ciężka praca i mieszkanie na odludziu, ale kobiet chętnych do takiego życia jest już naprawdę niewiele. Chcą na co dzień korzystać z miejskich wygód i atrakcji, gdzie pod ręką mają restauracje, kina, butiki.

– Już dwa razy znalazłem gospodarstwo, o jakim marzyłem. Dawni właściciele zmarli, a dzieci nie były zainteresowane pracą na roli. Ale kiedy przychodziło do podpisania umowy, wycofywali się w ostatnim momencie. Nie potrzebują tych pieniędzy i nie chcą pozbywać się rodzinnej własności.

Alexander

Alexander jest miejscowym pastorem. Pracuje tu od 4 lat. Swoją żonę, Helenę poznał dwa lata temu przez Internet. – Gdy jest się samotnym, sporo się klika – mówi z uśmiechem młody pastor. Po miesiącu ”klikania” Helena przyjechała do Hommelstø. W dwa miesiące później postanowili się pobrać. Wkrótce urodziła się im córeczka. – To dla nas bardzo dobry okres – mówi Alexander. – Nie mam tu zbyt wielu obowiązków, za to dużo czasu dla żony i córki. Moja pensja jest też całkiem przyzwoita, a w takim miejscu jak Hommelstø rzadko mamy okazję do wydawania pieniędzy. Do obowiązków pastora należy odprawianie raz na dwa tygodnie mszy świętej. – Częściej by się nie opłacało – mówi. – Żeby odbyło się nabożeństwo, do Hommelstø musi przyjechać organista i kościelny. Po co? By otworzyć kościół i dopilnować porządku… żeby na przykład ktoś niepowołany nie naruszył powagi mszy świętej. Kościół luterański w Norwegii jest instytucją państwową i wszyscy jego pracownicy mają państwowe posady. Za każdym razem trzeba im zapłacić za ich pracę i podróż. Największe koszty są w zimie. Żeby można było odprawić mszę w znośnych warunkach, kościół musi być ogrzewany przez tydzień wcześniej. Na mszę przychodzi 3 do 6 osób.

-Gdy ludzie nie przychodzą do kościoła, Kościół musi przyjść do ludzi – uśmiecha się Alexander. Nigdy nie wygraża z ambony palcem, że ludzie tak rzadko zjawiają się w kościele, za to angażuje się w lokalne życie. Założył klub młodzieżowy, sędziuje piłkarskie mecze, regularnie odwiedza dom opieki.

Starsi ludzie potrzebują, by z nimi porozmawiać, czasami nie ma z nimi kontaktu i mogę tylko potrzymać ich za rękę lub popatrzeć głęboko w oczy. Zdarza się, że trafiam na czyjeś urodziny. Każdy chce, bym wypił z nim kieliszek za jego zdrowie. Nie mogę odmawiać, dlatego do domu opieki zawsze chodzę piechotą. Na co dzień Alexander jeździ motocyklem.

W zeszłym roku odbyły się 3 śluby, 4 chrzty i 8 pogrzebów. Wtedy pojawia się w kościele liczniejsza grupa wiernych, ale najwięcej przychodzi z okazji konfirmacji, gdy zjeżdżają się krewni nawet z dalekich stron. W domu urządza się uroczyste przyjęcie, a nastoletni konfirmanci otrzymują prezenty, podobnie jak w Polsce dzieci przystępujące do pierwszej komunii.

Sindre

Sindre jest świeżo upieczonym konfirmantem. Właściwie nie chciał być konfirmowany w Kościele, wolał przystąpić do świeckiego ślubowania młodzieży, ale 100 km na północ i południe prócz niego chętna była tylko jedna dziewczyna i nie zorganizowano nauki tylko dla dwóch osób. Sindre zdecydował się więc na zwykłą, czyli kościelną konfirmację, bo – jak mówi –Nikt nie chce rezygnować z imprezy, na której dostaje się tyle prezentów.

Największą pasją Sindre jest gitara. Tego lata wraz z przyjaciółmi występuje podczas Dni Velfjordu, w czasie których przez tydzień swoją twórczość prezentują lokalni artyści. Na tarasie małego baru przy stacji benzynowej odbywa się kilkugodzinny koncert rockowy. Zaczynają najmłodsi – 15-latki z Black Eagles. Po nich na scenę wchodzą kolejne, coraz dojrzalsze zespoły. Atmosfera się rozgrzewa, rock staje sie coraz cięższy, publiczność reaguje coraz bardziej żywiołowo. Niektórzy tańczą na masywnych drewnianych stołach, ale nie ma w tym żadnego chuligaństwa, żadnej agresji, żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie: w tłumie ludzi wyczuwa się jakiś naturalny porządek. Koło jedenastej nastolatki znikają, na imprezie zostają sami dorośli. Na stołach rosną stosy pustych puszek po piwie, obsługa ledwo nadąża z ich sprzątaniem. I wtedy pojawia się Åge.

Åge

Po twarzy Åge’go wyraźnie widać, że dźwiga już ósmy krzyżyk. Mężczyzna próbuje zaprowadzić trochę porządku. Do plastikowego kubełka opróżnia pełne petów popielniczki. W dżinsach, tiszircie,  bejsbolówce, z finką przy pasie i pękiem kluczy na szyi wygląda jak dozorca. Ale Åge nie jest dozorcą, on jest tu gospodarzem: jest właścicielem restauracji i sponsorem koncertu. Mieszka kilkanaście kilometrów stąd, w Nevernes, gdzie z żoną wybudował galerię sztuki, skansen i muzeum historyczne. Systematycznie urządzają tu koncerty i wystawy. Te artystyczne przedsięwzięcia, restauracja w Hommelstø i kamping w Nevernes to swoiste hobby Åge’go, by utrzymać kontakt z ludźmi i miejscem, z którego pochodzi jego żona. Do Velfjord przyjeżdżają na lato. W Nevernes mają dom, który specjalnie nie różni się od zabudowań sąsiadów. A mógłby, ponieważ Åge, będąc właścicielem flotylli tankowców gazowych jest jednym z najbogatszych ludzi w Norwegii. Jego ubiór, dom, sposób spędzania wolnego czasu niczym go nie wyróżniają spośród mieszkańców fiordu i całego kraju. Epatowanie bogactwem zawsze tu było w złym guście.

Ingrid

Ingrid jest zapaloną sportsmenką. Świetnie chodzi po górach, biega na długich dystansach. Latem startuje w biegach przełajowych, a zimą w wyścigach narciarskich. Gdy odbywa się bieg narciarski w Hommelstø, jego dawni mieszkańcy zjeżdżają się z całej Norwegii. W zeszłym roku biegło ponad 300 osób w wieku od 7 do 70 lat.

Ingrid uczy w miejscowej szkole angielskiego, a w czasie wakacji pracuje dla Hurtigruten jako przewodnik turystyczny. Hurtigruten to system połączeń kabotażowych, który kiedyś zapewniał łączność pocztową, dziś firma jest wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. Codziennie inny liniowiec Hurtigruten wyrusza z Bergen w liczącą 1250 Mm trasę przez krąg polarny i Przylądek Północny do Kirkenes przy granicy z Rosją, po drodze zawija do 34 portów. Rejs trwa 6 dni i zaliczany jest do jednej z najpiękniejszych podróży morskich na świecie.  – Pasażerowie – mówi Ingrid – to na ogół starsi ludzie z całego świata. Wśród nich jest wielu bogatych turystów, ale też i wiele osób, dla których jest to urlop życia, na który musieli długo oszczędzać.

Grethe i Ronald

Grethe i Ronald mieszkają w Bergen. Ona jest pracownikiem opieki społecznej, a on – dekarzem. Poznali się zaledwie trzy miesiące temu i postanowili wspólnie spędzić urlop. Wybrali się w podróż do Kirkenes i z powrotem. Na północ płynęli luksusowym statkiem Hurtigruten, na południe wracają motocyklem. W Hommelstø zatrzymali się na kilkudniowy odpoczynek. Mają za sobą 1800 km jazdy, zostało im jeszcze 1200.

Przez tydzień mieliśmy luksusowe życie – mówi Ronald –świetne jedzenie, basen, kręgle, dancingi, jacuzzi na górnym pokładzie. Codziennie wpływaliśmy do jakiegoś  fiordu i podziwialiśmy piękne widoki… Straszna nuda! Nie mogłem się doczekać, aż wsiądę na swoją yamachę i będę mógł jechać, jechać, jechać…

Amber

Amber właśnie skończyła pierwszą klasę. Ona także przyjechała tu na wakacje, do swojego dziadka. Amber ma czworo dziadków, ale w trzech miejscach. Jej kolega Snorre ma ich aż ośmioro. Wszyscy jego dziadkowie są rozwiedzieni i każdy z nich ma nowego partnera.

Także rodzice Sindre są rozwiedzieni, ale opiekują się nim na zmianę. Sindre mieszka przez większą część roku z ojcem, a zimą, gdy ojciec wyjeżdża do pracy w inne miejsce, synem opiekuje się matka, która przyjeżdża do niego na 4 miesiące z odległego o 600 km Kristiansund. Sindre właśnie skończył podstawówkę i wspólnie z rodzicami uznał, że korzystniej dla niego będzie chodzić do szkoły w większym mieście. Na najbliższe 3 lata przenosi się więc do matki i jej przyjaciela. By odpowiedzieć na pytanie, ile ma rodzeństwa, musi się trochę zastanowić.: starsza siostra, która z nim mieszkała przez kilka lat – to jasne, dwoje dzieci ojca z poprzednich małżeństw, dwoje mamy, to w sumie będzie… pięcioro.

Anders, kolega Sindre mieszka z mamą i trójką rodzeństwa, ale dzieci wolą przebywać z ojcem, mieszkającym kilka kilometrów od nich. Gdy nie wracają na noc, matka jest spokojna, bo wie, że zostały u niego.

Jeszcze bliżej do swojego taty ma Ragnvald, inny kolega Sindre. Mieszka z bratem i siostrą u mamy, a tata z nową żoną i dzieckiem mieszkają w sąsiednim domu.

Rozwód już dawno przestał być w Norwegii problemem – mówi Sigmund. – Dzieci są dla nas ważne, ale dlaczego cały czas mielibyśmy mieszkać ze sobą razem?

Decyzję o tym, kto zajmuje się dziećmi, ułatwia państwo, przyznając każdemu rodzicowi po 1000 koron miesięcznie. Rodzic, wychowujący dziecko samotnie dostaje podwójny zasiłek.

Spośród dorosłych bohaterów reportażu rozwiedziony nie był tylko Alexander, ale sam udzielił już kilku rozwodów innym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *