Narodziny Wenus

Następnego dnia profil Mariki na portalu dla modelek znika. Cieszę się, że zdążyłem ściągnąć na swój twardy dysk najładniejsze fotki. Ale i ja bym chciał jej robić takie zdjęcia. Na początku następnego spotkania pytam, czy mógłbym kiedyś zobaczyć ją przy pracy, żeby mi pokazała, jak pozuje, zwłaszcza w pozie Madonny i Danae z obrazów Muncha i Klimta. Marika nie ma nic przeciwko temu i jest gotowa natychmiast. Przewidziałem to i kupiłem dla niej w prezencie czerwony beret, który — w moim zamyśle — ma symbolizować aureolę Madonny. Marika zakłada go sobie na głowę, zrzuca z łóżka kołdrę i poduszki i siada na pustym materacu. Układam kciuk i palec wskazujący obu dłoni w kształt pistoletu i zestawiam je ze sobą na kształt kadru kamery. Patrzę przezeń na Marikę, a ona mówi: Nie masz aparatu? Weź chociaż komórkę. To także przewidziałem i wyjmuję z torby swojego canona. Dla Mariki taki rekwizyt w ręku fotografa wydaje się czymś zupełnie naturalnym. Co chwilę układa inaczej ciało w pozycji na wpół leżącej i na wpół siedzącej. W pewnym momencie zdejmuje dżinsy i pozuje z gołymi nogami, w czarnej bluzce. Zmienia też wyraz twarzy od uśmiechu do zamyślenia. Sama wie, kiedy spojrzeć w obiektyw, a kiedy skierować wzrok na bok czy do góry. Następnie pozbywa się bluzki i zostaje tylko w czarnej koronkowej bieliźnie. Najpierw zajmuje się czerwonym beretem, przekrzywiając go na bok, robiąc sobie daszek z przodu, podciągając do góry za antenkę, a ja — pstrykam. Potem robi pierwsze przymiarki do pozy Madonny z obrazu Muncha. Wreszcie zdejmuje z siebie wszystko, całkiem naga staje na materacu łóżka i przyjmuje pozę Madonny, podnosząc prawą rękę i kładąc dłoń na karku, a lewą — na brzuchu. Odkładam aparat i koryguję jej sylwetkę. Delikatnie przekrzywiam jej głowę w kierunku ramienia, a twarz kieruję lekko ku górze. Lewą rękę zdejmuję z jej brzucha i zakładam na plecy. Beret układam na jej głowie tak, by przylegał do niej na jak największej powierzchni. W podekscytowaniu biorę aparat i robię kilka zdjęć w różnym oddaleniu. Cudownie — mówię — nawet nie wiesz, co mi dajesz.

Teraz Danae. Marika kładzie się na prawym boku. Pomagam jej jak najmocniej skłonić głowę i dociągnąć do niej lewe kolano. Układam jej lewą dłoń między udami, a prawą, rozcapierzywszy wprzód jej palce — na piersiach. Proszę, by lekko rozchyliła usta i całkiem zamknęła oczy. Robię jej zdjęcia, stojąc nad nią, a potem coraz bardziej obniżam aparat, aż pierwszy plan wypełnia jej udo. Nie byłem pewien, czy się zgodzisz, i zostawiłem w samochodzie rekwizyty do złotego deszczu. Mogę je przynieść? Jakie? — pyta Marika. Żółte kwiaty. Pewnie — odpowiada mi z uśmiechem. Nie zmieniaj pozycji, zaraz wracam.

Wychodzę do samochodu po kilka pęczków żonkili, które jadąc do niej, kupiłem na straganie od kwiaciarki. Gdy wracam, Marika wciąż leży w tej samej pozycji, jakby spała. Nie otwieraj oczu — proszę — i napręż mocniej palce. Rozwiązuję pęczki żonkili i jeden po drugim rozsypuję na nagie ciało Mariki. Znów biorę do ręki aparat i powtarzam te same ujęcia, które wcześniej wypróbowałem bez kwiatów. Na koniec Marika zbiera narcyzy w jeden bukiet i pozuje, zasłaniając nim piersi.

Jeszcze jedna poza — proszę, nie mogąc się oprzeć kolejnemu skojarzeniu. Kładę na środku łóżka poduszkę i proszę Marikę, by na niej stanęła. Układam jej prawą dłoń na mostku, tuż nad piersiami, i podpowiadam, by lewą dyskretnie zasłoniła delikatnie się rozpękający kwiat swego sekretu i by przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, a prawą stopą finezyjnie się podparła, bym mógł nauczyć ją, jak z lekka kibić wyginać dostojnie i stąpać jako bogi, duchem czując ciało. Nieznacznie przechylam jej głowę ku prawemu ramieniu i proszę, by spróbowała patrzeć przed siebie nieobecnym wzrokiem. Odsuwam się na parę kroków, odwracam aparat do pionowego kadru i pstrykam. Jest. Są. Narodziny Wenus.

Może sięgniesz po cała powieść?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *