Lolita

Nie mam nawet z kim podzielić swojego bólu. I nagle wpadam na pomysł, że może jednak poszukam kogoś wśród swoich starych przyjaciół. Lolitę po raz pierwszy czytałem ze trzydzieści lat temu, z niezdrowym podekscytowaniem skandalem, jaki wywołała historia związku czterdziestokilkuletniego mężczyzny z o trzydzieści lat młodszą dziewczynką, a potem, przed kilku laty, pokłóciłem się o tę książkę ze swoją przyjaciółką. Do dziś grają we mnie emocje wywołane tym sporem. Sięgam więc po Lolitę ponownie. Humbert Humbert jest na pewno kimś, kto mnie zrozumie. I nie zawodzę się. Czytając Nabokova po raz drugi, wolny od kulturowych i seksistowskich uprzedzeń, znajduję w jego książce to, co chyba zamierzał w niej zawrzeć. Lolita wydaje mi się teraz piękną i liryczną opowieścią o miłości.

Oczywiście natychmiast chcę się podzielić swoimi wrażeniami z Mariką, która oczywiście nie czytała Lolity i nigdy takiej lektury nie przeczyta, ale tylko po raz kolejny przekonuję się, jak wielka przepaść dzieli światy sztuki, w których żyjemy. Marika już na wstępie wymiany maili na ten temat pisze, że nie mogłaby zaakceptować tej książki ze względu na stosunek dorosłego mężczyzny do czternastolatki, bo czternastolatka jest dzieckiem nieświadomym swoich decyzji i poczynań. Nawet nie prostuję, że Lolita miała czternaście lat, gdy po półtorarocznej opiece uciekła od swego ojczyma. Piszę tylko, że ją strawiłem, a właściwie z nabożną czcią skonsumowałem w całości po raz kolejny. Jakże on, bohater-narrator-autor, pięknie potrafi opowiadać o swoim uczuciu i jego obiekcie! Ja też bym chciał tak potrafić, ale gdzież mi tam do Nabokova!

Chyba z dziesięć razy czytam fragment opisujący ostatnie spotkanie Humberta Humberta z Lolitą, który wypreparował swoje uczucie do niej z seksualnego pożądania i dopiero teraz widzi jasno i wyraźnie, że jest ono czystą miłością. Nie chorym pożądaniem dorastającej dziewczynki przez nieuleczalnego pedofila, lecz miłością, która wyrosła ze spotkania dwóch egzystencji i która chciałaby się zmaterializować w realizacji marzenia o wspólnym życiu. I ze łzami w oczach — ponoć tak samo, jak robił to sam autor Lolity — kontempluję beznadziejną samotność Humberta, który pyta Lolitę o swoją rolę w jej życiu jako mężczyzny i któremu ona odpowiada, że owszem, był dobrym… ojcem.

Nie ma wątpliwości, że to już nie taki kontakt, jaki mieliśmy na początku, gdy moja owieczka sama zabiegała o jego podtrzymanie i martwiła się, gdy coś było nie tak. Nie chcę żebrać o kolejne maile, zdania, słowa. Marika wyraźnie gra na wyciszenie, co nie jest najgorsze, bo przecież mogłaby po prostu w ogóle się do mnie nie odzywać. A może — myślę sobie — wysublimowanie, wzorem Nabokova, Mariki do jakiejś literackiej fikcji byłoby odpowiednim lekarstwem na moje zbolałe, nieutulone w bólu serce? Książka Nabokova zaczyna się od swoistej inwokacji Humberta do Lolity. Parafrazuję ją i wysyłam do Mariki, ale ona pomija moje literackie próby milczeniem.

Mariko, światłości mego życia, płomieniu mych lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Ma-ri-ko: Usta trzykrotnie wydmuchują powietrze. Przy drugiej sylabie język krótkim drganiem uderza o podniebienie. Po trzecim wydechu usta pozostają lekko rozchylone. Ma. Ri. Ko. Na imię miała Marika, po prostu: Marika. Spotykałem ją zwykle z samego rana. Metr sześćdziesiąt dwa w białych pończochach, które jej kiedyś kupiłem w prezencie. W czarnych zresztą też. Po mieście zawsze chodziła w spodniach: w dżinsach, legginsach lub szortach i w każdych z nich była Mariką. W portalu modelek — także: Marika1990, o wymiarach 86-61-85 i rozmiarze buta 36. Zwykle nosiła włosy związane w warkocz. Zawsze była sobą. Lecz w moich ramionach zawsze była — owieczką.

Jeśli Nabokovowi można pisać tak sentymentalnie i patetycznie, to dlaczego nie mnie? Nie będę się krępował i opowiem o Marice do końca tak lirycznie, jak zawsze o niej myślę, chociaż z jej życia poezja powoli się ulatnia i zaczyna ono przypominać ciężki głaz, który właśnie wymsknął się z ramion Syzyfowi.

I to jest ostatni z ilustrowanych fragmentów erotycznych, które chciałem opublikować. Choć przez pierwsze 200 stron akcja powieści w zasadzie nie wychodzi z łóżka, nie chciałbym, by Marikę zaszufladkowano jako książkę erotyczną. Jeśli miałbym wybierać szufladę, to wołałbym, żeby to była „literatura społeczno-obyczajowa”. To, że akcja powieści wyjdzie z łóżka, nie znaczy, że zniknie z niej erotyka, czy seks. Zostanie, ale spadnie na społeczno-obyczajowe dno, niestety, w coraz szerszym zakresie wyznaczające normę zachowań zarówno młodych, jak i dojrzałych ludzi. Jednak tym, o czym chciałem opowiedzieć w swojej książce, jest głębokie egzystencjalne doświadczenie spotkania drugiego człowieka, jakie przeżywają bohaterowie. Jesteśmy dokładnie w połowie opowieści. Zapraszam do sięgnięcia po całość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *