Rozdział III

Żegnając się z Mariką, mówię: Następnym razem opowieści waginy. Co masz na myśli? – pyta zdezorientowana Marika. Twoje opowieści. Ze mną nie jest tak łatwo, ja nie potrafię opowiadać tak jak ty – a zresztą – nie mam o czym. Nieprawda. Nie wierzę w to. Każdy człowiek jest ciekawą księgą. Jeśli tak, to moja jest zamknięta. I niech na razie taka zostanie. Ja ją rzadko otwieram, nawet sama przed sobą. Chciałbym móc do niej zajrzeć. Może kiedyś…. Ale nie naciskaj, ja sama muszę chcieć ją otworzyć. Najlepiej razem z udami. Ułożę się między nimi, wtulę się głową i będę słuchał monologów twojej waginy. Nie podoba mi się to określenie. Czemu tak to nazywasz? Nie czytałaś Monologów waginy? Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałam. To tytuł książki Eve Ensler, amerykańskiej pisarki, raczej słabej, która zebrała w niej wypowiedzi różnych kobiet na temat ich kobiecości, wygłaszane właśnie z perspektywy ich waginy, ich wręcz fizjologicznej seksualności. Znam ją, bo przez jakiś czas leżała u nas w domu niewstawiona na półkę, czytana przez moją żonę i dorastające córki.

Wieczorem znajduję książkę w Internecie i wysyłam Marice fragment o tym, jak pewnej nastolatce elegancka i podziwiana przez nią trzydziestoletnia sąsiadka pomogła odnaleźć jej seksualną, lesbijską tożsamość. Marika jest pod wrażeniem. Ciekawe – odpisuje.

Na następnym spotkaniu mam dla niej niespodziankę. Podczas wypoczynku na pierwszej przełęczy naszych uniesień wyciągam książkę Eve Ensler, kładziemy się na brzuchu i wspólnie czytamy wybrane przeze mnie fragmenty. Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła? – powtarzam pytanie autorki. Jedwabne pończochy – wybiera Marika z listy odpowiedzi. Suknię wieczorową – pada mój wybór. Dżinsy, tak jak lubię – dodaje od siebie Marika. Czarną, przezroczystą bieliznę, tak jak ja lubię – pieczętuję swój wybór krótkim cmoknięciem ust Mariki, a ona odpowiada mi uśmiechem, że zrozumiała aluzję. Maseczkę karnawałową – Marika zagląda mi w oczy z szelmowskim uśmiechem. Fioletową piżamę z aksamitu. Czerwoną muchę. Jedwabne kimono. Spodnie dresowe. Wysokie obcasy. Okulary przeciwsłoneczne. Koronki. Tatuaże. Kapelusze. Bikini. Kabaretki. Listek figowy. Wieniec laurowy – przekrzykujemy się, rzucamy się na siebie ze śmiechem i turlamy od jednego do drugiego końca łóżka. Gdy się uspokajamy, Marika mówi do mnie: Nie znam bardziej zwariowanego mężczyzny. A ja drugiej takiej kobiety, na punkcie której mógłbym tak zwariować.

Sięgam po książkę, która spadła na podłogę i czytam pytanie do kolejnej litanii: Gdyby twoja pochwa umiała mówić, to co by powiedziała w kilku słowach? Marika wybiera z listy: Pobawmy się. Przytul mnie. Obejmij. Powolutku. Delikatnie. Taaak, taaak. Wyliż mnie. Nie przestawaj. Pragnę. Nakarm mnie. Błagam, jeszcze. Za mocno. Teraz dobrze. Jeszcze, jeszcze. Kołysz mnie. Tak, tutaj. O matko! O Boże!

Przechodzi mnie dreszcz podniecenia. Rozkładam szeroko na boki nogi Mariki i próbuję odegrać wszystko, o co prosiła. Czy poeta to właśnie miał na myśli, pisząc: Oby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa? Nie trwa długo, by Marikę przeszyły dwa kolejne skurcze, ale tym razem dodaje do nich długi i głęboki pomruk ulgi. Odczekuję moment i ponownie przywieram do niej ustami, ale jej ciało wygina się w obronnym odruchu. Podciągam się lekko ku górze i kładę głowę na jej brzuchu. Opuszkami palców wyczuwam na jej mons pubis ostrą tarkę odrastających włosków. Zapada cisza. Wyraźnie słyszę przez czaszkę szelest włosów na mojej głowie, uginających się pod delikatnym dotykiem jej dłoni, zupełnie jak poszum wiatru pośród drzew w lesie. Oczyma wyobraźni widzę, jak moją głowę pokrywa skóra jej brzucha. Ten cud życia, pulsujący pod tą napiętą kopułą, czekający na swe ponowne narodziny, to ja.

Mein Schnuckel – mówię do niej z czułością. Wiesz, co to znaczy? Die Schnucke to po niemiecku owca, a das Schnuckel to tyle, co owieczka. W ten sposób po niemiecku z najwyższą czułością można powiedzieć o dziecku lub najukochańszej osobie. Zsuwam się z jej brzucha i oboje układamy się na boku. Ja – w kołysce jej stóp, a ona – w kolebce mych lędźwi. Wyciągam do niej swoją prawą dłoń i głaszczę ją po jej lewym policzku. Mein Schnuckel, moja owieczko, moja mała owieczko – szepcę z czułością, wpatrując się w szmaragdowe źrenice w łódeczkach jej kocich oczu. Ona zdejmuje moją dłoń ze swego policzka, przyciska ją delikatnie wnętrzem do swoich ust i zaczyna całować regularnymi cmoknięciami, co chwila to przyciskając, to odrywając od niej usta. By spojrzeć mi w oczy, musi unieść wzrok, tak jakby spoglądała na mnie sponad okularów. A ponieważ trzyma moją dłoń nieruchomo, by wydać kolejne cmoknięcia, musi delikatnie poruszać głową. Z kolei pragnąc utrzymać spojrzenie prosto w moje oczy, musi sterować balansem naszych spojrzeń. A potem odwraca moją dłoń grzbietem do swoich ust i zaczyna całować mnie w zupełnie inny sposób, próbując przyssać się do niej ustami jak pijawka. Ale im silniej próbuje się przyssać, tym szybciej jej usta odrywają się od mojej skóry. Wreszcie rozchyla swoje usta szeroko i udaje jej się wytworzyć podciśnienie wciągające skórę mojej dłoni gdzieś pod jej górną wargę. Myślę, że jestem już na Polach Elizejskich, ale za moment okazuje się, że to były dopiero Asfodelowe Łąki. Ssąc skórę mojej dłoni ustami, zaczyna jednocześnie pieścić ją językiem, wpychając ją pod wargę jego naprężoną końcówką. Cierpliwie, powoli, wciąż nie wypuszczając mojego spojrzenia z objęcia swego wzroku. Jak bazyliszek. Gdy już jestem bliski omdlenia, ona odsuwa usta od mojej dłoni, ale tylko na tyle, by nie utracić kontaktu z porastającymi ją włoskami. Muska ich końcówki przenosząc się z grzbietu dłoni poprzez przegub i dalej, wzdłuż przedramienia, aż gdzieś w jego połowie miękko ląduje ustami na suchym lądzie skóry, zwilżając ją odrobiną swej życiodajnej śliny. Wyobrażam sobie, że jestem wyschniętym stepem, któremu niebo przez całe miesiące skąpiło kropli deszczu. Sięgam za głowę, do oparcia jej stóp. Chwytam je dłonią i bliski płaczu ze wzruszenia pytam: Czy ty widzisz łzy w moich oczach? Marika odpowiada: Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko chłonę i wszystko pamiętam.

Próbuję przez jej źrenice wypatrzeć dno jej oczu i szeptem recytuję z najwyższym wzruszeniem Polały się łzy me, czyste, rzęsiste. Szklistymi oczami wpatruję się w jej szmaragdowe źrenice, a wtedy ona wysuwa swą lewą stopę zza mej głowy i zaczyna nią głaskać mnie pod pachą. Ale jak?! Muska mnie płynnym ruchem jak foka płetwą: klap, klap, klap. Chwytam ją w kostce i przysuwam jej palce do swych ust. Cmokam w duży – nie protestuje. W środkowy – też nie. W malutki – także nie. Biorę więc w usta wszystkie, tak jak w dzieciństwie zdarzało mi się jeść garściami czereśnie. Digitus primus, digitus secundus, digitus tertius, quartus, quintus. Jaka prosta łacina. Ssę je, przeżuwam w swoich ustach i co chwila wypluwam. Kostki czy pestki? Sam już nie wiem, co jest, a co było. W oszołomieniu świadomość miesza mi się z pamięcią. Gdy już się nasycam, chwytam jedną ręką za piętę, a drugą za palce i podbicie. Wgryzam się delikatnie zębami w podeszwę jej stopy. Ssę ją ustami, jakbym chłonął miąższ z arbuza. A kiedy wysysam go doszczętnie, na koniec jeszcze wylizuję językiem jej wnętrze aż do samej skórki.

Widzę, że Marika traci równowagę swojego spojrzenia i co chwila przenosi wzrok to do moich oczu, to do swojej stopy, choć wymaga to ledwo zauważalnej zmiany kąta spojrzenia. Gdy zauważam, że jej nozdrza znów rozchylają się coraz szerzej przy wciąganiu powietrza, pojmuję, że znów mamy sprzyjającą falę przyboju. Czas na surfing. Tylko jak? Bodyboard jak leniwi plażowicze na Costa Brava na leżąco na krótkiej i szerokiej desce czy jak muskularni młodzieńcy i wysportowane panny na jaws na Hawajach? Hawaje! Hawaje! Oczywiście, że Hawaje! Wypuszczam z dłoni jej stopę, staję obok łóżka i biorąc ją pod pachy stawiam na nim, a następnie, nie zmieniając uchwytu, zwinnym ruchem przenoszę na podłogę i podprowadzam do okna. (Come over to the window, my little darling. I’d like to try to read your palm). Zasłaniając je widziałem, że rozpościera się z niego widok na szerokie błonia, za którymi w odległości mniej więcej dwóch kilometrów majaczyły bloki betonowego osiedla. Ustawiam Marikę przed sobą. Mój niepokorny przyjaciel pręży się jak święty Jerzy, Saint George, Saint Georges, Sant Jordi, swiatyj Gieorgij gotujący się do walki ze smokiem. Silnym ruchem obu rąk z głośnym szelestem rozsuwam zasłaniające okno zasłony. Stajemy z Mariką na scenie świata. Jak w Dyskretnym uroku burżuazji – myślę sobie, ale nie wypowiadam swojej myśli na głos, bo Marika, oczywiście, nie zna Buñuela. Pewnym ruchem zatapiam lancę świętego Jerzego w oślizłym smoku Mariki. Niechcący popycham ją przy tym biodrami tak, że traci równowagę i musi się podeprzeć rękami o parapet. Nasz pokój znajduje się na piętrze hotelu i gdyby ktoś pojawił się na błoniach, bez przeszkód moglibyśmy się usunąć na bok lub z powrotem zasunąć zasłony. A żeby ktoś nas wypatrzył z któregoś z mieszkań osiedla, celując akurat w nasze okno lunetą, musiałby zdarzyć się chyba cud na miarę odkrycia przez Galileusza czterech księżyców Saturna. Chwytam Marikę za biodra i próbuję dopaść bestię od dołu, dźgając swoją lancą jak szalony. Marika, wciąż opierając się lewą ręką o parapet, prawą sięga do mojego krocza. Gładzi mnie mocno po wiszącym worku scrotum i bierze w dłoń jego zawartość, miesząc ją jak monety w sakiewce, którą jak gdyby, prócz podwiązki, zamierzała wręczyć swemu rycerzowi. W tej sytuacji nie trzeba długo czekać, by święty Jerzy ostatecznie ugodził smoka, zalewając jego paszczę produktem swej cudownej spermatogenezy i powodując, by wyzionął ducha, wydając przez usta Mariki ochrypłe charczenie. Wystraszam się nie na żarty, bo jakiś ciepły płyn wylewa się w jej pochwie na lancę świętego Jerzego i dalej na moje uda. Czyżby smok odpowiedział swoim jadem? Przerażam się, że przebiłem ją na wylot, gdy osuwa się na nogach jak omdlała. Objąwszy jej tułów jednym ramieniem na wysokości talii, a drugim na wysokości piersi, nie wychodząc z niej, przenoszę ją na łóżko. Całuję w szyję i pytam: Zrobiłem ci coś? A ona: Tak, miałam squirt. Co to jest? Opowiem ci zaraz. Daj odsapnąć.

Lanca świętego Jerzego powoli taje we wnętrzu Mariki, podobnie jak na przestrzeni wieków tajała jego legenda. Nie słyszałeś nic o squircie? Nie. To kobiecy wytrysk. Niektóre kobiety mają takie zdolności. Podczas orgazmu następuje wytrysk płynów podobnych do męskiego ejakulatu. Moczu? Nie. Niektóre kobiety popuszczają, ale prawdziwy squirt, to nie mocz. Często ci się przydarza? Ostatnio prawie wcale, ale kiedyś miałam partnera, który miał bardzo dużego. Miałam z nim squirt prawie za każdym razem, ale tylko w jednej pozycji. Na jeźdźca. Czy to było przyjemne? Orgazm ze squirtem to prawdziwy odlot, ale moje są bardzo bolesne. Wiesz przecież, że jestem małą dziewczynką. A ja też mam dużego? Taaak. Nie wkładaj mi tak głęboko. Proszę cię. Obiecałeś być delikatny. Jak dotyk motyla. A dziś nie byłem? Nie żartuj. Dziś byłeś jak dzika bestia. Proszę cię, nie rób tego więcej. Przepraszam cię, owieczko maleńka. Mein Schnuckel, mein Schnuckelchen – mówię, głaszcząc ją po włosach.

Lubisz niemiecki? Język tak, ale swojej pracy – nie. Czemu? Kiedyś ją lubiłem. Zaraz po studiach tłumaczyłem książki, nawet dwie mi wydali. Ale prawie nic na nich nie zarobiłem. Rok pracy za darmo. A przecież trzeba jakoś zarobić na życie. Gdy jeszcze wszyscy myśleli, że komputer to taka zabawka dla dzieci, zainwestowałem w swoją pierwszą maszynę. I to był strzał w dziesiątkę. Moi koledzy przepisywali każde tłumaczenie na maszynie do pisania, a ja miałem gotowe schematy. Dowody osobiste, paszporty, akty małżeństwa, akty urodzenia…. Akty nierządne – zdobywa się na żart Marika, wywołując we mnie delikatny uśmiech. W każdym razie miałem gotowe schematy, zmieniałem tylko daty i nazwiska. Trzaskałem tłumaczenia setkami i zarabiałem krocie. Wtedy postanowiłem przejąć od rodziny nasz wielki dom, myślałem, że będę mógł zrobić z niego hotel czy coś takiego. Wziąłem w banku duży kredyt i wykończyłem go tak, by dawał jakiś dochód. Hotel z tego nie wyszedł, ale trzy mieszkania i lokal użytkowy. A potem każdy mógł sobie kupić komputer i cudowne źródełko wyschło. Zresztą tłumaczenia dokumentów przestały być potrzebne. Nie starczało mi na spłatę raty i ratowałem się kolejnymi kredytami, aż pętla zacisnęła się tak mocno, że myślałem, że mnie udusi. Ale wtedy bardzo mocno zaczęły się rozwijać nasze kontakty handlowe z zagranicą i okazało się, że można zarobić na tłumaczeniach dla firm. Umowy handlowe, instrukcje obsługi i warunki gwarancji wiertarek, mikserów, maszyn. Ekspertyzy, kosztorysy, opisy projektów, analizy. I tak to trzepię do dziś. Kokosów z tego nie ma, ale da się wyżyć.

A pomógłbyś mi coś napisać? Może… a co takiego? Mam do napisania pracę semestralną. Kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać. Taka trudna? Może nie, ale… wiesz, mój niemiecki jest szczątkowy. Prześlę ci zadanie na e-mail, jak chcesz. Dobrze. Wieczorem dostaję e-mail z zadaniem. Poziom: pierwsza klasa liceum w zakresie podstawowym. Oba zadania mają początek i koniec, trzeba je tylko uzupełnić. Wystarczy napisać cztery zdania – nawet z błędami, byle komunikatywnie – a tekst będzie brzmiał, jakby egzaminowany naprawdę znał język. Odpowiadam Marice, że mógłbym to napisać w pięć minut, ale nie będę tego robił za nią. Mogę się z nią spotkać w dodatkowym terminie i z nią nad tym popracować, a najlepiej by było, żebyśmy spotykali się regularnie dwa razy w tygodniu. Raz na nasze spotkanie, a raz na korepetycje z niemieckiego, ale Marika mi odpowiada, że nie ma tyle wolnego czasu. Spotykamy się więc w naszym normalnym czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *