Powrót z Itaki

Powrót z itaki

– Audycja muzyczna, pisanie książek, reportaży, architektura krajobrazu, uczenie języków, tłumaczenia… Dużo tego. Za dużo. Pewnie nic z tego nie wyjdzie. Potrafiłbyś skoncentrować się na jednym, żeby to robić zawodowo?

– Na pisaniu na pewno tak, ale tylko o tym, co mnie interesuje. Gdybym miał zostać dziennikarzem i pisać o dziurze w drodze, pewnie bym nie podołał. Nie mógłbym zaakceptować tak mało wartościowej pracy, którą może robić prawie każdy. Dlatego nie znoszę księgowości, korespondencji biurowej, sprzątania, prasowania. Robiąc takie rzeczy czuję, że życie przecieka mi przez palce. Podobnie w ogrodzie. W swoim mogę siedzieć całymi godzinami, przyglądać się detalom, planować, przesadzać, ale gdybym miał to robić za pieniądze: jak najwięcej, jak najszybciej, babrając się w ziemi, moknąc na deszczu, marznąc, to ulotniłby się cały urok herboryzowania.

– Bo ciebie nie interesuje praca, tylko zabawa.

– Możliwe. Złośliwi mówią o mnie: „Najpierw przyjemność, potem obowiązek”. Może to i prawda, ale mnie chodzi o twórczość, nawet jeśli to miałaby być tylko jej namiastka. Już sama jej namiastka nadaje sens pracy. Wtedy mogę się jej poświęcić na lata. Pamiętasz, jak Arystoteles dzielił ludzką aktywność?

– Na trud, pracę i twórczość?

– Tak. Gdy byłem dzieckiem, z radością i zapałem pomagałem rodzicom w ogrodzie, a dziadkom na polu. Kopać ziemię, podlewać ogórki, pomidory, zbierać kartofle, marchew. Kosić łąkę, suszyć siano, zwozić snopki… Byłem dumny ze swego wysiłku, potu, pragnienia, ale byłbym nieszczęśliwy, gdyby trud dla utrzymania mnie i mojej rodziny przy życiu miał wypełnić cały mój czas. Nawet jeśli mógłbym go zamienić na kupno czegoś trwałego, na przykład domu, który służyłby moim dzieciom, wnukom i być może jeszcze ich dzieciom. To byłaby już praca. Ale budowa czy urządzanie takiego domu samemu zawiera już w sobie pewną namiastkę twórczości. Robisz coś, co samemu wymyślasz i co może być podziwianie lub służyć innym. To oczywiście nie jest jeszcze twórczość w sensie właściwym, jak dzieła wielkich artystów czy uczonych, które służą całej ludzkości, ale jakąś jej namiastkę zawiera.

Owszem, jestem hedonistą, potrafię się cieszyć wieloma rodzajami przyjemności, ale nigdy nie twierdziłem, że one są najważniejsze, czy że do nich sprowadza się życie człowieka. Wcale nie cenię przyjemności samych w sobie, lecz takie, które, zmierzają ku czemuś wyższemu. Lubię swój ogród, ale ogród to część domu. W nim przebywa moja rodzina, dzieci, przyjaciele. Uprawiając swój ogród, buduję dom. I to nie tylko jako budynek, schronienie przed zimnem i deszczem, ale jako domostwo, w którym rozwijają się moje więzi z rodziną i przyjaciółmi. No i jeszcze jest w tym namiastka twórczości. Lubię wino, ale nie cenię w nim smaku samego sobie czy tego, ze wywołuje we mnie dobry nastrój, lecz to, że mogę je pić z innymi, którzy w tym moim, naszym dobrym nastroju uczestniczą. Nawet gdy piję je sam, to cieszę się swoimi dobrymi myślami. Wino nie jest zwykłą przyjemnością, która kończy się wraz z jego konsumpcją. Wino jest jak dom, stanowi element mojej pracy, przez którą buduję swoją osobowość i więzi z innymi. Lubię samotne wędrówki po górach i samotne żeglowanie, ale one też nie są pustą konsumpcją przyjemności. Ja przez nie buduję swoją osobowość, swoją duchowość. A gdy zabieram ze sobą dzieci, buduję przez to ich osobowość, więzy między nami i więzy między nimi a światem. Człowiek, który nie doświadcza wiatru i deszczu, śniegu i mrozu, kojącego ciepła i wyczerpującego skwaru, piękna krajobrazów, roślin i zwierząt, ma inny kontakt ze światem niż ktoś kto ich doświadcza i kto się nauczył cenić to od dziecka. Gdy wyjeżdżam  z dziećmi w góry czy na żagle, nie robię tego tylko dla własnej przyjemności, lecz wykonuję pracę, jakbym budował dla nich dom. Dom, którym jest dla nich świat. Taki, jakim one same, i z moją niewielką pomocą, nauczą się go postrzegać.

A z tymi talentami, to pewnie masz rację. Nie tylko nie potrafiłbym ich wykorzystać dla pracy czy trudu, ale pewnie, gdybym spróbował to zrobić, nie okazałyby się one aż tak wielkie. Znasz może film „Telepasja”?

– A powinnam?

– Raczej tak, to klasyka światowego kina, a poza tym opowiada o twoim środowisku. Dziennikarskim. Tyle, że nie gazetowym lecz telewizyjnym.

– Chyba go nie widziałam, bo na pewno bym zapamiętała.

– Już samo opowiadanie o pracy w mediach jest ogromnie ciekawe. O dążeniu do sukcesu, współzawodnictwie, zawiści, ale też i o wsparciu wśród kolegów z redakcji. O bezduszności korporacji… O przewrotności talentów i uzgodnień. Mam do niego osobisty stosunek, bo pozwala mi się utożsamić z jedną z głównych postaci. Z Aronem, który jest bardzo pracowitym i uzdolnionym dziennikarzem. Ma wielką wiedzę o świecie polityki i szereg talentów. Przede wszystkim pisze świetne newsy. Aaron przyjaźni się z ….., która jest jego błyskotliwym kierownikiem produkcji. Ich przyjaźń jest bardzo pięknym zjawiskiem. Oboje podziwiają się za swoje zdolności i inteligencję. Oboje są uczciwymi ludźmi i dziennikarzami i szanują się za to. Są wobec siebie lojalni, szczerzy i asertywni. Jak najlepsi przyjaciele. Wspierają się w pracy i w życiu. Jedno wciąż pamięta o drugim. Ich przyjaźń rozwija się na granicy miłości, na którą żadne z nich, a zwłaszcza ona, nie mogą się zdecydować. I wtedy w ich redakcji pojawia się ktoś trzeci. Nie jest głupi, ale intelektualnie nie dorasta im do pięt. I zawodowo też. Do redakcji politycznej przeszedł z redakcji sportowej, co jest powodem jego kompleksów wobec nowych kolegów. Ale ma tez inne talenty. Nie zna się na polityce, ale znakomicie prezentuje się na ekranie. Nie potrafi pisać, ale świetnie sobie radzi z czytaniem przed kamerą. Niewiele wie, ale brawurowo potrafi wykorzystywać podsuwane mu przez ekspertów informacje. Jest dość cwany i nieco cyniczny, ale nie zepsuty do szpiku kości. W gruncie rzeczy on też ma zadatki na dobrego przyjaciela, i to w stosunku do każdego z nich z osobna. Nie razem, bo razem to byłby trójkąt. Ona musi wybrać jednego z nich. Aaron nie jest brzydki, ale kobiety nie mdleją na jego widok, natomiast na widok …. – tak. I ona też ulega tej pokusie, wystawiając na próbę swą niewinność.

– Dziewictwo? – pyta z niedowierzaniem Iwonka.

– Nie – odpowiadam ze śmiechem. – Miałem na myśli czystość, uczciwość, szlachetność. Pod względem seksualnym, jest na pewno uświadomioną kobietą i chyba nieco doświadczoną, ale bez przesady. Na czym innym koncentruje się w życiu.

– Okej – mówi Iwonka na znak, że rozwialiśmy przypadkową wątpliwość.

– W kulminacyjnym momencie ona udaje się z … na bal dziennikarzy, a Aron dostaje szansę wystąpienia na wizji. Cieszy się, bo będzie mógł czytać napisane przez siebie samego wiadomości, ale jego występ okazuje się kompletną klapą. Przed kamerą poci się ze zdenerwowania jak w saunie, nie panuje nad swoimi gestami i mimiką. Randka jej z nim też rozbija się o rafy. Ona i Aron spotykają się ze sobą. Ona go pociesza po porażce i oczekuje od niego pocieszenia po swojej, ale on ma już dosyć swej nieodwzajemnionej miłości i każe jej się wynosić ze swojego mieszkania i życia. W zasadzie film mógłby się w tym momencie skończyć, ale scenarzysta dopisuje do niego epilog. Po kilku latach wszyscy troje ponownie się spotykają. Jest głównym prezenterem wielkiej sieci telewizyjnej i wygłasza wykład na temat swojej pracy. Jednak wiadomością dnia staje się przedstawienie przez niego nowej narzeczonej. Aron przyjeżdża na wykład ze swoim kilkuletnim synkiem, a ona informuje ich, że też ma narzeczonego, którego poznała przed kilkoma miesiącami, i który urzekł ją swoją pasją żeglarską. Jaka tu puenta? – pytam Iwonki?

– Życie toczy się dalej.

– Bingo – odpowiadam z uśmiechem. Niektórzy krytycy twierdzą, że gdyby ten świetny film miał inne zakończenie – dramatyczne lub melodramatyczne, trafiłby do panteonu nieśmiertelności, a tak jest po prostu jednym z dobrych filmów.

– Zgadzasz się z tym?

– Nie wiem, nie jestem znawcą sztuki filmowej, ale myślę sobie, że twórca nie musi nas zawsze raczyć jakimiś sztuczkami; żebyśmy po przeczytaniu książki czy obejrzeniu filmu koniecznie musieli płakać. Ze wzruszenia lub smutku. Myślę sobie, że szczerość też ma wartość w sztuce, może i większą niż szukanie oryginalności za wszelka cenę. „Życie toczy się dalej” też może być dobrą puentą. Tym lepszą im bardziej jest szczera i autentyczna.

– A na czym polega twoje utożsamienie się z bohaterem? Z Aronem?

– Tak. Mówiąc nieskromnie, ja też mam sporo talentów i mnóstwo pomysłów, jak by je wykorzystać, ale obawiam się, że gdyby już do czegoś doszło, gdybym dostał szansę ich wykorzystania na naprawdę wysokim poziomie, to albo bym stchórzył, albo bym się sparzył jak Aron, uświadamiając sobie, że moje wyobrażenia o sobie są bardzo wygórowane. Zresztą zdarzyło mi się raz dostać ofertę objęcia dość wysokiego stanowiska w mediach.

– O! – zaciekawia się Iwonka. – Co to było?

– Dyrektor regionalnego ośrodka telewizji.

– Państwowej?

– Tak.

– No i?

– Nie przyjąłem.

– Czemu?

– Uważałem, że to nie w porządku. Nigdy nie pracowałem w telewizji, nawet w żadnych mediach. Dwa razy zaangażowałem się w kampanię wyborczą. Nawet z sukcesami. Pisałem i redagowałem materiały propagandowe, byłem rzecznikiem prasowym… I zostało to zauważone. Wielu mnie namawiało, żebym robił karierę w polityce, ale mnie to nie interesowało. Ja się zaangażowałem w politykę, żeby walczyć o wolność słowa, a nie, żeby się wygodnie ustawić w życiu. Ta oferta dyrektora  też była polityczna. Przecież oni chcieli, żebym kierował ośrodkiem i był ich marionetką, która będzie robić partyjną propagandę w państwowej tv. Nigdy bym się na coś takiego nie zgodził. Przecież z tym właśnie walczyłem, a poza tym… taki polityczny spadochroniarz? Szef, który nie ma żadnych zawodowych doświadczeń i kompetencji? Zjedli by mnie. I po co wszystko? Za niezłą kasę przez kilkanaście miesięcy? Nie, nie. To nie dla mnie.

– Ja bym tam spróbowała.

– Ty to co innego. Patrzysz ze swojej medialnej perspektywy. Zresztą byłem świeżo zdeptany innym niepowodzeniem.

Iwonka o nic nie pyta, patrzy na mnie w milczeniu, wiedząc, że za chwilę wszystko wyjaśnię.

– To była szkoła. Napisałem program szkoły i próbowałem wcielić go w życie.

– O! To ciekawe! – zachęca mnie do opowieści z życzliwym uśmiechem zainteresowania.

– Zaraz po transformacji czułem, że rzeczywistość stała się jednym wielkim wyzwaniem, że podstawiają pociąg do Europy, ale że nie wszyscy do niego wsiądą. Po pierwsze, trzeba było mieć pieniądze na bilet, to znaczy: umieć zarobić w miarę przyzwoite pieniądze. Samemu. Bo to, co zarabiało się bez dodatkowego wysiłku czy ryzyka, to było za mało. Starczało na wegetację, ale na dom, mieszkanie, samochód, wczasy na granicą – już nie.  Po drugie, trzeba było móc się dogadać z obsługą pociągu. W ich zachodnim języku, najlepiej po angielsku. Tych, co nie znali języków obcych, nawet jeśli potrafili zarobić niezłe pieniądze – nie wpuszczali. I po trzecie, trzeba było być kimś, mieć coś do powiedzenia, mieć jakieś wykształcenie, wiedzę, rozeznanie w świecie. Wydawało mi się, że na tym polega bycie Europejczykiem. Gdy nie spełniałeś któregoś z tych kryteriów, byłeś kmiotem, którego nie wpuszczali do pociągu z napisem Europa. Nawet jeśli ktoś tam wyjechał, a nie znał języka albo pracował na florach czy w łindołsach, nie był Europejczykiem.

– Na jakich florach? – pyta Iwonka z lekką irytacją w głosie, że nie używam zrozumiałego języka.

Układam dłonie, jakbym trzymał w nich kij i wykonuję ruch imitujący ścieranie podłogi mopem.

– A cha cha cha – Iwonka śmieje się pełną piersią i uśmiecha się zadowolona z dowcipu. – A w łindołsach?

Podnoszę prawą rękę na wysokość czoła  i wykonuję ruch z góry na dół, jakbym gumową ściągaczką ściągał wodę z szyby.

– Hi, hi, hi, hi – Iwonka ze śmiechu podrzuca ramionami.

– Pieniądze, język, ogłada. Brak któregoś z tych elementów wydawał mi się jakąś ułomnością. Mnie brakowało pieniędzy, więc rzuciłem się na pierwszą możliwość, żeby je zarobić. Uczyłem niemieckiego, ile się da, bo to była dobra kasa. Zaraz po transformacji zarabiałem więcej niż prezydent.

Iwonka lekko rozkłada dłonie i lekko skina głową w  geście zgody i zrozumienia. Pewnie i ona miała podobne doświadczenia.

– Pracowałem od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu, zaniedbując swoją pracę na uczelni, aż mnie wyrotowali. Słusznie. Nie mam do nikogo o to pretensji. To był mój wybór. Rozumowałem wtedy tak, że albo będę znudzonym panienkom wykładał filozofię i klepał biedę, jak moi koledzy z instytutu, którzy do dziś mieszkają w hotelu akademickim, albo zarobię porządne pieniądze, żeby zbudować dom, wykształcić dzieci i pokazać im trochę świata. Ale to wszystko miało swoją cenę. Tyranie do upadłego. Anna zresztą robiła to samo. Poza etatem brała każdy możliwy dyżur. Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy nam się wreszcie udało spędzić razem cały dzień z dziećmi. Kupiliśmy samochód, mogliśmy sobie pozwolić na wyjazdy w weekend, albo na wakacje. Moi znajomi namówili mnie, żebym uczył niemieckiego ich dzieci. Moje przedszkolaki patrzyły na to z zazdrością, kiedy i one będą tak duże, żeby tez się uczyć. Czas płynął wtedy, oczywiście, wartkim strumieniem. Kiedy poszły do drugiej klasy – najpierw jedna, a w dwa lata później druga – znalazłem kilkoro innych dzieci znajomych i uczyłem je w grupie. To był dla mnie piękny czas. Pracowałem po dwanaście godzin dziennie siedem dni w tygodniu i nagle miałem możliwość spędzać z każdą z moich córeczek po cztery godziny tygodniowo. Widziałem, jakie są zdolne, jak są żądne wiedzy i z jaka łatwością ją chłoną. I jak się przy tym bawią, cieszą, żartują. Widziałem, jak się zachowują w grupie, jak współdziałają z innymi dziećmi, jakie są solidarne i pomocne. I skromne. Nigdy się nie wynosiły ponad innych uczniów, którym nie szło tak dobrze i lekko jak im. Byłem taki szczęśliwy, że mogę być przez tyle czasu z nimi. I one też. Odwzajemniały mi się słodkim uśmiechem, czułym spojrzeniem, zupełnie jak w domu. Inne dzieci nie przeszkadzały nam w byciu razem.