Za wysokie progi dla Szymona

Nie matura, lecz odwaga zrobi z ciebie komisarza

Z zażenowaniem przyglądałem się staraniom Szymona Hołowni o stanowisko wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców. No bo co by go predysponowało do sprawowania tej poważnej funkcji? Zaangażowanie w działania związane z pomocą humanitarną, jakieś wybitne zdolności dyplomatyczne, doświadczenie i osobiste kontakty w sprawach międzynarodowych? Nic takiego naszego kandydata nie wyróżnia. Jednym słowem: kompetencji brak. Nie można jednak odmówić byłemu marszałkowi odwagi i ambicji. Przede wszystkim ambicji, która chyba najbardziej charakteryzuje jego twórcze poszukiwania własnego miejsca w życiu. Czegóż to nasz Szymon nie próbował?

Zaraz po maturze wstąpił do zakonu dominikanów, ale nowicjatu nie wytrwał, podobno z powodów zdrowotnych. Do zakonu powrócił po kilku latach, ale i tym razem nie doszedł do ślubów. Tym razem z powodów duchowych.

Dość późno, bo w wieku 24 lat rozpoczął studia na psychologii. Studiował przez 5 lat, ale studiów nie ukończył. Swoje wykształcenie chciał uzupełnić po latach w Collegium Humanum, „uczelni” okrytej złą sławą z powodu wydawania fałszywych dyplomów, które studenci (bardzo często politycy i urzędnicy samorządowi) otrzymywali jedynie dzięki opłacaniu czesnego, nie uczestnicząc nawet w zajęciach. Hołownia przyznał, że złożył podanie o przyjęcie na studia, ale ostatecznie ich nie podjął ani nie zapłacił za nie. Tak że dziś kandydat na wysokiego komisarza może się wykazać zaledwie średnim wykształceniem.

Karierę Szymona Hołowni wypełnia przede wszystkim działalność dziennikarsko-publicystyczna. Redaktor Hołownia zaliczył pracę w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku”, „Rzeczpospolitej”, „Kulturze Popularnej”, „Machinie”, „Przewodniku Katolickim”, „Więzi”, „Wprost”, „Tygodniku Powszechnym”, Radiu Białystok, Vox FM, Radiu PiN, TVP i TVN. Ukoronowaniem jego kariery medialnej była funkcja (wraz z Marcinem Prokopem) kogoś w rodzaju portiera wpuszczającego na scenę uczestników programu „Mam talent!”.

Mówienie o braku doświadczenia w działalności społeczno-charytatywnej jest trochę niesprawiedliwe, bo jednak Szymon Hołownia przez kilka lat angażował się w różne akcje pomocy dla dzieci i młodzieży z Polski, Bangladeszu i Afryki. Co to były za działania? Był współorganizatorem, współzałożycielem, współinicjatorem. No, dobre punkty do CV, ale chyba jednak za słabe przy ubieganiu się o tak wysokie międzynarodowe stanowisko.

Swoją aktywność społeczno-publicystyczno-medialną Szymon Hołownia zawiesił w związku z podjęciem działalności politycznej na przełomie roku 2019 i 20. Choć 10 lat wcześnie nie dostał się nawet do rady miasta Białegostoku (z listy Unii Wolności), od razu postanowił zostać prezydentem RP. Jego program streszczał się w chęci przełamania duopolu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. No cóż, bardzo nośny program, bo któż z nas nie ma dosyć odwiecznego sporu Kaczyńskiego z Tuskiem i na odwrót. Szymon Hołownia ogłosił, że chce pójść trzecią drogą. Pozornie był to program, który miał na powrót zjednoczyć Polaków, ale de facto, tylko pogłębił podziały. Bo jeśli oś sporu pomiędzy Platformą i PiS-em wyznaczały demokracja i autorytaryzm, tolerancja i wykluczenie, liberalizm i praworządność kontra bezprawie, uczciwość i transparentność kontra łapanie ryb w mętnej wodzie, to po której stronie opowiedział się polityk Szymon Hołownia, zajmując stanowisko symetrystyczne, głoszące hasło, że PiS i PO to jedno zło? Swą skrywaną, a może nawet i nieuświadomioną, niechęć do demokracji, tolerancji i praworządności potwierdził, ostro walcząc w pierwszej turze z Rafałem Trzaskowskim i nie wzywając do poparcia któregokolwiek z kandydatów po swojej przegranej. Prezydentem RP w 2020 roku, przy milczącym wsparciu Hołowni, ponownie został Andrzej Duda.

Ale wynik był zaskakująco wysoki. 14 %, czyli prawie 3 miliony głosów. Szymon Hołownia uznał, że to poparcie wystarczające do założenia partii politycznej. I powołał Polskę 2050. Świeżą krew od razu poczuli drugo- i trzeciorzędni politycy z KO i lewicy, z Muchą na czele.

Gdy doszło do kolejnej konfrontacji sił demokratycznych z siłami autorytarnymi i ważyła się decyzja, czy utworzyć wspólny front przeciwko blokowi populistyczno-nacjonalistycznemu, u Szymona Hołowni znów wzięły górę osobiste ambicje, a nie interes państwa czy społeczeństwa. Polska 2050 utworzyła z PSL-em koalicję Trzecia Droga, która zdobyła 14,4 %, czyli znów ok. 3 mln głosów, co umożliwiło utworzenie antypisowskiej koalicji 15 października. Trzecia Droga to była oczywiście wciąż ta sama trzecia droga: PiS, PO — jedno zło, która pozwoliła partii Kaczyńskiego na zajęcie pierwszego miejsca, a prezydentowi Andrzejowi Dudzie na desygnowanie na premiera Mateusza Morawieckiego, który dostał dodatkowe dwa tygodnie na robienie machlojek przez ludzi PiS-u. Ci Szymonowi Hołowni po raz kolejny musieli być wdzięczni.

Na szczęście przeciwnicy PiS-u dogadali się, w wyniku czego Szymon Hołownia został marszałkiem Sejmu, co się okazało jego życiową rolą. Pod jego przewodnictwem Sejm zyskał ludzką, a nawet pogodną, wręcz wesołą twarz, a same obrady okazały się hitem TVP Info i Internetu.

Gdy Donald Tusk wrócił do Polski, Szymon Hołownia naśmiewał się z niego, że nie przyjechał na białym koniu, tylko przyszedł na piechotę. Za to jemu podstawiono białego konia. Wybory prezydenckie w 2025 roku przyniosły sensacyjny wynik. Najpierw, wieczorem ogłoszono zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego, od siedmiu lat sprawującego funkcję prezydenta Warszawy, człowieka kulturalnego, sympatycznego, wykształconego, znającego języki, obytego w świecie, polityka kompetentnego, który miał być gwarantem przywrócenia w Polsce demokracji i praworządności, by z samego rana ogłosić, że jednak zwyciężył jego przeciwnik, Karol Nawrocki — kandydat wyciągnięty z kapelusza przez Jarosława Kaczyńskiego, człowiek o szemranej przeszłości, mający związki ze światem przestępczym, dopuszczający się oszustw i nadużyć, postać agresywna i kłótliwa. Okazało się, że różnica pomiędzy kandydatami wyniosła zaledwie dwieście kilkadziesiąt oddanych głosów. W dodatku lawinowo zaczęły napływać komunikaty o fałszerstwach wyborczych na jego korzyść. W kilkunastu komisjach zarządzono ponowne przeliczenie głosów. Prokuratura sformułowała 56 zarzutów o przestępstwa wyborcze. Opinia publiczna i zwolennicy opcji demokratycznej domagali się ponownego komisyjnego przeliczenia wszystkich głosów, ale organy obsadzone ludźmi PiS parły do jak najszybszego zaprzysiężenia Nawrockiego. Niektórzy bardzo poważani prawoznawcy szkicowali awaryjny plan obrony demokracji. Rozstrzyganie wątpliwości wyborczych powinno być przeciągane jak najdłużej, tak, by w ustawowym terminie nie doszło do zaprzysiężenia prezydenta. W takim przypadku kompetencje prezydenta przejąłby marszałek Sejmu. Koalicja demokratyczna mogłaby w trybie przyspieszonym uchwalić ustawy potrzebne do przywrócenia praworządności, a zatwierdzić je mógłby pełniący obowiązki prezydenta marszałek. Lecz niestety, nasi świętojebliwi demokraci, bardziej papiescy niż sam papież, nawet się nie pochylili nad tym projektem, Szymon Hołownia ogłosił publicznie, że namawiano go do zamachu stanu (czy to w tej sprawie konsultował się potajemnie z Jarosławem Kaczyńskim?) i zaprzysiągł prezydenta bez wiedzy i pewności, że został wybrany prawidłowo. Biały koń demokracji czekał, ale nasz dzielny rycerz po prostu stchórzył, by na niego wsiąść.

Układ o marszałku rotacyjnym opiewał tylko na dwa lata, które minęły, jak z bicza strzelił. Gdy się okazało, że Trzecia Droga ani tworzące ją partie nie idą żadną „trzecią drogą”, tylko dołączyły do demokratycznej strony polskiego „zła” (czym zapewne dla wielu Polaków jest polityka jako taka), poparcie Polski 2050 spadło do półtora procenta, co nie wróży jej dostania się do parlamentu w następnej kadencji. Szymon Hołownia nie chce być liderem takiej partii i ogłosił, że nie zamierza kandydować na przewodniczącego. Tym samym Polska 2050 okazała się kolejną polską partią kanapową, a Szymon Hołownia dołączył do grona pięcioprocentowców, którzy najpierw wystrzelili, a potem spadli pod próg wyborczy, mocno wcześniej namieszawszy. I, podobnie jak Janusz Palikot, ogłosił, że polityka się mu znudziła.

I co biedak ma teraz ze sobą zrobić? Ano wymyślił i wymarzył sobie karierę międzynarodową, jak inny nieszczęśnik polskiej polityki, Andrzej Duda, który uroił sobie, że zostanie członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, choć wcześniej niczego w tym ruchu nie robił. Obie postacie są wykwitem polskiej polityki, w której do stanowisk nie dochodzi się w wyniku kompetencji i osiągnięć, lecz w wyniku układów, w wyniku tego, że ktoś z kimś się dogada. Andrzej Duda przez 10 lat jawnie się dogadywał z Jarosławem Kaczyńskim, a Szymon Hołownia spróbował dogadać się z Kaczyńskim raz, i to potajemnie, ale wszystko wyszło na jaw (stąd zapewne te 1,4 % poparcia). Nieszczęście Dudy i Hołowni polega na tym, że za granicą nikt nie chciał się w ich sprawie dogadywać. Ba! Za granicą nikt nawet nie wie, kto to jest ten Hołownia, i o jego przegranej w wyścigu o fotel wysokiego komisarza nie wspomniały żadne zagraniczne media. Cóż, tym razem, mimo wielkich ambicji, progi dla Szymona Hołowni okazały się za wysokie.

Kolejny Polak nie zdobył wysokiego międzynarodowego stanowiska. Czy jest nam szkoda? Jeśli chodzi o mnie, jedyną emocją związaną z uczuciem szkody jest schadenfreude.

Jerzy Kruk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Pin It on Pinterest